Laudetur Iesus Christus
+++
Przez Polskę przeszła właśnie fala polskiej muzyki Fryderyka Szopena, osiemnastego już Konkursu Szopenowskiego — rok 2021 w Warszawie, zdumiewająco szeroko rozbrzmiewając w naszych domach. Dzięki Internetowi docierał Konkurs na bieżąco do najbardziej nawet odległych enklaw Latarników polskiego wygnania na obczyznę. A tam, dźwiękami czarnych nokturnów, rozjaśniając tym bardziej ponure myśli o bezsensie emigracji.
+
Co charakterystyczne, ta niewątpliwie wymagająca wielkiej uwagi muzyka, została żywiołowo, jak nigdy przedtem, powszechnie przyjęta przez odbiorcę masowego. Zaskoczyło to, gorliwe inaczej władze TVP, a i nawet Ministerstwo Kultury. Instytucje te, tak czujnie puszczające oko kamery TV na różne gale: noworoczne, diskopolo, Zenek Show lub te Kozidraki czy Rodowicze, a tu jakby zaspały.
Transmisja eliminacji i etapów Konkursu odbywała się na telewizyjnym zadupiu tzn. w TVP3, gdzie nikt nigdy nie zagląda. A to może nawet lepiej, bo tam, tak znienacka uszczęśliwiony Konkursem widz tego programu, z mentalnością PRL-owskiego kolejkowicza, nie zwracał raczej uwagi na wstrząsająco obskurny krajobraz sceny Filharmonii, gdzie zaraz za fortepianem i grającym na nim konkursantem, surowe, prostackie schody szczerzyły swoje wyszczerbione nierówno wypoliturowane zęby. Co dawało wrażenie widoku sali komitetu KC PZPR, to zaraz po wyprowadzeniu komunistycznego sztandaru przez Leszka Milera. Nad tym, czy za tym, był wywieszony martwy baner informacyjny podający numer i edycję tego konkursu przysłaniając swoją tablicą słabo rozpoznawalne, bo zamaskowane organy.

2021
To wszystko niewątpliwie negatywnie wpłynęło tak na solistów, jak i publikę, która posłusznie miała ma twarzach niebezpieczne dla zdrowia własnego i innych maski, naukowo zwane maseczkami. Których szkodliwość została wielokrotnie potwierdzona fachowymi badaniami, ale ani jednego razu nie udowodniono waloru ochronnego tego świństwa.
Nasz najlepszy laureat Jakub Kuszlik (piąte miejsce), był niewątpliwie pod wpływem tej scenerii likwidacji i obskurantyzmu. To tak dalece, że w żadnej części swych występów punktowanych nie wystąpił ubrany godnie, np. w koszulę zapiętą pod szyją z krawatem lub muszką, ale rozchełstany, niedogolony brzdąkał nieciekawie. Możliwe, że ta właśnie abnegacja była tym atutem, która dała mu miejsce w czołówce, gdyż obskurna wymiętolona marynarka zwisająca na nim, jak z diabła skóra była oczywistym sygnałem słusznej przynależności etnicznej i jury miało prawo realnie się obawiać, że mogła być pożyczona nawet od samego Jarosława Kaczyńskiego.
Poza tym, wizerunkowo, symbolicznie żadnych śladów szczególnych na scenie nie zauważono, brak było polskich motywów; Białoczerwonej Chorągwi, Orła, wierzb Mazowsza, czy choćby skocznego stroju ludowego. O smaku Poloneza nie mówiąc, bo wyprasowana koszula jest przecież żywym faszyzmem.

Finał III Konkursu, 1937
Podobizny Mistrza też nie było, a to może nawet lepiej. Bo przez lata całe, na każdy kolejny konkurs, zamawiano coraz to nowszą płaskorzeźbę profilu Szopena, gdzie konkurs po konkursie, nos osoby tam upodobnionej był coraz dłuższy i bardziej haczykowaty, a to tak, że końcowo sięgał już nie tylko do brody, ale i pępka nawet. Drapieżnie zwisające poduszki pod oczami dawały widowni obraz Szopena jako żyda heroinisty, a nie natchnionego Polaka, muzyka, który stworzył najbardziej wyrafinowane koncerty fortepianowe w historii muzyki, a teraz naszą broń ostateczną…
Jeśli jednak brak było polskich czy historyczno-szopenowskich akcentów symbolicznych, to widać było atoli agresywną obcość: szokującą inwazję żółtej rasy zakwalifikowanej przeważająco liczebnie do tego święta muzycznego Romantyzmu. A co należy przyjąć za prowokację ze strony organizatorów Konkursu, wyzywającą próbę poniżenia naszej polskiej kultury czy na Polsce gwałt nawet!
Brak — w klimacie konkursu — symbolicznych kryteriów „polskości”, romantyzmu jako epoki, kulturowego historyzmu, a tu masowo skontrowanych przeciwwagą natrętnej inwazji obcej muzyce Szopena rasy, ma niewątpliwie przyuczyć nas, przysposabiać do kosmopolityzmu coraz niebezpieczniej zawieszonego nad naszymi głowami. Złowieszczo, COVIDOVO dając nam — zaatakowanym pandemią — alternatywę natychmiastowej fizycznej zagłady albo oportunistycznego trwania, dopasowania się do nowej sytuacji: brutalnej, żółtej, do kulturowego nihilizmu. Dopasowania się w zasadzie, do wszystkiego innego, oby tylko nie do polskiego. Polskie? - To przenigdy!
+
Ta muzyka Szopena, ta wielka, niewyobrażalna fala dziwnego mistycznego wydarzenia, które tak szybko przetoczyło się przez nasz dzisiejszy byt dając, nam jakiś znak lub choćby beznamiętny symptom. Oto patrzcie: kolejne coraz dramatyczniejsze dychnięcie konającej Ojczyzny.
Właśnie zalewem rasy żółtej na Konkursie, wnosi Muzyka Szopena jakieś niepojęte cywilizacyjne wyartykułowanie sprzeciwu, opór, akcent walki w naszej dramatycznej sytuacji Polski 2021. Udział tylu obcych nam kulturowo uczestników, kontrastowo eksponuje nam coś wysoce niepokojącego: widmo zagłady. I tam i tu: uchodźcy u wrót Korony, żydowski nowotwór w sercu naszych Ziem, a to i Duch Szopena ma być zmordowany. Bo tylko po to właśnie Chińczycy tu przyjechali i grają na naszych fortepianach.
W tej obecnej antyludzkiej, antypolskiej, antychrześcijańskiej przestrzeni. Przestrzeni ogarniającej nas oparami wszechobecnego żydowskiego terroru, zagrożeniami igieł trucizn COVID19 czy potwornymi imigrantami instrumentalnie, sadystycznie i bezwzględnie posługującymi się cierpieniem, a nawet życiem ich własnych dzieci, jako wytrychem do bram Naszej Ojczyzny, mamy muzykę, która również, nawet i ta, ma być nam ukradziona.
Która to zaplanowana kradzież odbywa się na tle innych ostatecznych już rabunków: Patologii myśli Polskiego Ładu, zagłady Turowa, okupacji amerykańskich wojsk w Polsce, napadów politruków brukselskich chcących już ukraść nam wszystko, bo nawet i serca maluczkich wystawianych na zgorszenie ze strony terrorystów LGBT. A nad czym wszystkim czuwa kiereński premier Mateusz Morawiecki, oszust i idiota, ale geniusz PR'u, przy którym Gebbels wygląda jak jakaś cnotka w nowicjacie zakonu karmelitanek.
Czyli podobnych znaków – a niemuzycznych, zbiegających się w okresie Konkursu jest wiele.
Kopalnie zamknąć, bo Polacy źle palą w kotłach, koszt wody podnieść, bo np. rura ściekowa w Warszawie nie daje rady spuszczać brudu do Bałtyku, podrożyć także koszty mieszkań, niech się Polacy tam nie pchają – nie mnożą, bo trzeba gdzieś ulokować imigrantów, którym trzeba dać prawa ludzkie, drewno z lasów sprzedać na pniu, bo budżet jest napięty etc.…etc.
Kto by pomyślał, że po upadku I, II i III Rzeczpospolitej, po rzuceniu Kościoła w rynsztok, po upadku i zdradzie w absolutnie wszystkich dziedzinach życia w Polsce, pozostała nam jeszcze muzyka Szopena. Tylko to, a my przecież nie jesteśmy żadnym narodem muzyki. Została nam jedynie muzyka — w niemuzykalnym narodzie, co za ironia losu. Tylko to, bo pisanie czy malowanie (obrazowanie) to przecież sfera nam zakazana od dawana, to ze względu na łatwe zagrożenie wirusem mowy nienawiści, czyli rasizmu i antysemityzmu, który jest już nie tyle terminem socjalnym, ale kategorią dotykająca spraw niebieskich, a nawet i dalej.
Została Polakom już tylko muzyka. Oczywiście nie każda jako nam użyteczna, bo np. horror kakofonii Pendereckiego – a innych nie wyliczać – do polskiej muzyki się nie zalicza. Penderecki to intruz i niszczyciel, ojciec obrzydliwości muzycznych: Kayah, Piaska, Niemena czy wielu innych judaizujących estetykę muzyczną wrzeszczaczy.
Na granicy świata Ducha, Ciała i Kultury nie ma nic bardziej polskiego niż ta szopenowska muzyka, która oprócz niezliczonych walorów ma jeden nam Polakom unikalny, a przemilczany element, o którym się nie mówi lub nawet zbrodniczo zataja. To szczególnie obecnie, bo dzisiaj szczególnie nam ważny.
Tym elementem muzyki Szopena jest zawarta tam nasza ciągłość duchowa.
Szopen swoją muzyką walki i cierpienia, uniesienia lub nienawiści daje nam więź, ciągłość duchową pomiędzy Polską naszych Dziadów a nami. Jego muzyka jest narzędziem naszej walki o naszą tożsamość narodową. Tym narzędziem skutecznym, bronią, ale tylko tam, gdzie Krew Narodu występuje jako nośnik. Krew naszych Dziadów, krew samego Fryderyka Szopena, krew wykonawców jego muzyki, krew Paderewskiego, krew nasza. Tylko tam, a w tym środowisku Szopen żyje.
Ostatnimi dziesięcioleci podsuwa się nam fałszywie argumenty o światowości muzyki Szopena, że rzekomo Szopen jest muzyką świata. Pierwszym takim, którzy wyraźnie zaatakował obrońców polskości w Szopenie, był PRL-owski krytyk muzyczny Jerzy Waldorff. Ten przedwojenny piłsudczyk, obficie sugerujący swoją odmienność upodobania do kobiet, publicysta żydowskiego tygodnika Polityka, w latach wczesnych siedemdziesiątych wyśmiewająco nawrzeszczał na obrońców interpretacji Szopena stawiających opór przed zalewem kosmopolityzmu.
Waldorff powiedział:
„…Szopena niech sobie grają pod końce świata, tak jak sobie tylko chcą, bo Szopen nie jest polski, ale światowy”.
Tak powiedział, ale dla siebie samego walczył o miejsce pochowku na Powązkach, a nie byle gdzie, choćby na cmentarzu w Pipidówku.
Już w latach trzydziestych zapraszano na koncerty szopenowskie do Warszawy bolszewickich solistów z ZSRR. Znawcy i obserwatorzy komentowali, że muzyka ta jest tak samo bolszewicka, jak bolszewiccy byli jej wykonawcy.
Szopena nikt lepiej nie znał niż Franciszek Liszt, a to on pisał o rasie tej muzyki, o Polakach jako tych, którzy muzykę Szopen przyjmują właściwie, bo stosownie do swojej rasy.
Pisał tak prosto, jak nikt by się dzisiaj nie odważył, ale nawet on się mylił.
Polonez-Fantazja w As, op. 61, darowany światu we wrześniu 1846 r., poświęcony jest pani A. Veyret. Złożony właściwie z trzech wielkich Polonezów, dopiero dziś zaczyna być rozumiany; przez długi czas uchodził za bezkształtny, gorączkowy i bez muzycznego znaczenia i nawet Liszt twierdził, że „takie obrazy małą mają wartość dla sztuki... Politowania godne wizje, które autor tylko z jak największą ostrożnością może wciągać w zaczarowane koło swej twórczości“. Napisano to w dniach starej, dawno minionej mody, kiedy sztuka była „arystokratyczna“ i wykluczała niższe, boleśniejsze grupy uczucia. Dla pokolenia, przyzwyczajonego do realizmu R. Straussa, Polonez-Fantazja zdaje się być lekkim, idealistycznym snem, posiadającym jednakże urok nowości. Przypomina nam zaczarowane butelki czarnoksiężników, które otwieramy, zaś wydobywający się z nich wonny dym powoli gęstnieje i przybiera kształty fantastycznych, grozę budzących postaci. Solidnego ukształtowania Polonezów poprzednich w tym Polonezie nie widzimy, a choć wciąż czujemy rytm Poloneza, plastyka tego utworu nie da się wtłoczyć w jego konwencjonalną formę. Może być, że — według Kullaka — roi się od monologów, wsuniętych kadencyj, improwizowanych preludjów i krótkich fraz, jednakże w kompozycji widzimy jednolitość, jedność budowy i stylu. Jest to muzyka przyszłości czasów, w których Chopin komponował — dziś muzyka teraźniejszości z temi samemi prawami, co dzieła Wagnera. Tylko jej realizm jest trochę przyciemniony. Widzimy tu dwoistość Chopina, Chopina cierpiącego człowieka i Chopina proroka polskiego. Jego wizja poetycka jest niezmącona — Polska będzie wolna! — jego dusza jest nieugięta, choć uciśniona przez chore ciało. Konwulsje konania mieszają się w tym utworze z triumfalną fanfarą trąb, zaś to, co w podziw wprawiało naszych ojców — zmienne światła i cienie, zmieniający się wciąż koloryt dźwiękowy — właśnie witamy mile, bo na początku wieku XX panuje już Królowa-Chromatyka. Zakończenie Poloneza jest pełne triumfu i przypomina tonacją i stopniowaniem Balladę w As. Chopin wciąż jeszcze jest panem swej duszy, a Polska będzie wolna! Czy Celtowie i Słowianie wiecznie muszą iść za fosforyzującemi światłami patrjotyzmu? Liszt potwierdza piękność i wielkość tego Poloneza, który łączy zewnętrzne cechy wspaniałej, oryginalnej formy z ochotą bojową i melancholją zarazem.
Chopin: człowiek i artysta/Polonezy — Bohaterskie hymny bojowe
Jeśli nawet sam F. Liszt się nie poznał. Czyli nie umiałby tego zagrać, to co tu z Chińczykami?
Muzyka jest ściśle związana z rasą, kulturą i duchem człowieka. Pisał o tym Wagner, a nawet i Lenin. Co prawda ten drugi gwarantował, to że muzyką można zabić każde społeczeństwo, o ile podrzuci mu się odpowiedni do zbrodni gatunek muzyczny, a co najlepiej sprawdza się na Amerykanach, którzy są poddani ludobójstwu za pomocą muzyki murzyńskiej.
Bez wątpienia, Chińczycy nigdy nie będą umieć grać Szopena właściwie, bo muzyka ta nie była napisana przez gryzipiórka czy biurokratę, kosmopolitę, ale człowieka cierpiącego na polskość. I ta muzyka tym właśnie jest!
Szopen nawet sny miał polskie i straszny los naszych dziejów budził go w nocy i zmuszał do komponowania. Był twórcą w pełni ewangelicznym, jak w Ewangelii, gdzie było oczekiwanie miłości i radości, tam to odwzajemnione po stokroć, a gdzie się należało, pojawia się język gniewu, nienawiści i zemsty, to też po stokroć. Tak jak w Ewangelii, która przecież ma najstraszniejsze obrazy mowy nienawiści i to do takiego stopnia, że Słowo przeklina wiecznym potępieniem, tak muzyka Szopena jest muzyką gniewu i zemsty.
Czy Chińczyk może zagrać muzykę radości krajobrazu Mazowsza, uniesienia Polonezem czy gniewem, nienawiścią i wezwaniem do walki? A to w jednym spotkaniu Szopena z drugim Polakiem, czytając jedynie to co ten ma w oczach!
Po co miałby to robić, skoro to nie jest jego ethos? A nawet gdyby uczciwie tego chciał, to jak odczytałby właściwość momentu?
Czy taki Chińczyk byłby gotów zabijać i umierać dla Polski?!
- Nie!
Więc niech i nie gra, bo fałszuje!
Konkurs Szopenowski – muzyka - to walka cywilizacji, od lat wiadomo, że odczytanie zapisu i odtworzenie go należy do zamkniętego kręgu kulturowego. Żaden Germanin, Anglosas czy nawet Francuz nie potrafi grać Szopena. A przecież Francuzi na każdym kroku chcieliby go przywłaszczyć jako swojego Francuza, ale już bez muzyki, bo nie potrafią jej zagrać.
Ta żółta zaraza, która uwidoczniła się w Warszawie, nie była niczym spontanicznym czy „rynkowym”, jakościowo kwalifikacyjnym, a była obrazem intencji manipulacji ze strony organizatorów:
Narodowy Instytut Fryderyka Chopina
ul. Tamka 43
00-355 Warszawa
Odpowiedzialnych oczywiście, za to prymitywne, prostackie logo na poziomie grafiki tygodnika Szpilki - okres późny Stalin, czy wczesny postStalin. Brakuje tam tylko zdjęcia Jerzego Urbana, który ściąga portki, wypina się i wsadza sobie polską flagę w tyłek. A co jest zarejestrowane na YouT.
Najlepiej świadczy o tym choćby los fenomenalnej Evy Gievorgian — Jewa Babkienowna Gieworgian (ros. Ева Бабкеновна Геворгян) — która była właśnie nośnikiem interpretacji nam bliskiej, bo słowiańskiej. I to z tego powodu, Eva Gievorgian nie otrzymała żadnej nagrody, bo nie pozwolił na to strach, że Polskość, może obudzić się nawet wśród Rosjan.
A nawet nie chodzi tylko o to, ale i o materię. W jury konkursu zasiada cala grupa osób niepolskiego pochodzenia, część nie zna nawet polskiej historii i zachodzi ryzyko, że Konkurs będzie dalej internacjonalizowany. Konkurs może nawet podzielić losy Muzeum Obozu Koncentracyjnego w Oświęcimiu. Podobnie do Muzeum, Konkurs może zostać oddany w „trzecie ręce” np. UNESCO, wówczas nawet wstęp na widownię będzie udostępniany wg. rasistowskich kryteriów, jak to ma miejsce w Oświęcimiu, gdzie obóz ten jest faktycznie poza Strefą Schengen i Polacy mają wstęp utrudniony, są tam obcy i niebezpieczni, jak dzikie małpy wypuszczone z klatki. Następna edycja może być taka właśnie, o ile jeszcze Polska będzie na mapie świata.
+++
In Christo
Krzysztof Cierpisz
24 X 2021
https://pl.wikipedia.org/wiki/Mi%C4%99dzynarodowy_Konkurs_Pianistyczny_im._Fryderyka_Chopina






