W proponowanym prawie kraju są prawdziwe wady, zgodnie z którymi platformy płacą za wiadomości, ale protest giganta mediów społecznościowych ich nie dotyczy.
Facebook twierdzi, że to prawo „zagrozi otwartemu internetowi”, ale w rzeczywistości mówi niewiele więcej niż jedno stwierdzenie, że nie można jeździć autostradą 50-tonową ciężarówką bez dodatkowych kontroli i opłat.
FACEBOOK ZASZOKOWAŁ świat w zeszłym tygodniu z nagłym zakazem wyświetlania wszystkich wiadomości na całym kontynencie. Podobnie jak wiele innych rzeczy, które zrobiła platforma, jej działanie było niezdarne: w procesie blokowania serwisów informacyjnych w Australii Facebookowi udało się wyłączyć światła na stronach internetowych schronisk dla kobiet, organizacji non-profit, organizacji charytatywnych i informacji o zdrowiu publicznym, a do tego tygodnia miał już ogłoszono plany zmiany kursu - wkrótce, tymczasowo.
Bezpośredni wpływ był taki, że główny produkt Facebooka jest mniej interesujący, mniejszy ruch płynie z niego do wydawców, a niezwykle szeroka koalicja społeczna jest zła na Facebooka . Należy pamiętać, że według niektórych lokalnych sondaży Facebook był już najbardziej nieufną marką w Australii.
Z jednej strony historia wydaje się prosta: Facebook nie lubi nowego prawa, które będzie go kosztowało. Zamiast płacić, odszedł, mając nadzieję, że inne kraje dwa razy się zastanowią, zanim zrobią coś podobnego.
Na głębszym poziomie, ten moment ukazuje zestaw fundamentalnych, sprzecznych wizji dotyczących roli rządów krajowych w porównaniu z globalnymi korporacjami oraz tego, co będzie potrzebne, aby zachować dynamiczny ekosystem usług internetowych, w tym zrównoważone miejsce dla dziennikarstwa. .
Ustawą w centrum konfliktu jest australijski kodeks obowiązkowy dla mediów informacyjnych i platform cyfrowych . Prawie na pewno minie, zwłaszcza po sztuczce Facebooka, jego szerokie poparcie w całym spektrum politycznym zostało wzmocnione przez percepcję bezczelnego Facebooka testującego determinację narodu. Po wejściu w życie, platformy cyfrowe dominujące na rynku będą musiały negocjować umowy dotyczące podziału przychodów za rozpowszechniane przez nie treści informacyjne.
W swoich publicznych komentarzach Facebook podkreśla, że rozproszeni mieszkańcy „ zasadniczo źle zrozumieli ” internet. Czy nie zdają sobie sprawy, że darmowe udostępnianie linków to sposób, w jaki działa sieć, a firmy medialne na tym korzystają?
Nieznajomość tych podstawowych faktów byłaby rzeczywiście zaskakująca dla narodu, którego wkład technologiczny obejmuje Wi-Fi , Mapy Google i prawdopodobnie Bitcoin, i którego czwartym co do wielkości eksportem jest szkolnictwo wyższe . Pobieżne spojrzenie na wnikliwy 623-stronicowy raport Australijskiej Komisji ds. Konkurencji i Konsumentów, który zainicjował wprowadzenie przepisów, powinien skłonić każdego do zakwestionowania tej interpretacji.
W rzeczywistości prawo nie ogranicza udostępniania linków na typowych stronach internetowych lub w aplikacjach - tylko te dominujące na rynku . To nie znaczy tylko „duży”. Oznacza to, że są tak olbrzymi i nieskrępowani przez konkurencję, że stają się strażnikami branżowymi lub „ nieuniknionymi partnerami handlowymi ” firm informacyjnych.
Spośród około 30 bilionów stron w Internecie dotyczy to tylko dwóch firm: Facebook i Google. Możesz jutro stworzyć wyszukiwarkę lub platformę społecznościową i rozwinąć ją ponad PKB całych państw narodowych i nadal nie będzie miała żadnych zobowiązań. Twitter, Snap, Spotify, Amazon i Apple mogą łączyć się ze wszystkim, co chcą, i nikt nie może ich poprosić o nic. To, czego nie mogą zrobić (jeśli chcą ominąć przepisy prawa), to przejąć kontrolę nad lokalnym rynkiem.
Przeciwnicy zadawali pytania, jak jasna jest ta linia i kto ją określi. Jednak regulator stwierdza, że to oczywiste : Facebook posiada ponad 50 procent rynku reklam displayowych w Australii, podczas gdy jego najbliżsi konkurenci nie osiągają nawet 5 procent. To jest tak jasne i wyraźne jak linie.
W przypadku platform, które przekraczają granicę, prawo nie nakłada podatku ani nie nakłada kary. Poddaje im nadzór nad umowami, które zawierają z producentami wiadomości, co obejmuje przymusowy arbitraż. Arbiter upewnia się, że umowy odzwierciedlają wynik, którego można by się spodziewać po równo dopasowanych negocjacjach, zamiast pozwalać strażnikowi na wykorzystanie swojej pozycji za pomocą oferty „weź to lub zostaw”. Takie ramy rokowań są znane Australijczykom w innych kontekstach, na przykład między związkami zawodowymi a pracodawcami, a rzecznicy branżowi odgrywają znacznie aktywniejszą rolę w obronie praw konsumentów w kraju. Rezultatem jest rynek, który jest zauważalnie mniej dotknięty oszustwami i niesprawiedliwością niż typowe doświadczenia Stanów Zjednoczonych - oraz wyborcy, którzy oczekują, że ich rządy będą trzymać w ryzach zbyt drapieżne siły handlowe.
Istnieje wiele powodów, by nie podobać się proponowanej ustawie i rzeczywiście możliwe są lepsze rozwiązania. Najbardziej oczywistym jest rozbicie Facebooka i przywrócenie konkurencji. W ramach bardziej aktywnego amerykańskiego reżimu antymonopolowego Facebook może zostać podzielony na zbiór biznesów, podobnie jak inne monopole przed nim. Każdy byłby duży i skuteczny sam w sobie. Takie posunięcia często przyniosły bogactwo wszystkim stronom, ale zmniejszają siłę prezesów, od których można oczekiwać, że będą z nimi walczyć.
W tym przypadku Facebook nie ma niezależnego zarządu; CEO Mark Zuckerberg nie może być przez nikogo unieważniony. Jego Rada Nadzorcza, nazywana „Sądem Najwyższym”, nie ma żadnej pozycji ani uprawnień wykonawczych w takich sprawach. W przypadku braku działań Stanów Zjednoczonych oznacza to, że kraje takie jak Australia pozostają z nieograniczonym zagranicznym monopolistą posiadającym władzę nad rynkiem, którego strukturą konkurencyjną interesuje społeczeństwo.
Facebook twierdzi, że to prawo „zagrozi otwartemu internetowi”, ale w rzeczywistości mówi niewiele więcej niż jedno stwierdzenie, że nie można jeździć autostradą 50-tonową ciężarówką bez dodatkowych kontroli i opłat. W rzeczywistości, gdyby małe firmy medialne były samochodami, przychody Facebooka uczyniłyby z niego kolosalny pojazd, masywniejszy niż Empire State Building . Konsensus polityczny w Australii uznaje, że systemy raczej nie będą służyły interesowi publicznemu, jeśli ignorują tak ogromną nierównowagę sił.
Niektórzy komentatorzy, w tym Tim Berners-Lee , twierdzą, że kod podważa podstawową zasadę swobodnego linkowania w sieci. Prawdą jest, że regulowałoby to działalność biznesową, dystrybucję treści, która odbywa się głównie za pomocą podstawowego mechanizmu internetowego, linkowania. Ale opisanie tego jako ograniczenia w linkowaniu prowadzi do odwrotnej sytuacji. Regulowane są akty handlowe, a nie mechanizm sieciowy. Można opisać niezliczone przepisy ograniczające linki do witryn internetowych, w tym wiele przepisów dotyczących praw autorskich, prywatności i oszustw. Nikt nie twierdzi, że prawo zabraniające odsyłaczy do stron phishingowych uniemożliwia korzystanie z sieci, ponieważ wszyscy wiemy, że to oszustwo jest regulowane, a nie linki.
Poza tym te zasady sieciowe są środkiem do celu. Nadrzędnym celem zawsze było wspieranie tętniącego życiem, kwitnącego ekosystemu treści i usług. Kiedy pojedyncza firma zdobywa monopolistyczną kontrolę, jej wolności są sprzeczne z nadrzędnym celem ekosystemu.
Co ciekawe, wydaje się, że płacenie za linki faktycznie było rozważane w protokołach definiujących sieć. Większość ludzi zna błąd HTTP 404: „Nie znaleziono strony”, ale od samego początku występował również błąd 402: „Wymagana płatność”. Jest to zgodne ze standardami autorstwa Berners-Lee od ponad 20 lat i pozostaje tam do dziś, choć w dużej mierze nieużywane. Potrzeba sposobu wymiany wartości między twórcami treści a odbiorcami od dawna uznawana jest za kluczowy element prawdziwie dynamicznego ekosystemu online. Właściwe rozwiązanie pozostaje nierozwiązanym problemem.
Wydaje się, że Facebook miał nadzieję, że ujawniając niedoskonałości prawa, z których wiele jest rzeczywistych, może wymusić wycofanie się lub przynajmniej ograniczyć prawdopodobieństwo, że inne kraje podążą za Australią. Jednak pomimo swojej roli strażnika, Facebook nie publikuje treści ani nagłówków. Dokładny aspekt modelu operacyjnego, który stawia go w konflikcie z przemysłem medialnym, pozostawia go teraz bez kontroli nad narracją. Obecnie w Australii mówi się, że firma arogancko podjęła walkę z demokracją i przegrała.
W tym momencie stawka nie mogła być wyższa dla Facebooka. Jeśli wycofa się z zakazu i zastosuje się do nowego prawa, to pokazuje, że model jest wykonalny, podważając wszystkie dotychczasowe protesty. Można oczekiwać, że Indie i inne rynki rozwijające się wyciągną oczywiste wnioski.
Jeśli zakaz pozostanie w mocy, tak jak w momencie publikacji, Facebook będzie potrzebował Australii i jej branży medialnej, aby zaszkodzić , a użytkownicy zlekceważą to i nadal będą angażować się na platformie.
Z drugiej strony, jeśli spowoduje to, że użytkownicy spędzają mniej czasu na Facebooku, szukając wiadomości bezpośrednio od wydawców, będzie to katastrofa dla Facebooka i tektoniczna zmiana na korzyść branży medialnej. Wstrząsy wtórne byłyby odczuwalne na całym świecie.
Charles Firth, wydawca najpopularniejszego australijskiego serwisu informacyjnego o satyryce, The Chaser , ujął to w ten sposób: „To jak odcięcie się od twojego handlarza heroiną. Na początku bolesne, ale ostatecznie leży to w twoim interesie ”. Dla australijskich użytkowników i reklamodawców wczesne oznaki wskazują, że nawyk nie był niemożliwy do usunięcia. W dniu zakazu co najmniej jeden duży nabywca reklam poinstruował swój zespół, aby przejął wszelkie zasoby reklamowe na pierwszej stronie z witryn medialnych, które mogliby zdobyć, przewidując skoki cen. I anegdotycznie, zwykli użytkownicy Facebooka zgłaszają, że mają jeden powód mniej do otwarcia aplikacji. Bez wątpienia Zuckerberg miał te statystyki przed sobą, kiedy zdecydował się cofnąć zakaz.
Być może najbardziej wymowne, zaledwie dwa dni po wprowadzeniu zakazu wiadomości na Facebooku, po raz pierwszy najczęściej pobieraną aplikacją w australijskim sklepie z aplikacjami Apple była platforma wydawnicza krajowego nadawcy w tym kraju, ABC News.
Kolejne cztery należały do Facebooka.
https://www.wired.com/story/opinion-facebooks-petty-unfriending-of-australia/?utm_social-type=owned&utm_brand=wired&utm_medium=social&mbid=social_twitter&utm_source=twitter






