W trakcie gwałtownego powstania w Wenezueli kapelan marynarki wojennej Luis Padilla udziela ostatniego namaszczenia żołnierzowi trafionemu przez snajpera. Stawiając czoła chaosowi i kulom przecinającym ulice, ksiądz stoi niewzruszenie, podczas gdy ranny mężczyzna kurczowo trzyma się jego sutanny, by uniknąć ostrzału. Fotograf Héctor Rondón Lovera, leżąc płasko, by uniknąć strzałów, wspominał później, że nie był pewien, jak udało mu się uchwycić tę przejmującą chwilę. Właśnie takich księży potrzebujemy…
Drodzy Synowie Soboru Watykańskiego II i wynikającej z niego fałszywej religii,
Choć trudno dopatrzeć się w moim tonie nuty miłosierdzia, wiedzcie, że ten list jest przesiąknięty chrześcijańską miłością.
Miłosierdzie dla Chrystusa. Miłosierdzie dla Jego Kościoła. Miłosierdzie dla Apostołów i ich prawowitych następców. Miłosierdzie dla wiernych, którzy trzymają się prawdy, dla młodzieży, którą zwiodłeś, dla zgubionego świata, którego już nie wzywasz do pokuty, dla mojej własnej duszy – a nawet, co bolesne, dla ciebie.
To, co następuje, to nie drobne kłótnie ani błahe debaty. Jesteśmy na scenie kosmicznej wojny, gdzie niebo konfrontuje się z piekłem, a bramy wieczności drżą. A wy – czy to z niewiedzy, czy złej woli – maszerujecie pod sztandarem wrogów Chrystusa. Dlatego nie oczekujcie łagodnych słów. Nie oczekujcie pustego pocieszenia fałszywej „miłości” waszej religii, którą tak chętnie propagujecie.
Wybaczcie, jeśli mój głos jest niespokojny, ale to nie jest konkurs na sympatię; to starcie o wiecznych konsekwencjach. Dusze wiszą na włosku. Stawką jest sama wieczność. Nie ma tu miejsca na grzeczne uśmiechy ani puste zapewnienia. Jesteśmy o wiele dalej.
Piszę z żalem. Piszę z furią. Piszę z prawym gniewem zrodzonym z bycia świadkiem zniszczenia, którego dokonałeś, a przynajmniej nieświadomie dokonałeś. I nie jestem sam. Na całym świecie niezliczeni wierni katolicy płoną tym samym bólem, tym samym oburzeniem. Widzimy, co zrobiłeś. Słyszymy krzyk tych, którzy zginęli w twoim śladzie.
Jesteśmy smutni. Jesteśmy zmęczeni. Jesteśmy wściekli. Wściekli z powodu, z powodu i z powodu niezliczonych zdrad w posoborowej religii, która chełpi się katolicyzmem – ale przede wszystkim jesteśmy wściekli na was.
Jesteśmy smutni, bo odważyliśmy się mieć nadzieję. Odważyliśmy się patrzeć na Ciebie z podziwem. Spodziewaliśmy się pasterzy. Spodziewaliśmy się generałów. Spodziewaliśmy się przywódców, którzy poprowadzą nas przez burzę, będą strzec owczarni, nauczać, chronić i dawać przykład heroicznej integralności naszej wiary. Spodziewaliśmy się odwagi. Spodziewaliśmy się odwagi. Spodziewaliśmy się wojowników Chrystusa, a nie tchórzliwych mężczyzn ulegających modom tego świata.
A jednak… co znajdujemy? W większości przypadków nic. Ani przewodnictwa. Ani odwagi. Ani moralnej jasności. Ani żadnego przywództwa. Zamiast tego znajdujemy kompromis, milczenie i nieśmiałe podporządkowanie się tym samym siłom grzechu i niemoralności, które atakują Kościół.
Muszę się tu zatrzymać, żeby być precyzyjnym. Nie wszyscy z was ponoszą równą winę. Niektórzy są szczerze „dobrzy”, a nawet pobożni. Niektórzy są „konserwatywni” z imienia lub instynktu. Niektórzy noszą tytuł księdza, wielebnego lub biskupa z honorem w inny sposób. A jednak – posłuchajcie uważnie – te rozróżnienia już was nie usprawiedliwiają. Nie. W kontekście tego, co zostało spuszczone na Kościół, nawet ci, którzy mają dobre intencje, są współwinni. W rzeczywistości, pod pewnymi względami, ich łagodniejsze pretensje sprawiają, że zdrada jest bardziej bolesna.
To jest czarne i białe. To jest złe albo dobre. To niebo albo piekło. To Chrystus albo wąż. To katolicyzm naszych Ojców albo fałszywa religia modernistów. Musisz wybrać. Nie ma trzeciej opcji. Jest jedno albo drugie. Przestań z tym relatywistycznym tchórzostwem!
Twoje zbrodnie? Och, są ogromne. Uczestniczysz w antykatolickiej religii przebranej za katolicyzm. Nauczasz jej dzieci Boże w Kościele Chrystusowym, psując dusze powierzone twojej opiece. Odmawiasz wezwania architektów tej niegodziwości – ludzi, którzy narzucili i wciąż narzucają tę obrzydliwość Kościołowi. Odprawiasz Mszę, jakbyś nie wierzył w Rzeczywistą Obecność Chrystusa. Czy nadal w nią wierzysz? Nie głosisz grzechu i jego straszliwych konsekwencji. Usprawiedliwiasz niemoralność i milczysz na temat prawa moralnego, którego pragniemy, ignorując Prawo Boskie. A w swoim milczeniu, w swojej niechęci do konfrontacji ze złem, stajesz się współwinny wiecznej zagłady niezliczonych dusz. Dusz skazanych na piekło – rzeczywistość, której, co tragiczne, zbyt wielu z was nawet nie uznaje, a co gorsza, zaprzecza.
Jesteśmy zmęczeni. Wyczerpani. Duchowo zmaltretowani nieustannymi nadużyciami ze strony tych, którzy powinni być naszymi pasterzami, naszymi przewodnikami, naszymi obrońcami wiary. Mamy dość księży, którzy odmawiają wiernym ich najbardziej podstawowych praw jako katolików – księży, którzy odmawiają Komunii Świętej do języka, którzy zabraniają klęczenia, którzy odzierają liturgię z czci i świętej mocy, pozostawiając świeckich zdezorientowanych i zranionych. Mamy dość powolnej, podstępnej erozji tradycji, celowego demontażu tego, co podtrzymywało Kościół przez dwa tysiące lat, krok po kroku. Mamy dość waszego zaprzeczania dogmatom, czy to jawnie, czy pośrednio.
Mamy dość homilii – ach, homilii! Tydzień po tygodniu siedzimy w ławkach, mając nadzieję na naukę prawdy, na pokarm dla dusz, na przewodnictwo w drodze Chrystusa. A co słyszymy zamiast tego? Przebudzone banały podszywające się pod duchowe rady. Eko-pogańską propagandę. Pseudopsychologiczne gadanie. Lewicowo-marksistowską ideologię ubraną w katolicki język. Głosicie to i tak już zmaltretowanym, zagubionym laikatom, jakby te światowe mody były boskim objawieniem i mogły nas zbawić. Wprowadzacie zamęt na zamęt, pozostawiając wiernych na ślepo, pytających: Czy to naprawdę Kościół? Czy jego parodia?
Jesteśmy zmęczeni waszym milczeniem. Ciszą w obliczu okrucieństw w Kościele. Ciszą, gdy skandal rozprzestrzenia się jak zaraza, zarażając niewinnych i dodając otuchy winnym. Ciszą, gdy grzech paraduje otwarcie, nieskalany, nieodpokutowany, niekwestionowany. Gdzie jest wasza odwaga? Gdzie wasz kręgosłup? Gdzie wasza wierność Chrystusowi? Mówienie prawdy w obliczu zła jest obowiązkiem każdego księdza, każdego biskupa, każdego proboszcza. A jednak chowacie się za eufemizmami i biurokratycznymi konkretami, jakby wasza nieśmiałość była cnotą.
Jesteśmy zmęczeni waszą alergią na pokutę, umartwienie, ewangeliczne wezwanie do świętego ubóstwa. Zamieniliście świętość w wygodę, surowość w łatwość, świętość w banał. Mówicie o Bogu, jakby był przyjacielem, którego trzeba udobruchać, kosmicznym terapeutą, który ma nam poprawić humor, a nie Panem nieba i ziemi, Królem chwały, Sędzią wszystkich dusz. Głosicie pocieszenie, gdy te mroczne czasy wymagają wytrwałości. Głosicie kompromis, gdy tęsknimy za nieskażoną, wymagającą prawdą. Oferujecie łagodne odpusty, podczas gdy dusze cierpią głód.
Mamy dość religii pozbawionej mocy, autorytetu, grozy i łaski. Mamy dość duchownych, którzy zapomnieli, że ich urząd nie jest platformą dla komentarza społecznego, dla osobistych ambicji, dla chwilowego poklasku świata. Mamy dość księży, którzy stali się urzędnikami, menedżerami, artystami i doradcami – ale nie pasterzami. Zamieniliście Krzyż na wygodę, Ołtarz na poklask, wieczność na doczesność. I na tej pustyni, którą stworzyliście, wierni błąkają się, zagubieni, zranieni i zdezorientowani, rozpaczliwie poszukując prawdziwej obecności Chrystusa, którą przyćmiły wasze reformy.
Tak, jesteśmy zmęczeni – ale też oburzeni. Jesteśmy wściekli. Nie zaakceptujemy skażenia świętości. Nie będziemy tolerować erozji świętości. Nie będziemy milczeć, gdy Kościół – Kościół Świętych i Męczenników, Apostołów i Proroków, samego Chrystusa – cierpi z rąk ludzi, którzy zapomnieli, do czego zostali powołani.
Jesteśmy zmęczeni – ale nasze znużenie jest ogniem czujności, żarem oporu. I niech będzie wiadome: ten ogień nie zgaśnie, ten głos nie ucichnie, dopóki Chrystus nie powróci na należny Mu tron w Kościele, dopóki Jego przykazania nie będą przestrzegane, dopóki Jego owce nie zostaną pobłogosławione, a prawda i świętość nie zapanują ponownie w domu Bożym. Do tego czasu będziemy nieustępliwym cierniem w waszym boku.
Mieliście nas strzec. Mieliście stać twardo u bram Kościoła Chrystusowego, niezłomni, czujni, odważni. A zamiast tego? Zawiedliście. Odwróciliście się od owiec, zamieniliście laskę pasterza na wygodę konformizmu, poklask świata, płytkie uwielbienie chwili. Jesteście nieświadomi samej Wiary, którą Chrystus powierzył Apostołom, duchowo leniwi, ślepi na niebezpieczeństwa, które przysięgaliście odpierać, a w niektórych przypadkach wręcz wrogo nastawieni do Wiary, której przysięgaliście bronić.
Wasza zdrada nie jest abstrakcyjna. Jest namacalna. Jest przeżywana, odczuwana, doświadczana przez wiernych, którzy tydzień po tygodniu siedzą w waszych kościołach, szukając pożywienia, przewodnictwa i ochrony – i znajdują pustkę, zamęt i kompromis pod płaszczykiem miłosierdzia. Pozwoliliście, by to, co święte, zostało zbezczeszczone, to, co święte, zbanalizowane, a to, co wieczne, pogrzebane pod przemijającymi modami i kaprysami świata. Staliście się obcy Ewangelii, której ślubowaliście służyć.
Jeśli podoba Ci się moja twórczość, wesprzyj nas swoją darowizną!
A jeśli pozostaje choć iskierka wiary, choćby nikła nadzieja, że jesteście synami Maryi, Matki Bożej, musicie wiedzieć to: Ona płacze. Płacze nad waszym niepowodzeniem, nad waszą obojętnością, nad waszą zdradą. Płacze, ponieważ ręce, którym powierzono pasterzowanie Kościoła Jej Syna, okazały się niewystarczające. A sam Chrystus – Król, Sędzia, Wieczny Pasterz – nie spojrzy łaskawie na wasze traktowanie Jego Matki. Nie spojrzy łaskawie na księży, którzy depczą Jej serce apostazją i herezją, którzy przemilczają prawdę, którzy opuszczają Jego owczarnię. Czyż nie uważacie tego za zwykły przesąd? Że jesteśmy jedynie skromnymi, duchowymi wieśniakami, których należy oświecić waszą nową, przeklętą, synodalną religią, która ma Człowieka za Boga?
Wybaczcie mi mój ostry ton – jeśli rzeczywiście nadal postrzegacie go jako surowość, a nie prawdę. Nie mówię, by ranić, lecz by przebudzić. Moje słowa mają przebić tłuszcz, który narósł wokół waszych serc, przeciąć duchowe odciski, które teraz tłumią głos sumienia. Czy nie widzicie? Czy nie rozumiecie godziny, w której żyjemy? Hierarchia, niemal hurtowo, opuściła wiernych. Kościół, jaki pozostawił nam Chrystus, rozpada się na naszych oczach. Wiara milionów została skażona, rozwodniona i zniszczona. Dusze – cenne, nieśmiertelne dusze – chwieją się ku piekłu, a jednak tak wielu z was stoi w milczeniu, biernie, sparaliżowanych strachem, wygodą lub posłuszeństwem wobec ludzi, którzy zdradzili swój urząd.
Ale wy – wy, którzy wciąż nosicie znamię święceń kapłańskich – nie jesteście bezradni. Nie jesteście jedynie widzami. To wy możecie zawrócić ten statek. To wy możecie powstrzymać falę. Potrzebujemy waszego powrotu do wiary katolickiej – nie do cienia, nie do posoborowej podróbki, ale do prawdziwej wiary Ojców, wiary Apostołów, wiary, która zbudowała chrześcijaństwo i ukoronowała męczenników i świętych. Potrzebujemy waszego odrzucenia pustych nowinek i zatrutych „odnow”, które opróżniły zarówno nasze kościoły, jak i dusze.
Potrzebujemy, abyście na nowo nauczali starych katechizmów, abyście przekazywali nieskażone prawdy wiary bez kompromisów, bez okaleczeń. Potrzebujemy, abyście prowadzili różańce z waszym ludem – nie delegowali ich wiernym staruszkom, które podtrzymywały płomień, podczas gdy wy się wahaliście – ale abyście zajęli należne wam miejsce jako duchowi ojcowie i generałowie modlitwy. Potrzebujemy, abyście byli przykładem umartwienia i pokuty, a nie kierownikami programów. Potrzebujemy, abyście pościli, poświęcali się, abyście pokazali nam, jak na nowo żyć jako katolicy – nie słowami, lecz czynami.
Przede wszystkim potrzebujemy, abyście na nowo odkryli Mszę Świętą – nie sfabrykowaną liturgię komitetów, ale Mszę Starożytną, Mszę naszych przodków, Mszę Świętych i Męczenników. Nauczcie się jej. Pokochajcie ją. Ofiarujcie ją. Odwróćcie się plecami do ludzi i zwróćcie się ku Bogu, tak jak czynili to nasi ojcowie. Prowadźcie nas ponownie w kulcie, który ukształtował cywilizacje, zainspirował misjonarzy i uświęcił zarówno pokornych, jak i wielkich.
Czas posłuszeństwa heretyckim biskupom, którzy odeszli od wiary, minął. Jeśli brakuje ci odwagi, by działać otwarcie, działaj w ukryciu. Odprawiaj mszę tradycyjną w garażach i piwnicach, jeśli musisz. Nauczaj katechizmu wszystkich epok za zamkniętymi drzwiami, jeśli jest to konieczne. Stań się wreszcie świętymi i męczennikami, do których zostałeś wyświęcony. Pamiętaj o swoich ślubach kapłańskich. Pamiętaj, dlaczego założyłeś obrożę. Pamiętaj o Bogu, przed którym będziesz sądził, Bogu, którego owce przysiągłeś karmić.
A Bóg, który sądzi wszystkich, będzie żądał rozliczenia się z każdej zgubionej duszy, z każdego nieskazanego skandalu, z każdej chwili słabości w obliczu świętego obowiązku, jaki został wam powierzony.
Drodzy Księża, niestety, obecnie znajdujecie się po złej stronie historii zbawienia, ale nie jest jeszcze za późno.
Wyjdź z duchowego nierządu, któremu teraz przewodzisz i prowadź nas na nowo w byciu katolikami.
Bycie prawdziwym katolikiem.
Błagamy Cię. Potrzebujemy Twojego powrotu do Twojej pierwszej Miłości.
Zanim będzie za późno.
Z poważaniem,
Devotissime in Iesu et Maria,
Wierni.
Jeśli podoba Ci się moja twórczość, wesprzyj nas swoją darowizną!
Chrystus zwycięski!
Niech żyje Chrystus!
Chrystus imperat!
Przeczytaj także:
Dilexi te: Papież przypadkowo demaskuje Kościół posoborowy jednym pytaniem w pierwszej adhortacji apostolskiej
Odpowiedź na najnowszy atak na tradycyjny katolicyzm z miejsca, w którym znajduje się Piotr
Więcej owoców z kościoła w pełni pogańskim stylu
Niestety, tradycyjny katolicyzm nic nie znaczy...
Papież broni nagrody dla senatora opowiadającego się za aborcją (i promuje obojętność religijną w modlitwie)
Najnowsze komentarze papieża ujawniają, że świeckość maskuje się pod katolicką mądrością