GRIGORIJ KLIMOW. „NARÓD BOŻY’. Dodatek 2. „Niebiescy” jedli na Kremlu. I pili też ...

Kiriłł Bielaninow,
Sprawozdawca „Ściśle tajne”

- Towarzyszu milicjancie, tam w ogródku
„niebiescy” zaczepiają przechodniów!
- A ty nie chodź do naszego ogródka, wstręciuchu!
(Nie śmieszny żart o Ogrodzie Aleksandrowskim)

Jeśli po cichu się podejdzie do szeregowego pracownika Moskiewskiego Oddziału Spraw Wewnętrznych „Nowyje Czieriemuszki” i tak samo cicho, najlepiej na ucho, powie się tylko cztery słowa: "19 lipca 1994 roku", - to mogę się założyć, że pracownik ten brzydko zaklnie i odejdzie od ciebie jak najdalej. Zresztą, natychmiastowe użycie gumowej pałki również nie jest wykluczone.

Chociaż ten dzień rozpoczął się cicho i nie obiecywał żadnych zmian w zorganizowanym życiu organów ścigania: zatrzymani w "pawilonie małp" uspokoili się nad ranem, za wyjątkiem zamkniętego w drugiej celi Azerbejdżanina, który na pół głosu wciąż o coś skomlał od straży. Dyżurny kiwał nosem, oglądając strzępy jemu tylko znanych milicyjnych snów.  

A zresztą poranne wezwanie dla Moskwy było prawie zwyczajne: pod oknami domu nr 37, budynek 1, na ulicy Architekta Własowa, sąsiedzi znaleźli obywatela Siergieja B., lat ponad czterdzieści. Patrol milicji, który przybył, odnotował w protokole szereg poważnych złamań - od połamanych żeber do złamanego biodra i pęknięcia kręgosłupa. Twarz ofiary była sina od bicia.

Obywatel B. został wysłany karetką do najbliższego szpitala miejskiego. A przyczyna pęknięć została szybko znaleziona - z otwartego okna mieszkania na trzecim piętrze zwisały związane na węzeł krawaty.

"Jedwabne", - określił jeden z policjantów. Węzeł się rozwiązał, więc spadł.

Inspekcja mieszkania nr 10 jedynie potwierdziła zwykłą dla patrolu wersję: porozrzucane butelki po wódce, niedopałki papierosów w narożnikach, rozbite szklanki. Kolejna „domowa rozróba” (ros. - "бытовуха") w ogóle. Ale dlaczego polazł do okna?

W TYM CZASIE NA KREMLU

Szef Służby Bezpieczeństwa Prezydenta, generał Korżakow, został poinformowany o incydencie dosłownie po kilku godzinach: matka Siergieja B. zadzwoniła do Kremla. Godzinę później raport o upadku z okna został przekazany Jelcynowi. Ofiara została natychmiast przewieziona na oddział intensywnej terapii Centralnego Szpitala Klinicznego, słynnej „kremlówki” a dochodzenie zostało powierzone kierownictwu Moskiewskiego RUOP (ros. – РУОП – Региональноe управлениe по борьбе с организованной преступностью; pol. – Regionalny Wydział do spraw Walki z Przestępczością Zorganizowaną). W ciągu 24 godzin wszystkie dokumenty zostały zabrane z lokalnego posterunku policji, a sprawa została objęta specjalną kontrolą przez prezydencką służbę bezpieczeństwa.

Następnego dnia w „Kommiersancie” pojawiły się informacje o zamachu na jednego z liderów kremlowskiej służby prasowej.

MIESZKANIE Nr 10

Oględziny mieszkania przy ulicy Architekta Własowa zaskoczyły nawet doświadczonych pracowników RUOP-u i członków Służby Bezpieczeństwa Prezydenta. W jednym z pokoi znaleźli grubą paczkę "polaroidowych" zdjęć. Na nich ranny pracownik prezydenckiej służby prasowej został ujęty nago w towarzystwie najróżniejszych mężczyzn, a wybór pozycji miłosnych byłby zaszczytem do znanego wydawnictwa pornograficznego dla homoseksualistów. Pozostałe zdjęcia przedstawiają kolorowy przewodnik dla początkującego masochisty.

Tego na Kremlu jeszcze nie widziano. Co prawda, chodziły uporczywe pogłoski o nie do końca tradycyjnych nawykach jednego z ostatnich ideologów Centralnego Komitetu KPZR, ale wszystko to było nawet nie w latach stagnacji, ale jednak wciąż przy komunistach. A w 1994 roku w demokratycznej Rosji, która odwołała znany smutny artykuł 121 Kodeksu Karnego - o "sodomii" (ros. - за "мужеложство – za stosunki seksualne mężczyzn z mężczyznami) - i karanie za orientację seksualną być może byłoby niezgodne ze stylem europejskim. W każdym bądź razie organizacje międzynarodowe tego by nie zaakceptowały.  

Dlatego dalsze dochodzenie prowadzone było w największej tajemnicy. Wszystkie dokumenty były składane na biurku szefa Służby Bezpieczeństwa Prezydenta.

Właśnie fotografie, z miłością zachowane przez poszkodowanego urzędnika Kremla, pozwoliły śledztwu rozwinąć sprawę. I podczas gdy pracownicy prezydenckiej służby prasowej udawali się do szpitala rządowego do chorego towarzysza, zabierając potrzebne owoce i soki, to oficerowie Służby Bezpieczeństwa sprawdzali "kontakty pozasłużbowe" Siergieja B.

Okazało się, że oprócz kilku przypadkowych partnerów, urzędnik miał stałego "przyjaciela" - Czeczeńca w średnim wieku. Latem 1994 roku Siergiej opowiedział mu o nadchodzących zmianach w "rodzinie": kupił mieszkanie przy moskiewskiej ulicy Mosfilmowskiej i przygotowywał się do przeprowadzki. A stare mieszkanie na ulicy Architekta Własowa - zamierzał sprzedać.

"Przyjaciel" wiadomość o przeprowadzce odebrał boleśnie i wieczorem 18 lipca zajrzał do Siergieja z dwoma ziomkami. Uważali oni, że dwa mieszkania dla jednej osoby to za dużo, więc nowe należy przepisać na Czeczeńców. I "tłumaczyli" Siergiejowi tak oczywistą rzecz przez całą noc: był on związany i zgwałcony przez trzech po kolei. Potem razem pili, bili i znów gwałcili.

Nad ranem nie mógł tego znieść i, po odczekaniu chwili, gdy "goście" poszli do kuchni, związał kilka krawatów z własnej garderoby i próbował wydostać się przez okno. Krawaty, niestety, wszystkie były jedwabne ...

W TYM CZASIE NA KREMLU

Wyniki śledztwa musiały zostać zgłoszone prezydentowi. Na Kremlu mówią, że Jelcyn zrobił się czerwony jak rak i po wymamrotaniu czegoś niezrozumiałego, przerwał raport. Przypomniał sobie tę historię tylko raz, komentując upadek z górnego pokładu statku jednego z jego najbliższych urzędników do Jenisieja: "Oto jeszcze jeden „niebieski” płynie!

W ciągu kilku lat z lekkiej ręki generała Korżakowa cała prasa kremlowska została nazwana "niebieską drużyną".

Siergiej B. spędził prawie rok w Centralnym Szpitalu Klinicznym i po rehabilitacji po czterech operacjach próbował wrócić na Kreml. W dziale personalnym czule mu wytłumaczono, że osobom niepełnosprawnym tak odpowiedzialna praca jest przeciwwskazana i skierowali na całkiem przyzwoitą emeryturę. Na tym pożegnano się.

Ale kremlowska służba bezpieczeństwa nie spieszyła się z zamknięciem "niebieskiego" tematu.

BLIŻEJ DO CIAŁA

Kilka lat wstecz pracownicy Służby Bezpieczeństwa zaczęli dostrzegać dziwne rzeczy. W niewielkim skwerku przy pomniku Bohaterów Plewny, sto metrów od Starego Rynku, gdzie znajdują się administracja prezydencka i niektóre służby Kremla, zaczęły pojawiać się wieczorami grupy młodych i niezbyt młodych ludzi. Najwyraźniej byli ze sobą znajomi już nie pierwszy dzień i wyraźnie unikali kobiet. Więc wałęsali się tak godzinami w czysto męskim towarzystwie.

Jeden ze "spacerowiczów", zatrzymany przez policję, na prośbę Służby Bezpieczeństwa na jesieni 94-go (obiekt reżimowy jest blisko!), wyjaśnił to dziwne zjawisko po prostu:

- Wcześniej zbieraliśmy się w skwerku w pobliżu Teatru Bolszoj, ale teraz tam remont. Dlatego to całe towarzystwo gejowskie tutaj się przeniosło.  

- Poza tym - dodał drugi, poprawiając loczek, który wylazł spod czapki - wygodniej jest tutaj: klienci są blisko.

I w postaci dowodu wyciągnął gruby zeszyt pełen wizytówek. Przed oczami oszołomionych oficerów Służby Bezpieczeństwa migały nazwiska wysokich urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, pracowników administracji prezydenckiej i urzędników Kremla. Jeśli wierzyć "młodym ludziom", to wszyscy ci mężowie stanu, po oddaniu codziennego obowiązku Ojczyźnie, śpieszyli do skwerku naprzeciwko.

Weryfikacja kremlowskich "zakamarków", podjęta po tym przez kontrwywiad Służby Bezpieczeństwa spowodowała, że ​​oficerowie się wzdrygnęli: w samej tylko prezydenckiej administracji było piętnastu pracowników o nietradycyjnych zwyczajach seksualnych. A według niektórych informacji nawet dwadzieścia procent urzędników państwowych cierpiało na "zakłóconą orientację".

Budowany przez lata i wydawałoby się niewzruszony system kremlowskich prądów podwodnych, rozsypał się w oczach. Okazało się, że oprócz dobrze wszystkim znanych ugrupowań "ropo - gazowych", "bankowych", "diamentowych" i "zbrojnych", istnieje również w kierownictwie kraju w pełni ukształtowana "niebieska grupa", która dokładnie śledzi własne interesy i pod żadnym pozorem nie pozwala na skrzywdzenie swoich i aktywnie przyciąga do „drużyny” coraz to nowych i nowych członków.

I chociaż na razie nie mówiono o poważnym wpływie politycznym "niebieskiej mafii", to niektóre sukcesy były oczywiste. Jeden z byłych pracowników administracji prezydenckiej, zapamiętany przez podatników z cichego głosu i łagodnych manier, umieścił swojego "kochanka", którego zresztą dzielił ze znanym już nam Siergiejem B. we własnym pokoju przyjęć. Jego obowiązki służbowe obejmowały zupełnie „niewiele” - przygotowywanie dokumentów do podpisu i umieszczanie na nich pieczęci. O tym, ile może kosztować podpis wysokiego urzędnika na niezbędnym dokumencie, na Kremlu wolą nie rozmawiać.  

O dziwnych, dla niewtajemniczonych, nawykach jednego z ówczesnych szefów systemu egzekwowania prawa w kraju, w swoim czasie mówiła cała Prokuratura Generalna. A na listach, które pracownicy kremlowskiej służby bezpieczeństwa zaczęli sporządzać po upadku Siergieja B. z okna, pojawiały się coraz to nowe postacie: najmłodszy i najbardziej skandaliczny generał kraju, który otrzymał ten tytuł zaraz po stopniu porucznika, a teraz odbywający karę pozbawienia wolności. Dziennikarz telewizyjny, który przyjaźnił się z nim, dobrze znany z ciągłego poszukiwania prawdy, wysoki rangą urzędnik w Ministerstwie Spraw Zagranicznych ...

Wszyscy ci ludzie – to byli „swoi” na Kremlu.

Zarzuty o "zoologicznej homofobii" i o uprzedzeniach wobec mniejszości seksualnych pracownicy służby bezpieczeństwa natychmiast odrzucili. Po pierwsze, biorąc pod uwagę postawę społeczeństwa wobec tak delikatnych problemów, "niebieski" urzędnik jest wspaniałym przedmiotem zarówno rekrutacji, jak i elementarnego szantażu, a po drugie, jeśli urzędnicy państwowi są wybierani nie według ich kwalifikacji fachowych, ale z czysto fizjologicznych powodów, to zgodzimy się, że jest to bezpośrednio związane z bezpieczeństwem. W tym kraju.  

Ale rozpoczęte śledztwo trzeba było zakończyć, którego tak jak należy w zasadzie i nie rozpoczęto. Pracownicy operacyjni weszli zbyt wysoko, a według niepisanych praw Kremla, na przykład na „rozpracowanie” szefa działu administracji potrzebna jest osobista zgoda prezydenta.

Potem była kampania przedwyborcza, seria głośnych dymisji i równie głośnych nominacji. A potem nastąpiło wydarzenie, które wydało się niewiarygodne dla wielu: Siergiej B. pojawił się ponownie na kremlowskich korytarzach. Mocno kulejący, ale w wesołym i optymistycznym nastroju. Mówiono, że na Kreml przywrócił go nowo mianowany urzędnik, z którym się przyjaźnił jeszcze od końca lat sześćdziesiątych,.

Zamiast PS. Podpity mężczyzna, który awanturował się na Wasiljewskim Spusku, około dwudziestu metrów od Kremla.

"No, co za kraj", - denerwował się chłop, przywołując na świadków przypadkowych przechodniów. - Czy oni wszystkie decyzje przez d… podejmują?!

Ten chłop nawet nie podejrzewał, jak blisko jest prawdy .

W AMERYCE ZA "TO" NA RAZIE NIE ZWALNIAJĄ

Jeśli nie liczyć kilku skromniutkich skandali homoseksualnych w siłach zbrojnych zaoceanicznego potencjalnego przeciwnika i okresowo pojawiających się sensacji, takich jak przejście aktora do obozu nietradycyjnie zorientowanych współobywateli, to Ameryka przeżyła etap przejścia do państwa "tolerancyjnego seksualnie", zaskakująco spokojnie.

Przechodzili zresztą dość długo. Lat około dwudziestu. Za to teraz, w kraju od dawna zwycięskiej demokracji, wychodzi co najmniej kilka tysięcy czasopism gejowskich, są setki gejowskich klubów, a najsławniejszych homoseksualistów i lesbijek w USA wymieni każdy jako tako sprytny uczeń.  

Ale gdy tylko rozmowa dochodzi do polityki, to osławiona amerykańska tolerancja i poprawność polityczna zostają nagle usunięte. Nietradycyjną orientację seksualną mogą mieć piosenkarze, aktorzy i inni artyści. Wszyscy pozostali powinny być wzorem, w pełni odpowiadającemu teraz już na wpół zapomnianemu "Kodeksowi moralnemu młodego budowniczego komunizmu".

Pierwszy głośny skandal wybuchł w Kongresie USA w 1989 roku. Przedstawiciela stanu Massachusetts, demokratę Jerry’ego Statsa, wzorowego rodzica i ojca dwójki dzieci, przyłapano na długotrwałym związku z mężczyzną. Po serii artykułów w prasie i specjalnej dyskusji w jednym z komitetów Kongresu, Stats został zmuszony podać się do dymisji.  

 

Rok później członek Kongresu Bonnie Frank z tego samego Massachusetts został prawie wypędzony z Izby Reprezentantów, gdy gazety doniosły o tym, że kongresman okresowo korzystał z usług męskich prostytutek. Franka uratował tylko fakt, że on nigdy nie ukrywał swojej orientacji seksualnej.

W 1996 roku dotarto i do Republikanów. Kongresman Jim Colby z Arizony, dowiedziawszy się, że jeden z gejowskich magazynów zamierza opublikować materiał o niektórych szczegółach jego życia intymnego, zdecydował publicznie opowiedzieć o swoich namiętnościach. Po tym nie może już liczyć na reelekcję ...

Zresztą, to są wszystko zaoceaniczne sztuczki. Rosja zawsze wyróżniała się tym, że na jej terytorium cudze doświadczenie jakoś nie przyjmowało się.  

 

Григорий Климов. Божий Народ

Приложение 2

Голубые ели в Кремле. И пили тоже...

http://g-klimov.info/klimov-bn/Bnp02.htm

 

 

 

 


Comments (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location