X. Tadeusz Kiersztyn - KAPŁAN przed plutonem egzekucyjnym

KAPŁAN przed plutonem egzekucyjnym:
 Chciałbym pokrótce przedstawić dramat mego życia poświęconego dziełu Intronizacji Jezusa Króla w naszym Narodzie. Od kilkunastu lat władze duchowne zmuszały mnie, bym zaparł się Jezusa Króla i bym wraz z narodem Izraelskim wybrał Barabasza, tak jak to uczyniły one na fali soborowych przemian.Gdy sztandaru Jezusa Króla Polski mimo wszelkich gróźb, kar i nacisków nie chciałem wypuścić z dłoni, postawiono mnie, tak jak ongiś górników z “Wujka”, przed plutonem “egzekucyjnym”, którym dowodził sam kard. Stanisław Dziwisz, i nie strzelano do mnie z broni palnej, lecz popełniono na mnie mord moralny przy użyciu broni, znanej dobrze siłom ciemności. Zanim opiszę te smutne wydarzenia, by były one zrozumiałe, krótko przedstawię historię mego życia, umieszczając w niej linki do najważniejszych dokumentów.Moja droga życia
      Nazywam się Tadeusz Kiersztyn i mam obecnie 62 lata. Do zakonu jezuitów wstąpiłem w sierpniu 1971 roku. Studia z zakresu duchowości ukończyłem w Rzymie w roku 1980. Rok wcześniej zostałem wyświęcony również w Rzymie przez papieża Jana Pawła II. W zakonie jezuitów pełniłem funkcje prefekta kleryków, a potem Krajowego Dyrektora Apostolstwa Modlitwy i redaktora naczelnego “Posłańca Serca Jezusowego”. Jednakże cały czas specjalizowałem się w formacji duchowej świeckich.

Rok 1996 był rokiem przełomowym w moim życiu, gdyż pod wpływem pism Rozalii Celakówny Pan Bóg pozwolił mi przewartościować całą dotychczas zdobytą wiedzę pod kątem Jego królewskiej godności. Dogłębnie zrozumiałem, że to Bóg króluje nad narodami (Ps 47,9) i że On jest jedynym Władcą, Królem królów i Panem panujących (1Tm 6,15). Raduj się ziemio opromieniona tak niezmiernym blaskiem, a oświecona jasnością Króla Wieków, poczuj, że wolna jesteś od mroku, co świat okrywa (Exultet).
W przeciągu dwóch miesięcy doprowadziłem do otwarcia procesu kanonizacyjnego Rozalii Celakówny, apostołki Jezusa Króla Polski, na terenie Archidiecezji Krakowskiej przez ks. kard. Franciszka Macharskiego, co miało miejsce 5.11.1996 r. Od tej chwili “nasza Rózia” otrzymała tytuł Służebnicy Bożej, a ja poświęciłem cały wolny czas, by z jednej strony wspierać czynności procesowe, a z drugiej strony by głosić Polsce misję Rozalii – wezwanie do ogłoszenia Pana Jezusa Królem Polski przez władze kościelne i państwowe.
W niecały miesiąc po otwarciu procesu S.B. Rozalii Celakówny ofiarowałem Panu Jezusowi w Bazylice Serca Jezusa w Krakowie, wśród dość dramatycznych okoliczności, wotum – złotą koronę. To wydarzenie spowodowało, że ujawniły się ukryte dotąd w zakonie jezuitów i w Kurii krakowskiej siły liberalne, niewiele mające wspólnego z Objawieniem i z religią katolicką, wrogo nastawione do idei panowania Boga w naszym Narodzie. Głównymi wtedy przeciwnikami Jezusa Króla Polski objawili się: prowincjał jezuitów Prowincji Polski Południowej o. Adam Żak oraz metropolita krakowski ks. kard. Franciszek Macharski, co skutkowało tym, że na drodze zakazów i poprzez różnego rodzaju ostracyzmy próbowano zniechęcić mnie do szerzenia posłannictwa Rozalii. Po dwóch latach utarczek, gdy zorientowano się, że wyżej cenię obowiązek wiary niż względy ludzkie, postanowiono mój problem rozwiązać definitywnie. W czerwcu 1998 r. złożono mnie ze stanowiska Krajowego Dyrektora AM oraz z redaktora naczelnego “PSJ”, a w trzy miesiące potem zażądano ode mnie, bym opuścił Polskę na nieokreślony czas.
W tym czasie jezuici opcji liberalnej czynili wszystko, by zdyskredytować posłannictwo Rozalii, a zwłaszcza wszystkie działania związane z Intronizacją Pana Jezusa na Króla Polski. Już w lutym 1998 r. o. prowincjał Adam Żak podczas egzorty wygłoszonej do członków wspólnoty jezuickiej na Przegorzałach w Krakowie stwierdził, że misją Kościoła nie jest szerzenie Królestwa Bożego na ziemi, a tylko działalność charytatywna. Ten nieporównywalnie heretycki pogląd, godzący w samą istotę Ewangelii, uświadomił mi, jak dalece Towarzystwo Jezusowe zatraciło ducha swego charyzmatu, a także jak groźne może to być dla Kościoła. W tym czasie bowiem szeptano między jezuitami, że o. A. Żak wraz z bp. T. Pieronkiem oraz bp. J. Życińskim przygotowywali razem przemówienia papieskie przed kolejną podróżą do Polski Jana Pawła II.
Rozwój wydarzeń, o których należałoby swoją drogą napisać obszerne sprawozdanie, nie pozostawiał złudzeń, że z chwilą mego wyjazdu z Polski zniszczony zostanie proces Rozalii oraz zniszczona zostanie założona przeze mnie Fundacja Serca Jezusa – powód (łac. actor) w procesie kanonizacyjnym S.B. Rozalii Celakówny (dla wyjaśnienia dodam, że powód to “osoba” zajmująca się finansowaniem procesu oraz prowadzeniem Biura Postulacji przez wskazanego przez siebie postulatora kanonicznie zatwierdzonego). Zważywszy na głęboki kryzys wiary w zakonie jezuitów oraz potrzebę wzięcia w obronę Fundacji Serca Jezusa – pełniącej rolę powoda w procesie – i Biura Postulacji S.B. Rozalii Celakówny, moja decyzja brzmiała: Jeśli zakon zmusza mnie do opuszczenia Polski, to wolę opuścić zakon, by zostać w Polsce dla wyżej wymienionych racji. Moją decyzję przedstawiłem w liście do prowincjała z dnia 30 września 1998:
Powiadamiam, że przed Panem Bogiem i własnym sumieniem podjąłem definitywną decyzję opuszczenia Towarzystwa Jezusowego. Wstąpiłem do Towarzystwa Jezusowego z niezłomną wolą służenia w nim Chrystusowi i bronienia Jego Królestwa na ziemi przed atakami szatana, działającego przez ludzi mu uległych (por. ĆD, Medytacja o dwóch sztandarach). Przez prawie 30 lat coraz bardziej przygniatała mnie świadomość, że Towarzystwo Jezusowe zdradziło swe szczytne ideały, demonstrując w obliczu współczesnych zagrożeń przerażającą pasywność lub – w osobach poszczególnych kapłanów – jawnie spiskując przeciwko Chrystusowi i Jego Królestwu.
Rozwój wydarzeń z ostatnich miesięcy, dotyczących mojej osoby i mojej działalności, przekonał mnie o beznadziejności co do dalszych prób zrealizowania mego powołania na drodze, którą obecnie kroczy Towarzystwo Jezusowe. Przy okazji z przykrością muszę stwierdzić, że poziom moralny, jak również poziom świadomości teologicznej Ojca Prowincjała, które ujawniły się zwłaszcza w prowadzonych ze mną rozmowach, były dla mnie w najwyższym stopniu gorszące. Jestem głęboko przekonany, że prowadzi Ojciec Prowincję sobie powierzoną do duchowego samozniszczenia, szkodząc tym samym całemu Kościołowi.
Biorąc to wszystko pod uwagę, dalsze przebywanie w Towarzystwie Jezusowym niesie dla mnie nieuchronną groźbę zmarnowania życia i budzi poważne obawy o zbawienie wieczne. Dlatego też, doświadczając wielkiej udręki duchowej, którą powoduje powyższa świadomość, jak też psychicznej niemożności dalszego wywiązania się ze ślubów zakonnych, złożonych przeze mnie w dobrej wierze w Towarzystwie Jezusowym, ze swej strony w sposób całkowicie wolny i świadomy z dniem dzisiejszym zrywam te więzy, które łączą mnie z Zakonem poprzez śluby, równocześnie komunikując, że rozpoczynam stosowne starania, by zerwanie tych więzów zostało także uznane od strony formalnej przez kompetentną władzę kościelną.
Dom Zakonny, w którym obecnie przebywam, opuszczę w terminie podanym mi przez Ojca w liście z dnia 29 września 1998 r., tj. do dnia 8 października 1998 r.
      Zgodnie z zapowiedzią opuściłem zakon w październiku 1998 roku, przenosząc się do Wspólnoty św. Klaudiusza, jednostki prawnie działającej w ramach Fundacji Serca Jezusa. Jednakże oficjalne rozwiązanie więzów z zakonem według prawa mogło nastąpić wyłącznie na drodze dymisji udzielonej mi przez zakon. Po rocznym oczekiwaniu dymisję z zakonu otrzymałem w dniu 25 września 1999 r. Rozpocząłem wtedy starania, by znaleźć przychylnego mi biskupa i tu objawiła się twarda rzeczywistość: zbyt potężnych miałem wrogów, by moje poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem.

Chcąc uratować mą godność bezlitośnie szarganą przez dawnych współbraci, ujawniłem powody mego odejścia z Towarzystwa Jezusowego listem otwartym Do Jezuitów. Natomiast, by uratować me kapłaństwo, musiałem uciec się do niezamierzonego zresztą fortelu. W 2000 roku zwróciłem się do ks. kard. Macharskiego z pisemną prośbą o zezwolenie mi na wykonywanie święceń na rzecz Wspólnoty św. Klaudiusza. Ponieważ na mój list nie otrzymałem odpowiedzi od ks. Kardynała, pozwoliło mi to uchwycić się prawa do wykonywania czynności kapłańskich w oparciu o pozwolenie domniemane (zdjęcie 1zdjęcie 2). Dla wyjaśnienia dodam, że “Kodeks Prawa Kanonicznego” zostawia w tym względzie dość szeroki margines, dzięki któremu mogłem rościć sobie prawo do wykonywania święceń (kan. 269, 693, 701, 1335). Jedynie suspensa (dekret zakazujący wykonywania święceń) udzielona mi w formie deklaratywnej przez kompetentną władzę kościelną mogła pozbawić mnie nabytego w powyższy sposób prawa do wykonywania święceń na rzecz Wspólnoty św. Klaudiusza. Suspensy nigdy nie otrzymałem. Jednakże Kuria krakowska i jezuici z Krakowa robili wszystko, by zmusić mnie do zaprzestania posługi kapłańskiej, co praktycznie pozbawiłoby mnie możliwości szerzenia misji Rozalii.

 

Skazani na unicestwienie
Zaczęło się na początku roku 1999 od haniebnego ataku (zdjęcie 1zdjęcie 2zdjęcie 3zdjęcie 4/1zdjęcie 4/2) bpa Kazimierza Nycza na Fundację Serca Jezusa, co zarazem uderzało w proces Rozalii (pamiętajmy, że Fundacja była powodem w procesie) oraz miało na celu pozbawienie mnie jakiegokolwiek oparcia i możliwości działania. Metoda Kurii krakowskiej polegała na tym, by na pierwszym etapie działań w tej sprawie stworzyć pozory własnej bezstronności. Stąd nagle pojawiła się jakaś grupa osób świeckich, na interwencję której Kuria musiała zająć się sprawą Domu Rekolekcyjnego Fundacji.
Wyjaśnienia Fundacji na chwilę ostudziły niszczycielskie zapędy bpa K. Nycza – jak sądzę, będącego jedynie wykonawcą poleceń ks. kard. F. Macharskiego. Jednakże racje wyższe, domagające się zniszczenia Fundacji musiały wziąć górę nad zdrowym rozsądkiem, bo po pięciu miesiącach milczenia bp K. Nycz wydał niezwykle przewrotny komunikat. Z jednej strony rzucał on tyle niejasny, co głęboki oszczerczy cień na Fundację, a z drugiej strony izolował ją od kapłanów i wiernych pod płaszczykiem troski o dobro (a jakże) dzieci.
Drugi etap działań w tej sprawie polegał na tym, by komunikat dotarł do możliwie jak największej ilości ludzi. Opublikowano go w Biuletynie diecezjalnym, a następnie zadbano, by za pośrednictwem głównie ludzi świeckich dotarł on do najdalszych ośrodków i osób utrzymujących od lat łączność z Fundacją. Przypuszczam, że zasadniczy wpływ na te działania Kurii krakowskiej mieli jezuici, gdyż jeszcze w 2006 roku, po upływie 6 lat, o. Tadeusz Chromik rozsyłał nadal komunikat po całej Polsce osobom świeckim. Dla wyjaśnienia dodam, że komunikat “omijał” moją osobę, gdyż wtedy jeszcze formalnie należałem do Towarzystwa Jezusowego i nie było podstaw prawnych do bezpośredniego ataku na mnie, lecz pośrednio, ponieważ zamieszkałem w w/w Domu Fundacji, był przede wszystkim bezlitosnym ciosem we mnie. Przy okazji składam hołd osobom, które wtedy zarządzały Fundacją i prowadziły Dom Rekolekcyjny, bo cierpienie mi zadane z taką samą mocą spadło i na nie.
Oprócz ogromu poniesionych przeze mnie i przez Fundację upokorzeń ten atak nie przyniósł oczekiwanego skutku. Niemniej kampanię oszczerstw i pomówień, zarówno jezuici, jak i Kuria krakowska, kontynuowali w latach następnych. Nie ustawali w zniesławianiu mnie, udzielając fałszywych informacji, że zniszczyłem Apostolstwo Modlitwy, że porzuciłem kapłaństwo, że jestem suspendowany (przodował w tym kolejny jezuicki prowincjał o. Krzysztof Dyrek, rektor Bazyliki Serca Jezusa, o. Kazimierz Trojan, o. Tadeusz Loska i kilku innych jezuitów) lub że zostałem wyrzucony z zakonu i że nie mam prawa wykonywania święceń (przodowała w tym Kuria krakowska). Ponadto powyższe instytucje wbrew prawu i oczywistym faktom zniesławiały nadzorowane przez Fundację Serca Jezusa Biuro Postulacji S.B. Rozalii Celakówny twierdząc, że takowe nie istnieje, a jeśli działa, to nielegalnie. Z tego powodu zabroniono w Posłańcu Serca Jezusowego umieszczać adres Biura Postulacji, a wkrótce potem całkowicie usunięto z niego rubrykę poświęconą Rozalii.
Należałoby postawić pytanie, skąd u powyższych osób brał się ten zapał w niszczeniu Fundacji, Biura Postulacji i mnie? Według mego wieloletniego rozumienia całości wydarzeń odpowiedź jest jedna: to paniczny lęk i bunt wobec misji, która jest złączona z postacią Rozalii Celakówny, wyzwalały u nich tę skrajną determinację, którą można zrozumieć tylko w kontekście działań królestwa ciemności. Chodzi przecież o rzecz zasadniczą – jaki duch przejmie władzę nad światem!
Jak dalece Kuria krakowska podległa ks. kard. Franciszkowi Macharskiemu oraz jak dalece jezuici krakowscy sprzymierzyli się w zniszczeniu misji Rozalii, zmierzającej do poddania Polski pod władzę Jezusa Króla, świadczą takie działania, jak:
·   Stanowczy opór ze strony jezuitów i Kurii krakowskiej wobec projektu złożenia wotum – złotej korony – w Bazylice Serca Jezusa w Krakowie;
·   Nie dopuszczenie do wystawienia sarkofagu S.B. Rozalii Celakówny w Bazylice Serca Jezusa w Krakowie i do ekshumacji jej doczesnych szczątków z Cmentarza Rakowickiego, mimo poczynionych wszystkich wcześniejszych umów, uzgodnień prawnych i zezwoleń konserwatorskich. Ten akt wrogości powyższych władz wymaga odrębnego opracowania;
·   Systematyczne zwalczanie, oczernianie i pomawianie mojej osoby, zwłaszcza przez jezuitów. Jest to o tyle niezwykłe, że co roku paru jezuitów opuszcza zakon lub przebywa poza nim nielegalnie i nigdy się nie zdarzyło, by reszta jezuitów się nimi “interesowała” w ten sposób. Zatem powód tych prześladowczych działań musiał mieć jakieś ukryte tło – jak sądzę, wrogość wobec Jezusa Króla Polski;
·   Odmawianie przez 7 lat przez Metropolitę Krakowskiego podpisania gotowych dokumentów i zamknięcia procesu Rozalii na etapie diecezjalnym;
·   Bestialskie zniszczenie przez Kurię krakowską w roku 2001 zachowanego w dobrym stanie domu rodzinnego S.B. Rozalii Celakówny, tej najcenniejszej pamiątki – swoistej relikwii po niej – dla Kościoła powszechnego. Podstawowe informacje odnośnie do tej sprawy znajdziesz w dziale proces kanonizacyjny – dom rodzinny Rozalii, a całość czeka na bardziej szczegółowe opracowanie. Dodam tu tylko, że w tamtym czasie wydawało się, że zarówno mój los, jak i los Fundacji i Biura Postulacji jest już przesądzony i że wszyscy znikniemy razem z domem rodzinnym Rozalii po cichu i bez śladu, co ośmielało do podjęcia barbarzyńskiego działania. Stało się jednak inaczej.

Między tymi faktami, a faktem otwarcia procesu Rozalii przez ks. kard. Franciszka Macharskiego wydaje się, że zachodzi sprzeczność, bo przecież otwarcie procesu świadczy o czymś innym. Niestety tak wydawać się może jedynie osobom nie znającym okoliczności otwarcia procesu Rozalii. Wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności jest proste: od śmierci Rozalii minęło 50 lat, a od starań wyniesienia jej na ołtarze podejmowanych przez ks. Dobrzyckiego ponad 20 lat. Gdy w 1996 roku podjąłem starania o otwarcie procesu, ks. Kardynał miał dość mgliste wyobrażenie o Rozalii, pamiętając tylko, że swe życie poświęciła wenerycznie chorym. Ani on, ani nikt z biskupów decydujących o otwarciu procesu, nie znał jej posłannictwa. Z kolei przy prezentowaniu przyszłej kandydatki na ołtarze Biskupom Polskim wymaga się tylko ukazania heroiczności jej cnót, wiary i życia. Dlatego o misji Rozalii przed otwarciem procesu nikt nie wspomniał. Gdy po otwarciu procesu ujawniła się jej misja, wywołało to ogromny niepokój w Kurii krakowskiej i chęć wycofania się z tej, dla nich błędnej, decyzji.

Działalność na rzecz Intronizacji
      Od 2003 r. na wielką skalę zacząłem szerzyć w Polsce misję Rozalii – Intronizację Jezusa Króla Polski. Ukazała się moja książka Ostatnia walka o Bogu Królu w dziejach świata i o Jego przeciwniku Lucyferze. Książka zyskała bardzo przychylne opinie ks. prof. Czesława Bartnika oraz abpa Stanisława Wielgusa i cieszy się do dziś powodzeniem. Opracowaliśmy “Siedmiodniowe nabożeństwo intronizacyjne” oraz została wykonana i seryjnie powielana figurka Jezusa Króla Polski. To wszystko sprawiło, że dzieło Intronizacji Jezusa na Króla Polski zaczęło rozwijać się żywiołowo.

Początkowo największym zagrożeniem dla szerzonego przez nas posłannictwa Rozalii było wypaczanie jego istoty przez tzw. Wspólnoty dla Intronizacji Najświętszego Serca. One to w osobach swych liderów: p. Ewy Nosiadek, p. Stanisława Leniartka, o. Henryka Klimaja, o. Jana Mikruta często w sposób naiwny i fanatyczny zastępowały Intronizację Osoby Chrystusa Króla Intronizacją Jego Serca. W ten sposób postać Jezusa Króla przysłaniały Jego Sercem, w efekcie sadowiąc na tronie nie Osobę, a tylko jeden z Jej organów, choć godny największego uwielbienia, to jednak nie wyrażający majestatu, wszechwładzy i osobowej godności Boskiego Króla. By zobrazować dramat tej pomyłki, ucieknę się do obrazu zaślubin: Proszę sobie wyobrazić sytuację, że pan młody pragnie zawrzeć związek małżeński nie z osobą, lecz z sercem swej narzeczonej. Czy byłby możliwy taki związek małżeński? Tak samo niemożliwa jest Intronizacja Serca – postawienie Serca w miejsce Osoby Króla.
W trosce o czystość kultu Jezusa Króla, a także, by nie utożsamiano działalności Biura Postulacji z działaniami osób niekompetentnych, postanowiliśmy zwrócić się w tej kwestii do kard. Franciszka Macharskiego listem z dnia 04.09.2004 r. Ku naszemu zaskoczeniu zdarzyło się, że odpisał na list do niego skierowany:
Jednakże już następna próba porozumienia się w sprawie Intronizacji z księdzem Kardynałem okazała się być nieudana. Poprosiliśmy o udzielenie imprimatur na “Siedmiodniowe nabożeństwo intronizacyjne” i choć opinia cenzora była pozytywna, to jednak imprimatur nie dano argumentując, że książka zawiera nabożeństwo intronizacyjne wg pism Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny w sytuacji, gdy nie został jeszcze zakończony proces beatyfikacyjny. Na tym skończyła się ta lekka odwilż i nastąpiła dalsza twarda walka o uznanie Jezusa Królem Polski.
Rozchodziły się materiały intronizacyjne i sprawa posłannictwa Rozalii stawała się coraz bardziej znana. Lecz równocześnie coraz więcej księży biskupów oraz księży o orientacji liberalnej lub wprost promasońskiej poczęło atakować dzieło Intronizacji Jezusa na Króla Polski. Najskuteczniejszym zaś sposobem jego zwalczania było zajadłe oczernianie mnie i współdziałających ze mną podmiotów. W tej walce z Jezusem Królem nadal przodowali jezuici i Kuria krakowska. Niektórzy jezuici jak na przykład: o. Stanisław Łucarz, o. Ryszard Machnik, o. Marek Wójtowicz pisali artykuły o tym, że Pan Jezus pragnie tylko korony cierniowej, że jest sługą pokornym człowieka i ani myśli nad nim panować. Po Polsce rozesłano misjonarzy, którzy pod kierunkiem o. S. Móla SJ podczas rekolekcji misji parafialnych “wylewali” kubły pomyj na mnie i na prowadzoną przeze mnie działalność intronizacyjną. Inni jezuici, jak na przykład o. Krzysztof Dyrek, o. Tadeusz Chromik, o. Tadeusz Loska, swymi informacjami zasiewali nieufność wobec misji Rozalii i mojej osoby, a poszukujących prawdy lub sensacji odsyłali do Kurii krakowskiej. Ta z kolei potwierdzała wcześniejsze dezinformacje dotyczące mnie i Biura Postulacji.
Ze smutkiem obserwowałem, jak złote ziarno prawdy o królowaniu Jezusa nad naszym Narodem, posiane nieraz w najdalszych częściach Polski, było szybko odnajdywane przez kruki ciemności i niszczone. Ludzie zapalali się do Intronizacji Jezusa na Króla Polski, ale zmrożeni informacjami o “Szczyglicach”, płynącymi z najbardziej autorytatywnych źródeł często zamieniali swój zapał do Intronizacji na żądzę zniszczenia mego imienia i wszystkiego tego, co z nim się łączyło – przede wszystkim moich publikacji o Jezusie Królu Polski. Eskalacja działań zniesławiających mnie była tak wielka, że postanowiłem szukać obrony u Episkopatu Polski. Do prawie wszystkich biskupów wysłałem list z prośbą o pomoc, dołączając do niego dokumenty obrazujące moją sytuację oraz metody niszczenia mnie. Jednakże pasterze byli zbyt zajęci swoimi sprawami, by zawracać sobie głowę tym małym epizodem w życiu Kościoła w Polsce. Owszem z Sekretariatu Episkopatu Polski otrzymałem odpowiedź, w której zawarte są słowa współczucia, ale która do sprawy nic nie wniosła.

Objawiona nienawiść do Jezusa Króla Polski
      Zmiana na stanowisku metropolity krakowskiego budziła we mnie nadzieję. Nowy Arcybiskup Krakowa, okryty sławą po zmarłym Janie Pawle II, zasiadając na swym tronie w Katedrze wawelskiej może uzna prawa Pana Jezusa do korony Polski? Początki nowych rządów metropolią krakowską były dość obiecujące. Przede wszystkim nastąpiła wymiana urzędników na najważniejszych stanowiskach w Kurii, a ksiądz Kardynał czynił wrażenie człowieka otwartego i życzliwego.

Poczynając od 2005 roku, udawały się do księdza kard. Stanisława Dziwisza delegacje w mojej sprawie i w sprawie zamknięcia procesu. W czasie tych spotkań nigdy nie padły z jego strony nieżyczliwe słowa, lecz tematu też nigdy nie podjął, ograniczając się do grzecznościowych gestów. Odczekawszy nieco aż po ingresie przeminie pierwszy natłok wydarzeń, udałem się 5.11.2005 r. do ks. abpa Stanisława Dziwisza na rozmowę, by przedstawić mu prośbę o kanoniczne uregulowanie mej sytuacji. Prośbę tę przedstawiłem również na piśmie, do którego dołączyłem szereg dokumentów obrazujących moje dotychczasowe starania i źródło dotychczasowych moich trudności. Otrzymałem ustne zapewnienie od ks. abpa S. Dziwisza, że odpowiedź w mej sprawie dostanę na piśmie. Gdy czas oczekiwania na nią przedłużał się, rozpocząłem starania o powtórne z nim spotkanie. Ks. Sekretarz indagowany dwukrotnie przeze mnie w lutym i w kwietniu 2006 roku za każdym razem polecał mi nadal czekać.
Jednakże czas mierzony wydarzeniami intronizacyjnymi biegł o wiele szybciej i nie pozwalał mi na bezczynność. Angażując się w te wydarzenia, coraz bardziej narażałem się środowiskom wrogim Jezusowi Królowi Polski. Na przełomie kwietnia i maja 2006 roku odbyła się “burzliwa” dziewięciodniowa adoracja w Katedrze wawelskiej, uwieńczona Aktem intronizacyjnym Jezusa Króla Polski. Mnożyły się pielgrzymki intronizacyjne i różne akcje promujące Intronizację. Coraz częściej zapraszano mnie do różnych ośrodków w Polsce z prelekcjami na temat Intronizacji Jezusa Króla Polski, w tym dwukrotnie do Warszawy na spotkanie z parlamentarzystami. Podczas tych spotkań przekazywałem Boże wezwanie do uznania Pana Jezusa Królem Polski, co według objawień udzielonych Rozalii ma być warunkiem ocalenia naszego narodowego bytu. Po tych spotkaniach docierały do mnie różne odgłosy, bądź przychylności, bądź wrogości. Zdawałem sobie sprawę, że narastająca w Polsce fala żądań Intronizacji Jezusa na Króla Polski zmusza poszczególne osoby i całe środowiska, nie wyłączając ludzi Kościoła, do opowiedzenia się po którejś ze stron. Niestety z Kurii krakowskiej zaczęła sączyć się w mym kierunku narastająca wrogość. Na domiar złego okazało się, że najbliższy przyjaciel o. A. Żaka, który teraz piastuje w Rzymie jedno z najwyższych stanowisk w Towarzystwie Jezusowym, człowiek najbardziej wpływowy z krakowskich jezuitów, o. Bogusław Steczek, był mocno związany poprzez Rzym z obecnym Metropolitą, co nic dobrego nie wróżyło moim staraniom.
Ponadto kwestia Intronizacji pod koniec roku 2006 osiągnęła w Polsce stan wrzenia, gdy media ujawniły treść projektu poselskiej uchwały o nadanie Panu Jezusowi tytułu: Jezus Król Polski. Siły wrogie tej inicjatywie, odrzucające Jezusa Króla Polski, obecne także pośród hierarchii przystąpiły wprost do furialnego ataku na propagatorów i zwolenników Intronizacji. Zdawałem sobie sprawę, że siłą rzeczy znajdę się w samym centrum zmagań i represji, ale nie przypuszczałem, że okażą się one tak brutalne.
Dotychczas architekci obrony Polski przed Jezusem Królem pośród kościelnej hierarchii starali się ukryć swą postawę przed Narodem albo milcząc, albo udzielając wymijających odpowiedzi. Jednakże zostali zmuszeni do ujawnienia swych przekonań, gdy posłowie projektodawcy uchwały, nadającej Panu Jezusowi tytuł: Jezus Król Polski, zwrócili się z pisemną prośbą do Episkopatu o zajęcie w tej sprawie stanowiska. Ani przyzwolenie, ani zakaz bądź ze względów politycznych, bądź ze względów religijnych, nie wchodziły w grę. Zdecydowano się na trzecią możliwość, będącą klasycznym półśrodkiem: postanowiono zamknąć proces Rozalii na terenie Archidiecezji krakowskiej, jednocześnie zobowiązując posłów do zaniechania działań w sprawie powyższej uchwały. Pozwoliło im to na zachowanie twarzy, a jednocześnie, przynajmniej chwilowo, oddalić widmo uznania Jezusa Królem Polski. Prawdopodobnie w tych rachubach zamkniecie procesu było z dwojga złego mniejszym złem, gdyż w Rzymie dalszy proces Rozalii można zagrzebać na wiele, wiele lat. Tak więc od siedmiu lat zablokowany proces z racji – jak sadzę – politycznych, a nie religijnych ruszył z miejsca, ale bez oznak przychylności ze strony ks. kard. S. Dziwisza, co potwierdziły potem wszystkie okoliczności związane z zamknięciem procesu S.B. Rozalii Celakówny.

Egzekutorzy w akcji
      Pierwszą ciemną chmurą zapowiadającą burzę był list Kanclerza Kurii, ks. Piotra Majera, do prof. A. Flagi, napisany w imieniu Kardynała na dwa tygodnie przed zamknięciem procesu. W liście tym ks. Kanclerz “ni w pięć ni w dziewięć” kwestionował moją osobę, stwierdzał że Biuro Postulacji S.B. Rozalii działa w Szczyglicach nielegalnie, a także przypisywał środowiskom patriotyczno-narodowym, upominającym się o wyniesienie Rozalii na ołtarze oraz o Intronizację Jezusa na Króla Polski, motywy polityczne. Te trzy oskarżenia miotane przez Kurię krakowską niczym pociski miały zniszczyć naszą satysfakcję i przyszłe korzyści dla Intronizacji Jezusa Króla, płynące z faktu zamknięcia procesu Rozalii. Oczywiście na list skierowany do Ks. Kardynała (zdjęcie 1zdjęcie 2/1zdjęcie 2/2zdjęcie 3/1zdjęcie 3/2), będący mimo wszystko próbą wyjaśnienia tych pomówień, pan prof. A. Flaga nie otrzymał odpowiedzi. W miarę jak zbliżał się termin zamknięcia procesu, gęstniała atmosfera sekretu i niepewności, co wydarzy się podczas jego zamknięcia. Wytworzyła się sytuacja bardzo niezręczna, bo z jednej strony Kuria traktowała Fundację i Postulację jak intruzów, a z drugiej strony, by proces był ważnie zamknięty musiała uznać ich umocowanie kanoniczne w procesie.

Nadszedł 17 kwietnia 2007 r., dzień zamknięcia procesu. Ponieważ sesja końcowa procesu została utajniona, na “salę obrad” przybyły osoby mające z urzędu obowiązek lub prawo do wzięcia udziału w jej przebiegu. Dlatego dla przedstawicieli Fundacji Serca Jezusa oraz Biura Postulacji zaskoczeniem było, że oprócz Członków Trybunału, na sesję przybyło kilku zaproszonych jezuitów. Spotkały się zatem połączone siły Kurii krakowskiej z jezuitami, by przeprowadzić zamknięcie procesu S.B. Rozalii Celakówny. Gdy wszystkim urzędowym formalnościom stało się zadość i gdy akta zamykające proces zostały opatrzone podpisami i pieczęciami, szybko wyjaśniła się tajemnicza obecność jezuitów. To właśnie im ksiądz Kardynał zlecił troskę o dalsze prowadzenie procesu Rozalii oraz dbałość – jak to sam nazwał – o czystość jej posłannictwa! Przy okazji chciałbym zapoznać Państwa z bardzo ciekawym dokumentem z 1996 roku świadczącym o zadziwiającej metamorfozie podejścia jezuitów do sprawy procesu Rozalii.
Osoby reprezentujące Fundację i Biuro Postulacji wyszły z sesji końcowej procesu Rozalii pokonane, z poczuciem wielkiej krzywdy. Jednakże oścień nienawiści nie przeciw nim był wymierzony. W dwa dni potem “pluton egzekucyjny” został uzbrojony w niepodpisaną Informację na temat działalności ks. Tadeusza Kiersztyna i jakby pazernemu złu tego było mało, w drugiej części Informacji zamieszczono (jedyną zresztą) oficjalną wiadomość o zamknięciu procesu Rozalii. Postąpiono tak w tym celu, by błoto, którym mnie obrzucano, skapywało na Rózię, na jej proces i misję – zaprawdę diabelski pomysł, by zniechęcić ludzi do ogłoszenia Pana Jezusa Królem Polski:
Treść tej informacji, bez uprzedniej rozmowy ze mną, bez powiadomienia mnie o niej i bez możliwości ustosunkowania się do stawianych mi zarzutów, jest przemyślaną próbą dokonania moralnego mordu na mojej osobie przez kurialny “pluton egzekucyjny”.
Powyższą informację Kuria krakowska udostępniła bezzwłocznie zorganizowanej przez p. Annę Krzyk grupie osób świeckich, by mogły ją upowszechnić z odpowiednim komentarzem we wszystkich środowiskach, z którymi do tej pory współpracowałem lub które mnie znały i ceniły. Od tych osób droga okrężną dowiedziałem się o rozsyłanej po Polsce informacji i o wyjątkowo perfidnym załączniku, który z ofiary czyni winowajcę, a z oprawcy dobrodzieja. Posłużono się zatem tą samą metodą, którą Kuria wcześniej przetestowała w zwalczaniu Fundacji, udoskonalając ją o tyle, że pod Informacją nie było już podpisu, by ewentualna odpowiedzialność za nią spadła na wielu, a zatem na nikogo!
Oto treść załącznika do Informacji przekazywanego głównie drogą elektroniczną:       Gdyby ten tekst pisał sam diabeł, to mógłby być z niego dumny, gdyż nie zawiera on ani jednego prawdziwego stwierdzenia, oprócz informacji o możliwości zakupu zdjęć.
Znajomy ksiądz mnie ostrzegał, że według Marii Valtorty w czasach ostatecznych na dziesięć osób siedem będzie Judaszami. Ponieważ trzon tej grupy utworzonej przez p. Annę Krzyk stanowią osoby, które przez dłuższy okres czasu podawały się za moich przyjaciół, w pewnym momencie przejętych przez jezuitów, potwierdza się moje przypuszczenie, że Ostatnia walka już nastała.
Uderzenie to jakoś przeżyłem. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak odnieść się do informacji oficjalnym listem napisanym w dniu 3 maja 2007 r. (zdjęcie 1zdjęcie 2):
Na powyższy list odpowiedzi nie otrzymałem. W naszych czasach powstał zwyczaj, że do terrorysty faktycznego, czy urojonego strzela się bez uprzedzenia, a z postrzelonym się nie rozmawia, lecz szuka się sposobności, aby go dobić. Ponieważ w walce ze mną komando świeckie okazało się za mało skuteczne i za mało przebiegłe, znów padł rozkaz użycia w walce ze mną “broni” cięższego kalibru. Informację na temat mojej rzekomej działalności wydrukowało w nr 22/2007 Źródło – tygodnik rodzin katolickich, szczycący się tym, że broni życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
Niezwłocznie do akcji przystąpili także jezuici, propagując po Mszach św. w Bazylice Serca Jezusa i na czuwaniach nocnych Informację. “Zadbali” także o czystość misji Rozalii, głosząc wiernym konieczność przeprowadzenia Intronizacji Serca Jezusa zamiast Intronizacji Jezusa Króla.
Jak tu się bronić, gdy wilki zewsząd atakują? Napisałem list z prośbą o pomoc do wszystkich Kardynałów, Arcybiskupów i Biskupów Polskich, dołączając Informację i moją na nią odpowiedź. Odpisali mi tylko trzej hierarchowie (zdjęcie 1zdjęcie 2zdjęcie 3).
Napisałem także w sprawie wydrukowanego w Źródle paszkwilu list na ręce Redaktora naczelnego dr inż. Adama Kisiela – czekam na odpowiedź.

Z pomocą przyszły mi organizacje narodowo-patriotyczne od dawna walczące o uznanie Pana Jezusa Królem Polski. Organizacje te wysłały piękny list do Kongregacji w Rzymie (zdjęcie 1zdjęcie 2zdjęcie 3) oraz wykazały moje zasługi w liście skierowanym do kard. S. Dziwisza (zdjęcie 1zdjęcie 2zdjęcie 3), później wydrukowanym w Źródle nr 20/2007. ponadto z pomocą modlitewną przyszło mi wiele osób i organizacji z Polski i z zagranicy. Wszystkim tym organizacjom i osobom serdecznie dziękuję za podtrzymanie w mych rękach sztandaru Jezusa Króla Polski. Natomiast do Jego przeciwników apeluję w imię Boga: Opamiętajcie się!

ks. Tadeusz Kiersztyn

Szczyglice, dnia 9 czerwca 2007 r.

 http://www.rozalia.krakow.pl/wiadomosci/-news,12.htm

by  on 22/08/2012 in Antykościół


People in this conversation

Comments (2)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
This comment was minimized by the moderator on the site

† Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei. Requiescat in pace †

Guest
This comment was minimized by the moderator on the site

Zagadka św. Piusa X
Maria Flis
Posted by Maria Flis on środa, 19 sierpień 2015 in Kościół Święty
Font size: Larger Smaller Hits: 5949 0 Comments Subscribe to this entry Print Bookmark


inShare

0Save
Św. Piusa X
20 sierpnia

b2ap3_thumbnail_Pope-...

Zagadka św. Piusa X
Maria Flis
Posted by Maria Flis on środa, 19 sierpień 2015 in Kościół Święty
Font size: Larger Smaller Hits: 5949 0 Comments Subscribe to this entry Print Bookmark


inShare

0Save
Św. Piusa X
20 sierpnia

b2ap3_thumbnail_Pope-Pius-X.jpg

„Inicjatywy św. Piusa X zostały podczas II Soboru Watykańskiego wprost zanegowane.”

Jan Vennari



Właściwie to na cztery zagadki natrafia wierny, szukający prawdy nt św. Piusa X:

1. Czy ciało św. Piusa X znajduje się rzeczywiście w bazylice św. Piotra na Watykanie w kaplicy Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny? Czy Jan 23 wywiózł zwłoki Piusa X pociągiem do Wenecji?

Sainted Pope Pius X Back To Venice (1959): https://www.youtube.com/watch?v=rUsuDKx2G6o



2. Co czczą wierni, klękający przed stylowymi, szklanymi trumnami, umieszczonymi pod ołtarzami Bazyliki św. Piotra w Rzymie?

b2ap3_thumbnail_Tomb_of_pope_Pius_X.jpg

Drewniane posągi ubrane w stroje pontyfikalne z nałożonymi maskami pośmiertnymi i odlewami dłoni czcigodnych denatów?



3. Dlaczego wspomnienie św. Piusa X obchodzi się 21 sierpnia, skoro śmierć nastąpiła 20 sierpnia?



4. Czy przodkowie Piusa X pochodzili ze Śląska?

Według irlandzkiego księdza Malachiego Martina - znawcy największych sekretów Watykanu - pierwszym Polakiem na tronie Piotrowym był zmarły w 1914 roku św. Pius X. Choć informacja ta znajduje potwierdzenie w kilku innych źródłach, wokół polskich korzeni wielkiego papieża panuje dziwne milczenie.

W roku 1990 ukazała się książka Martina "The Keys of This Blood", w której znaleźć można sensacyjną wzmiankę o ukrywaniu przez Watykan polskich korzeni św. Piusa X. Według autora - ojciec świętego papieża był Polakiem, który do Włoch przybył z Wielkopolski na początku XIX wieku. Po kilkuletnich perypetiach Polak ów - Jan Krawiec - osiedlił się w podweneckim Riese, gdzie zmienił nazwisko na Sarto (co po włosku znaczy "krawiec") i ożenił się z niejaką Margheritą Sanson. Drugim dzieckiem z tego małżeństwa był właśnie urodzony w 1835 r. Giuseppe Melchiore Sarto - przyszły Pius X.

Papież dzieci i Polaków
Pius X to ostatni jak dotąd papież uznany za świętego. Jego pontyfikat (1903-1914) przeszedł do historii jako czas bezkompromisowej walki z modernizmem, agnostycyzmem oraz innymi "nowinkami" religijnymi. Święty papież zreformował kurię rzymską, utworzył Instytut Biblijny, przyczynił się do opracowania nowego śpiewnika gregoriańskiego. Zwany był "papieżem dzieci", ponieważ do najmłodszych i najsłabszych bliźnich odnosił się z niezwykłym ciepłem i łagodnością.
Napisał nawet dla nich specjalny dokument zezwalający siedmiolatkom przystępowanie do Pierwszej Komunii Świętej:

quam-singulari-christus-amore-o-wczesnym-dopuszczeniu-dzieci-do-pierwszej-komunii-swietej/

[„Bardzo kochał dzieci, a pragnąc dać im dostęp do Jezusa, specjalnym dekretem obniżył wiek dzieci przystępujących do

I Komunii.” - tak pisze o Komunii św. Bogna Paszkiewicz, „Oremus” sierpień 2008, s. 99 ]

b2ap3_thumbnail_pius-x-bc582ogosc582-przez-p-jezusa-deedeescreations-com_amandafirstcommunionremembrance_rzymski-katolik-blogspot-com.jpg



Historyczny pontyfikat Giuseppe Melchiore Sarto obfitował także w zaskakująco serdeczne gesty pod adresem Polski i Polaków. Św. Pius X beatyfikował w 1905 r. śląskiego jezuitę Melchiora Grodzieckiego, mianował pierwszych polskich biskupów dla Polonii amerykańskiej, założył w Rzymie hospicjum dla polskich studentów, wreszcie

wyniósł do godności bazyliki świątynię jasnogórską, ustanawiając dzień 26 sierpnia uroczystością Matki Boskiej Częstochowskiej. W roku 1910 papież przesłał do Częstochowy drogocenną koronę, którą zawieszono na cudownym obrazie:

b2ap3_thumbnail_mediafile-i46c78AEj9y-6.jpg

Korony MB Częstochowskiej i Dzieciątka Jezus od Piusa X

- wcześniej zaś doprowadził do uroczystych koronacji wielu innych polskich obrazów Matki Bożej, m.in. w Dzikowie (1904), Lwowie (1905), Krakowie (1907) i Sulisławicach (1913).
To nie wszystko. Wiedząc o trudnej sytuacji polskich katolików we wszystkich trzech zaborach, św. Pius X walczył o obsadzanie stolic biskupich właśnie Polakami - od 1905 r. jego ukochanym szambelanem był zresztą słynny później metropolita krakowski Adam Sapieha. W serię tych zdumiewających posunięć wpisuje się reakcja świętego papieża na przybycie do Watykanu grupy 50 polskich unitów, którzy w wyniku prześladowań politycznych przedarli się nielegalnie przez granicę i opuścili rodzinne strony. Giuseppe Sarto, ku zdziwieniu uczestników audiencji, ucałował ranę jednego z nich i powiedział: "Powtórzcie braciom waszym, że Ojciec Święty pamięta o was, modli się za was i pragnie gorąco spotkać się z wami w niebie".
Fakty te są o tyle zastanawiające, że o większości z nich w oficjalnych biografiach św. Piusa X w ogóle się nie wspomina.

Fałszerstwo po włosku
Oficjalne życiorysy Giuseppe Melchiore Sarto nie zawierają żadnej informacji również na temat jego domniemanych polskich korzeni. W watykańskich biogramach można przeczytać o włoskim ojcu papieża - Giovannim Sarto (1792-1853) - i włoskiej matce, wspomnianej Marghericie Sanson. Udokumentowana genealogia rodu Sarto sięga, jeśli wierzyć italskim historykom, aż XIV wieku. Czyżby więc w wersji mówiącej o Janie Krawcu jako o ojcu papieża nie było nawet dozy prawdopodobieństwa?
Można by tak przypuszczać, gdyby nie poważne ryzyko, że włoskie metryki zostały po prostu sfałszowane. Ks. Martin przypomina, że Giuseppe Sarto został wybrany papieżem dość przypadkowo, bo po wecie, jakie złożono wobec innego kandydata - kardynała Rampolli. Wybór Włocha zawetował w 1903 r. polski kardynał Jan Puzyna - czyniąc to w imieniu cesarza Austrii Franciszka Józefa I (zgodnie z ówczesnymi zasadami), któremu nie podobała się profrancuska postawa Rampollego. Gdy jednak do Austrii dotarła wiadomość, że wybrany na papieża dzięki Puzynie kardynał Giuseppe Sarto jest polskiego pochodzenia - w Wiedniu zapanowała panika... Natychmiast przystąpiono więc do niszczenia wszelkich dokumentów, których ujawnienie mogłoby wywołać wśród Polaków niebezpieczny entuzjazm - donosi w swej książce Malachi Martin.
Jak sprawdziła "GP", na realność jego hipotezy wskazuje mnóstwo poszlak, w tym dwa skrajnie różne wizerunki ojca papieża - Giovanniego Sarto - w oficjalnych biografiach. Według niektórych historyków był on ubogim woźnym miejskim lub listonoszem, co potwierdzają m.in. fotografie jego domu w Riese, gdzie urodził się św. Pius X. Według innych - zamożnym ziemianinem, co przeczyłoby faktom (rodzina papieża żyła w biedzie) i ówczesnym włoskim zwyczajom (matka papieża była szwaczką-analfabetką). Skąd takie rozbieżności? Być może stąd, że jakiś Sarto - którego rodowód Włosi bez problemu mogli podłożyć pod polskiego Jana Krawca vel Giovanniego Sarto (to w okolicach Riese popularne nazwisko) - był właśnie ziemskim właścicielem, więc musiano "dostosować" do jego osoby prawdę historyczną o warunkach ekonomicznych, w jakich wzrastał przyszły papież. Fałszerstwo przyszłoby o tyle łatwo, że matka św. Piusa X zmarła w 1891 r., a jego ojciec 38 lat wcześniej (papież nie był jeszcze wtedy nawet księdzem), więc rodzeństwo Piusa - młodsze od urodzonego w 1835 r. papieża - mogło swojego ojca nie pamiętać.
Wątpliwości te potwierdzają jeszcze dwa dziwne fakty: brak grobu ojca papieża w Riese oraz jego metryki w tamtejszych księgach parafialnych. Wbrew temu, co "ustalili" w 1903 r. (zaraz po tym, jak kardynał Sarto został papieżem) włoscy genealodzy - w rodzinnym miasteczku św. Piusa X nie ma zapisu, łączącego bogatego Włocha Giovanniego Sarto z przyszłym świętym. Wiedzę o tym zawdzięczamy relacji ks. Pawła Nieużyły, który w 1985 r. odwiedził Riese i rozmawiał z tamtejszym proboszczem - kanonikiem Giuseppe Liestim.

Tropy wiodą na Śląsk

Ks. Malachi Martin napisał, że Jan Krawiec - domniemany ojciec św. Piusa X - przybył do włoskiego Riese z Wielkopolski. Irlandzki kapłan pomylił jednak prawdopodobnie tę krainę ze Śląskiem Opolskim, gdyż wszystkie polskie ślady wielkiego papieża prowadzą właśnie tam.

Pierwszy trop to przekazy ustne. O tym bowiem, że Giuseppe Sarto może być synem śląskiego Krawca, mówiono we wsiach dzisiejszego powiatu gliwickiego już na początku XX wieku. Nazwisko "Krawiec" jest tam, jak sprawdziliśmy, szczególnie popularne, a pierwsze zapisy metrykalne dotyczące tego rodu - który osiadł w kilkunastu miejscowościach wokół podgliwickiego miasteczka Toszek - sięgają 1660 r. Z jednej z tych wsi, z Boguszyc (pow. gliwicki), wywodzi się rodzina Krawców, której XX-wieczny potomek - Alojzy - miał po śmierci Piusa X w 1914 r. otrzymać z Watykanu specjalne zawiadomienie, dotyczące spraw majątkowych. Starannie przechowywany dokument zaginął w czasie II wojny światowej, ale żyją jeszcze ludzie, którzy widzieli go na własne oczy.

W czasie okupacji hitlerowskiej - co potwierdził w jednym z opublikowanych pośmiertnie artykułów ("Katolik", 13 I 1957) ks. Józef Umiński - mówiono o polskim pochodzeniu przodków św. Piusa X we franciszkańskim klasztorze na Górze św. Anny oraz w śląskim zakonie żeńskim w Porębie. W jednej ze wspólnot zakonnych jeszcze do niedawna żyły siostry, których krewna - zwana ciocią Maryną - trzykrotnie pielgrzymowała do Rzymu, by osobiście spotkać się z papieżem Piusem X. Kobieta ta pochodziła właśnie z Boguszyc - jak podaje w jednej ze swoich książek ojciec werbista Henryk Kałuża.

Drugi trop to drzewo genealogiczne boguszyckiej rodziny Krawców, sporządzone (po niemiecku) przed II wojną światową przez kogoś ze zgermanizowanej gałęzi rodu. Widział je wspomniany już ks. Umiński, który zostawił jego następujący opis: "We wsi Boguszyce było niegdyś małżeństwo Krawiec. Tablica wymienia pięcioro ich dzieci. Z tych pierwszy syn, Antoni, ożenił się w Jemielnicy (pow. strzelecki, woj. opolskie). Drugi syn zbiegł w czasie wojny 1812/13 r. do Ameryki. Trzeci syn zbiegł w czasie tejże wojny do Riese w północnych Włoszech, tam ożenił się, był urzędnikiem pocztowym i miał ośmioro dzieci". Według tego tropu - to właśnie ów trzeci Krawiec był polskim ojcem przyszłego papieża.

"GP" dotarła do nowszej wersji tego rodowodu. Wynika z niego jasno, że Krawiec - ojciec papieża - miał dwóch braci i dwie siostry: Katarzynę i Ewę. Na drzewie rozpisane są daty urodzin i śmierci kolejnych potomków rodu Krawców - aż do lat 60. XX wieku. Niemal wszystkie zawarte w rodowodzie informacje znajdują potwierdzenie w sprawdzonych przez nas zapisach metrykalnych, zagadką pozostaje jednak postać samego papieża - urodzonego już we Włoszech - oraz jego ojca, o którym wiadomo jedynie, że emigrował z Boguszyc w 1812 lub 1813 r. Nasuwa się pytanie: czy można tę część drzewa genealogicznego uznawać za prawdziwą?

Wątek amerykański

Jedną z przesłanek, przemawiającą za autentycznością całości rodowodu Krawców, jest kwestia zasygnalizowana przez biskupa Józefa Gawlinę w liście do kardynała Augusta Hlonda z 25 kwietnia 1937 r. (opublikowany dopiero niedawno).

Bp Gawlina - żywo zainteresowany polskimi korzeniami św. Piusa (bezskutecznie pytał o nie w Watykanie jeszcze w latach 40.) - informuje w nim, że z relacji miejscowego proboszcza wynika, iż w okolicach Boguszyc "od dawna krążą pogłoski, jakoby Ewa Krawiec to ciotka Piusa X". Informacje, według autora, potwierdził swoim autorytetem ks. Emil Szramek, znany śląski bibliofil i socjolog, późniejszy błogosławiony Kościoła katolickiego.

Dlaczego postać Ewy Krawiec - ciotki przyszłego papieża - jest taka ważna? Według rodowodu boguszyckich Krawców, w lutym 1816 r. wyszła ona w rodzinnej wsi za mąż za niejakiego Moczygembę. Jej synem był Leopold Bonawentura Moczygemba (1824-1891) - znany kapłan katolicki, pionier polskiego osadnictwa w USA. W 1854 r. ks. Moczygemba sprowadził do Teksasu grupę 150 Ślązaków (w tym kilku Krawców) z podgliwickich Boguszyc, Żędowic, Wielkiej Płużnicy i innych pobliskich wsi, którzy założyli na obcym lądzie takie miejscowości jak Panna Maria czy Cestohova. Jak potwierdzają wszelkie możliwe źródła - rodziny Moczygemby i Krawców były niezwykle pobożne, szczególną czcią obdarzając Matkę Boską. I tu dochodzimy do sedna sygnalizowanej przez biskupa Gawlinę przesłanki.

Ks. Moczygemba - człowiek nadzwyczaj religijny i inteligentny (znał biegle 7 języków) - bardzo często jeździł do Włoch. W wieku 19 lat właśnie w Italii przywdział franciszkański habit, cztery lata później

(25 lipca 1847 r.) został tam wyświęcony na księdza. Z amerykańskich źródeł dowiedzieć się można, że pierwsze lata swojej posługi spędził w północnych Włoszech - a więc tam, gdzie od 1813 do 1853 r. mieszkać miał jego wuj Jan Krawiec, rzekomy ojciec przyszłego papieża. [ W takim razie ks.Leopold Moczygemba byłby ciotecznym bratem przyszłego papieża] W 1869 r. ks. Moczygemba był spowiednikiem w Rzymie podczas I Soboru Watykańskiego, a w 1870 r. - naocznym świadkiem ogłoszenia dogmatu o nieomylności papieża.

Co łączyło ks. Moczygembę z Włochami, że wyjechał już tam jako nastolatek? W notatkach z jego życiorysu istnieje zapis, że w ostatnich latach życia "o. Leopold podczas swych podróży do Rzymu przebywał u wuja [ nie wuja, lecz ciotecznego brata] kanonika w Mantui". Przypomnijmy więc, że od 1884 r. biskupem Mantui był nie kto inny jak Giuseppe Sarto - jego domniemany brat cioteczny, przyszły święty... O rzymskich podróżach patriarchy amerykańskiej Polonii do "wuja, kanonika czy biskupa w Mantui" wspominał także ks. Józef Gregor (1857-1926), znany górnośląski kapłan.

W świetle tych ustaleń całkowicie inaczej wygląda informacja, że to właśnie Giuseppe Sarto - czyli papież Pius X - mianował pierwszych polskich biskupów dla Polaków, którzy osiedlili się w USA.

Fizjonomia i metafizyka

Lata 1812-1813 to okres, kiedy wielu młodych mieszkańców wsi uciekało z Górnego Śląska do Niemiec, Austrii i północnych Włoch. Głównymi przyczynami emigracji była obawa przed pańszczyzną lub poborem do armii. Niestety, prócz enigmatycznego zapisu w drzewie rodowym Krawców nie posiadamy żadnych wiadomości na temat okoliczności wyjazdu domniemanego ojca papieża do Włoch.

Co gorsza, brak jest też oficjalnych dokumentów, które wprost dowodziłyby samej polskości papieskiego ojca. Nieliczni dotychczasowi badacze, sugerujący się wypowiedziami kilku uczniów arcybiskupa poznańskiego Edmunda Dalbora (1869-1926) - który o polskości Piusa X mówił na wykładach w seminarium - natrafiali, jak bp Józef Gawlina, na mur niezrozumienia. Podobny los spotkał niedawno prof. Mirosława Dakowskiego (współautora książki o aferze FOZZ), który tematem polskich korzeni wielkiego papieża próbował zainteresować kilka pism katolickich.

Dlatego - z braku bezpośrednich dowodów na polskość św. Piusa X - warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną istotną poszlakę, a mianowicie na fizjonomię Giuseppe Sarto. Wspominany już ks. Józef Umiński zauważył: "Miałem szczęście aż dwukrotnie widzieć z bliska Piusa X i obydwa razy uderzał mnie jakiś inny, aniżeli u Włochów, wyraz jego oczu, mało włoska cera i rysy twarzy, a także jakiś inny układ czaszki".

Faktycznie - gdy zestawić fotografie św. Piusa ze zdjęciami jego włoskich poprzedników i następców (Leona XIII, Benedykta XV), rzucają się oczy ogromne różnice, które tylko wyjątkowo da się usprawiedliwić przypadkiem. Pamiętajmy, że przodkowie papieża z rodziny Sarto to "oficjalnie" z dziada pradziada Włosi - trudno więc zrozumieć, dlaczego na najstarszych zachowanych zdjęciach Giuseppe widzimy blondwłosego młodzieńca o jasnej cerze i zupełnie nieromańskich rysach. Na późniejszych fotografiach Piusa X zwraca z kolei uwagę wyraźne podobieństwo papieża do niektórych Górnoślązaków, których twarze utrwalono na zdjęciach dokumentujących życie polskich emigrantów w Teksasie (obejrzeć je można w książce "Śląscy Teksańczycy", Opole 2004).

Jeżeli chodzi o związki św. Piusa z Polską, Śląskiem i Boguszycami, byłoby to już wszystko, gdyby nie pewien drobny "metafizyczny" ślad, który można - choć wcale nie trzeba - potraktować z ironicznym uśmiechem. 25 lipca 1904 r. w Żędowicach, oddalonych od Boguszyc o ledwie kilkanaście kilometrów, na szybach stuletniej szkoły podstawowej pojawiła się Matka Boska. Słynny do dziś "cud w Żędowicach" zdarzył się sześć tygodni przed uroczystością koronacyjną obrazu Matki Bożej w Dzikowie - pierwszą z siedmiu polskich koronacji maryjnych, dokonanych za sprawą Piusa X.

Ponieważ z Boguszyc do Żędowic jest niedaleko, a w aktach gruntowych tej ostatniej wsi (z początku XIX wieku) znajdujemy nazwiska kilku Krawców: Jana, Józefa, Andrzeja, Błażeja - bardzo możliwe, że domniemany ojciec papieża uczęszczał za młodu właśnie do szkoły, którą wskazała za pontyfikatu jego syna Panna Maria.

Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej

Nad wejściem do zakrystii wisi obraz Matki Bożej Częstochowskiej. Jego historia wiąże się z objawieniami Matki Bożej w Żędowicach. Cud ten miał miejsce w żędowickiej szkole w 1904 roku i został opisany w książce ks. Józefa Żyłki. Dla upamiętnienia tych wydarzeń zakupiono obraz na Jasnej Górze wykonany przez Franciszka Jedrzejczyka. Z tyłu na obrazie są inskrypcje informujące o tym, a także, że jest on zakupiony staraniem proboszcza Wajdy. Obraz poświęcił dnia 16 czerwca 1907 roku generał Retman na Jasnej Górze w Częstochowie. Ostatecznie obraz ten umieszczono w żędowickiej świątyni.http://www.kielcza.pl/parafia/historia



b2ap3_thumbnail_MB_z_Zedowic.png



Ołtarz główny kościoła w Żędowicach



Dokładnie 110 lat temu, 25.07.1904 r. w Żędowicach wydarzył się cud, który do dziś dnia odbija się na religijności mieszkańców wioski. Był letni dzień, nad wieś nadciągnęła burzowa chmura. Gdzieś między 15, a 16 mimo panującej ciemności wielka jasność pojawiła się w pobliżu budynku Szkoły Podstawowej w Żędowicach. 32-letnia wówczas Kunegunda Zymella szła właśnie w kierunku stajni, gdy zobaczyła w jasności postać Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Według podań Matkę Bożą zobaczyła również sąsiadka Kunegundy, Krystyna Szaton. Ludzie zbiegli się do centrum, gdyz myśleli, że budynek szkoły stanął w płomieniach. Jednak lud zobaczył Matkę Bożą. Przez cały dzień i całą noc ludzie modlili się i śpiewali hymny przy oknie. Jednak nie wszyscy mogli zobaczyć obraz Madonny. Ówczesny proboszcz z Kielczy - ks. Wajda nie przybył na miejsce objawienia, tylko wysłał swoją gospodynię. Ta uznała ludzi za pomylonych i wróciła do Kielczy. Tam też ksiądz Wajda potępił Żędowian z ambony za to, że próbują coś na n im wymóc i nie zajmował się tą sprawą. A lud nadal tłumnie gromadził się w okolicach szkoły. Błysk był tak wielki, że widziano go podobno nie tylko w Żędowicach, ale również i w Pludrach, Zawadzkiem, Świbiu, Kielczy i Radoni. W końcu ordynans policji niejaki Kop chcąc rozpędzić tłum zakrył okno marynarką, jednak ku jego zdziwieniu ludzie stwierdzili, że tak o wiele lepiej widać obraz Matuchny. Kilka dni później jeden z nauczycieli (Szmetzka) nakazał woźnej (Florentynie Tyślik) wyczyścić szybę spirytusem. Gdy to nie dało żadnego rezultatu postanowił zamalować szybę wapnem. Obraz Madonny jednak nadal bił blaskiem. Rozwścieczony wreszcie kazał wymienić wszystkie szyby, jednak i to nie dało dobrego rezultatu, gdyż obraz Matki Boskiej utrwalił się, choć w mniejszym stopniu, na murze szkoły. Ksiądz Wajda trzy lata po objawieniu zapadł na dziwną chorobę i dało mu to do myślenia. Postanowił, że wybierze się wraz z parafianami z Żędowic na pielgrzymkę na Jasną Górę, aby tam zakupić obraz. Nazajutrz choroba znikła. Jak postanowił, tak też zrobił. Jednak w drodze powrotnej znów wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. Na granicy celnicy pruscy zażądali opłaty za obraz stosownie do jego wagi. Jednak kiedy go zważono okazało się, że nic nie waży. Przerażeni i zdezorientowani celnicy puścili pielgrzymów z obrazem. Umieszczono go w ołtarzu głównym kościoła w Żędowicach. Obecnie stoi nowy kościół, a obraz pozostał w murach dawnej świątyni. Cudu Kościół nigdy nie uznał, ponieważ nie sporządzono żadnej stosownej notatki. Jednakże kuria opolska zezwala na kult maryjny w tym miejscu. W 1974 r. ks. bp. Franciszek Jop znał tę żarliwość żędowiczan i wyróżnił miejscowy kościół tytułem sanktuarium maryjnego.
Jak wyglądała Madonna? Wg. zeznać świadków: "Maryja trzymała Dzieciątko na lewej ręce. Ubranie jej miało kolor jasnobłękitny, a płaszcz niebiesko-fioletowy, zakończony niebieską wstążką. Na głowach Matki i Dzieciątka widniały złote korony a Jej twarz, skierowana na wschód, miała niezwykle miły i poważny wyraz."
(opis na podstawie informacji znalezionych na stronach internetowych; zdjęcie ze strony parafialnej)

http://lsoswrodzinazawadzkie.dbv.pl/news.php?rowstart=77

http://wiadomosci.onet.pl/prasa/zagadka-sw-piusa-x/zykwb

Zdementowano polskie pochodzenie Piusa X – strona nie działa

Widzenie Piusa X

Wśród osób widzących przyszłe zdarzenia była także jedna z głów kościoła katolickiego – Pius X.
W trakcie trwania spotkania z zakonnikami papież zasnął i nikt nie chciał go budzić. Po jakimś czasie Pius X obudził się. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Do współuczestników spotkania powiedział, że to co zobaczył, było przerażające. "Widziałem Rzym skąpany we krwi księży i biskupów, widziałem któregoś z papieży jak w ucieczce rzuca się do wypełnionego zwłokami Tybru i tonie. Ujrzałem nasze świątynie w gruzach i wiernych, którzy je podpalają. Nie wiem, kim był ów papież, ale z całą pewnością nie był Włochem. Dzień Sądu nadejdzie, gdy w świętym Rzymie rozpadnie się Koloseum...”

Po 45 latach jakby przepowiednia zaczęła się spełniać. Amfiteatr zaczął się rozwalać. Ówcześni budowniczy na próżno udowadniali, że pęknięcia nie są groźne, a wszystkiemu winny jest wiek budowli. Zapoczątkowało to pojawianie się pogłosek o końcu świata.
W niedługim czasie po śnie papieża otwarto księgi proroctw Jana Bosco, włoskiego duchownego i pedagoga. Zaskoczeniem była treść jego widzenia, a raczej zgodność jego proroctwa ze snem Piusa X.

http://www.to.com.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100512/KRAJ_SWIAT/116884126

http://gazetawarszawska.net/easyblog/entry/zagadka-sw-piusa-x

Read More
Guest
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location