Prof. Leszek M. Dulęba, PW MEiL
Ukraińcy nie są narodem, ale nomadami, to podobnie jak niemcy, czy żydzi. Rzuca się w oczy wspólna mentalność rasistowska, usprawiedliwiająca wszelkie zbrodnie wobec najechanych narodów.
Istotnie bez brutalnej polskiej siły, która odbierze władze okupantom, nikt Polski nie uratuje. Mamy Konstytucję Kwietniową, z niej trzeba korzystać: PREZYDENT wyda dekret o pozbawienia prawa wyborczego biernego i czynnego wszystkie mniejszości narodowe w Polsce oraz tak samo potraktuje „Polaków”, którzy przyjechali do Polski po 1 Września 1939 roku.
To trudne, ale tylko śmierć jest łatwa, ona właśnie zagląda nam w oczy.
Red. Gazeta Warszawska
+
No i stało się. Banderyzm wybił niczym szambo, a przyczynkiem było odebranie przez prezydenta Nawrockiego orderu Orła Białego, przyznanego Żeleńskiemu, w reakcji na nadanie przez Żeleńskiego imienia bohaterów upa jednej z jednostek wojskowych.
Na razie wybiło to z ust najwyższych przedstawicieli reżimu kijowskiego, ale jest tylko kwestią czasu, gdy zwykli Polacy, żyjący sobie dotąd spokojnie, nieświadomi postępującej podmiany ludności przekonają się, jak objawia się ta cecha charakteru w codziennym obyciu. Bo banderyzm to stan umysłu, nikt się co prawda takim nie rodzi, ale niektórzy się takimi stają. Dotąd myśleliśmy, że co prawda nie każdy Ukrainiec jest banderowcem, ale za to każdy banderowiec jest Ukraińcem. Trzeba zweryfikować to mniemanie. Skąd bowiem tak wielu sympatyków banderowskiej Ukrainy w rządzie III RP i wśród tzw. elit naszego kraju? Skąd wzięło się tyle ukraińskich flag, wiszących na publicznych budynkach w Polsce? Kto je tam wiesza? Czemu cieszą się szczególną ochroną władz? kto nadaje te wszystkie polskie ordery tuzom Nowej Chazarii? Musimy sobie odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania: o relację ukraińskości do banderyzmu, i relację osób w Polsce do interesów ukraińskich.
List otwarty Radia Lwów
14-04-2026
Zwracamy się do instytucji publicznych Rzeczypospolitej Polskiej, do przedstawicieli życia politycznego, medialnego i społecznego, a także do wszystkich ludzi, którym bliska jest sprawa polskości poza granicami kraju, z głosem niepokoju i odpowiedzialności.
Polskie Towarzystwo Radiowe we Lwowie, prowadzące społeczną redakcję Radia Lwów, nie otrzymało finansowania na emisję programów radiowych w języku polskim na lata 2026–2027 w ramach konkursu Senat–Polonia 2026 w obszarze mediów. Stało się tak mimo pozytywnej oceny merytorycznej oferty. Ta decyzja nie jest wyłącznie rozstrzygnięciem formalnym. W praktyce uderza ona w jedno z najtrwalszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich mediów działających na Ukrainie.
Radio Lwów istnieje od 1992 roku. Od ponad trzech dekad pozostaje miejscem obecności polskiego słowa w przestrzeni publicznej Lwowa i regionu. Nadajemy audycje po polsku na antenie ukraińskiej rozgłośni na częstotliwości 106,7 FM, a równocześnie prowadzimy radio internetowe i portal informacyjny. Tworzymy medium społeczne, zakorzenione w lokalnej wspólnocie, budowane przez ludzi, którzy od lat traktują tę pracę jako służbę wobec polskiej kultury, języka i pamięci.
"Rozmyślając o latach mojej formacji na Uniwersytecie Laterańskim (1960-1964), a następnie na Uniwersytecie Gregoriańskim (1965-1969), musiałem przyznać, że jeszcze przed zakończeniem Soboru Watykańskiego II ideologiczne ramy całego programu nauczania – i kadry dydaktycznej – były już ukształtowane przez nowe nauczanie soborowe, choć jeszcze niezatwierdzone. Dobrze pamiętam, jak w seminariach rzymskich dyscyplina duchowna ustąpiła miejsca anarchii na wszystkich frontach i jak przełożeni zachęcali seminarzystów do udziału w konferencjach „nowych teologów” – mam na myśli tych, którzy jeszcze kilka lat wcześniej byli traktowani z uzasadnioną podejrzliwością przez Święte Oficjum, takich jak Küng, Ratzinger, Rahner, Schillebeeckx, Congar, a wraz z nimi owa plejada modernistów, która wkrótce miała zaatakować katedry uniwersyteckie i stanowiska kierownicze w Watykanie i diecezjach. I jak to zawsze bywało w przypadku wszelkich operacji wywrotowych, klimat ogólnych zmian, ciągłych reform i ogromnych transformacji został stworzony sztucznie odgórnie.
Z mojej uprzywilejowanej pozycji jako Sekretarza Zastępcy byłem świadkiem utraty tysięcy powołań kapłańskich i zakonnych, podczas gdy ci księża, którzy nie chcieli poprzeć nowej drogi soborowej ani porzucić liturgii trydenckiej, byli wykluczani, traktowani jak heretycy, ekskomunikowani lub suspendowani a divinis , pozbawiani wynagrodzenia i pozostawiani, by umierali w samotności."
+
Kilka tygodni temu upubliczniłem wydarzenia związane z moją prośbą o spotkanie z Leonem – a konkretnie jego wstępną akceptację, nagłe odwołanie, a następnie ostateczne odwołanie. Podczas gdy katolicki arcybiskup został uznany za niegodnego przyjęcia na audiencji, osoba dopuszczająca się aborcji i heterodoksyjna – w przebraniu anglikańskiego „arcybiskupa” – zasłużyła nie tylko na pełne honory protokołu watykańskiego, ale nawet uzyskała pozwolenie na „communicatio in sacris” z Leonem i innymi prałatami, posuwając się aż do udzielenia „błogosławieństwa” w sanktuarium Księcia Apostołów. Stanowi to jedynie kolejny dowód podwójnych standardów stosowanych przez zwolenników „kościoła synodalnego”. Nie sądzę, aby konieczne było dalsze rozwodzenie się nad tym tematem… Po długich miesiącach milczenia nadszedł czas, aby ujawnić treść mojego listu do Leona z 25 stycznia br ., ustanawiając tym samym dokumentalny zapis tej sprawy.
Niniejszym listem pragnę poddać pod Państwa rozwagę najważniejsze wydarzenia z mojego życia osobistego i duszpasterskiego, abyście mogli mnie poznać i zrozumieć intencje, które mną kierują.