X. Robert Mäder: Jestem Katolikiem

Article Index

 

 

STRZEŻCIE SIĘ!

                     

                                             

       TO SŁOWA PRZESTROGI. SYGNAŁ STRAŻY NA widok zbliżającego się nieprzyjaciela. Trąb­ka alarmowa strażnika, który z wieży uj­rzał pożar. Nie lubimy ostrzegaczy. Budzą nas ze snu za wcześnie. Zakłócają spokój. Gdyby nie oni, wróg wtargnąłby co prawda do obozu, a ogień szerzył się, za to mielibyśmy nieocenioną korzyść. Można by spać pięć minut dłużej! Więc trzeba zabić tych, co ostrzegają! Ostrzegaczy, mówię. Psy szczeka­jące. Nie złodziei. Bo psy nie dają spać. Złodzieje są przyjaźnie usposobieni, zachowują się cicho. Zabić trze­ba strażników, bijących na alarm, a nie podpalaczy, cich­cem biorących się do dzieła. Zabić strażnika, trębacza, a nie nieprzyjaciela. Tak chce przewrotny świat. Nie­przyjaciółmi ludzkości i ojczyzny nie są diabły ani bluź-niercy, Herodzi, Piłaci, nie Nero lub Dioklecjan, tylko Chrystus, Piotr, Paweł i ich następcy - ci, co ostrzegają.

         A jednak będą zawsze ludzie, którym wolno mó­wić: Strzeżcie się! Ludzie, którzy niezmiennie stoją na straży, znają wichry i chmury, zbliżające się nawałnice i wołają do maluczkich: Jutro będzie burza! Ludzie, którzy muszą wołać, nawet gdyby im języki wyrywa­no. Ludzie, którzy są na to przez Boga stworzeni, i któ­rych milczenie i bezczynne przypatrywanie się do­prowadziłoby do obłędu. Wielki francuski apologeta Ludwik Veuillot powiada: Wyobraźcie sobie człowie­ka, którego zamknięto w klatce żelaznej. Przed klatkę zaciągnięto matkę jego i dziecko. Lżą je, biją, wreszcie mordują oboje. Przyjrzyjcie się temu człowiekowi, temu ojcu, jak bezsilny, wściekły i oszalały szarpie i gryzie zębami żelazne pręty klatki więziennej. A potem tarza się po ziemi, ziejąc wściekłością, od której drży całe ciało nieszczęsnego. Wszystkie katusze i męki tego człowieka przeżywałem, mówi Ludwik Veuillot, gdy zaprowadzono bezprawne zarządzenia przeciw religii katolickiej, gdy Bóg mój ukochany był lżony, a ja mil­cząc bezczynnie, z zakneblowanymi ustami przyglądać się musiałem temu. Ty mały, nędzny, mądry, sentymen­talny, krótkowidzący świecie - śpij, milcz, zamknij oczy, uszy i usta. Ale wiedz, że są ludzie, którzy wolą czu­wać niż spać, których Bóg postawił jako stróży nad swoim ludem, i których największą dumą móc wraz z Piotrem Kanizjuszem napisać w testamencie: Dzię­kuję Ci, Boże, żem nie był w życiu psem milczącym.

             „Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przy­chodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są wilka­mi drapieżnymi". Wrodzony instynkt pozwala owcom rozróżniać wilka od owcy, pasterza od wilka. Owca nie pozwoli się wywieść w pole. Raz zrobiono próbę. Pan przebrał się za owczarza, owczarz za pana. Owce po­szły za owczarzem przebranym za pana, a nie za pa­nem przebranym za owczarza. Gdyby wszyscy chrze­ścijanie byli tak mądrzy! Gdyby wszyscy mieli, jak św.

Klemens Hofbauer żartobliwie się wyraził, katolicki nos, ten subtelny, nadprzyrodzony zmysł, aby wyczuć co niezdrowe, niebezpieczne, wątpliwe i niekatolickie!

         Niech was frazesy w błąd nie wprowadzają. Nie ubiór czyni proroka ani olśniewające słowa, ani wzrok przyjazny, lub w rękę wsunięty dar - to tylko może owcza skóra, to powierzchowność. Ciało nic nie zna­czy. Duch jest wszystkim. Duch czyni proroków, przy­jaciół i głosicieli prawdy. Badajcie, czy pod katolicką skórą bije katolickie serce! Wiadomo, że diabeł podró­żuje incognito pod obcymi nazwiskami i w cudzych sza­tach. Te suknie kradzione, które nosi, pochodzą za­zwyczaj z zakrystii. Chcę przez to powiedzieć: każda błędna nauka, nawet najbiedniejsza religia, ma jesz­cze w sobie coś z pozoru prawdy. Nie ma takiej religii, która zawierałaby 100% fałszu. Aby zyskać zwolenni­ków, trzeba duchowi ludzkiemu prawdę jakąś podać, dać coś, co mu się podoba. To jest ta owcza skóra praw­dy, którą fałsz ukradł z katolickiej zakrystii, aby swo­bodnie pod nią ukryć wilczą naturę i zamiary wilcze.

         Widzimy to teraz. Tak zwani moderniści odłączyli się od Kościoła nauczającego. I co robią? Powiedzieli sobie: na zewnątrz pozostaniemy w Kościele, będzie­my chodzić do spowiedzi, chociaż nią gardzimy, przyj­mować Komunię św., w którą nie wierzymy, uczęsz­czać na Mszę św., z której drwimy. W katolickiej skó­rze tym łatwiej będzie można Kościół podminować. Bez katolickiej owczej skóry, bez jakiejkolwiek szmatki sta­rej prawdy nie możemy ludzi oszukiwać. A więc nazy­wajmy się owieczkami, pozostańmy w owczarni, nazywajmy się dobrymi chrześcijanami, mówmy, że my także wierzymy w jednego Boga. Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy w owczej skórze przychodzą do was! Z wilkami, wyjącymi w lesie, damy sobie radę. Najniebezpieczniejsze są wilki „chrześcijańskie".

         „Po owocach poznacie ich". Czy zbiera się wino­grona z cierni, a figi z ostu? Patrzcie co czynią, co urzą­dzają. Miejcie na oku ich rozmowy. Słuchajcie, gdy upojeni winem prawdę mówią. Czytajcie, co piszą. Pa­trzcie, jak umierają. Po owocach poznacie ich.

        „Dobre drzewo nie może rodzić złych owoców". Oni temu przeczą. Z drwiącym śmiechem pokazują nam zepsute, zatrute owoce, które wyrosły na katolickiem drzewie. Wskazują ludzi, nawet dostojników Kościoła, którzy nie prowadzą wzorowego życia, i szydzą: nie widzimy, aby byli lepsi niż inni. A ja podtrzymuję zda­nie Pisma św.: Dobre drzewo nie może rodzić złych owoców. Złe owoce pochodzą zawsze ze złych drzew. Ale są także i źli katolicy?! Zapewne! Lecz te owoce nie wyrastają na naszych drzewach. To są owoce z ob­cego nasienia, obcego ducha. Pasożyty! Jemioła, rosnąca na naszych drzewach! Albo jak św. Jan pisze: Oni od nas wyszli, ale z nas nie byli (1 J 2, 19). Duch katolicki nigdy jeszcze złych owoców nie wydał.

         Ale są dobre dzieła i po drugiej stronie? Z pewno­ścią! Te dobre dzieła nie wyrosły jednak na drzewie fałszu. To owoce obcego ducha, owoce dobra i praw­dy, z których ziarnka tchnienie łaski w każde serce ludz­kie zasiewa, nasiona, pochodzące od Boga, z drzewa Kościoła, na cały świat rozsiewane. Przy każdym dziele pytać należy: jakiego jest ducha? Co je wywołało? Wte­dy pozostaje niezmienne prawo: duch katolicki, to dobre drzewo, może tylko dobre owoce przynieść tak w nas samych, jako i u drugich. Duch wierze nieprzyja-

zny jest złym drzewem i może tylko złe owoce przy­nosić u drugich i w nas samych. Dlatego poznacie ich po owocach.

          „Każde drzewo, które nie przynosi dobrych owo­ców, będzie ścięte i w ogień wrzucone". To ostatnie słowo Pana. Róbcie, co chcecie. Zakładajcie, działaj­cie, sądźcie, budujcie. Pozwólcie światu dzieła swe nazywać wielkimi. Na nic wam się to nie przyda, jeśli nie są owocami, które rosną z Boga i dla Boga. Każde nasienie, którego Ojciec niebieski nie sadził, będzie zniszczone (Mt 14, 13). Dobre jest, co Bóg nazywa dobrym. Strzeżcie się fałszywych owoców, fałszywych drzew i fałszywych proroków.

         Nie wierzcie każdemu duchowi, lecz wpierw do­świadczcie, czy jest z Boga, gdyż dużo fałszywych pro­roków w świat poszło (1 J 4, 1).

 

 

 

O DUCHA MĘCZEŃSTWA

                     

                                             

 

      W KANTONIE WALLIS ROZSZALAŁA ongi okrutna walka religijna, walka, w której wojsko wielką odegrało rolę. Chrześcijaństwo miało być wytępione mieczem. Przeciwko temu zaprotestowała jedna cała brygada, a jedna jej kompania zbiegła pod wodzą dwóch oficerów. Przybyli do Solury. Tamtejszy dowód­ca załogi zażądał, by kompania wyrzekła się wiary i przyjęła religię państwową. Nie osiągnąwszy celu, użył przemocy, lecz błyskawica z nieba powaliła na ziemię siepaczy. Stos, na którym zbiegowie mieli być żywcem spaleni, rozniósł gwałtowny wicher. Ostatecznie ścię­to żołnierzy z Ursusem i Wiktorem na czele. Kościół katolicki i lud czci tych żołnierzy jako męczenników i świętych.

        Czego dowodzi ten epizod z czasów prze­śladowania chrześcijan za Dioklecjana i Maksencjusza? Dowodzi, że w pewnych chwilach życia ludzkiego ucieczka jest obowiązkiem, a pozostanie - zdradą i tchórzostwem. Może się zdarzyć, że nieposłuszeń­stwo jest koniecznością, a posłuszeństwo staje się grzechem. A zachodzi to wtedy, gdy dusza, rzecz najwyż­sza i najważniejsza w człowieku, staje wobec nie­bezpieczeństwa. Postępowanie męczenników przed 1600 laty dla nowoczesnych chrześcijan winno stano­wić przykład. Dusza jest ponad wszystkim, przede wszystkim i mimo wszystko!

         Dusza nie zna względów rodzinnych! Nie ma deli­katniejszych, bliższych więzów niż między ojcem, mat­ką a dzieckiem. Jeżeli wszyscy ludzie są bliźnimi, to rodzina jest najbliższą. Między naturą a Ewangelią nie może być przeciwieństwa. Uczuć, które Stwórca wło­żył w pierś ludzką, Zbawiciel nie wyrywa. Lecz każda miłość między ludźmi, a więc i między małżeństwem, rodzicami a dziećmi, ma granice. Ludzie nie są boga­mi. Najlepszy człowiek jest człowiekiem, a nie bogiem. Najszlachetniejsza kobieta i matka jest człowiekiem, a nie boginią.

         Dlatego miłość nie powinna przerodzić się w bał­wochwalstwo. Nigdy nie powinna w ukochanym wi­dzieć najwyższego dobra. Tylko Jeden ma być miłowa­ny z całego serca, z całej duszy i ze wszystkich sił. To jest główne przykazanie! Pierwsze! Bóg nie może zre­zygnować z pierwszego miejsca ani w rozumie, ani w sercu, ani w życiu. Każda miłość, chcąca z Nim współ­zawodniczyć, musi być odrzucona jako buntownicza. Kto stawia stworzenie na pierwszym miejscu, jest nie­przyjacielem Boga.

       To przykazanie stosuje się także do życia rodzin­nego. Z nieubłaganą surowością Chrystus, wzór łagod­ności, stawia twarde żądanie: Jeżeli kto idzie do Mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego, matki, żony, dzieci, braci i sióstr, nie może być uczniem Moim (Łk 14, 26).

Rzecz jasna, Chrystus nienawidzi nienawiści. Dawca wielkiego przykazania miłości nie może z nienatural­nej nienawiści, nienawiści ku najbliższym, uczynić pra­wa moralnego. Ale jeżeli mąż, żona, narzeczony, na­rzeczona i dziecko chce w twoim sercu zająć pierw­sze, Bogu należne miejsce, jeżeli równocześnie żądają od ciebie uwielbienia, wtenczas musisz uważać ich za nieprzyjaciół swej duszy i Boga i zrzucić ich z piede­stału swej czci, nawet gdyby to był mąż twój czy żona.

      Jeden jest tylko Bóg, tak w czasie narzeczeństwa, jak i w małżeństwie. A jeżeli bożek z tronu zejść nie chce, wówczas Jezus po raz drugi głos zabiera: „Nie mniemajcie, abym przyszedł puszczać pokój na ziemię. Nie przyszedłem puszczać pokoju, ale miecz. Bom przy­szedł rozłączyć, człowieka przeciw ojcu jego i córkę przeciw matce i synową przeciw świekrze jej. I będą nieprzyjaciele człowieka domownicy jego. Kto miłuje ojca albo matkę więcej niż Mnie, nie jest Mnie godzien, a kto miłuje syna lub córkę nade Mnie, nie jest Mnie godzien" (Mt 10,34).

       Gdy twój najbliższy chce zająć miejsce Boga w su­mieniu twym i sercu, wtedy jest powód do wojny. Wte­dy musi być wojna za wszelką cenę. Jakkolwiek mają ojciec, matka, mąż do twej osoby wiele praw, nie mają prawa stawiać się na miejscu Boga i żądać rzeczy, któ­rych Bóg zakazuje, a zakazywać tego, czego Bóg żąda. Najpierw twa dusza, twoje sumienie, a w twym sumie­niu, w twej duszy i sercu pierwszy Bóg we wszystkim, potem dopiero bliźni! Dla duszy ustąpić winny wszel­kie względy rodzinne! Taka jest wolność dzieci Bożych!

       Dla duszy niech ustąpią względy polityczne! Do­wódca załogi miejskiej żądał od Ursusa i Wiktora złożenią pokłonu i ofiary bóstwu państwa, Jupiterowi i Merkuremu, bogu ruchu i handlu. Święci odpowiedzieli: Według religii chrześcijańskiej nie wolno nam składać ofiar głuchym i niemym bożkom. Tak mówią mężczyźni. Tak mówią chrześcijanie. Tak mówią katolicy. Nie odda­ją pokłonu bożkom państwa ani złotemu cielcowi.

        Religia katolicka brała zawsze w obronę zwierzch­ność jako rzecz świętą i godną szacunku. Nigdy nie przyznawała ludowi prawa buntu. Jeżeli zdarzy się nad­użycie przemocy ze strony władzy cywilnej, Kościół katolicki nie pozwala, jak uczy papież Leon XIII w en­cyklice o socjalizmie1, na własną rękę powstawać prze­ciw rządowi, by więcej jeszcze nie zakłócać spokoju i porządku i nie narażać społeczeństwa na większe szkody. A jeśli doszło do tego, mówi dalej papież, że nie ma żadnej nadziei ratunku, to Kościół uczy, aby zasługami chrześcijańskiej cierpliwości i bezustanną modlitwą przyśpieszyć pomoc Bożą.

        Jeżeli jednak prawodawcy i książęta postanowią lub nakażą coś, co się sprzeciwia prawu Bożemu i pra­wu natury, to obowiązek i godność chrześcijańskiego imienia ostrzegają nas, że trzeba Boga więcej słuchać niż ludzi. Tak postępowali męczennicy wszystkich cza­sów. Gdy państwo zajęło tron Boga i przywłaszczyło sobie prawa Najwyższego, gdy dowództwo wojskowe wydało rozkazy przeciwne ich sumieniu, prześladowa­ni nie urządzili rewolucji, nie zwrócili broni przeciw zwierzchności, ale i nie spełnili niesprawiedliwych, bezbożnych rozkazów. Zawiesili broń. Stawili bierny opór. Odmówili w tym wypadku posłuszeństwa. Do

_________________________________________

1 Quod Apostolk Muneris z 28.12.1878 r. = 68 =

 

tego mieli prawo. Chrześcijanie nie są rewolucjonista­mi, ale też nie są niewolnikami.

        Gdy władzę państwową ogarnie obłęd wielkości, gdy ona sądzi, że jest Bogiem i tyranią sięga w niena­ruszalną wolność sumienia, wtedy chrześcijanom nie przysługuje prawo otwartego buntu, ani prawo prze­mocy, ani prawo politycznego strajku, ani wypowie­dzenia posłuszeństwa we wszystkim, ale prawem i obo­wiązkiem sumienia jest stawić opór bierny niesprawie­dliwym rozkazom. Twoja dusza i sumienie mają pierw­szeństwo, a w twoim sumieniu najpierw Bóg, potem państwo!

       Tak myśleli i postępowali bohaterscy legioniści tebańscy. Trzy są kategorie ludzi, stojących wobec prze­mocy państwowej: pierwsza to rewolucjoniści, druga to tchórze i niewolnicy, trzecia to święci i męczennicy. Do pierwszej należą dziś socjaliści, do drugiej pospól­stwo, do trzeciej bracia duchowi dawnych świętych. Oni to są dla nas wzorem.

Zbawienie twojej duszy górować musi nad wszyst­kimi osobistymi względami. Mamy nie tylko zatargi duszy z ludźmi i z polityczną przemocą. Są też we­wnętrzne zatargi duszy we własnym królestwie czło­wieka. Od chwili zbudzenia się rozumu w człowieku wre wojna domowa. Wojna między jego duchową stro­ną, szukającą Boga, a ziemską, szukającą świata. W tej wojnie, trwającej od kolebki do trumny, w tym nieustan­nym buncie niższej natury człowieka przeciw wyższej nie możemy być neutralni. Jeżeli bliźniego, który chce być Bogiem, i państwo, które chce być Bogiem, w imię Boga żywego, Pana nieba i ziemi, zrzuciliśmy z przy­właszczonego sobie tronu, to musimy tak samo postąpić wobec naszego ,ja", jeżeli się ono Bogiem chce mianować.

       Musimy mu wypowiedzieć wojnę na rzecz jedynie uprawnionego rządu Bożego. Według surowej mowy Zbawiciela winniśmy nienawidzić tej niższej duszy, któ­ra jest ogniskiem buntu. Kto miłuje duszę swą, traci ją, a kto nienawidzi duszy swej na tym świecie, ku wiecz­nemu żywotowi strzeże jej (J 12, 25). W tej walce nie ma miłosierdzia, nie ma ustępstwa ani zawieszenia broni. Boskie prawo wojenne stawia w tym względzie warunki: A jeżeli ręka twoja albo noga twoja gorszy cię, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej ułomnym albo chromym wejść do żywota, niźli mając dwie ręce albo dwie nogi być wrzuconym w ogień wieczny. A jeżeli oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie. Le­piej tobie z jednym okiem wnijść do żywota, niźli dwoje oczu mając, być wrzuconym do piekła ognistego (Mt 18,8).

        A więc przeciw temu niższemu buntującemu się człowiekowi walka ma być bez miłosierdzia, aż do zu­pełnego pokonania! Wszystko, nawet to, co najuko­chańsze i najpotrzebniejsze, jeżeli służy nieprzyjaciel­skim interesom, jeżeli jest ochroną i twierdzą złego, jeśli stanowi niebezpieczeństwo, najbliższą okazję do grzechu, należy w tej walce poświęcić. Rękę, nogę, oko, zdrowie, majątek, życie, wszystko trzeba z gotowością oddać, aby za świętym Pawłem powiedzieć: Wszyst-kom postradał i mam sobie za gnój, abym Chrystusa pozyskał (Filip 3, 8).

        W porównaniu do nieskończonej wielkości wszyst­ko inne za nic uważane być musi. 1 to jest według eko­nomii niebieskiej jedynie słuszną rzeczą. Bo królestwo niebieskie podobne jest człowiekowi, który znalazł skarb na ziemi, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę ziemię. W ten sposób postępowali męczen­nicy. Dusza przede wszystkim, przy tobie, poza tobą i w tobie!

       Składamy hołd i dziękczynienie nieustraszonym wyznawcom Chrystusa. Dzisiaj roi się od zbiegów, któ­rzy niepomni na przysięgę złożoną przy bierzmowa­niu, opuszczają armię walczącego Kościoła. Jakże pod­nosi duszę widok ludzi, opuszczających wszystko, ni­gdy jednak swego Boga, nigdy swego Kościoła i swego sumienia. Miejmy odwagę jak męczennicy uciekać, gdzie ucieczka jest obowiązkiem, i trwać na stanowi­sku, gdzie to jest walecznością, To nazwiemy duchem katolickim. To jedynie. Kto jest katolikiem, musi mieć odwagę być wyznawcą i męczennikiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KTO NALEŻY DO KOŚCIOŁA

                     

                                             

 

    KOŚCIÓŁ KATOLICKI NIE JEST ORGANIZACJĄ, lecz organizmem. Nie był założony, lecz zrodzony. Zielone Świątki są dniem jego .narodzin, Duch Święty - jego duszą. Nie można mówić o Kościele, nie myśląc o Chrystusie, jego głowie, a mówiąc o Kościele, nie można w myśli pomi­nąć Ducha Świętego, jego duszy. Dusza, głowa, ciało -stanowią dopiero całego człowieka. Duch Święty, Chry­stus, chrześcijanin - to cały Kościół. Co Bóg związał, człowiek nie powinien rozwiązywać. Mówiąc o Koście­le, trzeba najpierw mówić o Duchu Świętym. W Credo Duch Święty nazwany jest Tym, który daje życie. Dzieje Apostolskie opowiadają, jak św. Paweł w swych podró­żach misyjnych, przyszedłszy do Efezu, spotkał kilku uczniów, których zapytał: „Azaliście wzięli Ducha Świę­tego, skoroście uwierzyli? A oni rzekli do niego: Ani-śmy słyszeli, jeśli jest Duch Święty". Takich dziś jest wielu, którzy potrafią wprawdzie odpowiedzieć na py­tania katechizmowe o Duchu Świętym, ale nie mają pojęcia o niezmierzonej wartości tego, że Duch Świę­ty jest duszą Kościoła!

    Wystarczy przejrzeć pierwsze karty dziejów Ko­ścioła, aby przekonać się, jak po zesłaniu Ducha Świę­tego rozwija się cudownie życie dusz we wszystkich gminach chrześcijańskich. Cudownie kiełkują, kwitną i dojrzewają wszystkie cnoty. Jakoby nowy świat po­wstawał! Dlatego w Składzie Apostolskim te dwa artyku­ły są obok siebie: Wierzę w Ducha Świętego - święty Kościół powszechny. Kościół katolicki jest istotnie świą­tynią Ducha Świętego, a dzieje Kościoła są istotną hi­storią działania tego Ducha. Mówią o nowej wiośnie dusz w najnowszej historii Kościoła. Łączy się to ze wzrastającą wiarą, czcią i miłością Ducha Świętego, duszy naszej i duszy Kościoła. Kto należy do Kościoła katolickiego? Najpierw Duch Święty!

      Kto należy do Kościoła? Jezus! Kościół jest żywym organizmem, którego głową jest Jezus. Kościół - to Je­zus i my. Przede wszystkim Jezus, Jezus więcej, niż my! W nowoczesnej trosce o duszę szuka się nowych środ­ków, dróg i sił, ale będzie to zawsze połów w próżne sieci, jeżeli w tych nowoczesnych staraniach o duszę więcej będzie z nas, aniżeli z Niego. Możemy dzień i noc targać się w niezmordowanej pracy, lecz Kościół ani na krok się nie zbliży. Bez Jezusa żadne kazanie nie pomoże. Bez Jezusa nie będzie nawróceń. Bez Jezusa nie będzie postępu na drodze do ureligijnienia ludz­kości. Zapewne, potrzebne są środki pomocnicze, jak dobroczynność, prasa, organizacje, ale to są tylko narzę­dzia, którymi się posługuje właściwy duszpasterz, Je­zus. Bez Jezusa nie zrobią nic. Zupełnie nic! Nikt! Ani papież, ani biskup, ani proboszcz. O tym przede wszyst­kim i z wdzięcznością trzeba pamiętać. Najważniejszą, najniezbędniejszą istotą w Kościele jest Jezus. Kościół to przede wszystkim Jezus.

      Kto należy do Kościoła? Papież, biskup, proboszcz, kapłan. O tym nie wszyscy jeszcze wiedzą. Kapłan nie jest pierwszym w Kościele, ale jest drugim. On jest za­stępcą Chrystusa. Na pewno nikt nie był pokorniejszy od świętego proboszcza z Ars. Nikt bardziej przejęty własną niemocą. A jednak nikt inny nie wyraził się z większym zapałem o wielkości kapłana. Kim jest ka­płan? - pyta. 1 daje taką odpowiedź: To człowiek, któ­ry zastępuje Boga! Człowiek, obdarzony pełnomocnic­twem Boga! Człowiek, przez którego płynie do nas wszelkie nadprzyrodzone szczęście, wszelkie łaski i da­ry! Człowiek, który to może, czego nawet Matka Boża nie może: konsekrować i odpuszczać, przeistaczać i rozgrzeszać! Po Bogu kapłan jest wszystkim. Zostaw­cie parafię przez 20 lat bez księdza, a ludzie staną się bałwochwalcami. Tak myśli Święty z Ars o kapłanie. Materialnie ksiądz żyje z Kościoła, ale Kościół żyje du­chowo z księdza. Dlatego nie sposób wyobrazić sobie Kościoła bez kapłaństwa. Jeżeli rozkwit parafii głów­nie zależy od tego, czy jest ona eucharystyczna, tzn. na Jezusie oparta; to z drugiej strony rozwój jej zależy od tego, czy jest klerykalnie usposobiona, tzn. oparta

na kapłanie.

     Kto należy do Kościoła? Żywi. W Kościele znajdują się trzy kategorie ludzi. Żywi, śpiący i umarli. Według piętna, jakie jedni albo drudzy nadają całości, mamy parafie żywe, śpiące lub umarłe. Żywą parafią jest ta, która ma świeckich apostołów. Pius X w rozmowie z kardynałami zapytał: Co w czasach dzisiejszych jest najpotrzebniejsze? Katolickie szkoły, powiedział jeden; więcej kościołów, rzekł drugi; więcej księży, wtrącił trzeci. Wtedy zabrał głos papież: „To, czego w tej chwili najwięcej brak w każdej parafii, to kilku świeckich lu­dzi cnotliwych, wykształconych, pełnych odwagi -prawdziwych apostołów!". Nie wszyscy chodzą rów­nie szybko. Większość lubi krok powolny. Muszą być tacy, którzy idą naprzód, musi działać taka liga dobre­go przykładu, grupa przodowników, pociągająca innych za sobą. Kilku mężczyzn, kilku młodzieńców, kilka ko­biet, kilka panien, natchnionych Duchem Świętym, nie­wielka liczba, ale oddana całkowicie. Tych kilku decy­duje o przyszłości parafii. Oni są motorem akcji katolic­kiej. O nich trzeba Boga prosić. Reszta przyjdzie sama.

       Są też w Kościele wyznawcy śpiącego katolicyzmu. Już św. Paweł powiedział: Dormiunt multii (1 Kor 11, 30). Wielu ich zasnęło! Sen to stan pośredni między życiem a śmiercią. Ludzie ci mają jeszcze wiarę. Ko­rzeń życia religijnego jeszcze w nich całkiem nie ob­umarł. Chcą się nazywać katolikami. Płacą także po­datki kościelne. Ale nie mają odwagi być katolikami ani w niedzielę, ani w piątek, ani na Wielkanoc, ani w rodzinie, w zawodzie, ani publicznie. Wielu śpi. Wy­znawcy śpiącego katolicyzmu tworzą dziś, przede wszystkim po miastach, większość. Ani trąby, ani dzia­ła, zwykłe i nadzwyczajne środki, nie zdołają nimi wstrząsnąć. Najgorsze zaś, że u wielu sen stanie się chorobą, a ta choroba wiedzie do śmierci. Trzeba się dużo modlić za tych biedaków, w śnie chorobliwym pogrążonych. Na tym polega zadanie świeckich apo­stołów: mają budzić tych, do których ksiądz nie ma już dostępu.

       Mówiąc o parafiach, popełniamy zazwyczaj fatal­ne błędy przy obliczaniu dusz. Oto, co angielski kardynał Bourne powiedział w pewnym mieście do księży: „Moi kochani, czcigodni panowie! Gdy przyjeżdżam na wizytację, pytam: Ilu katolików liczy parafia? Mniej więcej 3.700 dusz. Słyszałem przecież, że miasto ma 84.000 ochrzczonych mieszkańców. Parafia więc liczy nie 3.700, ale 84.000 dusz. Chrzest czyni ludzi człon­kami Kościoła katolickiego. Być może, że tylko 3.700, a może jeszcze mniejsza liczba uznaje księdza za pro­boszcza. Ale to nie zmienia istoty rzeczy. Najwyższy Sędzia zapyta: Gdzie są drudzy, gdzie ten zastęp osiem-dziesięcioczterotysięczny, noszący Mój znak na duszy? Wówczas nie możecie powiedzieć Myśleliśmy, że jest ich tylko 3.700, gdyż za wszystkich jesteście odpowie­dzialni". Fakt ten przygnębiający. Każdy kościół wiel­komiejski otoczony jest ogromnym cmentarzem człon­ków duchowo umarłych - tych, co odpadli, co błędnie wierzą lub nie wierzą wcale. Ale ten cmentarz według prawa kościelnego należy do Kościoła katolickiego. Ma­my obowiązek przez apostolstwo modlitwy, dobry przy­kład, pouczanie współpracować, aby ci umarli stali się znów żywymi, tj. katolikami, żywymi członkami jedne­go ciała - Kościoła, i jednej głowy - Chrystusa.

       Widzimy tedy, że stoimy przed olbrzymim zada­niem. Kościół materialny jest może dziełem skończo­nym, ale Kościół żyjący długo jeszcze nie będzie goto­wy. Musimy iść na plac budowy. Wszyscy! 1 każdy wi­nien pracować we właściwym miejscu przy duchowym wzniesieniu świątyni. Św. Paweł mówi w pierwszym liście do Koryntian (8,1): Caritas aedificat! Miłość budu­je. Kto kocha, ten buduje. Kto nie pomaga, ten nie ko­cha. Na placu budowy Kościoła nie ma bezrobotnych. Tu można także zastosować słowa Chrystusa: Kto nie jest za tym, jest przeciw temu. Kto nie zbiera, rozpra­sza. Kto nie pomaga, przeszkadza. Kto nie buduje, roz­biera. A więc do budowy! Do pracy! Wszyscy!

 

 

 

JE DEN JEST TYLKO NAUCZYCIEL

                     

                                             

 

PIUS X POWIEDZIAŁ: OBECNE CZASY SĄ OKRE-sem anarchii duchowej, okresem, w którym każdy uważa się za nauczyciela i prawodaw­cę. W murzyńskiej osadzie na południu Sta­nów Zjednoczonych zdarza się często, że jakiś bosy murzyn rozpoczyna kazanie tymi słowy: „/ have got a cali!" „Zostałem powołany!". Ten rodzaj świeckiego kapłaństwa, w którem każdy o najzawilszych kwestiach życia wygłasza własne teorie, stał się zwyczajem nie tylko murzyńskich dzielnic w Ameryce, ale i w szko­łach wyższych, seminariach nauczycielskich, po restau­racjach, redakcjach, ratuszach i wiecach ludowych. Wszy­scy mówią o wszystkim. Pytanie zadane Janowi przed 1900 laty, byłoby dziś bardzo na miejscu. „Ktoś ty?". Lecz niewielu wyznałoby uczciwie: Nie jestem Mesjaszem. Nie jestem prorokiem. Nie jestem nauczycielem ani pra­wodawcą. Jestem tylko głosem, echem drugiego, go­tującym mu drogę, niegodnym najniższej pracy - roz­wiązania rzemyka Większemu, który przyjdzie. Mówi­my, że jesteśmy chrześcijanami. Gdyby to było praw­dą, musielibyśmy myśleć, mówić i postępować jak Jan.

      My musimy uważać się za uczniów, tylko za uczniów. Musimy zerwać z tą niekatolicką herezja,ja kobyśmy wszyscy byli nauczycielami i prawodawcami Nie jesteśmy nimi.

      Lud nie posiada prawa nauczania w kwestiach reli­gii i moralności. Nie ma prawa decydowania, co jest prawdą i dobrem. To, co teraz powiem, będzie obrazą majestatu, która należy do największych grzechów li­beralnego stulecia, i dlatego nie będzie darowana mi przez żaden sąd tego świata ani przez sąd publiczno­ści, ani sąd redaktorów czy profesorów. Obelga ta, gor­sza niż bluźnierstwo, niż wszystkie obrazy władz pań­stwowych, brzmi: Lud nie może być nauczycielem ani prawodawcą, bo jest ciemny. Nie twierdzę, żeby w spo­łeczeństwie, a zwłaszcza między prostym ludem, wśród wieśniaków i robotników, w stanie średnim i w war­stwach najwyższych, nie było ludzi inteligentnych, wy­kształconych, ze zdrowym sądem i siłą myśli. Twierdzę tylko, że większość ludzi mimo ogólnego wykształce­nia nie może rozstrzygać trudnych kwestii religijnych, moralnych i prawodawczych.

      Tylko ten ma prawo tu rozstrzygać, kto wie, gdzie jest prawda i prawo. A ten tylko wie, kto je głęboko przemyślał, naukowo zbadał i odkrył. Prawdy nie znaj­duje się na ulicy. Gruntownie zbadać może tylko ten, kto ma odpowiedni stopień wykształcenia oraz czas po temu. Większość tego nie ma. Ich rzeczą jest dać się pouczyć, być uczniami i wierzyć tym, którzy wie­dzą, ale nie decydować o najwyższych problematach życia publicznego podniesieniem ręki lub oddaniem kartki wyborczej.

     Dzisiejsza wybujała demokracja sprzeciwia się rozumowi i bezpieczeństwu państwa, gdyż wbrew rozu­mowi ślepy wskazuje drogę, a głupi przywłaszcza so­bie prawo sądzenia. Powszechne prawo głosowania o ważnych zagadnieniach życia publicznego tylko wów­czas przestaje być niebezpieczne, gdy lud przed pój­ściem do miejsc wyborczych stanie posłusznie u stóp kazalnicy, aby potem w imię Kościoła z kartką wybor­czą w ręku dopomóc prawdzie i prawu do zwycięstwa; gdy pójdzie jak uczeń, nie jak nauczyciel, jak ktoś, który katechizm publicznie wyznaje, ale nie chce sam wy­rzec ostatniego słowa. Kazalnica nie stoi na ulicy ani na rynku. Ambona wznosi się w kościele. W kościele paść musi pierwsze i ostatnie słowo.

      Zbyt wiele wartości przypisujemy rozmowie i dys­kusjom. Na co się przyda to wieczne dysputowanie, jeśli ludzie mówią o rzeczach, na których się nie zna­ją? Na co się przyda wymowa, zamierzająca jedynie swoje przeprowadzić zapatrywania? Ongi ludzkość wierzyła. Od 400 lat dysputuje. Czy od tego czasu na­byliśmy więcej wiedzy o wielkich prawdach religijnych, politycznych i socjalnych? Nie! Rezultatem tego bezu­stannego „gadania" jest zazwyczaj to, że sami nie wie­my, czego chcemy. Nieszczęściem było, że lud, nawet katolicki, dał się porwać żądzy dysputowania, a no­wym nieszczęściem będzie, gdy kobiety zaczną tak jak mężczyźni rozprawiać i decydować o rzeczach, któ­rych nie rozumieją.

        To nie po katolicku. Katolik powinien zastanowić się i zapytać, jeżeli czegoś nie rozumie, i słuchać tego, który się na tym zna, potem powiedzieć: credo, wie­rzę. Ambona jest zazwyczaj po stronie kobiet, ale urząd nauczycielski do kobiet nie należy.

       Nie jest urzędem kobiet ani ludu, nie jest również urzędem uczonych. Zadaniem uczonych jest lud po­uczać. Oni są naturalnymi przodownikami ludu, ale z warunkiem, że sami są posłuszni i pokorni jako słu­dzy Kościoła. Najważniejszym zadaniem katolickich sta­tystów, posłów, urzędników, prawników i redaktorów jest wyznawać wiarę, głosić, bronić jej i panujące błę­dy prostować. Mają, jak zaznaczył Leon XIII w encykli­ce o obowiązkach chrześcijańskich obywateli1, nie przy­właszczając sobie praw kościelnego urzędu nauczania, być echem Kościoła.

        Pisarz katolicki w tym wieku panowania prasy ma bez wątpienia ogromne znaczenie, ale nie ma prawa mocą boskiego autorytetu występować przed ludem i mówić: Kto mi nie wierzy, będzie potępiony.

        Mówca katolicki może wymową porwać lud: nie mówi jednak w imieniu Boga. Nie decyduje o rzeczach, które dotyczą religii i moralności. Zanim wejdzie na mównicę, musi radzić się katechizmu. Musi poddać swe słowa nieomylnemu wyrokowi Kościoła.

        Zapewne, katolicki mąż stanu, pisarz, redaktor czy mówca, żyjący w atmosferze współczesnego liberali­zmu, ponosi ofiarę, godząc się pod warunkiem najści­ślejszej łączności z prawem katolickim nazywać się przywódcą ludu katolickiego. Ale inaczej byłby uwo­dzicielem. Urząd nauczania narodów, jako urząd nauczycielski, nie był nigdy przez Chrystusa powierzo­ny politykom, pisarzom czy profesorom. Rola polityka katolickiego jest rolą ucznia, który nauczył się dobrze zadania i wypowiada je przed ludem. Nie wolno mu

______________________________

1 Immortale De/ z 1.11.1885 r.

 

występować w roli Mesjasza i proroków.

       Urzędowe nauczanie religijne należy wyłącznie do urzędu nauczycielskiego Kościoła katolickiego. Nikt na świecie nie ma upoważnienia autorytatywnie wystę­pować przed ludem. Jedyny Kościół ma prawo osta­tecznie coś za błąd osądzić, a gdy osądzi, nikt na świe­cie nie ma prawa błędu tego bronić. Wszyscy ludzie bez wyjątku, i króle, i rządy muszą uczyć się w szkole Kościoła katolickiego. Wobec Kościoła wszyscy są tyl­ko uczniami. On jest światłem świata, wielkim świa­tłem prawdy, które Bóg umieścił na firmamencie, aby oświecało wszystkich, co na świat przychodzą, urzę­dowe nauczanie religijne należy wyłącznie do urzędu nauczycielskiego Kościoła katolickiego, bo nikt prócz Kościoła nie posiada pełnej prawdy, i nikomu innemu nie było powiedziane: A ja prosić będę Ojca, a innego pocieszyciela da wam, aby z wami mieszkał na wieki, ducha prawdy (] 14,16). Urzędowe nauczanie religijne jest wyłącznym przywilejem Kościoła katolickiego, gdyż Kościół katolicki jedynie i zawsze jak pojętny uczeń pozostawał u stóp odwiecznej prawdy, Syna Bożego. Każde słowo prawdy, z ust Kościoła płynące, przycho­dzi od Ducha Świętego. Każde słowo, pochodzące z ust Ducha Świętego, pochodzi z ust Syna. Każde słowo, pochodzące z ust Syna Bożego, pochodzi z ust Boga. Lumen de lumine! Światło Światłości! Jeden jest Kościół nauczający, ponieważ jeden jest Duch Święty; jeden tylko Duch Święty, bo tylko jeden Syn Boży; tylko je­den Syn Boży, bo tylko jeden jest Bóg wieczny. Jedno z drugiego wynika. Jeden Bóg, jeden Kościół, jedna praw­da, jeden urząd nauczycielski. Wszystko inne na świe­cie musi być na nauce w szkole. Wszystko!

         Każda rzecz ma swoje miejsce. Musimy przestać uważać się za nauczycieli, ponieważ jesteśmy tylko uczniami. Nie wstyd być uczniem. Przeciwnie, najwięk­szym honorem dla katolickiego umysłu jest to, że ucząc się możemy zasiadać u stóp prawdy odwiecznej. Po­wtarzam: Lud, nie wyłączając tak zwanego „akademi­ka", jest uczniem swego biskupa i proboszcza. Ale ani jeden, ani drugi nie mają powodu dumnie na drugich spoglądać. Oni uczą, czego się sami nauczyli. Głoszą to, co słyszeli.

        Biskupi i kapłani muszą być pojętnymi uczniami najwyższego Pasterza i tylko z tym zastrzeżeniem mają prawo występować z autorytetem wobec owieczek i mówić jak ten, który ma władzę. Również papież jest jedynie pierwszym uczniem Ducha Świętego. Szkoła jest równa dla wszystkich. Jeden jest tylko nauczyciel

- Chrystus! Być katolikiem to znaczy wierzyć.

 

 

 

POKAŻCIE SIĘ KAPŁANOWI

 

 

 

      SŁÓW TYCH NIE ROZUMIEMY. W NASZYM pojęciu Chrystus powinien był odesłać cho­rych nie do kapłana, lecz do lekarza. Chry­stus uczynił przeciwnie. W tym tkwi coś wię­cej, niż ceremoniał Starego Testamentu. W tym leży myśl głęboka. Każde zagadnienie ma stronę teolo­giczną, jest w pewnym stosunku do Boga. Wszystkie rzeczy są przez Boga w Bogu, a Bóg jest we wszyst­kich. Kto chce dojść do jądra rzeczy, niech pyta: Jaki jest stosunek Boga do niej? Jaki jest jej stosunek do Boga?

        Dlatego trędowaci musieli się pokazać nie lekarzo­wi, lecz mężowi Bożemu, kapłanowi. Do kapłana, któ­ry jest napełniony duchem Bożym, stosują się przede wszystkim słowa św. Pawła w pierwszym liście do Ko-ryntian: Duchowny rozsądza wszystko (2, 15). Z tego widzimy, jak ponad wszystko góruje znaczenie kapłań­stwa, i jak ogólnie rozumieć należy słowa Chrystusa: Idźcie i pokażcie się kapłanowi. To samo dziś. Jeśli chcesz wiedzieć, jakim kto jest katolikiem, zapytaj, jaki jest jego stosunek do kapłana.

= 84 =

 

 

1

 

 

Pokażcie się kapłanowi

         Wprawdzie duch nowoczesny powstaje przeciwko temu. Mówi o zarozumiałości, mieszaniu się do wszyst­kiego, obłędzie wielkości, żądzy panowania ducho­wieństwa. Duch nowoczesny nie ma zupełnie zmysłu dla powszechnego, nieograniczonego królestwa Boże­go, które maluje Stary i Nowy Testament, i dlatego o ka­płanie, głosicielu tego królestwa, nie chce nic wiedzieć. Dużo jest powodów, dla których już nie chcemy zwra­cać się do księdza.

       Głównym powodem - to liberalizm, dziś prawie wszechobecny i wszechpotężny. Liberalizm orzekł: Po­dzielmy świat na dwie części. Niebo pozostawiamy Bogu. Ale ziemię zatrzymujemy dla siebie. Nie miesza­my się do tego, co jest nad nami, w zamian jednak żądamy, aby w górnych dziedzinach nie troszczono się 0  to, co się dzieje na tym padole. Jesteśmy wspania­łomyślni. Aby dać dalszy dowód pokojowego usposo­bienia, pozostawiamy w ustawach naszych tym, któ­rzy się interesują królestwem niebieskim, jako wolną sferę; kościoły, kaplice, ognisko domowe i cichy zaką­tek serca, zawsze trzymając się zasady: Ziemia dla lu­dzi - niebo dla aniołów!

          Liberalizm uważa ziemską działalność ludzi jako wolną, niezależną dziedzinę, która z religią, a więc i z kapłanem nie ma nic wspólnego. Jest światem dla siebie. Prowincjami w tym państwie czysto światowym są: nauka, sztuka, polityka, ekonomia, staranie o ciało,

utrzymanie, to znaczy prawie wszystko, co jest poza obrębem Kościoła i co ludzi zajmuje przez cały tydzień od poniedziałku do soboty.

        Nie ma innej błędnej nauki, która by była równie niebezpieczna i nieszczęsna dla życia Kościoła. Innych błędnych nauk nie można równocześnie przyjmować i odrzucać, np. nie można być równocześnie protestan­tem i katolikiem. Lecz liberalizm nie jest sektą zamknię­tą, stojącą poza Kościołem. Jego tchnienie swobodne wcisnęło się nawet do Kościoła.

        Przeważna część katolików stała się liberalna. Większość nie chce w kwestiach wiedzy, sztuki, poli­tyki i ekonomii słuchać Kościoła i kapłanów. Nie chcą wierzyć, że każda kwestia naukowa, artystyczna, poli­tyczna czy gospodarcza jest także kwestią teologicz­ną, religijną i moralną, i zajmuje stanowisko za lub prze­ciw Bogu. Duch liberalny wcisnął się niestety już i w organizacje katolickie.

         Papieże, biskupi, proboszczowie w ubiegłem dwu­dziestoleciu zrobili bolesne doświadczenia nawet na takich, od których mogli się byli spodziewać więcej zrozumienia i gorliwości. Zamiast zorganizowanej ak­cji katolickiej występuje aż nazbyt często zorganizo­wany bierny opór, a nawet zorganizowane czynne nieposłuszeństwo, odstrychnięcie się od duchowień­stwa, wyemancypowanie się spod wpływów duchow­nych. Wszyscy chcą niby być katolikami i po katolicku pracować, ale przeciw proboszczowi, biskupowi i pa­pieżowi. Słusznie rzekł Leon XIII, że świat stał się libe­ralny.

         Mamy obowiązek temu samowładnemu, zaciętemu liberalizmowi przeciwstawić ducha katolickiego. Duch katolicki jest duchem Kościoła, duchem wierności dla papieża, kapłanów, duchem klerykalnym; organem, przez który Bóg działa, według św. Tomasza jest Chry­stus; organem, przez który Chrystus działa na ludzi, są kapłani.

       Kapłan może do pewnego stopnia powiedzieć jak Chrystus: Beze mnie nic nie możecie. Beze mnie nie ma drogi, nie ma prawdy, nie ma życia. Próbowano wysunąć jako wybawiciela uczonego, społecznika, po­lityka, kupca. Wszyscy zawiedli i zawodzą coraz wię­cej. Wszyscy ci panowie, kręcąc głowami, bezsilni od­chodzą od łoża chorej ludzkości. W końcu trzeba spro­wadzić tego, o którym na początku zapomniano, ka­płana z Dobrem Najwyższym.

      Oby nas źle nie zrozumiano; gdy mówimy o kapła­nie, to myślimy o duchownym, który jest kapłanem, przynosi nam Chrystusa, przynosi nadprzyrodzone prawdy Boskie, prawa i siły. Duchowny, szukający tyl­ko siebie, zaszczytów i korzyści osobistych, nie jest kapłanem, raczej aktorem. Aktorzy muszą zniknąć. Kapłani, piastujący Chrystusa, muszą zajmować pierw­sze miejsce.

        Każda rzecz ziemska ma dwie strony. Każda dzia­łalność, czy naukowa, artystyczna, polityczna, gospo­darcza posiada, że tak powiem, ciało i duszę. Ciałem nazywamy to, co czyni uczony, artysta, polityk, kupiec, a duszą nazywam zasady i zapatrywania każdego. Du­chowny jako taki nie troszczy się o to, co czynią ucze­ni, artyści, politycy i kupcy, to jest ich rzecz. Ale musi się troszczyć o to, czy i jak wola Najwyższego w ich czynnościach została wypełniona, czy postępowanie ich zgadza się z przykazaniami Bożymi.

        Podkreślam: to nie sprawa naukowa, artystyczna, polityczna ani kupiecka, ale moralna, religijna i teolo­giczna. Zależnie od znaczenia i trudności należy do plebana, duszpasterza, spowiednika, uczonego, teo­loga, biskupa, papieża. Ducha musi sądzić duchowny.

Reszta należy do fachowca. W tym znaczeniu Chrystus przekazał urząd nauczycielski i pasterski apostołom i ich następcom. Nad wszystkimi narodami i nad wszyst­kimi ludźmi.

        Kto jest katolickiego ducha, trzyma się tych zasad w pokorze i w posłuszeństwie. Staje przed kapłanem, polega na nim i słucha go. Napisano: Kto was słucha, Mnie słucha. Kto wami gardzi, Mną gardzi. Kto Mną gardzi, gardzi Tym, który mnie posłał (Łk 10,16). A więc wzmocnienie dyscypliny kościelnej, ochocze posłuszeń­stwo - posłuszeństwo jednostek, posłuszeństwo organizacji, posłuszeństwo związków katolickich.

       Siła parafii polega na jedności. Jedność polega na tym, że gdzie pasterz, tam i owce jego, czy to się od­nosi do proboszcza, czy do biskupa, czy do Kościoła w ogóle. Po tym poznają, że katolikami jesteście, jeże­li słuchać będziecie. W tym leży tajemnica powodze­nia katolicyzmu. Kto z proboszczem, biskupem, papie­żem nie zbiera, ten rozprasza. Jest tylko jedna jedność w Kościele katolickim, i to potrójna: jedność parafii, jedność diecezji, jedność z Rzymem, a więc jedność z ustanowionym przez Boga pasterzem.

 

 

TAJEMNICA POWODZENIA

                     

                                           

 

        KOŚC1ÓŁJEST SPOŁECZEŃSTWEM, SKŁADA-jącym się z ludzi. Stąd owe porównania w Ewangelii: „Królestwo niebieskie podob .ne jest ziarnu gorczycznemu, które wziąw­szy człowiek wsiał na roli swojej, które najmniejszeć jest ze wszego nasienia. Kiedy urośnie, stawa się drze­wem, tak iż przychodzą ptacy niebiescy i mieszkają na gałązkach jego".

       Kościół musi rosnąć albo umrzeć. Ważną rzeczą jest wiedzieć, co przez wzrost Kościoła należy rozumieć, co temu rozwojowi sprzyja. Aby poznać jak Kościół, który jest ciągle żyjącym Chrystusem, rozszerzał się na zewnątrz i do wewnątrz, musimy przyjrzeć się jego rozwojowi w czasach apostołów i pierwszych chrze­ścijan. Prawa życia były te same,wówczas i dziś. Awięc Kościół winien rozszerzać się w ten sam sposób, jak rozszerzał się w pierwszych czasach, albo nie będzie się rozszerzał wcale.

         Wzrost Kościoła jest niezależny od wiedzy świec­kiej. Chrystus Pan był we wszystkim, prócz grzechu, podobny człowiekowi. Mimo to nie słyszymy, aby uczęszczał do szkół w rodzinnym miasteczku Nazare­cie, ani przedtem, w czasie wygnania w Egipcie. Nie słyszymy, aby zaznajamiał się z literaturą swego czasu. Powołując uczniów na apostołów, nie szukał ich mię­dzy uczonymi, rabinami ani biegłymi w piśmie. Nie wymagał od apostolatu gimnazjum ani filozofii, ale od razu rozpoczął trzyletnim kursem teologii, a więc na­uką, w co trzeba wierzyć i czynić, aby się dostać do nieba.

       Jakim sposobem pozyskali apostołowie Jeruzalem, Aleksandrię, Rzym i Ateny, ówczesne środowisko mą­drości świata? Nie imponowali wyższym wykształce­niem ani zdumiewającą znajomością języków, ani po­rywającą wymową, ani gruntownym wyszkoleniem so­cjalnym. Nie umieli również o sprawach tego świata rozprawiać mądrze. Głupich tego świata wybrał Bóg, aby mędrców zawstydzić, mówi św. Paweł.

         Bo na cóż dużo wiedzieć? Tu nie chodzi o wiedzę, lecz o wiarę dziecięcą w to, że Jezus, Jednorodzony Syn Boży, ukrzyżowan, umarł, trzeciego dnia zmar­twychwstał, siedzi po prawicy Boga, stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. To wszystko są sprawy, któ­rych profesorowie niewiele więcej rozumieją od dzie­ci. Jeżeli więc pierwsi chrześcijanie bez pomocy wie­dzy zdobywali całe kraje, a w nich mężów wielkiej na­uki, to z tego nie wynika, by nauka była czymś złem, ale że Kościół i dziś bez uczonych, a nawet wbrew uczo­nym, może odnieść zwycięstwo.

         Wzrost Kościoła jest niezależny od pieniędzy. Mó­wią, że pieniądz rządzi światem. Być może, ale na pew­no nie rządzi niebem. Pod tym względem Ewangelia nie pozostawia żadnej wątpliwości. Ludzkość została uratowana przez łaskę Bożą i przenajświętszą Krew Zbawiciela. To jest podstawa nauki chrześcijańskiej. Co by się stało, gdyby Chrystus Pan, do którego wszystko należy, bo wszystko przezeń było uczynione, nadał zło-tu wybitne znaczenie w dziele Odkupienia? Cały świat powiedziałby, że Chrystus pieniędzmi świat odkupił.

       Nikt nie uwierzyłby w tryumf Krzyża. Chrystianizm nie ma podłoża kupieckiego. To nie przedsiębiorstwo finansowe; nie zawdzięczał swego powstania pienią­dzom i nie miał im zawdzięczać dalszego rozwoju. W jakie środki uposażył Jezus apostołów, wysyłając ich, aby głosili królestwo Boże? Zadanie było olbrzymie. Olbrzymie zadanie wymaga, według dzisiejszych po­jęć, olbrzymiego kapitału. A Chrystus nie dał Piotrowi nawet marnego grosza Piotrowego na kapitał obroto­wy. Nie założył instytucji ubezpieczeniowej od choro­by, wypadków, starości, inwalidztwa dla pierwszych wy­słanników wiary. Nie stworzył żadnego milionowego funduszu na cele misyjne. Nie założył z Łazarzem ani innym bogaczem banku katolickiego, który finansował­by sprawy zbawienia i kultu.

        Chrystus znał tylko jedno niezawodne źródło, z którego miały płynąć środki na utrzymanie życia i koszta służby Bożej: Opatrzność Bożą i dobrowolne ofiary wiernych. Tak było dawniej. Tak musi być i dzi­siaj. Kościołowi nie wolno myśleć, mówić, postępować po kupiecku, ale jak apostoł musi szukać najpierw kró­lestwa Bożego, a wszystkiego innego oczekiwać od Bo­ga. Rzecz Boża nie opierała i nie opiera się na obro­tach finansowych ani dziś, ani dawniej.

        Wzrost państwa niebieskiego nie należy od ze­wnętrznego blasku, znaczenia i potęgi politycznej. Podstawowym prawem boskiego porządku na świecie jest raczej to, co T. G. Geiger tak pięknie określił mówiąc, że wszystkie dzieła Boże wyszły z niczego i właśnie tym wykazują, że są dziełami Bożymi. Dlatego Jezus, spełniając zadanie swego życia na ziemi, ustanawiając Kościół, wzgardził wszystkimi środkami, które po ludz­ku biorąc, jedynie wielkie rzeczy w świecie mogą two­rzyć. Dlatego na fundamenty Kościoła wybrał ludzi, których świat miał za nic.

        My na pewno postąpilibyśmy inaczej. Wiedząc, jak ważną rzeczą jest przy wystąpieniu mieć za sobą życz­liwość, a przynajmniej pewną sympatię miarodajnych osób, staralibyśmy się, aby apostołami byli ludzie do­brze zapisani u Heroda, Piłata, Augusta, persona grata, jak się mówi. Kładlibyśmy duży nacisk na to, aby po-słannicy wiary wystąpili w pięknych szatach, przyswoili sobie obejście, które by im ułatwiło dostęp do tak zwa­nych lepszych sfer i umożliwiło bywanie w salonach Rzymu i Aten. Przede wszystkim nie zaniedbalibyśmy dać tym mężom przyszłości fachowego kursu dyplo­macji politycznej.

        Ani śladu tego u Chrystusa, gdy uczniów naucza! Kościół w pierwszych trzech stuleciach swego istnie­nia pozbawiony był prawie wszystkich naturalnych środków pomocniczych, jak bogactwa, wiedzy, opieki państwa. A jednak ziarnko gorczyczne zakiełkowało, rosło i stało się drzewem, ocieniającym narody. To do­wód, że dobra ziemskie, wiedza i potęga w rozszerza­niu się Kościoła w najlepszym razie mają wartość drugorzędną, i dlatego nie powinno się ich tak troskli­wie poszukiwać, ani tak uparcie przy nich obstawać.

        Istotną podstawą wzrostu w państwie niebieskim jest łaska działania Ducha Świętego w duszy. O tym zapomina się coraz bardziej, nawet w kołach katolic­kich, i dlatego winniśmy to przy każdej sposobności podkreślać. Nowocześni katolicy skłonni są brać wszyst­ko ze zbyt świeckiego stanowiska i sądzą, że wszystko świeckimi, nowoczesnymi środkami otrzymać można.

        Lecz smutne doświadczenia, codziennie z naj­większym nakładem sił czynione, pokazują, że życie jest czymś, czego ludzkim sprytem nie można naśla­dować. Synowie Boży- mówi św. Jan na początku swej Ewangelii - nie z woli męża, ale z woli Boga się naro­dzili. Jeśli pragniemy, aby Ewangelia o ziarnku gorczycz-nym i dziś się sprawdziła, musimy się zwrócić na nowo do nadprzyrodzonych środków łaski - Ofiary św., sa­kramentów i modlitwy. Bez tego cała praca po stronie katolickiej, jakkolwiek by się zwała, będzie tylko - pu­stym dźwiękiem.

 

 

 


People in this conversation

Comments (1)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
This comment was minimized by the moderator on the site

Krzyż i Korona | ks. Robert Mäder | Rozdział 1
https://m.youtube.com/watch?v=Y_aLoxeTmSo

Guest
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location