11 lat mija od tego niebywałego zdarzenia, a my niewiele wiemy o przyczynach i okolicznościach tragedii, która zaszła 10 kwietnia 2010 roku.
W telewizji nie pokazali lądowania i upadku samolotu, choć było w Smoleńsku co najmniej kilkudziesięciu dziennikarzy. Zamiast tego przedstawiono nam symulacje lotu i upadku tupolewa, i gadające głowy, które już wiedziały, co się stało.
Rozpowszechnione były i są dwie wersje katastrofy: oficjalna (wypadek komunikacyjny), potwierdzona badaniami MAK, oraz półoficjalna PiS-u (podłożenie bomb w samolocie), skrojona przez Zespół Parlamentarny Macierewicza. Obie narracje są niespójne i często na bakier z logiką, więc są łatwe do obalenia. Powołam się tu na słowa prof. Mirosława Dakowskiego:„Nie wiemy na pewno, co działo się 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku, ale wiemy na pewno, co nie mogło się dziać”.
Pisze inż. Krzysztof Cierpisz:„Tupolew smoleński był przetransportowany na miejsce inscenizacji w częściach. Prawdopodobnie helikopterem, a potem poszczególne części wraku były rozłożone dokładniej za pomocą dźwigu na gąsienicach. (…) Po wstępnej konfiguracji elementów wraku na polanie to wszystko wysadzono w powietrze. Bomb było co najmniej dwie”.