OBOWIĄZEK WYZNAWANIA WIARY
H ISTORIA KOŚCIOŁA TO ŻYCIE I CIERPIE-nia Chrystusa, w szerszym jeno zakresie. Bo Kościół to ciągle żyjący Chrystus. Co raz się stało, dzieje się ciągle. Przeto kto zna historię cierpień Pana naszego Jezusa Chrystusa, ten zna Jego czasy. Zmieniają się nazwy i daty, lecz główne osoby pozostają te same. W każdym stuleciu mamy zdrajców, tchórzy, nienawistników, ludzi bez charakteru, niedołęgów, cyników. Judasze, Kajfa-sze, Piłaci i Herodzi nie wymierają. Są to typy, które i dziś wszędzie spotykamy. Te pasyjne postacie są bardzo pouczające, przede wszystkim dla mężczyzn i młodzieńców. Zajmiemy się dziś typem tchórzliwości ludzkiej w czasie męki Pańskiej.
Piotr nie jest tchórzem w zwykłym tego słowa znaczeniu. Przeciwnie! To zapaleniec idący na przełaj, człowiek decydujący się szybko i pewno. Jego wiara i miłość nie znają połowiczności. Raz przyjęty w grono uczniów Jezusa, całą duszą jest przy Nim. Myśli i mówi tylko o swym umiłowanym, jedynym Chrystusie. Całą duszą wola radośnie: Jestem katolikiem! Pierwszy prawdziwy mąż katolicki bez jakiegokolwiek odchylenia na lewo, dusza Chrystusowa. Wielki Czwartek daje nam możność wejrzenia w tę niezwykle idealną naturę męską, która śmiało oświadcza, że jest gotowa iść z Chrystusem do więzienia i na śmierć. Na Górze Oliwnej w jednej chwili zdecydowany za miecz chwyta i uderza. Lecz Piotr w jednym błądzi, i ten błąd stanie się Jego nieszczęściem. Piotr nie może zrozumieć tajemnicy cierpiącego i umierającego Mesjasza. Krzyż dla niego jest tą wielką, nierozwiązalną zagadką chrystia-nizmu. Było to w dzień po znanym wydarzeniu pod Cezareą Filipową. Piotr jest ustanowionym pierwszym papieżem przez Tego, który ma wszelką moc na niebie i na ziemi. Wtedy to Jezus wprowadza uczniów głębiej w tajemnicę Krzyża. Mówi o śmierci. Wówczas Piotr bierze Go na stronę zaczyna Mu przekładać: Niech to będzie dalekie od Ciebie, Panie, to nie może przyjść na Cię! Papieżem być, opoką jeszcze warto, ale być zastępcą krwawym potem ociekającego, biczowanego, cierniem ukoronowanego, wyśmianego, ukrzyżowanego Zbawiciela, to rzecz niemiła. W tym leży najgłębsza przyczyna upadku Piotra i upadku nowoczesnego katolika. My chcemy być katolikami, chcemy, bo przecież katolicyzm jest jedyną rozumną religią. Chcemy, ponieważ katolicyzm, z którejkolwiek strony mu się przyjrzymy, mimo wszelkich towarzyszących mu słabostek natury ludzkiej, ma najwspanialszą historię. Chcemy, gdyż według wszelkich przewidywań przyszłość należy do katolicyzmu.
Ale co nas denerwuje, to droga krzyża, ofiara, prześladowanie. Przeklęta pycha męska wzbrania się służyć sprawie, która często jest sprawą mniejszości, nie mającej w życiu publicznem znaczenia. A z tego jako naturalne następstwo wypływa wstyd, wstyd, wzbraniający wobec przeciwnego nam potężnego świata po katolicku mówić, po katolicku pisać i po katolicku działać. Nikt nie chce się kompromitować religią ukrzyżowanego Chrystusa i ukrzyżowanego Kościoła. Tu leży powód lęku naszego. Przyjrzeliśmy się głębszej przyczynie upadku Piotra, przypatrzmy się teraz, jak się ujawnił. Piotr wsunął się do przedsionka pałacu arcykapłana, aby w pobliżu służby lepiej śledzić przebieg procesu sądowego Mistrza. Chce słyszeć, co inni mówią. Lecz nie wystarcza słuchać, trzeba mówić i odpowiadać. Trzeba zająć jakieś stanowisko. Trzeba mieć odwagę wystąpić nawet dla sprawy pozornie straconej, jeżeli ona jest rzeczą sprawiedliwości i prawdy. Nie uczynił tego Piotr. Nie wie, jak się to wszystko skończy! Piotr nie chce kompromitować się przegraną sprawą skazańca. Mądry! Dlatego na wszystkie strony oświadcza: Nie wiem nic. Nie znam tego człowieka. Nie mówię, że jestem przeciw niemu. Ani mówię, że jestem za nim. Pozostaję neutralny. Neutralność nie jest zdradą. Nie jestem Judaszem. Moja taktyka brzmi: nie wyznawać! Bezwyznaniowość! Ani tak, ani nie! Piotr, ten znany wesoły człowiek z Cezarei Filipowej, ten pierwszy publiczny, nieustraszony wyznawca bóstwa Chrystusa, już nie jest tym samym. Bo Piotr chce Chrystusa bez krzyża, dlatego nie wie już sam, co mówi.
Piotr, w przedsionku arcykapłana rozmawiający z nieprzyjaciółmi Jezusa, ma swych zwolenników w międzywyznaniowości i bezwyznaniowości teraźniejszej i w międzywyznaniowości, którą zawsze chce być z drugimi, aby słyszeć, co mówią i przyglądać się, co robią, i w bezwyznaniowości, która zawsze przezornie, wymijająco oświadcza: jestem za neutralnością religijną w życiu publicznym; jestem katolikiem, ale uważam za zbyteczne obnosić się z katolicyzmem.
Bezwyznaniowość, odmowa wyznawania wiary katolickiej w życiu publicznym, ten aż w system ujęty strach ludzki stał się dziś jedną z najniebezpieczniejszych chorób narodów katolickich, a szczególnie świeckich, katolickich mężczyzn. Nie ma dziedziny, w której nie należałoby do dobrego tonu zaznaczać przy każdej sposobności czynem: Nie znam tego człowieka, albo - co na to samo wychodzi - nie znam Kościoła.
Od czego rozpoczyna się zwykle wychowanie młodych obywateli? Od bezwyznaniowej szkoły! Co to jest szkoła bezwyznaniowa? Uczenie przez osiem lat bezwyznaniowości, tchórzliwego milczenia, uczenie bo-jaźni przed ludźmi. Nie chodzi o to, czy to się dzieje słowami. Tu chodzi o ducha szkół bezwyznaniowych, o duchem systematyczne zapieranie się Kościoła. A potem dziwią się, że na próżno stawia się kościoły, gdy obok katolickiego kościoła nie ma szkoły katolickiej. Bezwyznaniowa szkoła jest przedsionkiem, w którym nasza młodzież zapiera się Chrystusa i Jego Kościoła. W tych latach nie wszystko już dojrzewa, ale ziarno zazwyczaj w tych latach rzucone jest w bezwyznaniowej rodzinie i bezwyznaniowej szkole. Po ukończeniu szkół młodzieniec wstępuje do jakiegoś stowarzyszenia, organizacji, partii lub zawodu. Faktycznie, prawie wszystkie partie i organizacje zawodowe na świecie oświadczyły się za bezwyznaniowością i neutralnością religijną. Polityczne i socjalne życie katolików, z małymi wyjątkami, zbudowane jest na tej podstawie. Znamy Kościół jako osoby prywatne, ale nie znamy go jako partii i organizacji. Partie i organizacje nie są katolickie, nie chcą być, jakkolwiek jest rzeczą jasną, że partia i organizacja, składając się z poszczególnych jednostek, te same muszą mieć obowiązki, co jednostka.
Upadek i zaprzanie się Piotra stało się w ten sposób upadkiem i zaprzaniem się chrześcijaństwa swego Mistrza i matki Kościoła. Bezwyznaniowe, nowoczesne społeczeństwo nie zna już Chrystusa ani Kościoła. Obok zdrady Judasza nie znam niczego, co by Zbawicielowi i Kościołowi w Jego Męce więcej przyczyniło bólu niż ten brak woli wyznawania Go i zapierania Go się ludzi, mieniących się Jego przyjaciółmi.
Piotr upadek swój gorzko opłakał - opłakał i odpokutował. Od zesłania Ducha Świętego stał się odważnym wyznawcą Ukrzyżowanego i Kościoła, aż do świętej bezwzględności wobec siebie. Choćby to wolność czy głowę miało kosztować, cóż mu na tym zależało? Jest jednym z tych, którzy szli za Chrystusem i Kościołem po wszystkich drogach, a więc i po drodze krzyżowej. Nie wstrzyma go żadna ludzka mądrość od wiary w Tego, którego on raz w Cezarei Filipowej uroczyście uznał Bogiem. Raduje się, że jest jednym z tych, którzy idą z Nazareńczykiem. Zna Go. Zna Kościół, filary i fundamenty prawdy. Nie jest już patronem bezwyznaniowych, jak wówczas w przedsionku. Teraz jest Piotrem, opoką, patronem wierzących i wiernych wyznawców w doli i niedoli.
POKIŻ BĘDZIECIE CHROMAĆ NA DWIE STRONY?
DLACZEGO JESTEŚMY WIECZNIE KARŁAMI? Dlaczego nie wzrastamy? Dlatego, że nie podnosimy wzroku ku naszym prawdziwie wielkim mężom z dawnych i nowych czasów. Takim wielkim mężem był Eliasz, Jan Starego Zakonu.
Eliasz - wzór chrześcijańskiej stanowczości! Żył w złych czasach. Dom królewski znieprawiony. Bałwochwalstwo stało się religią dworu. Całe armie sprze-dajnych proroków łasiły się u stołu księcia. Religia prawdziwego Boga wygnana była z kraju. Skryta i otwarta walka religijna wrzała w Izraelu. Dobrzy byli wszędzie w mniejszości. Taki stan rzeczy demoralizuje, denerwuje masy i odbiera im odwagę. Większość odpada. Może Eliasz narzekać: „Synowie Izraela opuścili Zakon. Zburzyli ołtarze. Proroków mieczem zabili. Pozostałem sam, i oni pomrą po moim życiu" (1 Król 19,10).
W tym czasie upadku zjawia się Eliasz. Jeden przeciw milionom. Cóż poradzi sam? Po ludzku mówiąc, nic. Z Bogiem wszystko. Eliasz sam jeden nie obawia się potęgi najwyższego rządu. Staje przed obliczem króla: Jak Bóg żywię, Bóg Izraela, nie spadnie w tych latach ani rosa, ani deszcz, jedno według słów moich. Ty i dom twój sprowadziliście nieszczęście na kraj. Grzechy królów są nieszczęściem ludów. Błędy rządów plagami narodów. A powiedziawszy to, odszedł.
Prawda jest dla wszystkich. Nie ma tak uprzywilejowanych grzeszników, przed którymi by zamilkła. Prawda jest dla wszystkich, także dla tych, co siedzą na tronach, wysokich urzędach i złotych krzesłach.
Szczytem nieszczęścia dla kraju jest brak niezależnych, nieustraszonych proroków, którzy tak samo nawołują prosty lud, jak i możnych, głośno i wyraźnie - nie milkną ani przed księciem, ani przed ministrem, choćby im śmierć groziła. Majestat prawdy stoi ponad wszelkimi majestatami doczesnymi, a suwerenność Pana ponad wszelką zwierzchnością ziemską.
I to się wkrótce pokazało. Król wzywa Eliasza przed siebie. Posyła rotmistrza z 50 żołnierzami, aby przywiedli świętego. Rozkaz brzmi: Człowiecze Boży, król rozkazał, abyś zstąpił z góry Karmelu i abyś doń przyszedł. Eliasz odpowiedział rotmistrzowi: „Jeżelim ja jest człowiek Boży, niech zstąpi ogień z nieba, a niech cię pożre i 50 twoich!". I zstąpił tedy ogień z nieba i pożarł go i pięćdziesięciu, którzy z nim byli.
Bóg ustanowił królów; ale autorytet religii i moralności stoi ponad autorytetem politycznym i państwowym. Rządy mają rządzić, ale nie mają zapominać, że i Kościół jest rządem i tam, gdzie zachodzi sprawa prawdy i sumienia, Kościół stoi ponad mocą ziemską. Eliasz jest świętym obrońcą niezawisłości Kościoła w Starym Zakonie, jak Jan - apostołem i męczennikiem niezawisłości Kościoła w Nowym Przymierzu!
Eliasz, tak jak później Jan, jest wzorem chrzęścijańskiej niezależności również wobec opinii publicznej. Opinia publiczna to także król, jak każdy inny, i rząd, tylko bardziej ciemięski niż każdy inny. Niewielu jest dość silnych, aby z tym rządem bojować o wolność. Niejeden prawdziwy demokrata, niejeden rewolucjonista, wróg każdego nawet najbardziej umiarkowanego rządu, nie ma odwagi wystąpić przeciw ty-raństwu tego najniesprawiedliwszego ze wszystkich rządów - przeciw tyraństwu królestwa większości. Na dziesięć tysięcy współzawodników zaledwie jeden chodzi na własnych nogach i postępuje według własnego sumienia. Takim jednym był ów wielki kaznodzieja na Karmelu, wzywający do pokuty, człowiek we włosien-nicy, opasany pasem skórzanym, mąż o żelaznej woli. Nieprzejednany wróg wszelkiej bezcharakterności i po-łowiczności. A bez charakteru i połowiczny był lud w owych czasach. Judaizm nie był uczciwy, ani głęboko przekonany o swej prawdzie, ani wierzący w siebie, ani silny. Był pogaństwem niekonsekwentnym, niera-dykalnym, ani jawnym, raczej mieszaniną obydwóch, małżeństwem prawdy i fałszu, dobrego i złego, religią, z której ani Bóg ani diabeł chwały mieć nie mogą -słowem, był bez charakteru.
Ta mieszanina religijna wywołała męski gniew wielkiego Eliasza. Wezwał wszystkich mężów w Izraelu na górę Karmel. Potem wystąpił przed ludem i mówił: Jak długo chromać będziecie na obie strony?Jeżeli Pan jest Bogiem, idźcie za Nim. Lud nie odrzekł ani słowa. Wówczas Eliasz zaproponował, że każda partia zbuduje ołtarz i złoży na nim wołu w ofierze - po jednej stronie 450 kapłanów bożka Baala, po drugiej stronie Eliasz. Bóg, który ześle ogień na ołtarz, jest Panem. Czterystu pięćdziesięciu fałszywych proroków modliło się do Baala od rana do wieczora. Na próżno. I spadł ogień Pański z niebios i spalił ofiarę. Co gdy ujrzał lud, padł na oblicze swoje i rzekł: Pan jest Bogiem, Pan jest Bogiem!
Chromanie cielesne jest przedmiotem drwin i wstrętu; w znaczeniu duchowym należy do dobrego wychowania. Kto nie chroma, uchodzi za zacofanego, niewykształconego, nieprzyzwoitego, bezczelnego, upartego i krańcowego. Jest dziwakiem i przekornym. Aby wejść w tak zwane lepsze towarzystwo i być przyjmowanym w salonie, trzeba prócz kilku uprzejmych frazesów i beznagannej toalety umieć także nosić płaszcz na dwóch ramionach. Ludzie tak zwani jednostronni nie nadają się do lepszego towarzystwa.
W walce o karierę tu i ówdzie dzielność dopomoże, ale w zasadzie najdalej dochodzą ci ustępliwi. To samo zauważyć można w życiu gospodarczym. Nie potrzeba żadnych kursów ani zawodów publicznych na tym polu. Chromanie duchowe, brak charakteru, chwianie się na wszystkie strony, obracanie się jak chorągiewka na dachu płynie we krwi nowoczesnego życia gospodarczego. W tym też tkwi tajemnica powodzenia w polityce większości statystów.
To lawirowanie stało się tak ogólne, że przeważająca liczba katolickich polityków, kupców i pisarzy uważa za rzecz niemożliwą według czysto katolickich zasad politykować, handlować, pisać i mówić. Chro-mającyjest jedynie normalnym człowiekiem. Człowiek, który nie chroma, uchodzi za anormalnego, wariata i uparciucha. Religią mas jest mieszanina, jak za dni Eliasza; kompromis między Kościołem a błędną nauką na ogólnej „chrześcijańskiej podstawie" jest podłożem publicznych poczynań.
Na ogół jest się katolikiem, w szczegółach protestantem, liberałem, modernistą. Czysta katolicka wiara bez jakiejkolwiek przymieszki protestanckich albo nowoczesnych liberalnych idei jest rzadka. To jest właśnie ten przez Piusa X tak uroczyście potępiony religijny, literacki, polityczny i socjalny modernizm w swej najgłębszej istocie. On jest tą religią i filozof ją chromania. A wspaniałym dziełem reformatorskim Piusa X, tego nowego Eliasza, było wezwanie: pókiż będziecie chromać na dwie strony? Jeśli Kościół katolicki jest jedynie zbawczym, przez Chrystusa założonym, w takim razie idźcie za nim i ułóżcie całe religijne, moralne, literackie, polityczne i gospodarcze życie jedynie i tylko według jego zasad. Jeżeli zaś świat jest bogiem, to idźcie za nim i porzućcie Kościół.
Bądźcie konsekwentni! Stójcie na własnych nogach. Precz z wszelkim brakiem charakteru i połowicz-nością! Nikt nie może dwom panom służyć. Eliasz, wzór chrześcijańskiej niezależności, to nasz mąż! Mąż naszego stulecia! Wiek XX jest stuleciem rozdziału i decyzji. Eliasz jest zwiastunem ostatecznej rozgrywki -Janem Chrzcicielem czasów obecnych, głoszącym pokutę i sąd ostateczny. Jest wielkim gromicielem antychrysta. Przygotowuje dzień, w którym zakończy się wreszcie historia świata, ta historia wahania się między Bogiem a diabłem.
Po sądzie ostatecznym nie będzie wahania. Albo będziemy na górze, albo na dole, na lewo lub na prawo, w Bogu lub w mocy diabła. Wszelka połowiczność ustanie. Będą tylko święci albo szatani.
Jakim był Eliasz, takimi będą i muszą być wszyscy, którzy chcą wejść do nieba. Takimi chcemy być wszyscy już teraz; zależni jedynie od Boga, niezależni od wszystkiego, co jest przeciwne Bogu, czy to się zwie potęgą, złotem, czy większością. Mężczyźni i kobiety w przyszłości będą to silne Eliaszowe i Janowe natury, niezmienni wobec Boga, Chrystusa i Kościoła we wszystkich swych myślach, niezmiennie katoliccy w publicznym działaniu i występach; niezmiennie katoliccy w lekturze; niezmiennie katoliccy w sądach o wszystkich rzeczach i zdarzeniach. Człowiek współczesny ma być jak dwa płonące duchy:Jan Starego Zakonu i Eliasz Nowego Przymierza. Dość długo chromaliśmy. Teraz stąpajmy równo!
ALBO - ALBO
SŁUCHACZÓW CHRYSTUSA BYŁO TYSIĄCE. Żądza prawdy pozwalała im zapominać o pracy i głodzie. Równolegle widzimy w ciągu trzech lat działalności publicznej Chrystusa Pana stałą zasadniczą opozycję i nienawiść rasową nowej nauki. Wierzące „tak" i szatańskie „nie" za i przeciw Chrystusowi wypowiadają się wszędzie, na ulicach i miejscach publicznych. Problem religijny stał się treścią rozmów codziennych.
Dziś kwestia religijna nie sięga tak głęboko w życie narodu. Silna, entuzjastyczna miłość i płomienna nienawiść w rzeczach wiary stanowią wyjątki. Szerokie masy na górze i dole zwą się neutralnymi i obojętnymi. Coraz rzadziej cisną się do kazalnic. Z zawiązanymi oczami i zamkniętymi uszami przechodzą obok kościoła. Problem religijny wyparty został na plan drugi przez ekonomię i politykę. Rzecz główną stała się poboczną, poboczna - główną.
Obojętność religijna jest chorobą. Rozum błądzący jest chory. Rozum, broniący namiętnie błędu, gorączkuje. Lecz gdy nie okazuje żadnego zainteresowania, nawet na sprzeciw prawdzie się nie zdobędzie, wtedy można mówić w pewnym znaczeniu o obumarciu wyższych władz umysłowych.
Do tego stanu, zdaje się, doszła społeczność europejska. Już przed stu laty, po wstrząśnieniach wielkiej rewolucji, ktoś zwrócił uwagę na ten zdumiewający objaw. Dla myślącego obserwatora najgorszą oznaką choroby nie jest rozlegający się w głębi grzmot nadchodzących przewrotów, lecz tępy bezwład zobojętnienia, ów sen umysłów ludzkich. Serce zimne. Puls niewyczuwalny. Oczy zamglone. Uszy słabo słyszące. Nerwy, już nie reagujące na nic.
Jest to stan zobojętnienia dla zagadnień najwyższych i najgłębszych. Czy Bóg jest, czy Go nie ma? Czy Chrystus jest Synem Boga żywego, Zbawicielem świata, fundamentem, bez którego nikt nie buduje? Czy istnieje jedyna społeczność religijna zbawcza? Czy jest nią Kościół katolicki? A tym samym nie protestantyzm? Albo jest nią protestantyzm, a dlatego nie katolicyzm? Czy niebo i piekło istnieje naprawdę?
Nad tymi zagadnieniami przechodzi się do porządku dziennego ze wzruszeniem ramion i potrząsaniem głową. Pieniądz i chleb, przemysł i handel obchodzą nas więcej. Żyjemy, aby jeść! Żołądek leży w centrum człowieka; dlatego musi być centrum nauki, polityki, gospodarstwa! Co się tyczy religii - nie wiemy nic, nic nie będziemy wiedzieć, nie chcemy nic wiedzieć! Oto europejska choroba śpiączki.
Obojętność względem religii oznacza bankructwo rozumu. Rozum jest na to, aby szedł prawdzie naprzeciw, a nie wymijał ją. Rozum jest na to, aby się prawdzie poddał i zwalczał fałsz. Rozum, nie szukający prawdy, nie jest rozumem. Człowiek, który nie chce posługiwać się rozumem, zatraca do pewnego stopnia prawo do szlachetnego imienia człowieka. Obojętność względem prawdy jest bezdusznością, a brak duszy zezwierzęceniem. Obojętność wobec rzeczy najpotrzebniejszej jest samobójstwem, popełnionym na wyższym pierwiastku człowieka.
Obojętność religijna oznacza bankructwo serca. Być obojętnym znaczy to samo, co być bez serca. Serce nie jest nigdy obojętne. Serce tak jak i ogień nie może być obojętne. Serce bierze zawsze stronę za lub przeciw. Jest do wszystkich ludzi i rzeczy na świecie życzliwie lub nieżyczliwie usposobione. Pozdrawia lub żałuje, śmieje się lub płacze, kocha lub nienawidzi, ale obojętne nie jest nigdy. Kto w stosunku do religii żąda obojętnej serdeczności albo serdecznej obojętności, żąda rzeczy niemożliwej: serca bez serca, serca bez miłości i bez nienawiści.
Obojętność religijna jest przestępstwem wobec religii. Bóg jest prawdą. Każde Jego słowo - to prawda, piękno, dobro, życie i słońce. Gdy Bóg mówi, wszelkie stworzenie musi słuchać, wierzyć, klękać i czynić. Gdy najwyższa Inteligencja głos zabiera, byłoby najgłębszym lekceważeniem odwracać się plecami i uszy zatykać, choćby to było pokryte płaszczem uczonej neutralności. Neutralność między prawdą a kłamstwem, dobrem a złem, Bogiem a diabłem, Kościołem a sektą znaczy w rzeczywistości wypowiedzenie wojny Bogu. Neutralny jest wrogiem!
Donoso Cortes pisze: Nie mów, że nie chcesz walczyć. Już gdy to mówisz, walczysz. Nie mów, że nie wiesz, po której stronie masz walczyć. Bo w tejże chwili skłaniasz się na jedną stronę. Nie zapewniaj, że chcesz być niezależny, myśląc, że takim jesteś, już nim nie jesteś. Nie twierdź, że zachowujesz się obojętnie. To śmieszne. Wymawiając słowo „obojętnie", już przystąpiłeś do partii.
W tej trwającej sześć tysięcy lat walce między Bogiem a diabłem każdy, kto opowiada się za neutralnością, stoi bezsprzecznie po stronie diabła. Wszyscy, którzy nie są przyjaciółmi Boga, Chrystusa i Kościoła, są ich przeciwnikami. Wszyscy są przeciw nim, z wyjątkiem tych, którzy są za nimi. Wszyscy rozpraszają, oprócz tych, co zbierają.
Każda neutralność religijna jest więc zapowiedzią walki z prawdą katolicką. Każdy neutralny powtarza rolę Piłata. Piłat, aby nie powiedzieć tak ani nie, nie wypowiedzieć się jasno, nie wydać sądu, pyta: Co jest prawda? Potem stawia Chrystusa obok Barabasza, zbrodniarza. Trudno okazać więcej pozoru neutralności. Ale w tej neutralności tkwi największa zbrodnia, jaka kiedykolwiek popełniona została w imię sprawiedliwości. Nawet gdyby Chrystusa nie ukrzyżowano. Przez dojście do tej neutralności skróciliśmy drogę do Golgoty. Neutralność religijną między Bogiem a diabłem wprowadził w życie modernistyczny liberalizm, któryjest dziś panującym systemem politycznym i socjalnym. Pominąwszy kilka drobnych pozostałości z dobrych dawnych czasów, świadectwo chrztu w dzisiejszych partiach nie ma już znaczenia. Kościół, sekty, prawda, fałsz posiadają równe prawa. Nowoczesna polityka budowana jest na zasadzie neutralności religijnej. Jak u Piłata - Chrystus i Barabasz obok siebie! Albo indyferentyzm, polegający na milczeniu, na nie-
mówieniu o religii, albo wyraźny indyferentyzm, polegający na równouprawnieniu
Co się tyczy szkoły, jest ona dziś, przynajmniej z nazwy, przeważnie bezwyznaniowa. Prócz lekcji religii Kościół nie gra w niej żadnej roli. Takim powietrzem oddycha katolickie dziecko przez lat osiem. Skutki są bezwzględnie pewne i niezmierzone. Indyferentyzm, oficjalna obojętność szkoły względem prawdy wyrabia materializm. Materializm wyrabia socjalizm. Socjalizm wyrabia bolszewizm. Nieprzerywany, logiczny rozwój członków z macierzystego pnia fałszu.
Młodzież nie wierzy już w to, co jej się mówi w niedzielę z ambony, lecz w to, co słyszy przez sześć dni w tygodniu. Szkoła zwycięża Kościół, indyferentyzm -wiarę. Nie potrzeba żadnej walki religijnej, aby nas zmieść z powierzchni ziemi. Zasada bezwyznaniowo-ści drogą spokojnego rozwoju zabiera nam wszystko, czego cud łaski nie ocalił.
Co robić? Przede wszystkim musimy zwalczyć w sobie neutralność religijną, tę europejską chorobę śpiączki. Musimy przestać być tylko ramieniem i żołądkiem, lecz stać się znowu duchem i z największym pietyzmem zwrócić się ku słowu, które wychodzi z ust Boga.
A znalazłszy nieumniejszoną prawdę katolicką, musimy ją całą duszą ukochać i zbrodnię Barabasza - mówię zbrodnię, a nie zbrodniarzy-całą duszą znienawidzić. Strząśnijmy z siebie wszelką neutralność, tzn. wszelki brak charakteru.
Naszym przeciwnikom powiedzmy: Raczej otwarty bój, niż niegodna neutralność! Jeśli nie umiecie kochać, to nienawidźcie. Jeśli nie chcecie być gorącymi, bądźcie zimnymi. Jeśli nie chcecie być z nami, stańcie przeciwko nam. Pokój lub wojna! Precz z neutralnością, która jest fałszem, zabija ducha i znieprawia ludzi!
Amen.
PEDAŁY i HAMULEC
PEWNEGO RAZU PRZYSZLI DO PAPIEŻA PIU-sa moderniści. Jeden z nich, profesor wszechnicy, chcąc go podejść, zapytał: Ojcze Święty, które jest najnowsze przykazanie w Zakonie? Pius odpowiedział: Kochaj Pana Boga z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich. To jest najnowsze i najaktualniejsze przykazanie. Moderniści wrócili smutni do domu, każdy do ojczyzny swojej. Przekonali się, że z papieżem targu nie ma, że u niego polityka Krzyża stać będzie zawsze ponad wszelkimi zamierzeniami i rozważaniami dyplomacji ludzkiej.
W całym Piśmie św. nie znam nic, co by na pozór tak niewinnie, a w rzeczywistości tak nieubłaganie brzmiało, jak to najgłówniejsze przykazanie, z którego widzę, że niektórzy chrześcijanie znają już tylko osłabiony sens zakończenia. Nie znam nic, co by było w większej sprzeczności z tak zwanym modernizmem - tym zawieszeniem broni i zbrataniem się z duchem czasu - od tego przykazania pełnej miłości.
Co mówi połowiczny katolicyzm? Milczmy! Nie mówmy ciągle o naszych twardych prawdach, o naszych nieubłaganych przykazaniach, o naszych niemiłych zwyczajach, o naszych uproszczeniach. Milczmy o znoszonych krzywdach, o ograbionych klasztorach, wypędzonych zakonach, zakazanych procesjach, o państwie kościelnym, o przywróceniu niepodległości i wolności głowie Kościoła!
Milczmy, gdy nas usuwają z państwa, ze szkoły i stowarzyszeń! Przemilczmy kłamstwa historyczne nauczycieli, zaczepki prasy, dokuczliwości w biurach i warsztatach!! Nie urządzajmy żadnych historii. Stanowimy przecież mniejszość. Cnotą, która przystoi mniejszości i najwięcej zjednuje względów, jest skromność i dobre wychowanie.
A jeżeli mamy mówić, to tylko w uroczystych okolicznościach, aby zaznaczyć swoje zapatrywanie. Nie zabierajmy głosu wszędzie i nie za często, i nie za głośno!!
My także jesteśmy katolikami. Równie dobrymi, jak inni. I chcemy nimi pozostać. Tylko nasz katolicyzm cichszy, skromniejszy, cierpliwszy, mniej głośno występujący, mniej energicznie domagający się! My dalej zajdziemy. Więcej osiągniemy. Więc milczmy!
Jakież następstwa są tej taktyki? Najpierw mówi się cicho, potem milknie się tu i ówdzie. Potem stale. Potem prawda i prawo bywają zapomniane, potem porzucone, a na ostatku zaprzane. Dzieci nie słyszą już o nim. Wzrasta pokolenie, dla którego pewne prawdy stają się obce, przestarzałe i niepotrzebne. Milczący katolicyzm staje się śpiącym, śpiący - umierającym, umierający- martwym.
Co mówi jeszcze półkatolicyzm? Czekajmy! Półka-tolicyzm mówi dużo o korzystnej chwili, odpowied nich momentach, o potrzebie uwzględnienia okoliczności. Marnujemy drogocenny czas na badanie, rozważanie, ponowne obmyślanie - tylko nic nie obalić, odesłać do komisji i jak tam brzmią te wszystkie piękne słowa zwolenników zbyt wielkiej powolności.
I to dzieje się w czasach, gdy drżą wszystkie fundamenty, wszystkie tamy pękają, łamią się wszystkie zapory. Gdy płomienie ogarniają wszystkie kąty, my siedzimy wygodnie, pocieszając się, że przyjdzie dzień, w którym protestanci przestaną protestować, wolno-mularze rozprawiać o humanitaryzmie, socjaliści szanować zaczną autorytet, rodzinę i własność, a więc zło przestanie być złem, a fałsz fałszem. O! my jesteśmy więcej niż naiwni!
Wszystko ma swój czas. Nie każda chwila nadaje się do dzieła. Ale co innego przesunąć czas ofensywy, a co innego zaniedbać potrzebnych przygotowań. Na przygotowanie do walki nigdy nie jest za wcześnie. W tym leży tajemnica powodzenia, aby być gotowym pięć minut przed rozpoczęciem. Zazwyczaj rozpoczyna się to prędzej, niż się spodziewamy.
Również niemądrze jest liczyć, że przyszłość nakarmi nas gotowym owocem bez żadnego z naszej strony trudu. Przeciwnicy dadzą nam to jedynie, do czego będą zmuszeni, to znaczy, co my lub okoliczności na nich wymogą. Dlatego nie możemy wierzyć w sprawiedliwość naszych nieprzyjaciół. Bo albo nasi nieprzyjaciele są niesprawiedliwi, ponieważ są naszymi nieprzyjaciółmi, albo są sprawiedliwi i dlatego są naszymi przyjaciółmi.
Nie czekajmy dłużej. Zegar się śpieszy. Spełnijmy obowiązek, żądajmy chrztu i bierzmowania.
Co mówi jeszcze półkatolicyzm?
Działajmy wspólnie. Opuśćcie fronty, zniszczcie broń. Znieście fortece. Hasłem niech będzie: przy sobie i ze sobą zamiast przeciw sobie. Wszyscy dobrej woli - a świat jest ich pełen! - niech podadzą sobie ręce do jednolitego frontu partii porządku!!
A więc międzywyznaniowość na miejsce wyznanio-wości, wspólny pochód zamiast osobistych marszów. Wyłączyć religię z polityki, z gospodarstwa, ze szkoły, nauki i sztuki!
Nie ma większego niebezpieczeństwa dla Kościoła nad to ogólne wyłączenie jego wpływu ze wszystkich tak zwanych neutralnych zagadnień życia. Wy połowiczni chcielibyście jechać na ślepo, wcisnąć się w tłum, a z neutralnych pozycji się cofać. Wy połowiczni! Ale słuchajcie, co pisze Pius wielki w pamiętnej encyklice1.
Jeżeli się wyłączy religię z udziału w życiu np. gospodarczym, to wkrótce usuniętą zostanie i z innych dziedzin praktycznego życia. 1 tak dojdzie się do bez-wyznaniowości, tzn. do zaparcia się najkrótszą drogą wszelkiej religii.
Co mówi jeszcze półkatolicyzm? Wyjdźmy na spotkanie! Katarzyna Emmerich widziała w objawieniu Kościół w kształcie majestatycznej katedry. Przed portalem znajdowała się głęboka rozpadlina. Po drugiej stronie tej przepaści czekał olbrzymi tłum ludzki, który chętnie byłby wszedł do świątyni, gdyby go od niej nie dzieliła ta przepaść.
Księża znaleźli jednak radę. Poszli do kościoła, odłamywali blok za blokiem z głównego ołtarza i rzucali w ten sposób zdobyte marmury w przepaść, póki się nie wypełniła.
__________________________________________________
1 Encyklika św. Piusa X Pascendi Dominici gregis z 8.09.1907 r.
Cel był osiągnięty. Most nad przepaścią zrobiony. Tłum rzucił się z radością na wyrównaną rozpadlinę, witając księży jako przyjaciół ludzkości. Ludzie padli sobie w ramiona i płakali z miłości i radości, gdyż znikły różnice. W tryumfie wkroczono do świątyni. Lecz gdy się z bliska przyjrzano, zobaczono, że tam nie było - tabernakulum! Na co się zda wyjście na spotkanie, jeśli się sami zatracimy, przestaniemy być sobą? Leon XIII, wielki papież pokoju, powiedział: Nic tak Kościołowi nie zaszkodziło, jak ta wieczna ustępliwość. Zawsze jesteśmy tymi, co tracą.
Co mówi katolicyzm całkowity? Co mówi Chrystus? Kochaj Pana Boga swego z całej duszy, z całego serca, ze wszystkich sił swoich. To pierwsze. To największe przykazanie. Niech je nazywają przesadą, krańcowo-ścią i jednostronnością; ale to jest najgłówniejsze przykazanie chrystianizmu. Całe serce i całą inteligencję oddać Jednemu ijedynemu. Należysz do Boga. On jest celem twego życia. Czy to polityk, czy przemysłowiec, bankier, wieśniak czy robotnik, może i musi znać tylko to jedno zadanie życia.
Cała nowoczesna wiedza, cały nowoczesny przemysł, cała nowoczesna polityka, jeśli o tym zapomina, jest wielką omyłką.
Przeto nie będziemy nigdy milczeć, gdy o tym jednym zapominać będą! Nigdy nie będziemy czekali, gdzie to jedno wypowiedziane być powinno. Nigdy nie będziemy współdziałali, jeżeli to jedno nie będzie punktem środkowym. Nigdy nie pójdziemy na rękę, gdzie z tego jednego choćby kreseczkę poświęcić by trzeba.
Jesteśmy ludźmi. Nie dorównamy nigdy naszym ideałom. Ale w przeciwieństwie do umniejszonego, tchórzliwego katolicyzmu wiemy przynajmniej, czym jest religia, i powiemy z O. de Lagarde: Ona jest wszędzie albo nigdzie. Jest wszystkim albo niczym. Jest cesarzem albo żebrakiem. Jest duszą albo trupem.
Precz z pedałami i hamulcem! Do wspinania się wzwyż tych rzeczy nie potrzeba. Ewangelia i cnota ich nie znają.
PONĘTA ŚWIATA
EWANGELIA ZWYKŁA WSKAZYWAĆ OBU przywódców w walce światowej. Nowoczesna demokracja nie zmieniła w niczym tej podwójnej monarchii. Ludzkość świadomie czy nieświadomie kroczy pod czyjąś wodzą i to na wszystkich polach: religijnym, moralnym, literackim, gospodarczym i politycznym. Większość czyni to, co chce kilka wybitnych jednostek. Ale i te ktoś wiedzie. W rzeczywistości prowadzą tylko dwaj: Chrystus i Lucyfer. Wszyscy inni idą za nimi.
Co więcej; wszyscy inni tworzą z przywódcami jedną organiczną całość. Św. Paweł powiedziałby: Są ciałem o jednej głowie! Tajemniczym małżeństwem. Po jednej stronie mistyczne małżeństwo dobrych z Chrystusem na czele. Po drugiej stronie obmierzłe małżeństwo złych z Lucyferem na czele. Ludzkość jest oblubienicą bądź Chrystusa, bądź szatana. Oblubienicą Chrystusa jako Kościół, oblubienicą szatana jako pożądliwość świata. Zawsze jedno serce i jedna dusza ze swoją głową! Jeśli się zna Kościół, zna się Chrystusa, jeśli się zna Chrystusa, zna się Kościół. 1 przeciwnie: jeśli się zna świat, zna się diabła, i jeśli zna się diabła, zna się świat. Choć są dwoje, zawsze występują jako jedno! Przypatrzmy się temu w trzech obrazach.
Pierwszy obraz: On i ona, pożądliwość światowa i jej oblubieniec przy stole życia! On lubi występować w roli żywiciela i szafarza radości. „Możecie jeść z każdego drzewa w raju. Nie ma drzew zakazanych. Nie ma zakazanych czasów! Nie ma miejsc zakazanych! Nie ma przepisów co do pokarmów, nakazów postu! Nie ma ograniczeń we wszechwładztwie praw ludzkich! Nie ma «ty musisz" ani «tobie nie wolno»! Nieograniczone używanie! Będziecie jako bogowie"! Tak było na początku.
Na początku publicznego wystąpienia Chrystusa czarny majestat ukazuje się znowu. Ta sama mowa, co przed 4000 lat. „Uczyń, aby te kamienie stały się chlebem! Chcesz świat odnowić? Uchwyciłeś z fałszywego końca. Ja znam ludzi. Postem, modlitwą, kazaniami ich nie zdobędziesz. Primum vivere, deinde philosophari! Najpierw żyć, potem filozofować!.
Poznaj wpierw narodową ekonomię. Dbaj o przemysł, handel i komunikację. Zjednaj sobie kapitał. Pieniądz rządzi światem. Potem zstąp do tłumu. Wznieś sztandar emancypacji! Rozwiąż kwestię socjalną. Daj ludziom chleba. Buduj im domy uciechy. A cały lud radośnie ci przyklaśnie". Tak mówi on.
Ona - mówi jak on. Diabeł rzadko występuje osobiście. Wystarcza mu, że kieruje i inspiruje. Departament spraw zewnętrznych może spokojnie zostawić małżonce światowości. Świat właściwie powinien był być katolicki. Czytamy na pierwszej stronie Biblii, że na początku świat był dobry. Bóg stworzył niebo i zie mię. W sześciu wielkich okresach wywołał z nicości państwo gwiazd, roślin i zwierząt. Na koniec stworzył człowieka. I widział Bóg wszystko, co zrobił. I świat był bardzo dobry.
Ale inaczej się stało. Świat został wciągnięty w grzech. Tą katastrofą stanął człowiek w innym stosunku do natury. Uczynił stworzenie Boże bożyszczem. Każdy grzech, jak mówi św. Tomasz, jest odwróceniem się od Boga, a zwróceniem do stworzenia, a więc bałwochwalstwem. I tak świat, świątynia Boga, stawał się coraz więcej pogańskim panteonem, niezmierzoną świątynią bożków. Światowość stała się uwodzicielką, małżonką diabła. Diabeł zaś przez to małżeństwo stał się księciem ziemi (] 12, 31). Między pożądliwością świata a diabłem panuje zupełna wspólność idei. Ona mówi jak on. On jak - ona. Ewangelia światowości, ta, którą wąż dał przy zakazanym drzewie, brzmi: Bezgraniczne używanie, radość ciała, radość oczu i wytwor-ność życia (1J 2,16). Słuchając, czytając i przyglądając się światu, poznaje się go.
Drugi obraz: On i ona, ta Światowość i jej małżonek, w Jeruzalem. W świętym mieście! Diabeł, który wszedł do raju, może wtargnąć także na święty teren religii. Do przedsionka, a nawet na dach świątyni. Przypominamy sobie: Szatan żądał od Chrystusa, aby spuścił się na dół. Szatan chce, aby religia weszła w większą styczność z ziemią. Aby nie unosiła się jako coś nierealnego w górnych przestworzach, ale zadowolona z teraźniejszości, obu nogami stała na gruncie dokonanych faktów, żyła i pozwalała żyć! Aby okazała zrozumienie dla rzeczywistości. Niech jak siostry, ramię przy ramieniu idzie wspólnie ze światem, dotrzymuje
kroku kulturze, niech współzawodnicząc z kulturą imponuje!
Dziś dużo pracy zadaje sobie świat w obrębie świątyni, aby Kościół wywieźć z zakrystii a ulicę, naturalnie nie ze stułą, niejako prawodawcę, głosiciela prawdy i kapłana Najwyższego, ale jako damę do towarzystwa dla uciechy świata. Nie potrzeba mieć oczu Jere-miasza aby zobaczyć, jaka fala światowości przewala się przez nowoczesny chrystianizm, zalewając i zamulając pierwiastki zdecydowanie katolickie, świadomie nadprzyrodzone, wszystko, co jest boskie i w wieczność sięgające w życiu katolickim. Jeszcze sterczą wieże kościołów z ogólnego potopu. Jeszcze tu i tam spotyka się krzyż na drodze, jako pozostałość z dobrych, dawnych czasów. Ale ogólny obraz świata, mimo 1900 lat chrystianizmu, sprawia wrażenie pogańskiego panteonu, świątyni bożków.
Katolicy - prócz zawsze czcigodnych wyjątków -nie odróżniają się od innych. Nie odbijają jako specjalny rodzaj ludzi. Robią wszystko jak wielka masa dzieci świata. Mówią jak tamci. Kupują i sprzedają jak tamci. Zabawiają się jak tamci. Ubierają się jak tamci. Chrystianizm się zeświecczył. Zeświecczyła się niedziela katolicka. I katolicka rodzina! Zeświecczyła się w wielkiej mierze praca i lektura katolicka! Chrześcijaństwo zstąpiło z dachu świątyni i nie stoi na straży swego boskiego dziecięctwa i wiecznego przeznaczenia. W ogóle katolicyzm zatracił nadprzyrodzoną wytwor-ność. Z wyjątkiem niewielu, bardzo niewielu - jesteśmy jak wszyscy inni.
Trzeci obraz: On i ona - pycha świata i jej mąż na górze: „Dam ci wszystkie królestwa i ich bogactwa, jeśli upadłszy, uczynisz mi pokłon. Daję wszystko. W zamian żądam tylko pokłonu". Ale właśnie ten pokłon jest dla Chrystusa główną rzeczą. Właśnie o ten pokłon chodzi we wszystkich walkach ducha w dziejach świata. Czy zgiąć kolana przed Bogiem, czy przed Lucyferem i światem? Chrystianizm jest religią, zginającą kolana i uniżającą się przed Bogiem. Pogaństwo i stare i nowe jest religią pokłonów i uniżania się przed stworzeniem, przed boginią - światowością i jej oblubieńcom szatanem. Albo jedno, albo drugie. Albo służba Boża, albo bałwochwalstwo!
Dziś dzieje się tak samo. Nikt przecież nie wierzy, aby usunięto bałwochwalstwo przez zniszczenie starych bożków. Bogi znikły, bałwochwalstwo pozostało. Bałwochwalstwo w postaci czci liberalnej dla państwa. Bałwochwalstwo w kapitalistycznej czci złotego cielca. Bałwochwalstwo jako komunistyczno-socjalistycz-na religia przyszłego raju. Bałwochwalstwo jako ślepa wiara w wiedzę. Bałwochwalstwo - niewolnictwa mody. Bałwochwalstwo - kult bogini, bogini Wenus, kult ciała. A zatem albo służba Boża, albo bałwochwalstwo! Jeżeli ma się wybierać między tymi dwiema służbami, to nie może być wątpliwości, która więcej odpowiada godności ludzkiej. Prawdziwie wolni ludzie zginają kolana przed Jednym i mówią z Chrystusem: Idź precz, szatanie! Albowiem napisane jest: „Panu Bogu twemu kłaniać się będziesz i Jemu samemu służyć!".
Razem z Chrystusem musimy diabła wypędzić. Ale nie tylko jego, także i jego oblubienicę - światowość. Inaczej wszystko będzie połowiczne. Gdzie ona przebywa, tam on wraca do domu, z którego był wyszedł. 1 to ostatnie będzie gorsze niż pierwsze. Aby dzieło
było całkowite, trzeba równie zdecydowanie i niezmordowanie walkę wypowiedzieć wszędzie wciskającemu się duchowi świata.
Ta walka z duchem świata jest właśnie oznaką prawdziwego chrystianizmu i prawdziwej miłości Chrystusa. Nikt nie jest dobrym, prócz tych, co nienawidzą zła (Tertulian). Nikt nie kocha Boga, prócz tego, który walczy ze złem. Tylko bojownik Chrystusa. Tylko nieprzyjaciel świata jest uczniem Ukrzyżowanego. Kto chce być przyjacielem świata, mówi św. Jakub (4, 4), ten jest nieprzyjacielem Boga. Nolite conformari huk saeculo! (Rzym 12, 2). Nie bądźcie podobni światu! Żyjcie jak dzieci Boże, nie jakbyście poganami i materialistami byli, żyjcie przeznaczeni do nieba, nie jakoby-ście w wieczność nie wierzyli. Świat ten przeminie! (1 Kor 17, 31). Świat zginie! Odwróćcie się plecami do ulicznicy!






