O wiele gorzej rzecz się ma z prowincjami nierosyjskiemi, w których polityce rządowej udało się rozbić istniejącą organizację społeczną, rozerwać węzły, nawiązane przez stulecia. Tam już właściwie niema społeczeństwa: jest tylko zdezorganizowana masa ludności, zanarchizowana w swych wierzeniach, pojęciach, aspiracjach. Obraz takiej anarchii przedstawiają Kraje Zabrane (Litwa i Ruś), gdzie walka z polonizmem i katolicyzmem, prowadzona przez organy rządu i duchowieństwo prawosławne, pracująca nad rozpętaniem w tamtejszym ciemnym ludzie najniższych instynktów, budząca wszelkiemi środkami nienawiści wyznaniowe, plemienne i klasowe, wytworzyła taki stan rzeczy, że jedynym ratunkiem tego kraju od ostatecznej anarchji jest bierność masy ludowej. Ale nad wydobyciem tego ludu z jego bierności gorliwie pracują z jednej strony żywioły rewolucyjne, z drugiej „prawdziwie rosyjskie”. Gdy go zdołają kiedyś naprawdę poruszyć, okaże się, iż rząd, dezorganizując ten kraj, nie dla siebie pracował.
Azjatycki pierwiastek w państwowości rosyjskiej najcharakterystyczniejszy wyraz znajdował w stosunku rządu do swych przeciwników. Rząd, utożsamiając siebie z państwem, każdego swego przeciwnika, w najłagodniejszy sposób wyrażającego swą opozycję, i nawet takiego, którego zaledwie podejrzewać było można o opozycyjny sposób myślenia, traktował zawsze jako wewnętrznego wroga państwa. Zasadą rządu było zniszczyć każdego przeciwnika. Banalną rzeczą byłoby opowiadać tu, za jakie przewinienia i jakim prześladowaniom ulegali nielojalni poddani rosyjscy, t. j. nie zgadzający się z panującym systemem rządów. To są rzeczy powszechnie znane. Jakkolwiek manifest październikowy zmienił prawnie ten stosunek, to jednak duch pozostał. W enuncjacjach oficjalnych ciągle mieszają się pojęcia „przeciwnika rządu” i „wroga państwa”, a wprowadzona w życie zasada legalizacji stronnictw i prześladowanie stronnictw niezalegalizowanych nie jest niczem innem, jak przyznaniem rządowi prawa usuwania sobie z drogi — kulturalnej, legalnemi środkami działającej opozycji. Przeciwnik rządu, pragnący walczyć z nim środkami kulturalnemi, czuł zawsze, że jest bezsilny, że najmniejszy przejaw opozycji spotka się z brutalną represją. Albo ulegał, albo stawał się zwolennikiem równie brutalnych środków walki z rządem. W szeregach rewolucji rosyjskiej znalazło się mnóstwo ludzi, którzy byli zesłani na Sybir za jedno przemówienie antyrządowe, za błahy konflikt z władzą, za teoretyczną propagandę kierunków niedozwolonych, czasami za posiadanie pat u niecenzuralnych książek, a którzy z Sybiru wracali terorystami. Nie chcąc składać broni w walce, chwytali się środków rozpaczliwych. Rząd postawił sobie za cel zniszczyć każdego swego przeciwnika, przeciwnik rządu po dłuższej lub krótszej ewolucji dochodził do tego, że jedynym jego celem stało się zniszczyć rząd. To dążenie do wzajemnego zniszczenia, ta nieubłagana, nie znająca przebaczenia nienawiść z obu stron stała się głównym rysem walki między rządem a jego przeciwnikami. I taką ta walka po dziś dzień pozostała.
Duch państwowości rosyjskiej nie uznawał nigdy żadnego zabezpieczenia poddanych przed samowolą władz państwowych. Poddany rosyjski musiał czuć, że jeżeli się narazi przedstawicielowi rządu, nie uchroni go nawet to, że jest w zgodzie z prawem, przez ten sam rząd wydanem. Ludność czuła, że jej obowiązkiem jest nie stosować się do prawa, ale do woli władz, że zamiast wykonywania prawa musi sobie zdobywać zaufanie władz, pozyskiwać je sobie, chociażby sposobami niezgodnemi z prawem. Ten duch państwowości rosyjskiej stanowił głęboką różnicę między nią a ustrojami państw europejskich od najdawniejszych czasów. Wychował on samowolę urzędników i brak poczucia prawa u ludności.
Za obecnego panowania, a zwłaszcza po manifeście październikowym, zaczęto wiele mówić o potrzebie legalności w postępowaniu władz i nawet widać w pewnej mierze starania w tym kierunku. Ale skłonność do samowoli zbyt głębokie ma korzenie w duszach, biurokracja zaś rosyjska za długo była w tym kierunku wychowywana; nadto pod wpływem dezorganizacji w machinie państwowej kontrola władz centralnych nad lokalnemi od dłuższego już czasu słabła i coraz mniej stawała się zdolna do przeprowadzania nowych zasad w sposobie rządzenia. W państwie rozwija się swego rodzaju decentralizacja — nie decentralizacja społecznego i politycznego życia, ale władz biurokratycznych, działających w kraju samowolnie, bez należytej kontroli.
Kierownicy państwa rosyjskiego nigdy zdawali się nie pojmować tego, że najlepszą gwarancją poszanowania prawa przez ludność nie jest policja, sądy, więzienia i szubienice, ale zgodność tego prawa z pojęciami etycznemi i interesami ludności. Tak pojmować prawo przeszkadzało im stawianie ambicyj i interesów biurokracji ponad potrzeby moralne ludności i interes państwa.
Społeczeństwo tedy nietylko buntowało się przeciw samowoli biurokratycznej, ale stawało w coraz ostrzejszym konflikcie z obowiązującem prawem, które się z jego pojęciami i potrzebami coraz mniej zgadzało. Dusza rosyjska nie jest tak obojętna na swój byt ziemski, jak mahometańska lub buddyjska, i coraz mniej zdolna jest do poddawania się biernie wszelkiemu uciskowi. Związany z Europą przez chrystjanizm, wchodząc z nią w coraz ściślejsze obcowanie umysłowe, naród rosyjski musiał się przejmować coraz bardziej pojęciami europejskiemi, coraz boleśniej odczuwać swoje w porównaniu z ludami europejskiemi upośledzenie polityczne. Sam rząd zresztą, potrzebując dla swej zeuropeizowanej machiny odpowiednio wykształconych ludzi, sprzyjał szerzeniu nauki zachodniej, pozakładał uniwersytety z europejskim programem. Pierwszą rzeczą, jaką te uniwersytety wykształciły, było niezadowolenie z ustroju Rosji i bunt przeciw rządowi. Same uniwersytety od-dawna stały się ogniskami tego buntu; z nich rozchodził się on powoli na całe społeczeństwo. Z drugiej strony współdziałały rozwojowi tego buntu same zmiany w rządzie, w którym na tle rozrastania się i komplikowania machiny państwowej, władza coraz więcej przechodziła do rąk nie kontrolowanej biurokracji: do centrum, nie kontrolowanego przez naród, i do miejscowych przedstawicieli, nie kontrolowanych dostatecznie przez centrum. Sam tedy rozwój państwa rosyjskiego szybko wyprowadzał na widownię kwestję najważniejszą — konstytucyjną.
W państwie rozwijał się kryzys polityczny, który nie istnieje przecie od lat paru, który od dziesiątków lat dawał znać o sobie. Rząd rosyjski nie od dziś walczy z buntem, nie chcąc zaś na rzecz zjawiających się w społeczeństwie aspiracyj zrobić żadnych ustępstw, walczył bezwzględnie, usuwając swych przeciwników sposobami, głęboko wrażającemi się w świadomość.
Sposoby takie pozostawiają w świadomości ślad dwojaki; budzą one z jednej strony strach, z drugiej — nienawiść. Skuteczność ich zależy od tego, które z tych dwóch uczuć przeważa. Iwan Groźny budził więcej strachu i dlatego umocnił na wiele pokoleń autokratyzm i podniósł urok władzy. Biurokracja nowoczesna budziła więcej nienawiści i dlatego władzę swą podkopała.
Ten, kto nie przyglądał się zbliska rewolucji rosyjskiej, nie może mieć pojęcia jak dominującym w niej czynnikiem jest nienawiść do rządu i jego przedstawicieli. Jest bardzo wielu rewolucjonistów, którzy nie wiedzą dobrze, czego pozytywnie chcą, nie zdają sobie jasno sprawy z reform, o jakie walczą, ale każdy wie dobrze, że nienawidzi rządu, każdy czuje potrzebę zemsty na nim. I dlatego tak trudno było tej rewolucji skupić się około jednego sztandaru, około jednego na dziś programu — jedynym łącznikiem różnorodnych jej grup jest nienawiść, dążenie do zniszczenia obecnego rządu. Dlatego przejawia się ona tak krwawo, dlatego uderza przedewszystkiem w tych przedstawicieli rządu, którzy biorą bezpośredni udział w prześladowaniu przestępstw politycznych, najczęściej w policję, chociaż te zamachy wątpliwie bardzo przyczyniają się do przyśpieszenia przewrotu politycznego w państwie. Rewolucja rosyjska w swych formach gwałtownych jest więcej reakcją uczuciową, niż planową akcją polityczną. Stąd pochodzi jej bezpłodność, ale i na tem się opiera jej żywotność, która jej zgnieść nie pozwala. Ludzie, którzy działają dla pewnego określonego celu, mogą się przekonać, że cel ten jest zły lub niemożliwy do osiągnięcia, ci wszakże, których pcha do czynu uczucie nienawiści, nie przestaną działać, dopóki źródła tej nienawiści istnieją.
Rozwijający się od wielu lat wewnętrzny kryzys polityczny w postaci walki między rządem a ciągle rosnącą, a raczej w coraz większej sile odradzającą się rewolucją, nie prowadził do żadnego jasnego rozwiązania. Stanowisko rządu, nie chcącego na krok odstąpić od utrwalonego systemu, i usiłującego wyłącznie represjami stłumić rewolucję, i stanowisko rewolucji, nie wystawiającej programu realnych reform, ale dążącej przedewszystkiem do zniszczenia rządu — i tu wytwarzały dla państwa położenie bez wyjścia.
Ta faza, w jaką kryzys konstytucyjny wszedł podczas wojny japońskiej i bezpośrednio po niej, zdawała się to wyjście wskazywać. Zjawienie się zorganizowanego stronnictwa konstytucyjnego, za którem stanęła opinja publiczna, wprowadziło silny czynnik kompromisowy pomiędzy rządzącą biurokrację a partje rewolucyjne.
Przewrót państwowy w Rosji nie mógł się odbyć na tej drodze, co we Francji, na drodze rewolucji, obalającej rząd i stawiającej inny na jego miejsce. Ani charakter państwa, w którem Petersburg nie odgrywa tej roli, co Paryż we Francji, ani charakter rewolucji rosyjskiej, niestałej, nie mającej hamulca w swych pozytywnych dążeniach, zresztą bardzo w tych dążeniach niejednolitej i organizacyjnie nie spójnej, widoków w tym kierunku nie przedstawiał. Państwo mogło zmienić swój ustrój tylko na tej drodze, co Prusy i Austrja, na drodze kompromisu między rządzącą biurokracją a konstytucyjnemi dążeniami społeczeństwa.
W najostrzejszej fazie kryzysu, kiedy rząd czuł się bardzo słabym, kompromis ten może byłby doszedł do skutku, gdyby kryzys rosyjski był mniej skomplikowany w swym charakterze, gdyby w nim się rozstrzygała tylko jedna kwestja konstytucyjna. Podzielenie się władzą z parlamentem nie usuwa biurokracji ze stanowiska, a jakkolwiek odbiera jej niepodzielną władzę, to jednocześnie zdejmuje z niej główną odpowiedzialność. Przestaje ona być przedmiotem oburzenia i nienawiści mas ludowych, która daje jej się czuć silnie. Ale, jak już zauważyliśmy, w państwie, w którem nagromadziło się tyle niedomagań, tyle palących kwestyj, musiały one wszystkie wystąpić na tle kryzysu konstytucyjnego, komplikując go niesłychanie. To położenie sprawiło, że ani konstytucyjne żywioły nie mogły być dość umiarkowanemi, ani biurokracja dość kompromisową. Gdy pierwsze np., chcąc mieć lud za sobą, musiały podnieść w radykalny sposób kwestję agrarną, druga, mogąc się zgodzić na konstytucję w rdzennej Rosji, przy której istniałaby tam biurokracja rosyjska, nie mogła zrezygnować z centralistycznych rządów wogóle, a w szczególności w Polsce, której autonomja, nieodłączna od gruntownej reformy konstytucyjnej (jak wogóle decentralizacja całego państwa), usunęłaby ją zupełnie z tego kraju. A przecie to tylko część trudności, występujących na tle konstytucyjnego kryzysu. Stąd nieszczerość biurokracji w kompromisie, stąd ustępstwa, poza któremi ukrywała się chęć sprowadzenia ich do fikcji, i stąd także rewolucyjny charakter nie wierzących w kompromis żywiołów konstytucyjnych, które w pierwszej Dumie szły na wzięcie szturmem Bastylji.
Gdy obalenie rządu jest niemożliwe, a ten rząd nie chce pójść w kompromisie tak daleko, by oddać władzę prawodawczą i kontrolę nad sobą w ręce parlamentu, pozostaje jedno wyjście — zwycięstwo rządu. Społeczeństwo bowiem długo nie może wytrzymać nadmiernego napięcia energji, jakiej walka rewolucyjna wymaga, i ustępuje. Ale zwycięstwo rządu nie jest zwycięstwem interesu państwa, i jako takie jest bardzo wątpliwe i krótkotrwałe.
Absolutyzm, raz silnie wstrząśnięty w swych podstawach, nie powraca już do dawnej siły. Wstrząśnienie takie niszczy odrazu cały ten kapitał, który nagromadziły w duszach ludności stulecia teroru władzy despotycznej. Władza traci w tych wstrząśnieniach resztki ponurego uroku, jaki jej z tradycji został. Rząd, który był dla ludności przedmiotem niemal religijnego strachu, uważany przez nią za siłę wyższą, której uderzenia i ucisk z fatalizmem się przyjmuje, gdyby nawet był oddawna nie miał rosnącego w państwie buntu, to z chwilą, gdy nazewnątrz poniósł klęskę w wojnie z wrogiem, a nawewnątrz odkrył swą słabość, przestraszył się i stracił głowę — już dawnego uroku nigdy nie odzyska. I prędzej czy później musi stanąć na jego miejscu coś innego.
IV
KWESTIA POLSKA I PRZYSZŁOŚĆ ROSJI
W żadnem państwie europejskiem nie stoi dziś tak nisko urok i powaga władzy, jak w Rosji. Nawet żywioły reakcyjne, urzędowi przedstawiciele patrjotyzmu rosyjskiego, „ludzie prawdziwie rosyjscy”, traktują władzę, rządową ze skrajną pogardą, gdy stawia kroki, nie odpowiadające ich celom. Rząd przestał być szanowany za to, że jest rządem: poszczególne grupy uznają go o tyle tylko, o ile jest im dogodnym. Sami urzędnicy ujawniają brak poczucia swej powagi jako przedstawiciele rządu. Takie położenie jest nadzwyczaj niebezpieczne dla każdego rządu, a tem bardziej dla rządu, chcącego istnieć niezależnie od narodu.
Podnoszenie zaś uroku i powagi rządu starą drogą represji już dziś nie może osiągnąć skutku, bo, jak powiedzieliśmy, budzi więcej nienawiści, niż strachu. Represje mogą dziś tylko fizycznie osłabiać rewolucję— skutek krótkotrwały, bo nowe jej siły ciągle narastają.
Przykład Prus i Austrji po r. 1848 najlepiej poucza, iż zwycięstwo rządu nad rewolucją przeciw absolutyzmowi jest tylko krótkotrwałym okresem, po którym rząd musi się ugiąć przed koniecznością. Rząd zaś rosyjski jest w trudniejszem o wiele, a państwo rosyjskie w bez porównania niebezpieczniejszem położeniu, niż były tamte, rewolucja zaś rosyjska jest bardziej uparta, no i straszniejsza w swych przejawach.
Nie rozumieją tego reakcyjne żywioły Rosji, przekonane, że ustępstwa zrobione dotychczas, są już za wielkie, i uważające za zbyt liberalny nawet rząd Stołypina, coraz więcej kompromisów robiący, nie z konstytucyjnemi dążeniami społeczeństwa, ale z interesami biurokracji. Marzą one o powrocie do dawnego systemu, do czasów z przed wojny japońskiej.
Rząd obecny, liberalniejszy na swój sposób od nich, pojmuje kompromis ze społeczeństwem w ten sposób, że potrzebuje takiej Izby, któraby się na jego stanowisko zgodziła. Kompromis taki, chociażby przyszedł do skutku, będzie pozornym, przenosi on tylko walkę społeczeństwa z rządem poza mury parlamentu. I taki nawet jest on prawie niemożliwy, bo na to, żeby choć najmniej reformistycznie usposobiona, ale choć trochę niezależna Izba, weszła w trwałe porozumienie z rządem, trzeba, żeby rząd zajmował jakieś stałe, niewzruszone stanowisko. Tymczasem przy takim stanie rzeczy, jak w Rosji,, rząd na miejscu stać nie może: jeżeli nie idzie naprzód pod parciem żywiołów konstytucyjnych, musi się cofać, ulegając wpływowi sfer reakcyjnych, które wtedy czują swą siłę i coraz więcej nabierają znaczenia. Ostatnie jest zdaje się nieuchronnym na pewien czas losem rządu rosyjskiego.
W tych warunkach państwo musi się staczać po równi pochyłej, w oczekiwaniu nowych katastrof zewnętrznych i wewnętrznych, które znów wstrząsną niem w podstawach, ze straszniejszym może skutkiem, niż ostatnia. Bo jeżeli rządy nieodpowiedzialnej biurokracji, kierujące z centrum całym aż do najdrobniejszych szczegółów zarządem tego olbrzymiego państwa, osiągnęły takie rezultaty, jak dzisiejsze, jeżeli prowadziły one państwo w tylu kierunkach do położenia bez wyjścia — to dziś, po wstrząśnieniu, jakiego państwo doznało, tem mniej będą one zdolne podołać swemu zadaniu, choćby się powiódł plan powierzchownego ich odnowienia, który jest w gruncie rzeczy nieziszczalny. Bo albo przedstawicielstwo narodowe musi mieć byt i władzę niezależną od biurokracji albo biurokracja będzie dążyła do jego zniszczenia, jak niszczyła reformy Aleksandra II. Jej żywiołowem wprost dążeniem, dopóki ma po temu władzę, jest usuwanie sobie z drogi wszelkich przeszkód, niszczenie wszystkiego, co ją krępuje swą najsłabszą nawet kontrolą.
Trudno zaś przypuścić, ażeby samorzutnie nastąpił odwrót od dotychczasowego systemu rządów, ażeby Rosja weszła na nowe drogi przez reformy z góry. Przy skomplikowanym charakterze rosyjskiego kryzysu państwowego stoi temu na przeszkodzie za wiele przyczyn.
Do najgłówniejszych należy kwestja polska.
Przeszkadzała ona zawsze w dziele zreformowania Rosji. Kto wie, czy Rosja nie byłaby dziś państwem konstytucyjnem, gdyby nie obawa, że z ustroju praworządnego naród polski skorzysta dla swej pracy, dla swej twórczości, dla swego wszechstronnego rozwoju, już Katkow był na swój sposób konstutycjonalistą, jeno chciał konstytucji dla centrum rosyjskiego bez nadania jej kresom. Ostatnia ustawa wyborcza jest próbą częściowego wcielenia w życie tej właśnie myśli.
Zmiana poglądu na kwestję polską, i wogóle na kwestję „kresów”, trudną jest do pomyślenia nietylko gdy idzie o biurokrację, ale o bardzo szerokie sfery społeczeństwa rosyjskiego.
Według utrwalonego w wymienionych sferach przekonania, wszystko, co granice państwa rosyjskiego obejmują, jest „własnością narodu rosyjskiego, zdobytą jego krwią” — nie dodaje się zwykle „i pracą”, bo sami Rosjanie zdają sobie sprawę z tego, że pracy niewiele w „kresy” włożyli, chyba w niszczenie ich odrębności i kultury. Zdają się tam nie wiedzieć tego, że Rosji, takiej wielkiej, jaką jest ona w swych dzisiejszych granicach, nie zbudowała samorzutna energja narodu rosyjskiego, jego twórcza praca, jego genjusz rodzimy, ale ta szczególna organizacja machiny państwowej, która sam naród rosyjski traktowała jako podbity, która dezorganizowała go, niszczyła jego budowę społeczną, ażeby sobie zapewnić od niego niezależność. Ta organizacja, zasilana od czasów Piotra Wielkiego żywiołem obcym, kondotjerami różnych ras, w szczególności zaś Niemcami, oparła swoją egzystencję nie na dobrobycie rdzennej Rosji, ale na coraz nowych podbojach, nie zajmowała się hodowaniem sił społeczeństwa rosyjskiego i budowaniem zdrowych podstaw jego bytu, jego kultury i jego z własnej pracy rodzącego się bogactwa, ale rozszerzaniem granic państwa i doskonaleniem narzędzi do trzymania w swem ręku ziem zagarniętych; do życia ich kosztem. Ta organizacja, jak wszelkie tego rodzaju organizacje w dziejach ludzkości, na podbojach wyłącznie byt swój opierające, skazana była na prędki upadek. I do tego upadku szła, jak świadczy szybki rozwój państwowych niedomagań, na które nie widziano leku i na które dziś jeszcze nikt go naprawdę nie widzi. Groźne szczeliny w tej budowie państwowej zarysowały się nie od chwili wybuchu wojny japońskiej — widziały je oddawna nawet sfery rządzące Rosją i czuły swoją wobec nich bezradność. Ta organizacja rządowa przyłączyła do Rosji całe kraje, całe odrębne i samoistne narody, związała je z państwem wyłącznie administracyjnemi węzłami, wspólnym, zcentralizowanym zarządem — bo polityka jej węzłów moralnych nie była zdolna wytworzyć — wreszcie wycisnęła na nich czysto powierzchowne piętno rosyjskie, utrzymywane drogą fizycznego przymusu, gdy pod tą zewnętrzną szatą pozostało i rozwijało się odrębne życie narodowe, nic nie mające wspólnego z rosyjskiem. Ta organizacja stopniowo rozprzęgła się, utraciła dawną sprawność, a jednocześnie władza jej utraciła urok potęgi i powagę w samym narodzie rosyjskim. Czyż tak osłabiona będzie ona zdolna podołać tym wielkim zadaniom państwowym, które za wielkiemi dla niej były wtedy, gdy czuła się silną? czy będzie umiała uchronić państwo od staczania się po pochyłości, po której posuwało się ono wcale szybko za lepszych jej czasów?…
Jeżeli ona utrzyma niepodzielne rządy w swem ręku, jeżeli zdoła przywrócić Rosji w całej pełni system biurokratyczny, w którym ostatnie lata poważny zrobiły wyłom — to, naturalnie, Rosja odrazu nie zginie, bo wielkie budowy państwowe nagle nie upadają, rutyna zaś rządów biurokratycznych na pewien czas może jeszcze wystarczyć. Ale upadek będzie się zbliżał w szybszem o wiele niż dotychczas tempie, szczeliny w budowie państwa będą coraz szersze i będzie ich coraz więcej, klęski zewnętrzne i katastrofy nawewnątrz będą coraz częstsze i coraz straszniejsze.
Jeżeli zaś naród rosyjski, jego siły społeczne mają być powołane do odrodzenia państwa, do wzmocnienia jego wiązań, to dostanie on w spuściźnie po rządach biurokratycznych taki ogrom zadań, zadań nierozwiązalnych w tym kierunku, w jakim je rozwiązać chciały dotychczasowe rządy, że im na pewno nie podoła. I jeżeli, przy swych głębokich niedomaganiach społecznych, przy swej słabości kulturalnej, będzie chciał cały ten obszar od Kalisza do Władywostoku uważać za Rosję i na Rosję przerabiać, to się bardzo prędko okaże, że ta Rosja na jego siły za duża.
To państwo więc, w tych rozmiarach, w jakich je historja ostatnich dwóch stuleci zrobiła, ma jedyny ratunek przed sobą, jedyną drogę do uzdrowienia się nawewnątrz i odrodzenia swej zewnętrznej potęgi — w zasadniczej zmianie swego charakteru i kierunku swego rozwoju. To nie może już być państwo jednego narodu rosyjskiego, wszystkim innym narzucającego swą kulturę i swe instytucje: siły innych narodów, a przedewszystkiem polskiego, muszą być narówni z rosyjskiemi powołane do życia, do samoistnej twórczości.
Ze strony rosyjskiej często słyszymy na to odpowiedź, że państwo różnonarodowe, niejednolite, nigdy nie może być tak silne, jak państwo, w którem jeden naród niepodzielnie panuje. Obłudą byłoby zaprzeczać temu twierdzeniu. Ale trzeba się liczyć z możliwością. Na obszarze, zajmowanym obecnie przez państwo rosyjskie, naród rosyjski nigdy niepodzielnym panem nie będzie. Dzisiejsze jego stanowisko w Polsce — to nie panowanie, to właściwie tylko okupacja wojskowa, która taką pozostanie zawsze, przy usiłowaniu zepchnięcia Polaków do podrzędnej roli, jaką im się dziś przyznaje. Przyznanie Polakom samoistności i odrębnego ustroju autonomicznego w państwie nie jest ustąpieniem ze stanowiska, bo tego stanowiska Rosja w społeczeństwie polskiem nie zajmuje — to tylko zorganizowanie prawidłowych rządów i stworzenie warunków normalnego życia na miejsce dzikiej okupacji, która im dłużej trwa, tem większą jest potwornością polityczną, nawet z punktu widzenia tego państwa, w którego imieniu jest utrzymywana.
Dla wielu Rosjan, zwłaszcza dla tak zwanej prawicy rosyjskiej, kwestja tego zasadniczego zwrotu w polityce kresowej, w szczególności w polskiej, jest przy wszystkiem innem jeszcze kwestją dumy narodowej. Tak się oni zrośli z wytworzonem przez biurokrację złudzeniem, że cały obszar państwa jest naprawdę Rosją, że wszystkie podwładne jej ludy, to podrzędni „inorodcy”, żyjący w cieniu potęgi i kultury rosyjskiej, iż odwrót w polityce „kresowej” równa się dla nich narodowej hańbie. Tę fałszywą dumę rząd dzisiejszy podtrzymuje i wzmacnia, widząc w niej dla siebie najlepsze oparcie. Niewątpliwie, o ile ktoś solidaryzował się zupełnie z polityką „kresową” rządu, o ile na niej budował wielkość Rosji i nie widział niebezpieczeństw, do których ona prowadzi, to zredukowanie stanowiska rosyjskiego na kresach do roli skromniejszej musi jego dumę drażnić, jakkolwiek więcej winna była być podrażnioną po Mukdenie i Tsushimie. Ale temu, kto rozumie, do czego ta polityka prowadzi, kto pragnie istotnie odrodzenia narodu i państwa, duma narodowa właśnie może podyktować zrzeczenie się ucisku i rusyfikacji obcych narodowości i powołanie ich do wspólnej pracy, dla wspólnego, wielkiego państwa.
Uzasadniona duma narodowa, poczucie narodowej godności i nawet szerokie narodowe ambicje, w granicach możliwych do urzeczywistnienia — są niezbędnemi czynnikami patrjotyzmu wielkiego narodu i nawet warunkami jego użyteczności dla sprawy ogólnoludzkiego postępu. Te zalety znamionowały zawsze narody żywotne w dobie ich wzrostu i rozkwitu. Ale chorobliwa megalomanja, żyjąca złudzeniami i halucynacjami, była zawsze rysem narodów, zbliżających się do upadku. Popychała je ona do aktów samobójczych i do bezmyślnego, nie przynoszącego im pożytku niszczenia cudzego dobra — czyniła je szkodnikami ludzkości.
Taką właśnie megalomanję widzimy w poglądach szowinistycznych żywiołów rosyjskich na kwestję polską. Tymczasem od stosunku Rosji do kwestji polskiej w znacznej mierze jej własna przyszłość zależy. Jednem z najgłówniejszych zagadnień państwowych jest to, czy Rosja pójdzie w tej kwestji za wskazaniami ciasnego nacjonalizmu wielkoruskiego, interesów biurokracji, podszywających się pod interesy narodu i państwa, wreszcie polityki berlińskiej, czy też wejdzie na nową drogę rozwoju sił społecznych, sił zarówno narodu rosyjskiego, jak innych, w skład państwa wchodzących, a wraz z nim szerokiej polityki imperjalistycznej, z konieczności słowiańskiej. Zależnie od tego Rosja może być potężnem państwem i pierwszorzędnym czynnikiem polityki międzynarodowej, albo też rozkładającym się stopniowo ustrojem, niezdolnym do samodzielnej polityki zewnętrznej, zamieniającym się coraz bardziej w sferę interesów niemieckich, wreszcie kto wie, czy nie skazanym na to, żeby z czasem zostać państwem naprawdę wielkoruskiem, t. j. sprowadzonym do granic wielkoruskiego szczepu.






