X. Robert Mäder: Jestem Katolikiem

Article Index

 

OBOWIĄZEK WYZNAWANIA WIARY

                     

                                             

      H ISTORIA KOŚCIOŁA TO ŻYCIE I CIERPIE-nia Chrystusa, w szerszym jeno zakre­sie. Bo Kościół to ciągle żyjący Chrystus. Co raz się stało, dzieje się ciągle. Prze­to kto zna historię cierpień Pana naszego Jezusa Chry­stusa, ten zna Jego czasy. Zmieniają się nazwy i daty, lecz główne osoby pozostają te same. W każdym stu­leciu mamy zdrajców, tchórzy, nienawistników, ludzi bez charakteru, niedołęgów, cyników. Judasze, Kajfa-sze, Piłaci i Herodzi nie wymierają. Są to typy, które i dziś wszędzie spotykamy. Te pasyjne postacie są bar­dzo pouczające, przede wszystkim dla mężczyzn i mło­dzieńców. Zajmiemy się dziś typem tchórzliwości ludz­kiej w czasie męki Pańskiej.

      Piotr nie jest tchórzem w zwykłym tego słowa zna­czeniu. Przeciwnie! To zapaleniec idący na przełaj, czło­wiek decydujący się szybko i pewno. Jego wiara i mi­łość nie znają połowiczności. Raz przyjęty w grono uczniów Jezusa, całą duszą jest przy Nim. Myśli i mówi tylko o swym umiłowanym, jedynym Chrystusie. Całą duszą wola radośnie: Jestem katolikiem! Pierwszy prawdziwy mąż katolicki bez jakiegokolwiek odchylenia na lewo, dusza Chrystusowa. Wielki Czwartek daje nam możność wejrzenia w tę niezwykle idealną naturę mę­ską, która śmiało oświadcza, że jest gotowa iść z Chry­stusem do więzienia i na śmierć. Na Górze Oliwnej w jednej chwili zdecydowany za miecz chwyta i ude­rza. Lecz Piotr w jednym błądzi, i ten błąd stanie się Jego nieszczęściem. Piotr nie może zrozumieć tajem­nicy cierpiącego i umierającego Mesjasza. Krzyż dla niego jest tą wielką, nierozwiązalną zagadką chrystia-nizmu. Było to w dzień po znanym wydarzeniu pod Cezareą Filipową. Piotr jest ustanowionym pierwszym papieżem przez Tego, który ma wszelką moc na niebie i na ziemi. Wtedy to Jezus wprowadza uczniów głębiej w tajemnicę Krzyża. Mówi o śmierci. Wówczas Piotr bierze Go na stronę zaczyna Mu przekładać: Niech to będzie dalekie od Ciebie, Panie, to nie może przyjść na Cię! Papieżem być, opoką jeszcze warto, ale być za­stępcą krwawym potem ociekającego, biczowanego, cierniem ukoronowanego, wyśmianego, ukrzyżowane­go Zbawiciela, to rzecz niemiła. W tym leży najgłębsza przyczyna upadku Piotra i upadku nowoczesnego ka­tolika. My chcemy być katolikami, chcemy, bo przecież katolicyzm jest jedyną rozumną religią. Chcemy, po­nieważ katolicyzm, z którejkolwiek strony mu się przyj­rzymy, mimo wszelkich towarzyszących mu słabostek natury ludzkiej, ma najwspanialszą historię. Chcemy, gdyż według wszelkich przewidywań przyszłość nale­ży do katolicyzmu.

         Ale co nas denerwuje, to droga krzyża, ofiara, prze­śladowanie. Przeklęta pycha męska wzbrania się słu­żyć sprawie, która często jest sprawą mniejszości, nie mającej w życiu publicznem znaczenia. A z tego jako naturalne następstwo wypływa wstyd, wstyd, wzbra­niający wobec przeciwnego nam potężnego świata po katolicku mówić, po katolicku pisać i po katolicku dzia­łać. Nikt nie chce się kompromitować religią ukrzyżo­wanego Chrystusa i ukrzyżowanego Kościoła. Tu leży powód lęku naszego. Przyjrzeliśmy się głębszej przy­czynie upadku Piotra, przypatrzmy się teraz, jak się ujawnił. Piotr wsunął się do przedsionka pałacu arcy­kapłana, aby w pobliżu służby lepiej śledzić przebieg procesu sądowego Mistrza. Chce słyszeć, co inni mó­wią. Lecz nie wystarcza słuchać, trzeba mówić i odpo­wiadać. Trzeba zająć jakieś stanowisko. Trzeba mieć odwagę wystąpić nawet dla sprawy pozornie straco­nej, jeżeli ona jest rzeczą sprawiedliwości i prawdy. Nie uczynił tego Piotr. Nie wie, jak się to wszystko skoń­czy! Piotr nie chce kompromitować się przegraną spra­wą skazańca. Mądry! Dlatego na wszystkie strony oświadcza: Nie wiem nic. Nie znam tego człowieka. Nie mówię, że jestem przeciw niemu. Ani mówię, że jestem za nim. Pozostaję neutralny. Neutralność nie jest zdradą. Nie jestem Judaszem. Moja taktyka brzmi: nie wyznawać! Bezwyznaniowość! Ani tak, ani nie! Piotr, ten znany wesoły człowiek z Cezarei Filipowej, ten pierwszy publiczny, nieustraszony wyznawca bóstwa Chrystusa, już nie jest tym samym. Bo Piotr chce Chry­stusa bez krzyża, dlatego nie wie już sam, co mówi.

       Piotr, w przedsionku arcykapłana rozmawiający z nieprzyjaciółmi Jezusa, ma swych zwolenników w międzywyznaniowości i bezwyznaniowości teraźniej­szej i w międzywyznaniowości, którą zawsze chce być z drugimi, aby słyszeć, co mówią i przyglądać się, co robią, i w bezwyznaniowości, która zawsze przezor­nie, wymijająco oświadcza: jestem za neutralnością re­ligijną w życiu publicznym; jestem katolikiem, ale uwa­żam za zbyteczne obnosić się z katolicyzmem.

      Bezwyznaniowość, odmowa wyznawania wiary ka­tolickiej w życiu publicznym, ten aż w system ujęty strach ludzki stał się dziś jedną z najniebezpieczniej­szych chorób narodów katolickich, a szczególnie świec­kich, katolickich mężczyzn. Nie ma dziedziny, w której nie należałoby do dobrego tonu zaznaczać przy każ­dej sposobności czynem: Nie znam tego człowieka, albo - co na to samo wychodzi - nie znam Kościoła.

        Od czego rozpoczyna się zwykle wychowanie mło­dych obywateli? Od bezwyznaniowej szkoły! Co to jest szkoła bezwyznaniowa? Uczenie przez osiem lat bez­wyznaniowości, tchórzliwego milczenia, uczenie bo-jaźni przed ludźmi. Nie chodzi o to, czy to się dzieje słowami. Tu chodzi o ducha szkół bezwyznaniowych, o duchem systematyczne zapieranie się Kościoła. A po­tem dziwią się, że na próżno stawia się kościoły, gdy obok katolickiego kościoła nie ma szkoły katolickiej. Bezwyznaniowa szkoła jest przedsionkiem, w którym nasza młodzież zapiera się Chrystusa i Jego Kościoła. W tych latach nie wszystko już dojrzewa, ale ziarno zazwyczaj w tych latach rzucone jest w bezwyznanio­wej rodzinie i bezwyznaniowej szkole. Po ukończeniu szkół młodzieniec wstępuje do jakiegoś stowarzysze­nia, organizacji, partii lub zawodu. Faktycznie, prawie wszystkie partie i organizacje zawodowe na świecie oświadczyły się za bezwyznaniowością i neutralnością religijną. Polityczne i socjalne życie katolików, z mały­mi wyjątkami, zbudowane jest na tej podstawie. Znamy Kościół jako osoby prywatne, ale nie znamy go jako partii i organizacji. Partie i organizacje nie są katolic­kie, nie chcą być, jakkolwiek jest rzeczą jasną, że par­tia i organizacja, składając się z poszczególnych jed­nostek, te same muszą mieć obowiązki, co jednostka.

        Upadek i zaprzanie się Piotra stało się w ten spo­sób upadkiem i zaprzaniem się chrześcijaństwa swego Mistrza i matki Kościoła. Bezwyznaniowe, nowocze­sne społeczeństwo nie zna już Chrystusa ani Kościoła. Obok zdrady Judasza nie znam niczego, co by Zbawi­cielowi i Kościołowi w Jego Męce więcej przyczyniło bólu niż ten brak woli wyznawania Go i zapierania Go się ludzi, mieniących się Jego przyjaciółmi.

         Piotr upadek swój gorzko opłakał - opłakał i od­pokutował. Od zesłania Ducha Świętego stał się od­ważnym wyznawcą Ukrzyżowanego i Kościoła, aż do świętej bezwzględności wobec siebie. Choćby to wol­ność czy głowę miało kosztować, cóż mu na tym zale­żało? Jest jednym z tych, którzy szli za Chrystusem i Kościołem po wszystkich drogach, a więc i po drodze krzyżowej. Nie wstrzyma go żadna ludzka mądrość od wiary w Tego, którego on raz w Cezarei Filipowej uro­czyście uznał Bogiem. Raduje się, że jest jednym z tych, którzy idą z Nazareńczykiem. Zna Go. Zna Kościół, fila­ry i fundamenty prawdy. Nie jest już patronem bez­wyznaniowych, jak wówczas w przedsionku. Teraz jest Piotrem, opoką, patronem wierzących i wiernych wy­znawców w doli i niedoli.

 

 

POKIŻ BĘDZIECIE CHROMAĆ NA DWIE STRONY?

 

 

      DLACZEGO JESTEŚMY WIECZNIE KARŁAMI? Dlaczego nie wzrastamy? Dlatego, że nie podnosimy wzroku ku naszym prawdziwie wielkim mężom z dawnych i nowych czasów. Takim wielkim mężem był Eliasz, Jan Starego Zakonu.

       Eliasz - wzór chrześcijańskiej stanowczości! Żył w złych czasach. Dom królewski znieprawiony. Bałwo­chwalstwo stało się religią dworu. Całe armie sprze-dajnych proroków łasiły się u stołu księcia. Religia praw­dziwego Boga wygnana była z kraju. Skryta i otwarta walka religijna wrzała w Izraelu. Dobrzy byli wszędzie w mniejszości. Taki stan rzeczy demoralizuje, dener­wuje masy i odbiera im odwagę. Większość odpada. Może Eliasz narzekać: „Synowie Izraela opuścili Zakon. Zburzyli ołtarze. Proroków mieczem zabili. Pozostałem sam, i oni pomrą po moim życiu" (1 Król 19,10).

         W tym czasie upadku zjawia się Eliasz. Jeden prze­ciw milionom. Cóż poradzi sam? Po ludzku mówiąc, nic. Z Bogiem wszystko. Eliasz sam jeden nie obawia się potęgi najwyższego rządu. Staje przed obliczem króla: Jak Bóg żywię, Bóg Izraela, nie spadnie w tych latach ani rosa, ani deszcz, jedno według słów moich. Ty i dom twój sprowadziliście nieszczęście na kraj. Grzechy królów są nieszczęściem ludów. Błędy rządów plagami narodów. A powiedziawszy to, odszedł.

           Prawda jest dla wszystkich. Nie ma tak uprzywile­jowanych grzeszników, przed którymi by zamilkła. Prawda jest dla wszystkich, także dla tych, co siedzą na tronach, wysokich urzędach i złotych krzesłach.

          Szczytem nieszczęścia dla kraju jest brak nieza­leżnych, nieustraszonych proroków, którzy tak samo nawołują prosty lud, jak i możnych, głośno i wyraźnie - nie milkną ani przed księciem, ani przed ministrem, choćby im śmierć groziła. Majestat prawdy stoi ponad wszelkimi majestatami doczesnymi, a suwerenność Pana ponad wszelką zwierzchnością ziemską.

        I to się wkrótce pokazało. Król wzywa Eliasza przed siebie. Posyła rotmistrza z 50 żołnierzami, aby przywiedli świętego. Rozkaz brzmi: Człowiecze Boży, król rozkazał, abyś zstąpił z góry Karmelu i abyś doń przyszedł. Eliasz odpowiedział rotmistrzowi: „Jeżelim ja jest człowiek Boży, niech zstąpi ogień z nieba, a niech cię pożre i 50 twoich!". I zstąpił tedy ogień z nieba i pożarł go i pięćdziesięciu, którzy z nim byli.

        Bóg ustanowił królów; ale autorytet religii i moral­ności stoi ponad autorytetem politycznym i państwo­wym. Rządy mają rządzić, ale nie mają zapominać, że i Kościół jest rządem i tam, gdzie zachodzi sprawa prawdy i sumienia, Kościół stoi ponad mocą ziemską. Eliasz jest świętym obrońcą niezawisłości Kościoła w Starym Zakonie, jak Jan - apostołem i męczennikiem niezawisłości Kościoła w Nowym Przymierzu!

         Eliasz, tak jak później Jan, jest wzorem chrzęścijańskiej niezależności również wobec opinii publicz­nej. Opinia publiczna to także król, jak każdy inny, i rząd, tylko bardziej ciemięski niż każdy inny. Niewie­lu jest dość silnych, aby z tym rządem bojować o wol­ność. Niejeden prawdziwy demokrata, niejeden re­wolucjonista, wróg każdego nawet najbardziej umiar­kowanego rządu, nie ma odwagi wystąpić przeciw ty-raństwu tego najniesprawiedliwszego ze wszystkich rządów - przeciw tyraństwu królestwa większości. Na dziesięć tysięcy współzawodników zaledwie jeden cho­dzi na własnych nogach i postępuje według własnego sumienia. Takim jednym był ów wielki kaznodzieja na Karmelu, wzywający do pokuty, człowiek we włosien-nicy, opasany pasem skórzanym, mąż o żelaznej woli. Nieprzejednany wróg wszelkiej bezcharakterności i po-łowiczności. A bez charakteru i połowiczny był lud w owych czasach. Judaizm nie był uczciwy, ani głębo­ko przekonany o swej prawdzie, ani wierzący w siebie, ani silny. Był pogaństwem niekonsekwentnym, niera-dykalnym, ani jawnym, raczej mieszaniną obydwóch, małżeństwem prawdy i fałszu, dobrego i złego, religią, z której ani Bóg ani diabeł chwały mieć nie mogą -słowem, był bez charakteru.

       Ta mieszanina religijna wywołała męski gniew wiel­kiego Eliasza. Wezwał wszystkich mężów w Izraelu na górę Karmel. Potem wystąpił przed ludem i mówił: Jak długo chromać będziecie na obie strony?Jeżeli Pan jest Bogiem, idźcie za Nim. Lud nie odrzekł ani słowa. Wów­czas Eliasz zaproponował, że każda partia zbuduje oł­tarz i złoży na nim wołu w ofierze - po jednej stronie 450 kapłanów bożka Baala, po drugiej stronie Eliasz. Bóg, który ześle ogień na ołtarz, jest Panem. Czterystu pięćdziesięciu fałszywych proroków modliło się do Baala od rana do wieczora. Na próżno. I spadł ogień Pański z niebios i spalił ofiarę. Co gdy ujrzał lud, padł na oblicze swoje i rzekł: Pan jest Bogiem, Pan jest Bo­giem!

       Chromanie cielesne jest przedmiotem drwin i wstrętu; w znaczeniu duchowym należy do dobrego wychowania. Kto nie chroma, uchodzi za zacofanego, niewykształconego, nieprzyzwoitego, bezczelnego, upartego i krańcowego. Jest dziwakiem i przekornym. Aby wejść w tak zwane lepsze towarzystwo i być przyj­mowanym w salonie, trzeba prócz kilku uprzejmych frazesów i beznagannej toalety umieć także nosić płaszcz na dwóch ramionach. Ludzie tak zwani jedno­stronni nie nadają się do lepszego towarzystwa.

       W walce o karierę tu i ówdzie dzielność dopomoże, ale w zasadzie najdalej dochodzą ci ustępliwi. To samo zauważyć można w życiu gospodarczym. Nie potrzeba żadnych kursów ani zawodów publicznych na tym polu. Chromanie duchowe, brak charakteru, chwianie się na wszystkie strony, obracanie się jak chorągiewka na da­chu płynie we krwi nowoczesnego życia gospodarcze­go. W tym też tkwi tajemnica powodzenia w polityce większości statystów.

        To lawirowanie stało się tak ogólne, że przeważa­jąca liczba katolickich polityków, kupców i pisarzy uważa za rzecz niemożliwą według czysto katolickich zasad politykować, handlować, pisać i mówić. Chro-mającyjest jedynie normalnym człowiekiem. Człowiek, który nie chroma, uchodzi za anormalnego, wariata i uparciucha. Religią mas jest mieszanina, jak za dni Eliasza; kompromis między Kościołem a błędną nauką na ogólnej „chrześcijańskiej podstawie" jest podłożem publicznych poczynań.

      Na ogół jest się katolikiem, w szczegółach prote­stantem, liberałem, modernistą. Czysta katolicka wia­ra bez jakiejkolwiek przymieszki protestanckich albo nowoczesnych liberalnych idei jest rzadka. To jest wła­śnie ten przez Piusa X tak uroczyście potępiony religij­ny, literacki, polityczny i socjalny modernizm w swej najgłębszej istocie. On jest tą religią i filozof ją chro­mania. A wspaniałym dziełem reformatorskim Piusa X, tego nowego Eliasza, było wezwanie: pókiż będziecie chromać na dwie strony? Jeśli Kościół katolicki jest je­dynie zbawczym, przez Chrystusa założonym, w takim razie idźcie za nim i ułóżcie całe religijne, moralne, literackie, polityczne i gospodarcze życie jedynie i tyl­ko według jego zasad. Jeżeli zaś świat jest bogiem, to idźcie za nim i porzućcie Kościół.

      Bądźcie konsekwentni! Stójcie na własnych no­gach. Precz z wszelkim brakiem charakteru i połowicz-nością! Nikt nie może dwom panom służyć. Eliasz, wzór chrześcijańskiej niezależności, to nasz mąż! Mąż na­szego stulecia! Wiek XX jest stuleciem rozdziału i de­cyzji. Eliasz jest zwiastunem ostatecznej rozgrywki -Janem Chrzcicielem czasów obecnych, głoszącym po­kutę i sąd ostateczny. Jest wielkim gromicielem anty­chrysta. Przygotowuje dzień, w którym zakończy się wreszcie historia świata, ta historia wahania się mię­dzy Bogiem a diabłem.

      Po sądzie ostatecznym nie będzie wahania. Albo będziemy na górze, albo na dole, na lewo lub na pra­wo, w Bogu lub w mocy diabła. Wszelka połowiczność ustanie. Będą tylko święci albo szatani.

       Jakim był Eliasz, takimi będą i muszą być wszyscy, którzy chcą wejść do nieba. Takimi chcemy być wszy­scy już teraz; zależni jedynie od Boga, niezależni od wszystkiego, co jest przeciwne Bogu, czy to się zwie potęgą, złotem, czy większością. Mężczyźni i kobiety w przyszłości będą to silne Eliaszowe i Janowe natury, niezmienni wobec Boga, Chrystusa i Kościoła we wszystkich swych myślach, niezmiennie katoliccy w pu­blicznym działaniu i występach; niezmiennie katoliccy w lekturze; niezmiennie katoliccy w sądach o wszyst­kich rzeczach i zdarzeniach. Człowiek współczesny ma być jak dwa płonące duchy:Jan Starego Zakonu i Eliasz Nowego Przymierza. Dość długo chromaliśmy. Teraz stąpajmy równo!

 

 

 

 

ALBO - ALBO

                                                                 

 

       SŁUCHACZÓW CHRYSTUSA BYŁO TYSIĄCE. Żądza prawdy pozwalała im zapominać o pra­cy i głodzie. Równolegle widzimy w ciągu trzech lat działalności publicznej Chrystusa Pana stałą zasadniczą opozycję i nienawiść rasową no­wej nauki. Wierzące „tak" i szatańskie „nie" za i prze­ciw Chrystusowi wypowiadają się wszędzie, na ulicach i miejscach publicznych. Problem religijny stał się tre­ścią rozmów codziennych.

       Dziś kwestia religijna nie sięga tak głęboko w ży­cie narodu. Silna, entuzjastyczna miłość i płomienna nienawiść w rzeczach wiary stanowią wyjątki. Szero­kie masy na górze i dole zwą się neutralnymi i obojęt­nymi. Coraz rzadziej cisną się do kazalnic. Z zawiąza­nymi oczami i zamkniętymi uszami przechodzą obok kościoła. Problem religijny wyparty został na plan dru­gi przez ekonomię i politykę. Rzecz główną stała się poboczną, poboczna - główną.

         Obojętność religijna jest chorobą. Rozum błądzą­cy jest chory. Rozum, broniący namiętnie błędu, go­rączkuje. Lecz gdy nie okazuje żadnego zainteresowania, nawet na sprzeciw prawdzie się nie zdobędzie, wtedy można mówić w pewnym znaczeniu o obumar­ciu wyższych władz umysłowych.

        Do tego stanu, zdaje się, doszła społeczność eu­ropejska. Już przed stu laty, po wstrząśnieniach wiel­kiej rewolucji, ktoś zwrócił uwagę na ten zdumiewają­cy objaw. Dla myślącego obserwatora najgorszą ozna­ką choroby nie jest rozlegający się w głębi grzmot nad­chodzących przewrotów, lecz tępy bezwład zobojęt­nienia, ów sen umysłów ludzkich. Serce zimne. Puls niewyczuwalny. Oczy zamglone. Uszy słabo słyszące. Nerwy, już nie reagujące na nic.

         Jest to stan zobojętnienia dla zagadnień naj­wyższych i najgłębszych. Czy Bóg jest, czy Go nie ma? Czy Chrystus jest Synem Boga żywego, Zbawicielem świata, fundamentem, bez którego nikt nie buduje? Czy istnieje jedyna społeczność religijna zbawcza? Czy jest nią Kościół katolicki? A tym samym nie protestan­tyzm? Albo jest nią protestantyzm, a dlatego nie ka­tolicyzm? Czy niebo i piekło istnieje naprawdę?

        Nad tymi zagadnieniami przechodzi się do porząd­ku dziennego ze wzruszeniem ramion i potrząsaniem głową. Pieniądz i chleb, przemysł i handel obchodzą nas więcej. Żyjemy, aby jeść! Żołądek leży w centrum człowieka; dlatego musi być centrum nauki, polityki, gospodarstwa! Co się tyczy religii - nie wiemy nic, nic nie będziemy wiedzieć, nie chcemy nic wiedzieć! Oto europejska choroba śpiączki.

      Obojętność względem religii oznacza bankructwo rozumu. Rozum jest na to, aby szedł prawdzie naprze­ciw, a nie wymijał ją. Rozum jest na to, aby się praw­dzie poddał i zwalczał fałsz. Rozum, nie szukający prawdy, nie jest rozumem. Człowiek, który nie chce posłu­giwać się rozumem, zatraca do pewnego stopnia pra­wo do szlachetnego imienia człowieka. Obojętność względem prawdy jest bezdusznością, a brak duszy zezwierzęceniem. Obojętność wobec rzeczy najpo­trzebniejszej jest samobójstwem, popełnionym na wyższym pierwiastku człowieka.

        Obojętność religijna oznacza bankructwo serca. Być obojętnym znaczy to samo, co być bez serca. Serce nie jest nigdy obojętne. Serce tak jak i ogień nie może być obojętne. Serce bierze zawsze stronę za lub przeciw. Jest do wszystkich ludzi i rzeczy na świecie życzliwie lub nieżyczliwie usposobione. Pozdrawia lub żałuje, śmieje się lub płacze, kocha lub nienawidzi, ale obo­jętne nie jest nigdy. Kto w stosunku do religii żąda obojętnej serdeczności albo serdecznej obojętności, żąda rzeczy niemożliwej: serca bez serca, serca bez miłości i bez nienawiści.

        Obojętność religijna jest przestępstwem wobec re­ligii. Bóg jest prawdą. Każde Jego słowo - to prawda, piękno, dobro, życie i słońce. Gdy Bóg mówi, wszelkie stworzenie musi słuchać, wierzyć, klękać i czynić. Gdy najwyższa Inteligencja głos zabiera, byłoby najgłębszym lekceważeniem odwracać się plecami i uszy zatykać, choćby to było pokryte płaszczem uczonej neutralno­ści. Neutralność między prawdą a kłamstwem, dobrem a złem, Bogiem a diabłem, Kościołem a sektą znaczy w rzeczywistości wypowiedzenie wojny Bogu. Neutral­ny jest wrogiem!

        Donoso Cortes pisze: Nie mów, że nie chcesz wal­czyć. Już gdy to mówisz, walczysz. Nie mów, że nie wiesz, po której stronie masz walczyć. Bo w tejże chwili skłaniasz się na jedną stronę. Nie zapewniaj, że chcesz być niezależny, myśląc, że takim jesteś, już nim nie jesteś. Nie twierdź, że zachowujesz się obojętnie. To śmieszne. Wymawiając słowo „obojętnie", już przystą­piłeś do partii.

       W tej trwającej sześć tysięcy lat walce między Bo­giem a diabłem każdy, kto opowiada się za neu­tralnością, stoi bezsprzecznie po stronie diabła. Wszy­scy, którzy nie są przyjaciółmi Boga, Chrystusa i Ko­ścioła, są ich przeciwnikami. Wszyscy są przeciw nim, z wyjątkiem tych, którzy są za nimi. Wszyscy rozpra­szają, oprócz tych, co zbierają.

        Każda neutralność religijna jest więc zapowiedzią walki z prawdą katolicką. Każdy neutralny powtarza rolę Piłata. Piłat, aby nie powiedzieć tak ani nie, nie wypowiedzieć się jasno, nie wydać sądu, pyta: Co jest prawda? Potem stawia Chrystusa obok Barabasza, zbrodniarza. Trudno okazać więcej pozoru neutral­ności. Ale w tej neutralności tkwi największa zbrod­nia, jaka kiedykolwiek popełniona została w imię spra­wiedliwości. Nawet gdyby Chrystusa nie ukrzyżowa­no. Przez dojście do tej neutralności skróciliśmy dro­gę do Golgoty. Neutralność religijną między Bogiem a diabłem wprowadził w życie modernistyczny libera­lizm, któryjest dziś panującym systemem politycznym i socjalnym. Pominąwszy kilka drobnych pozostałości z dobrych dawnych czasów, świadectwo chrztu w dzi­siejszych partiach nie ma już znaczenia. Kościół, sekty, prawda, fałsz posiadają równe prawa. Nowoczesna polityka budowana jest na zasadzie neutralności reli­gijnej. Jak u Piłata - Chrystus i Barabasz obok siebie! Albo indyferentyzm, polegający na milczeniu, na nie-

mówieniu o religii, albo wyraźny indyferentyzm, pole­gający na równouprawnieniu

        Co się tyczy szkoły, jest ona dziś, przynajmniej z na­zwy, przeważnie bezwyznaniowa. Prócz lekcji religii Kościół nie gra w niej żadnej roli. Takim powietrzem oddycha katolickie dziecko przez lat osiem. Skutki są bezwzględnie pewne i niezmierzone. Indyferentyzm, oficjalna obojętność szkoły względem prawdy wyrabia materializm. Materializm wyrabia socjalizm. Socjalizm wyrabia bolszewizm. Nieprzerywany, logiczny rozwój członków z macierzystego pnia fałszu.

        Młodzież nie wierzy już w to, co jej się mówi w nie­dzielę z ambony, lecz w to, co słyszy przez sześć dni w tygodniu. Szkoła zwycięża Kościół, indyferentyzm -wiarę. Nie potrzeba żadnej walki religijnej, aby nas zmieść z powierzchni ziemi. Zasada bezwyznaniowo-ści drogą spokojnego rozwoju zabiera nam wszystko, czego cud łaski nie ocalił.

         Co robić? Przede wszystkim musimy zwalczyć w so­bie neutralność religijną, tę europejską chorobę śpiącz­ki. Musimy przestać być tylko ramieniem i żołądkiem, lecz stać się znowu duchem i z największym pietyzmem zwrócić się ku słowu, które wychodzi z ust Boga.

         A znalazłszy nieumniejszoną prawdę katolicką, mu­simy ją całą duszą ukochać i zbrodnię Barabasza - mó­wię zbrodnię, a nie zbrodniarzy-całą duszą znienawi­dzić. Strząśnijmy z siebie wszelką neutralność, tzn. wszelki brak charakteru.

        Naszym przeciwnikom powiedzmy: Raczej otwar­ty bój, niż niegodna neutralność! Jeśli nie umiecie ko­chać, to nienawidźcie. Jeśli nie chcecie być gorącymi, bądźcie zimnymi. Jeśli nie chcecie być z nami, stańcie przeciwko nam. Pokój lub wojna! Precz z neutralno­ścią, która jest fałszem, zabija ducha i znieprawia lu­dzi!

 Amen.

 

 

 

PEDAŁY i  HAMULEC

                     

                                             

        PEWNEGO RAZU PRZYSZLI DO PAPIEŻA PIU-sa moderniści. Jeden z nich, profesor wszechnicy, chcąc go podejść, zapytał: Ojcze Święty, które jest najnowsze przykazanie w Zakonie? Pius odpowiedział: Kochaj Pana Boga z ca­łego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił swoich. To jest najnowsze i najaktualniejsze przykazanie. Moder­niści wrócili smutni do domu, każdy do ojczyzny swo­jej. Przekonali się, że z papieżem targu nie ma, że u nie­go polityka Krzyża stać będzie zawsze ponad wszelki­mi zamierzeniami i rozważaniami dyplomacji ludzkiej.

      W całym Piśmie św. nie znam nic, co by na pozór tak niewinnie, a w rzeczywistości tak nieubłaganie brzmiało, jak to najgłówniejsze przykazanie, z które­go widzę, że niektórzy chrześcijanie znają już tylko osłabiony sens zakończenia. Nie znam nic, co by było w większej sprzeczności z tak zwanym modernizmem - tym zawieszeniem broni i zbrataniem się z duchem czasu - od tego przykazania pełnej miłości.

     Co mówi połowiczny katolicyzm? Milczmy! Nie mówmy ciągle o naszych twardych prawdach, o naszych nieubłaganych przykazaniach, o naszych niemiłych zwy­czajach, o naszych uproszczeniach. Milczmy o znoszo­nych krzywdach, o ograbionych klasztorach, wypędzo­nych zakonach, zakazanych procesjach, o państwie ko­ścielnym, o przywróceniu niepodległości i wolności głowie Kościoła!

      Milczmy, gdy nas usuwają z państwa, ze szkoły i stowarzyszeń! Przemilczmy kłamstwa historyczne na­uczycieli, zaczepki prasy, dokuczliwości w biurach i warsztatach!! Nie urządzajmy żadnych historii. Sta­nowimy przecież mniejszość. Cnotą, która przystoi mniejszości i najwięcej zjednuje względów, jest skrom­ność i dobre wychowanie.

      A jeżeli mamy mówić, to tylko w uroczystych oko­licznościach, aby zaznaczyć swoje zapatrywanie. Nie zabierajmy głosu wszędzie i nie za często, i nie za gło­śno!!

My także jesteśmy katolikami. Równie dobrymi, jak inni. I chcemy nimi pozostać. Tylko nasz katolicyzm cichszy, skromniejszy, cierpliwszy, mniej głośno wystę­pujący, mniej energicznie domagający się! My dalej zaj­dziemy. Więcej osiągniemy. Więc milczmy!

      Jakież następstwa są tej taktyki? Najpierw mówi się cicho, potem milknie się tu i ówdzie. Potem stale. Potem prawda i prawo bywają zapomniane, potem porzucone, a na ostatku zaprzane. Dzieci nie słyszą już o nim. Wzrasta pokolenie, dla którego pewne praw­dy stają się obce, przestarzałe i niepotrzebne. Milczą­cy katolicyzm staje się śpiącym, śpiący - umierającym, umierający- martwym.

       Co mówi jeszcze półkatolicyzm? Czekajmy! Półka-tolicyzm mówi dużo o korzystnej chwili, odpowied nich momentach, o potrzebie uwzględnienia okolicz­ności. Marnujemy drogocenny czas na badanie, roz­ważanie, ponowne obmyślanie - tylko nic nie obalić, odesłać do komisji i jak tam brzmią te wszystkie pięk­ne słowa zwolenników zbyt wielkiej powolności.

        I to dzieje się w czasach, gdy drżą wszystkie fun­damenty, wszystkie tamy pękają, łamią się wszystkie zapory. Gdy płomienie ogarniają wszystkie kąty, my sie­dzimy wygodnie, pocieszając się, że przyjdzie dzień, w którym protestanci przestaną protestować, wolno-mularze rozprawiać o humanitaryzmie, socjaliści szano­wać zaczną autorytet, rodzinę i własność, a więc zło przestanie być złem, a fałsz fałszem. O! my jesteśmy więcej niż naiwni!

       Wszystko ma swój czas. Nie każda chwila nadaje się do dzieła. Ale co innego przesunąć czas ofensywy, a co innego zaniedbać potrzebnych przygotowań. Na przygotowanie do walki nigdy nie jest za wcześnie. W tym leży tajemnica powodzenia, aby być gotowym pięć minut przed rozpoczęciem. Zazwyczaj rozpoczy­na się to prędzej, niż się spodziewamy.

         Również niemądrze jest liczyć, że przyszłość na­karmi nas gotowym owocem bez żadnego z naszej stro­ny trudu. Przeciwnicy dadzą nam to jedynie, do czego będą zmuszeni, to znaczy, co my lub okoliczności na nich wymogą. Dlatego nie możemy wierzyć w sprawie­dliwość naszych nieprzyjaciół. Bo albo nasi nieprzyja­ciele są niesprawiedliwi, ponieważ są naszymi nieprzy­jaciółmi, albo są sprawiedliwi i dlatego są naszymi przy­jaciółmi.

         Nie czekajmy dłużej. Zegar się śpieszy. Spełnijmy obowiązek, żądajmy chrztu i bierzmowania.

        Co mówi jeszcze półkatolicyzm?

        Działajmy wspólnie. Opuśćcie fronty, zniszczcie broń. Znieście fortece. Hasłem niech będzie: przy so­bie i ze sobą zamiast przeciw sobie. Wszyscy dobrej woli - a świat jest ich pełen! - niech podadzą sobie ręce do jednolitego frontu partii porządku!!

        A więc międzywyznaniowość na miejsce wyznanio-wości, wspólny pochód zamiast osobistych marszów. Wyłączyć religię z polityki, z gospodarstwa, ze szkoły, nauki i sztuki!

        Nie ma większego niebezpieczeństwa dla Kościoła nad to ogólne wyłączenie jego wpływu ze wszystkich tak zwanych neutralnych zagadnień życia. Wy poło­wiczni chcielibyście jechać na ślepo, wcisnąć się w tłum, a z neutralnych pozycji się cofać. Wy połowiczni! Ale słuchajcie, co pisze Pius wielki w pamiętnej encyklice1.

        Jeżeli się wyłączy religię z udziału w życiu np. go­spodarczym, to wkrótce usuniętą zostanie i z innych dziedzin praktycznego życia. 1 tak dojdzie się do bez-wyznaniowości, tzn. do zaparcia się najkrótszą drogą wszelkiej religii.

        Co mówi jeszcze półkatolicyzm? Wyjdźmy na spo­tkanie! Katarzyna Emmerich widziała w objawieniu Ko­ściół w kształcie majestatycznej katedry. Przed porta­lem znajdowała się głęboka rozpadlina. Po drugiej stro­nie tej przepaści czekał olbrzymi tłum ludzki, który chętnie byłby wszedł do świątyni, gdyby go od niej nie dzieliła ta przepaść.

        Księża znaleźli jednak radę. Poszli do kościoła, odłamywali blok za blokiem z głównego ołtarza i rzucali w ten sposób zdobyte marmury w przepaść, póki się nie wypełniła.

__________________________________________________

1 Encyklika św. Piusa X Pascendi Dominici gregis z 8.09.1907 r.

 

 

        Cel był osiągnięty. Most nad przepaścią zrobiony. Tłum rzucił się z radością na wyrównaną rozpadlinę, witając księży jako przyjaciół ludzkości. Ludzie padli sobie w ramiona i płakali z miłości i radości, gdyż zni­kły różnice. W tryumfie wkroczono do świątyni. Lecz gdy się z bliska przyjrzano, zobaczono, że tam nie było - tabernakulum! Na co się zda wyjście na spotkanie, jeśli się sami zatracimy, przestaniemy być sobą? Le­on XIII, wielki papież pokoju, powiedział: Nic tak Ko­ściołowi nie zaszkodziło, jak ta wieczna ustępliwość. Zawsze jesteśmy tymi, co tracą.

        Co mówi katolicyzm całkowity? Co mówi Chrystus? Kochaj Pana Boga swego z całej duszy, z całego serca, ze wszystkich sił swoich. To pierwsze. To największe przykazanie. Niech je nazywają przesadą, krańcowo-ścią i jednostronnością; ale to jest najgłówniejsze przykazanie chrystianizmu. Całe serce i całą inteligencję oddać Jednemu ijedynemu. Należysz do Boga. On jest celem twego życia. Czy to polityk, czy przemysłowiec, bankier, wieśniak czy robotnik, może i musi znać tylko to jedno zadanie życia.

         Cała nowoczesna wiedza, cały nowoczesny prze­mysł, cała nowoczesna polityka, jeśli o tym zapomina, jest wielką omyłką.

        Przeto nie będziemy nigdy milczeć, gdy o tym jed­nym zapominać będą! Nigdy nie będziemy czekali, gdzie to jedno wypowiedziane być powinno. Nigdy nie będziemy współdziałali, jeżeli to jedno nie będzie punk­tem środkowym. Nigdy nie pójdziemy na rękę, gdzie z tego jednego choćby kreseczkę poświęcić by trzeba.

           Jesteśmy ludźmi. Nie dorównamy nigdy naszym ide­ałom. Ale w przeciwieństwie do umniejszonego, tchórz­liwego katolicyzmu wiemy przynajmniej, czym jest re­ligia, i powiemy z O. de Lagarde: Ona jest wszędzie albo nigdzie. Jest wszystkim albo niczym. Jest cesa­rzem albo żebrakiem. Jest duszą albo trupem.

          Precz z pedałami i hamulcem! Do wspinania się wzwyż tych rzeczy nie potrzeba. Ewangelia i cnota ich nie znają.

 

 

 

PONĘTA ŚWIATA

                     

                                             

         EWANGELIA ZWYKŁA WSKAZYWAĆ OBU przywódców w walce światowej. Nowocze­sna demokracja nie zmieniła w niczym tej podwójnej monarchii. Ludzkość świadomie czy nieświadomie kroczy pod czyjąś wodzą i to na wszystkich polach: religijnym, moralnym, literackim, gospodarczym i politycznym. Większość czyni to, co chce kilka wybitnych jednostek. Ale i te ktoś wiedzie. W rzeczywistości prowadzą tylko dwaj: Chrystus i Lu­cyfer. Wszyscy inni idą za nimi.

        Co więcej; wszyscy inni tworzą z przywódcami jed­ną organiczną całość. Św. Paweł powiedziałby: Są cia­łem o jednej głowie! Tajemniczym małżeństwem. Po jednej stronie mistyczne małżeństwo dobrych z Chry­stusem na czele. Po drugiej stronie obmierzłe małżeń­stwo złych z Lucyferem na czele. Ludzkość jest ob­lubienicą bądź Chrystusa, bądź szatana. Oblubienicą Chrystusa jako Kościół, oblubienicą szatana jako pożą­dliwość świata. Zawsze jedno serce i jedna dusza ze swoją głową! Jeśli się zna Kościół, zna się Chrystusa, jeśli się zna Chrystusa, zna się Kościół. 1 przeciwnie: jeśli się zna świat, zna się diabła, i jeśli zna się diabła, zna się świat. Choć są dwoje, zawsze występują jako jedno! Przypatrzmy się temu w trzech obrazach.

         Pierwszy obraz: On i ona, pożądliwość światowa i jej oblubieniec przy stole życia! On lubi występować w roli żywiciela i szafarza radości. „Możecie jeść z każ­dego drzewa w raju. Nie ma drzew zakazanych. Nie ma zakazanych czasów! Nie ma miejsc zakazanych! Nie ma przepisów co do pokarmów, nakazów postu! Nie ma ograniczeń we wszechwładztwie praw ludzkich! Nie ma «ty musisz" ani «tobie nie wolno»! Nieograniczone używanie! Będziecie jako bogowie"! Tak było na po­czątku.

       Na początku publicznego wystąpienia Chrystusa czarny majestat ukazuje się znowu. Ta sama mowa, co przed 4000 lat. „Uczyń, aby te kamienie stały się chle­bem! Chcesz świat odnowić? Uchwyciłeś z fałszywego końca. Ja znam ludzi. Postem, modlitwą, kazaniami ich nie zdobędziesz. Primum vivere, deinde philosophari! Najpierw żyć, potem filozofować!.

        Poznaj wpierw narodową ekonomię. Dbaj o prze­mysł, handel i komunikację. Zjednaj sobie kapitał. Pie­niądz rządzi światem. Potem zstąp do tłumu. Wznieś sztandar emancypacji! Rozwiąż kwestię socjalną. Daj ludziom chleba. Buduj im domy uciechy. A cały lud ra­dośnie ci przyklaśnie". Tak mówi on.

        Ona - mówi jak on. Diabeł rzadko występuje oso­biście. Wystarcza mu, że kieruje i inspiruje. Departa­ment spraw zewnętrznych może spokojnie zostawić małżonce światowości. Świat właściwie powinien był być katolicki. Czytamy na pierwszej stronie Biblii, że na początku świat był dobry. Bóg stworzył niebo i zie mię. W sześciu wielkich okresach wywołał z nicości państwo gwiazd, roślin i zwierząt. Na koniec stworzył człowieka. I widział Bóg wszystko, co zrobił. I świat był bardzo dobry.

       Ale inaczej się stało. Świat został wciągnięty w grzech. Tą katastrofą stanął człowiek w innym sto­sunku do natury. Uczynił stworzenie Boże bożyszczem. Każdy grzech, jak mówi św. Tomasz, jest odwróceniem się od Boga, a zwróceniem do stworzenia, a więc bał­wochwalstwem. I tak świat, świątynia Boga, stawał się coraz więcej pogańskim panteonem, niezmierzoną świątynią bożków. Światowość stała się uwodzicielką, małżonką diabła. Diabeł zaś przez to małżeństwo stał się księciem ziemi (] 12, 31). Między pożądliwością świata a diabłem panuje zupełna wspólność idei. Ona mówi jak on. On jak - ona. Ewangelia światowości, ta, którą wąż dał przy zakazanym drzewie, brzmi: Bezgra­niczne używanie, radość ciała, radość oczu i wytwor-ność życia (1J 2,16). Słuchając, czytając i przyglądając się światu, poznaje się go.

       Drugi obraz: On i ona, ta Światowość i jej małżo­nek, w Jeruzalem. W świętym mieście! Diabeł, który wszedł do raju, może wtargnąć także na święty teren religii. Do przedsionka, a nawet na dach świątyni. Przy­pominamy sobie: Szatan żądał od Chrystusa, aby spu­ścił się na dół. Szatan chce, aby religia weszła w więk­szą styczność z ziemią. Aby nie unosiła się jako coś nierealnego w górnych przestworzach, ale zadowolo­na z teraźniejszości, obu nogami stała na gruncie do­konanych faktów, żyła i pozwalała żyć! Aby okazała zro­zumienie dla rzeczywistości. Niech jak siostry, ramię przy ramieniu idzie wspólnie ze światem, dotrzymuje

kroku kulturze, niech współzawodnicząc z kulturą im­ponuje!

         Dziś dużo pracy zadaje sobie świat w obrębie świą­tyni, aby Kościół wywieźć z zakrystii a ulicę, natural­nie nie ze stułą, niejako prawodawcę, głosiciela praw­dy i kapłana Najwyższego, ale jako damę do towarzy­stwa dla uciechy świata. Nie potrzeba mieć oczu Jere-miasza aby zobaczyć, jaka fala światowości przewala się przez nowoczesny chrystianizm, zalewając i zamu­lając pierwiastki zdecydowanie katolickie, świadomie nadprzyrodzone, wszystko, co jest boskie i w wiecz­ność sięgające w życiu katolickim. Jeszcze sterczą wie­że kościołów z ogólnego potopu. Jeszcze tu i tam spo­tyka się krzyż na drodze, jako pozostałość z dobrych, dawnych czasów. Ale ogólny obraz świata, mimo 1900 lat chrystianizmu, sprawia wrażenie pogańskiego pan­teonu, świątyni bożków.

          Katolicy - prócz zawsze czcigodnych wyjątków -nie odróżniają się od innych. Nie odbijają jako specjal­ny rodzaj ludzi. Robią wszystko jak wielka masa dzieci świata. Mówią jak tamci. Kupują i sprzedają jak tamci. Zabawiają się jak tamci. Ubierają się jak tamci. Chry­stianizm się zeświecczył. Zeświecczyła się niedziela katolicka. I katolicka rodzina! Zeświecczyła się w wiel­kiej mierze praca i lektura katolicka! Chrześcijaństwo zstąpiło z dachu świątyni i nie stoi na straży swego boskiego dziecięctwa i wiecznego przeznaczenia. W ogóle katolicyzm zatracił nadprzyrodzoną wytwor-ność. Z wyjątkiem niewielu, bardzo niewielu - jeste­śmy jak wszyscy inni.

          Trzeci obraz: On i ona - pycha świata i jej mąż na górze: „Dam ci wszystkie królestwa i ich bogactwa, jeśli upadłszy, uczynisz mi pokłon. Daję wszystko. W za­mian żądam tylko pokłonu". Ale właśnie ten pokłon jest dla Chrystusa główną rzeczą. Właśnie o ten po­kłon chodzi we wszystkich walkach ducha w dziejach świata. Czy zgiąć kolana przed Bogiem, czy przed Lu­cyferem i światem? Chrystianizm jest religią, zginają­cą kolana i uniżającą się przed Bogiem. Pogaństwo i sta­re i nowe jest religią pokłonów i uniżania się przed stworzeniem, przed boginią - światowością i jej oblu­bieńcom szatanem. Albo jedno, albo drugie. Albo służ­ba Boża, albo bałwochwalstwo!

        Dziś dzieje się tak samo. Nikt przecież nie wierzy, aby usunięto bałwochwalstwo przez zniszczenie sta­rych bożków. Bogi znikły, bałwochwalstwo pozostało. Bałwochwalstwo w postaci czci liberalnej dla państwa. Bałwochwalstwo w kapitalistycznej czci złotego ciel­ca. Bałwochwalstwo jako komunistyczno-socjalistycz-na religia przyszłego raju. Bałwochwalstwo jako ślepa wiara w wiedzę. Bałwochwalstwo - niewolnictwa mody. Bałwochwalstwo - kult bogini, bogini Wenus, kult cia­ła. A zatem albo służba Boża, albo bałwochwalstwo! Jeżeli ma się wybierać między tymi dwiema służbami, to nie może być wątpliwości, która więcej odpowiada godności ludzkiej. Prawdziwie wolni ludzie zginają kolana przed Jednym i mówią z Chrystusem: Idź precz, szatanie! Albowiem napisane jest: „Panu Bogu twemu kłaniać się będziesz i Jemu samemu służyć!".

         Razem z Chrystusem musimy diabła wypędzić. Ale nie tylko jego, także i jego oblubienicę - światowość. Inaczej wszystko będzie połowiczne. Gdzie ona prze­bywa, tam on wraca do domu, z którego był wyszedł. 1 to ostatnie będzie gorsze niż pierwsze. Aby dzieło

było całkowite, trzeba równie zdecydowanie i niezmor­dowanie walkę wypowiedzieć wszędzie wciskającemu się duchowi świata.

        Ta walka z duchem świata jest właśnie oznaką praw­dziwego chrystianizmu i prawdziwej miłości Chrystu­sa. Nikt nie jest dobrym, prócz tych, co nienawidzą zła (Tertulian). Nikt nie kocha Boga, prócz tego, który wal­czy ze złem. Tylko bojownik Chrystusa. Tylko nie­przyjaciel świata jest uczniem Ukrzyżowanego. Kto chce być przyjacielem świata, mówi św. Jakub (4, 4), ten jest nieprzyjacielem Boga. Nolite conformari huk saeculo! (Rzym 12, 2). Nie bądźcie podobni światu! Żyj­cie jak dzieci Boże, nie jakbyście poganami i materiali­stami byli, żyjcie przeznaczeni do nieba, nie jakoby-ście w wieczność nie wierzyli. Świat ten przeminie! (1 Kor 17, 31). Świat zginie! Odwróćcie się plecami do ulicznicy!

 

 


People in this conversation

Comments (1)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
This comment was minimized by the moderator on the site

Krzyż i Korona | ks. Robert Mäder | Rozdział 1
https://m.youtube.com/watch?v=Y_aLoxeTmSo

Guest
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location