FR. RAWITA-GAWROŃSKI KOZACZYZNA UKRAINNA W RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ DO KOŃCA XV||| WIEKU

Article Index

KOZACZYZNA UKRAINNA

W RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

DO KOŃCA XV||| WIEKU

Zarys

polityczno-historyczny

 

 NAKŁADEM GEBETHNERA I WOLFFA

WARSZAWA - KRAKÓW — LUBLIN — ŁÓDŹ POZNAŃ    WILNO — - ZAKOPANE.

 

OD AUTORA.

Wiemy jaką rolą anarchiczną odegrali Kozacy w Rzptej polskiej, że z tej trzywiekowej prawie anarchji powstawały i organizowały się, wyszłe z łona ruskiego społeczeństwa, dwa jego odłamy, dwie warstwy, z których jedna nosiła na­zwą Kozaczyzny, druga — Hajdamaczyzny. Historycy nasi dawniejsi, a szczególnie bliżej wypadków stojący, lepiej od nas rozumieli następstwa i objawy tego ruchu społecznego, zrodzonego nad Dnieprem i porywającego furją swawoli lud­ność wiejską za sobą, lecz domyślnie raczej niż na podsta­wie badań aktów i dokumentów — nieznanych im zresztą. Niedoceniano jednak znaczenia tego zjawiska dziejowego lub oceniano je błędnie. Odnieść się to może, zarówno do we­wnętrznej jak i do zewnętrznej polityki państwa polskiego. Następstwa takiego krótkowidztwa były fatalne dla państwa.

Historycy nasi uwzględniali najczęściej stronę militarną walki Rzptej polskiej z Kozaczyzną—z Hajdamaczyzną i tego prawie nie było, — znano jako tako polityczne stosunki het­manów kozackich z postronnemi państwami lub ich wybry­ki na niekorzyść Polski, ale w akty i dokumenty, szczegól­nie obcych archiwów, zapuszczano się rzadko, a samo zjawi­sko Kozaczyzny w stosunku do Rzptej polskiej oceniano je­dnostronnie, a nieraz u najnowszych historyków z pewnym sentymentalizmem społeczno-narodowym, przenosząc najnow­sze poglądy demokratyczno-socjologiczne w okres walk 17-go wieku. Grzeszyli tern szczególnie historycy ze szkoły rosyjskiej, w której interesie politycznym leżało zohydzanie naszej przeszłości i przedstawianie narodu polskiego, jako niezdolnego do życia samodzielnego.

Dopiero archiwa moskiewskie, szwedzkie, a przygodnie ujawnione i nasze dokumenty — 16-y wiek opracował nie­zmordowany i zasłużony Jabłonowski, — pozwoliły wejrzeć głębiej w dzieje Kozaczyzny i dojrzeć w jej rozwoju, oprócz czynników społecznych, także wpływy pierwiastków dzie­dzicznych, geograficznych, a nawet, osobliwie na początku organizowania się Kozaczyzny, etnicznych.

Jakkolwiek dzieje Kozaczyzny były znane, o ile łączyły się z dziejami Rzptej polskiej, w chronologiczną całość nie były nigdy ujęte, a tern samem czytelnik polski, miłujący własne dzieje, nie mógł łatwo prześledzić tego zjawiska od początku do końca i ocenić znaczenie jego dia państwa pol­skiego.

Podejmujemy to zadanie. Jakkolwiek usuwamy z dzieła niniejszego cały aparat naukowy, archiwalny i dokumental­ny, opierać się będziemy o ścisłe badania rozmaitych histo­ryków Rusi i Rosji, naszych i cudzoziemskich, o ile one zwią­zane będą z faktami, a nie z poglądami, nie oglądając się na odmienne niekiedy zgoła wyniki i wnioski własne, z do­kumentów i aktów wysnute.

Pragniemy dać czytelnikowi dzieło naukowe, ścisłe, hi­storyczne, a jednak zupełnie popularne w układzie swoim i traktowaniu.

Los znowu połączył znaczny odłam Rusinów z Rzptą pol­ską. Jakkolwiek dalecy są oni od prastarego gniazda Koza­czyzny i Hajdamaczyzny, a sam ruch dosięgał głębi Wołynia i krańców Pokucia rzadko i sporadycznie, najnowsi history­cy Rusi Halickiej spopularyzowali ten ruch w najgorszem jego oświetleniu śród ludu, a poglądy ich, z gruntu złośliwe i fałszywe, przedostawały się i do nas. Może książeczka moja stanie się pewnego rodzaju przeciwwagą dla jednych, a źródłem wiadomości dla innych.

Najważniejsze fakty, charakteryzujące zjawisko Koza­czyzny i Hajdamaczyzny, braliśmy przeważnie z aktów i do­kumentów, bez względu na to gdzie i kto je wydał, ale zaj­mując stanowisko państwowe, polskie, oświetlenie tych faktów wypadło zgoła ujemnie dla Kozaków. Zwracaliśmy uwagę nie tylko na militarną stronę tego wielkiego dziejowego zna­czenia zjawiska, nie tylko na charakter wysokiej wartości żołnierskiej Kozaków, ale kładliśmy wielką wagę na moralną stronę tych ruchów, na polityczną nierówność przekonań wo­dzów. na brak stałości i umiarkowania, a to wszystko, przy najlepszych warunkach i okolicznościach przeszkadzało przewódcom ruchów ukraińskich do skupienia się i pracowania dla przyszłości. Ten rys niepokoju duchowego, podkreślany przez nas niejednokrotnie, nie pozwolił Kozaczyznie zakładać spokojnie podwalin pod państwo przyszłości, ale przerzuca­jąc własne społeczeństwo od jednej skrajności do drugiej, uniemożliwiał wszelką prawidłową pracę i doprowadził je do niewoli moskiewskiej i do zaniku poczucia państwowego aż do najnowszej doby. Godnem jest uwagi, że pod opieką Austrji, a za poparciem Niemiec, wrogowie nasi wyzyskać potrafili charakter anarchiczny Kozaczyzny historycznej prze­ciwko Polsce, rozbudzić w ruskiem społeczeństwie i podtrzy­mywać niemoralne ideały Kozaczyzny i Hajdamaczyzny.

W dziełku niniejszem rzadko grupowałem fakty ze wszystkiemi szczegółami, ale co do główniejszych i większego znaczenia wypadków, starałem się w najkrótszych słowach dać pogląd syntetyczny na niezaprzeczonym materjale oparty, jako rezultat niewidzialnej dla czytelnika pracy autora.

Zakreśliwszy sobie przedstawienie tylko politycznego charakteru, stanu i znaczenia dla Rzptej Kozaczyzny ukrainnej, z konieczności, wynikającej z planu, musieliśmy pominąć wiele stron życia tamtoczesnego społeczeństwa na Rusi — osobliwie ruskiego, jakkolwiek ważność tych tematów rozu­miemy dobrze.

Pominęliśmy zatem umysłowy stan i rozwój społeczeń­stwa ruskiego w różnych okresach jego życia, związanych z Kozaczyzną, a nieraz zależny od niego, pomimo, że jest to temat niezmiernie ciekawy, w jaki sposób z zupełnej bez­władności umysłowej, pod niezaprzeczonym wpływem pol­skim, kultura tego społeczeństwa podniosła się aż do wzrostu Akademji Mohylańskiej i jak później powoli zastępowała ją kultura inna—moskiewska, która dotychczas niezdołała jeszcze wytępić długoletniego wpływu kultury łacińskiej.

Dotknęliśmy zaledwie stanu kultury duchowieństwa wschodniego obrządku i wpływu na społeczeństwo, ale po­minęliśmy powstanie i zaszczepienie unji dwóch obrządków, polemiczne walki z tego powodu, jakoteż i dobre strony tej walki, która wywołała potrzebę posiadania języka literackiego ruskiego i dała impuls do tworzenia się literatury. Pominęliśmy organizację administracji i sądownictwa na Rusi, jakoteż administrację kozacką w okresie najwyższego roz­woju Kozaczyzny.

Niechcemy, ażeby czytelnik szukał w dziełku naszem tego, czego autor nie miał zamiaru dawać i według nie­właściwej skali oceniał pracę autora. Wiemy, że te wszyst­kie pominięte czynniki nie pozostawały bez wzajemnego wpływu Kozaczyzny i na Kozaczyznę, ale i co do tego je­steśmy przeświadczeni, że polityczna rola Kozaczyzny miała przede wszystkiem i największy wpływ na rozwój, a poniekąd upadek życia państwowego Rzptej polskiej.

Może dziełko moje i w tej formie przyda się niejed­nemu czytelnikowi.

Jest jeszcze jedna bardzo ważna okoliczność, na którą pragniemy zwrócić uwagę czytelnika. Zarówno Kozaczyzna jak i Hajdamaczyzna należą bezsprzecznie do kategorji ru­chów społeczno-ludowych, które niejednokrotnie wstrząsały życiem ludzkości, nie wykluczając i Europy. Niektóre wspólne cechy we wszystkich objawach tego rodzaju ruchów odszu­kać można. Byłby to temat socjologiczno-historyczny, sam przez się bardzo ciekawy. Na tern tle szerokiem dziejów ludzkości możnaby traktować i ruchy ukrainne. Możnaby, — ale byłoby to naciąganie zjawiska do formuły, do tezy z góry powziętej, obroną stanowiska niedającego się obronić.

Nie wychodząc z zakresu stosunków europejskich, nie­podobna nie zwrócić uwagi na ruchy chłopskie 16-go wieku w najbliższych nam Niemczech, skąd niejedna rzecz pożyteczna do nas przyszła, ale niejedna też skrzywiła nasze życie pu­bliczne, wywierając wpływ prawie niedostrzegalny. Krótkie porównanie wybuchu chłopskiej rewolucji 16 wieku i przy­czyn, które je wywołały, jakoteż charakter naszego ruchu ukrainnego, przekona czytelnika, że inne impulsy działały tu i tam, że jeżeli tam działały przyczyny natury wyłącznie ekonomicznej, do tego stopnia, że nie pozostały bez wpływu nawet na rozwój protestantyzmu, to na Ukrainie przyczyny te były nieomal wyłącznie geograficzne i psychiczne — wyni­kały z natury i położenia kraju, który przez długie wieki kształcił człowieka. Z krótkiego rzutu oka na przebieg tego ruchu w różnych jego fazach, na ludzi kierujących nim tak czy inaczej, czytelnik przekona się łatwo, że ruchy ukrainne nie dadzą się w żaden sposób połączyć w jedną nieprzerwaną całość nietylko z ruchem wszechdziejowym, ale nawet naj­bliższym ruchem chłopskim w Niemczech. Słówko tylko o tych różnicach powiem.

O stosunkach ekonomicznych w 18-m wieku, na Ukrai­nie najciekawszych dla nas, mówiłem dość obszernie w in­nem miejscu. Były one tak niesłychanie odmienne i tak niesłychanie lepsze od stosunków, panujących w Niemczech w 16-m wieku, że nie podobna ich brać na serjo w rachubę przy ocenie Koliszczyzny, a szczególnie Kozaczyzny. Woj Da chłopska w Niemczech była wojną klasową, typowa przeciw­ko feudalnemu duchowieństwu i jego hierarchji — arcybi­skupom, biskupom, opatom, przeorom, przeciwko wyższej szlachcie — książętom, którzy z niej powstali i t. zw. sta­nowi rycerskiemu, niższej szlachcie. Wojna, wywołana uci­skiem ekonomicznym, wprost niesłychanym u nas, była pro­wadzona pod hasłem samoobrony, przeciw zdzierstwu, nadużyciom, które ludność doprowadziły do rozpaczliwej walki, przez powszechne, bezlitosne obchodzenie się z chło­pem. U nas wyjątkowe nadużycia wobec chłopa chętnie ge­neralizowali nasi polityczni przeciwnicy tak samojak i właśni nasi pisarze polityczni, od których wychodząca nagana i kry­tyka była nie odbiciem rzetelnem istniejącego stanu rzeczy, lecz wynikała z pobudek etycznych. Jak rozumna część szlachty oceniała w sposób wysoce humanitarny i etyczny swój stosunek do chłopa, pozostaną najpiękniejszym dowo­dem „Notaty gospodarcze" Anzelma Gostomskiego, pisane prawie w tym samym czasie, kiedy chłopska rewolucja świę­ciła w Niemczech swoje krwawe triumfy. Na Ukrainie „swoboda“ nie miała prawie granic: kto gdzie chciał tam osia­dał, brał w posiadanie tyle ziemi ile chciał, a o dobrobycie materjalnym pisarze cudzoziemscy, piszący o Ukrainie, wprost bajeczne rzeczy pisywali. Życie ukrainne nie znało innego, oprócz dobrowolnego proletarjusza, który uznawał tylko osta­teczności życia i przyjmował je dobrowolnie, to jest bezgra­niczną nędzę i bezgraniczne używanie. Było to coś podobnego do tej kategorji, którą Niemcy już w 16-m wieku nazywali „Lumpenproletariat“. Niemieckie wojny, ruchy religijne, były w rzeczy samej wojnami ekonomiczno-klasowemi chło­pów i drobnego mieszczaństwa przeciw istniejącym praw­nym, a właściwie bezprawnym, stosunkom książąt, panów, rycerskiego stanu i duchowieństwa, wojnami przedstawiającemi planowo zorganizowaną siłę militarną, posiadającemu zdecydowanych przewódców i jasno określony cel ekonomiczno-państwowy.

Nic podobnego w Kozaczyznie i hajdamaczyznie dopa­trzeć się nie można. Kozaczyzna była klasą wojskową, wal­czącą o rozszerzanie ciągłe tych praw, a później wyłoniły się niewyraźnie cele państwowe i narodowe, hajdamaczyzna zaś była zwykłą swawolą państwową, podniecaną stosunkami zewnętrznemi, bezsilnością rządu, a w znacznej mierze geogra- ficznem położeniem ziem ukrainnych.

Na sztandarze niemieckim był napis: „Panie, popieraj Twą sprawiedliwość", a na hajdamackim — ukaz carowej, pozwalający „rizaty lachiw i żydiw". W dążeniu wodzów wojny chłopskiej był „pokój wieczny" ludzkości, a w dążeniu watażków hajdamackich — „pohulaty", to jest bawić się bez pamięci kosztem cudzego zdrowia, życia, majątku i czci nie­wieściej. Chłopska wojna niemiecka wydala takich idealilistów sprawiedliwości społecznej jak Muntzer, którzy za ide­ały życia głowy pod topór kładli, a watażkowie ukrainni w obliczu śmierci mieli tylko tę świadomość, że — niedługie było ich „panowanie".

Jakież mogą być analogje między Wojną chłopską w Niemczech a swawolą i pijackiem próżniactwem hołoty ukrainnej? Nie trzeba ideałów społecznych ludzkości mie­szać z błotem codziennego życia i sztandarów o wielkich ha­słach nie wywieszać nad czynami o pospolitych celach, aby je pokryć.

Łozina, Zakopane, Józefów.

1922.

 

  1. RUŚ —RUSIN]. UKRAINA —UKRAIŃCY.

Pogląd syntetyczny na ruchy społeczno-klasowe, które ujęliśmy w ogólniejsze nazwy Kozaczyzny i Hajdamaczyzny, musimy poprzedzić rzutem oka na nomenklaturę, zarówno narodu zamieszkującego obszary macierzyste Kozaczyzny i Hajdamaczyzny, ale i kraju zamieszkałego przez całe plemię ruskie. Sprawę tą musimy potrącić dla tego, że w nowożyt­nej historjografji ruskiej została ona oświetlona i wyjaśniona błędnie, oparta jedynie na motywach nacjonalistycznych i po­litycznych. Można byłoby nie zajmować się tern wcale dla czego i z jakich powodów ten i ów naród, zarzuciwszy swoją historyczną nazwę, przyjął nową, mało odpowiednią lub nawet fałszywą. Ale w tym wypadku chodzi o naród ruski, który już niezadługo przed Wielką Wojną wysunął swoje prawa do odrębności i samodzielności, a chcąc je tern mocniej poprzeć, stworzył dla siebie nową zupełnie nazwę, zarówno dla zamieszkiwanego obszaru jak i dla swojej etnograficznej indywidualności.

  I ten fakt byłby dla nas obojętny, gdyby nie ta oko­liczność, że temi nowemi nomenklaturami obejmują także od­łamy narodowe i terytorja, wchodzące w skład państwa pol­skiego, z ludnością etnograficznie pokrewną całej Rusi po­łudniowej, a jednak od wielu wieków terytorjalnie odrębną i kulturalnie należącą do kultury i państwowości polskiej. Mam na myśli Wołyń i Ruś Czerwoną.

  Rozszerzając nomenklaturę, „Ukraina- i do naszych ru­skich obszarów, a „naród ukraiński" do części ludności ru­skiej, zamieszkującej je, narzucane przez Rusinów galicyj­skich z nadzwyczajną wytrwałością i uporem, a używane bezpodstawnie i lekkomyślnie przez naszą prasę, w odnie­sieniu do Wołynia i Rusi Czerwonej lub Halickiej, przyczy­niamy się mimowolnie do podtrzymywania najniesłuszniej irydenty ruskiej i do wywoływania na tem tle niepokojów wewnętrznych.

  Ani na Wołyniu, ani na Rusi Czerwonej nigdy nie było żadnej „Ukrainy'4, ani też „narodu ukraińskiego".

  Szczepy słowiańskie, zamieszkujące Wołyń, Kijowszczy- znę, Podole, a nawet część Rusi Czerwonej, nie miały, jak wiadomo, nazwy jednolitej od zarania swoich dziejów. Nazwy ich poraź pierwszy zapisał mnich peczerski z Kijowa około początku XII-go wieku. Odnosiły się one do miejscowości, zamieszkałych przez nie, a co do odrębności etnograficznej, wiemy tylko, że byli spokrewnieni z Polanami nad Wisłą i wyróżniali się tem pokrewieństwem od innych, obcych ple­mion. Byli zatem Polanie, którzy posiadali Kijów, Drewla- nie (Korosteń, Owrucz), Bużanie (Bożsk), Dulęby, Wołynia- nie, wątpliwego słowiańskiego pochodzenia byli Tiwercy {dzisiejsze Podole galicyjskie) i inni. Narodowego nazwiska te odłamy nie miały. Za Roś, zdaje się, sięgały tylko kolo- nje słowiańskie. Dalej ku morzu w XII w. jeszcze pustynie, Koczowiska pieczynieskie, połowieckie, tatarskie.

  Jeśli przyjmiemy chronologję kijowskiego latopisu, to na tych obszarach, które określiliśmy w rozdziale następnym jako „Ukrainę kozacką41 z końca lG-go wieku—rozpoczęło się nowe życie. Weszły one w okres świtu dziejowego. Wszyst­kie wyliczone przez latopis kijowski odłamy narodów otrzy­mały historyczną nazwę swoich zwycięzców.

  Waragowie, Warago—Rusy, Rusy, Normanowie—wszyst­kie te nazwy etnicznie pokrewne,—o wiele wcześniej przed utwo­rzeniem państwa w Kijowie, zaglądali do północnej Słowiań­szczyzny i usadowili się w Nowogrodzie, nad Ładogą, w Bia- łemjeziorze, a stąd dopiero zagarnęli Kijów. Od plemienia, obcego etnicznie, które opanowało ziemie Słowian—w różnym promieniu od Kijowa, a nosiło grecką nazwę „Ros“, fińską „Ruotsi" v. „Rotzi44 i arabską „Rus” formować się poczęły nazwy łacińskie „terra Ruthenorum11, gdy była mowa o po­siadłościach, „dux Ruthenorum44, „princeps Ruthenorum44, gdy się mówiło o książętach, a „Rutheni44, gdy była mowa o lu­dach, zamieszkujących te posiadłości. W ten sposób historja ujęła po raz pierwszy w jednolitą całość wszystkie grupy ludów słowiańskich na dorzeczu Dniepru zamieszkałych, nie troszcząc się wcale o ich charakter etniczny i narodowy. Z ła- cińsko-greckiej nazwy zdobywców środkowego Podnieprza po­wstała polska—Ruś dla kraju, dla obszaru podbitego, a Ru- sini (Rutheni) dla podbitych szczepów słowiańskich.

   Nazwy te od XII-go wieku powtarzają się stale na wszystkich dokumentach dyplomatycznych, na wszystkich aktach publicznych.

  Różnicę między zaborcami, a ludami podbitemi stale podkreśla kronikarz kijowski, * ile razy nazwy „Ruś" używa w odniesieniu do zaborców. Wylicza on szczegółowo szczepy słowiańskie podbite przez Ruś (słowiensk jazyk w Rousi), jakoteż obce ludy, które dań płacą Rusi (iże dań dajat’ Rousi), — a wszystkie razem wzięte stanowią „terrae Ruthe- norum". Oznacza nawet czas kiedy różne rzesze słowian i obcych, siedzących na dorzeczach Dniepru, poczęto nazy­wać „Russią* (ok. 852 r. „naczasziu Michaiłu carstwowati naczasia prozy wały ruska zcmla"). Waregowie pocho­dzili z plemienia Rusi (inni nazywali się Szwedami, inni Normanami i t. d.) Naprzód tedy od Waregów, którzy opa­nowali Nowogród, „Nowogrodzianie przezwani zostali Rusią". Potem rozpoczął się pochód Waregów na południe. Oleg zdobył Kijów, a „Waregowie i Słowianie poczęli zwać się Rusią" — przyjęli zatem nazwę wodzów swoich i zdobyw­ców. Jeszcze jaśniej w innem miejscu potwierdza to współ­czesny prawie kronikarz kijowski: „od Waregów bowiem przezwali się Russią, a pierwej zwali się Słowianami".

  Tak się formowała nazwa Rusi, utożsamiająca i sku­piająca w sobie wszystkie wyliczone odłamy słowiańskie środkowego Podnieprza.

  Kodeks prawny XII-go wieku, zwany „Ruską prawdą" albo „Prawdą Jarosława'*, obejmując niejako całość ziem po­siadanych przez Rurykowiczów, dla określenia charakteru narodowego ludności, posługuje się nazwą — ,,Rusin“.

  Ale główny trzon Rurykowiczów kijowskich z prawem starszeństwa w Kijowie, skutkiem podziału ziem podbitych, w rodzinie rozszczepiać się począł. Między innem i powstały dwie większe dzielnice na północnym wschodzie i na połu­dniowym zachodzie, rywalizujące i walczące ze sobą —

Suzdalska i Halicka. I tu i tam mało jeszcze było Słowian, ale ponieważ te dzielnice należały do Rurykowiczów, każda z nich rościła sobie prawo do nazwy Ruś. Na północy za­tem poczęły tworzyć się już w XII w., a wzrastać po roz­gromię mongolskim księstwo Suzdalskie, Rostowsko-Włodzi- mierskie, później Twerskie, najpóźniej Moskiewskie, które wzmocniwszy się, przyjęło tytuł z czasem kijowski — „Wiel­kiego Księstwa" Moskiewskiego. Aż do końca XII w. Kijów był jeszcze według naszego Galla, „caput Regni".

Z przeniesieniem środka ciężkości dynastycznej (po naj­ściu Mongołów) tradycje rodzinne przenoszą się na północ. Symeon Dumny (1341—1352) tytułuje się nie tylko „Wielkim księciem Rusi", ale do tytułu swego dodaje „Wszystkiej Ru­si". W dwieście pięćdziesiąt lat przeszło po Symeonie ostatni Rurykowicz, Szujski, powiększa ten tytuł i pisze się „carem, wielkim kniaziem i hosudarem wszystkiej Rusi". Ten ostatni tytuł był, jak powiedziałem, tradycyjnym, bez znaczenia rzeczywistego politycznego, chociaż tkwiły w nim przyszłe pretensje polityczne. W samej rzeczy, w stosun­kach dyplomatycznych z zachodnią Europą, znany był tylko tytuł „Moscovia", a z sąsiadami najbliższymi — Wielkie Księstwo moskiewskie.

W Wielkiem Księstwie moskiewskiem posługiwano się tytułem Ruś, niby jakimś uroczystym, tradycjonalnym dłu­go, niekiedy nawet już w naszych czasach, ale nigdy jako historycznym i dyplomatycznym. Od XVIII-go wieku w we­wnętrznych i dyplomatycznych stosunkach utrwalił się gre­cki wyraz Pu>;la, Piała) Rosja. Oprócz tradycyj dyna­stycznych miał on jednak nie wiele wspólnego z tytułami Ruś, Rusini, Rutheni, Ruscia, Rusią, terrae Ruthenorum i t. p. „Wielką Rosją" nazwało się dopiero państwo carów w ro­ku 1654.

Z równie małem prawem, jak Ruś północna, późniejsza Rosja, do tytułu „wszystkiej Rusi", posługiwali się nowi książęta haliccy, zgoła nic wspólnego nie posiadający z Ru­rykowiczami, jak np. syn Trojdena, z linji książąt mazowiec­kich. Bolesław Jerzy II (f 1340). Podpisywał się on na roz­maitych dyplomatach księciem „totius terrae Russiae, Gali. ciae et Lodimeriae", „dui terrae Russiae, Galiciae et Lodi- meriae44, albo „dui totius Russiae Minoris", wyodrębniając ■w ten sposób ziemie halicko-włodzimierskie z pojęcia innej Rusi — wielkiej, która się tworzyła na północy.

Z tego, nawet krótkiego przebiegu podniesionej przez nas sprawy historycznej nomenklatury Ruś dla obszaru obję­tego niegdyś posiadłościami Rurykowiczów, ciążącemi poli­tycznie do Kijowa, widzimy że ona obejmowała te obszary, które z czasem przybrały nazwy Kijowszczyzna, Wołyń, Po­dole i Ruś Czerwona — o ile rzecz dotyczy ziemi, a ludność, bez względu na stopień słowiańskiego pokrewieństwa nazy­wano Rusinami. Rosyjska nazwa „Małorosów" jest sztu­czną i lokalną. To też nasza historjografjia nie znała dla obszarów dorzecza środkowego Dniepru i Dniestru innej na­zwy jak Ruś i Rusini — dla ludności.

W najnowszych czasach, zaledwie od kilkunastu lat, poczęła się popularyzować dla obszarów Rusi nazwa „Ukra- ina“, a dla ludności, zamieszkującej je — „naród ukraiń­ski". I jedna i druga nomenklatura są szowinistycznym wy­brykiem historyka lwowskiego uniwersytetu Michajła Hru- szewskiego, który, ująwszy w całość historyczną rozproszone i różnorodne dzieje tej grupy narodów słowiańskich, które, podbite przez Rurykowiczów, nadały obszarom zdobytym nazwę Ruś, a ludności - Rusinów, nazwał obszary środkowego Pod- nieprza, Wołynia, Podola i halickiego Podkarpacia „Ukra- iną“, a różnorodne gałęzie pnia słowiańskiego zamieszkują­ce je — „narodem ukraińskim". Była to z jego strony pewnego rodzaju licentia poetica wbrew historji, prawdzie i logice, która nie miała za sobą innego poparcia— oprócz względów politycznych.

Nazwa „Ukraina" zjawia się bardzo wcześnie, bo za Rurykowiczów, ale niema zgoła nic wspólnego z Rusią, tak samo jak nomenklatura „naród ukraiński" z jedynie słuszną i historycznie uprawnioną — Rusini, jak nazwa „ziemie ru­skie" (nie rosyjskie w nowożytnem pojęciu) z „Ukrainą" czyli „ziemią ukraińską". Pojęcia te powstawały i modyfi­kowały się z biegiem czasu, aż z pojęć geograficznych prze­obraziły się nareszcie na jakieś cudacko-etnograficzne, a na­wet polityczne.

Spójrzmy w jaki sposób i w jakich warunkach formo­wała się nazwa „Ukraina" i przymiotnik „ukraiński", który przylepiony został do tej gałęzi południowo-wschodniej sło­wiańszczyzny, którą etnografja rosyjska, uznając jej odręb­ność, nazwała gałęzią — „małorosyjską".

Nazwa „Ukrainy" stosowana była do Perejasławszczyzny (Lict. hip. 1187 r.) na południowym wschodzie, ale tak samo „Ukrainą" nazywano ziemie pograniczne nad Bugiem. Wo­łyński latopis zapisał wyraźnie (r. 1213), że książę Daniło odebrał od Leszka „Brześć, Ugrowesk, Wereszczyn, Komów i wszystką Ukrainę" — oczywiście pogranicze nadbużań- skie. Jeśli zwrócimy uwagę na to, że ośrodkiem władania Rurykowiczów był Kijów, to, zarówno Perejasławszczyzna z jednej strony, a Zabuże z drugiej, niczem innem względnie do Kijowa nie były, jak „Ukrainami", pogranicznemi czę­ściami państwa, władania, były zatem terminem geograficz­nym, oznaczającym cząstkę kraju, gdy Ruś była pojęciem całości.

Pominiemy to, że w tern samem znaczeniu były ukrainy litewskie, moskiewskie i inne. Nonsensem jest zatem prze­noszenie pojęcia cząstki na całość kraju. Nazwa Ukrainy, odnośnie do ziem Ruskich wyjaśniła się i ustaliła, a nastę­pnie modyfikowała się już za czasów Rzptej polskiej, do której większość Ziem Ruskich — z wyjątkiem W. X. Mo­skiewskiego— należała. Za Aleksandra — powiada Czacki— większą część późniejszej Kijowszczyzny, Bracławszczyzny i Podola nazywano „pustą krainą". Przed panowaniem Zyg­munta I nie znajdował on wzmianki o Ukrainie. Nazwa ta pojawiła się dopiero w ścisłem określeniu za Stefana Bato­rego. W konstytucji 1580 roku użyto po raz pierwszy tej nomenklatury, odnosząc ją do pogranicza czyli „Ukrainy ru­skiej, Kijowskiej, Wołyńskiej i Podolskiej", które zamieszki­wał nie jakiś „naród ukraiński", ale gdzie, włóczyli się „ludzie swawolni". Z biegiem czasu nazwa Ukraina ustaliła się w Kijowszczyznie m. w. od Kijowa począwszy i w południo­wej części W-stwa Bracławskiego, inne dzielnice Ziemi Ru­skiej zatrzymały swoją historyczną nazwę dla całości i na­zwy prowincjonalne: Wołyń, Podole, do którego wchodziła część dzisiejszej Ziemi Halickiej i Ruś czerwona. Z lewej strony Dniepru była ziemia Siewierska (Czernihowszczyzna) i posiadłości polskie, ciągnące się do wododziału Dońca i ko- czowisk tatarskich. Zadnieprze nosiło urzędowy tytuł Het- mańszczyzny. Tu i tam, względnie do stanowiska państwa lewobrzeżnych mieszkańców nazywano nową nazwą — Mało- rosami, a kraj — Małorosją, Hetmaószczyzną lub Słobodzką Ukrainą (Charków). Z polskiej strony były Ziemie Ruskie, a naród ruski czyli Rusiński. Moskale, działając w myśl po­lityki zjednoczenia, już w 19-m w. w ziemiach zabranych Rzplej polskiej nazwę „ruski'' utożsamili z wyrazem „rosyj­ski", a zamiast „Rusini" — narzucili: „Małorosy", naród „ma- łorosyjski". W ten sposób historyczna nazwa Ruś i Rusini utrzymała się jedynie na Rusi Czerwonej i Halickiej aż do najnowszych czasów, na co długi czas Austrjacy uwagi nie zwracali.

Objęcie katedry historji Wschodu przez Hruszewskiego we Lwowie stało się okresem przełomowym w życiu, polityce i historji ruskiej w t. zw. Galicji Wschodniej. Z rozrzuconych cząstek narodu ruskiego między trzy państwa, Rosję, Polskę i Austro-Węgry stworzył on historyczną całość książkową, opowiedziawszy po kolei historję trzech państw powyższych. Co do Austrji— uczynił to tylko w popularnem wydaniu. Wy- chowaniec rosyjskiej polityki antipolskiej, zrozumiałej ze sta­nowiska podboju, a szkodliwej ze stanowiska historycznego, politycznego i narodowego narodu ruskiego, ogarnięty słuszną zresztą myślą i nadzieją wysunięcia swego narodu na arenę niezależnego państwowego życia politycznego, nie śmiał jaw­nie i wrogo wystąpić przeciwko Rosji, która najwięcej krzywd wyrządziła narodowi ruskiemu, ale wszystką żółć swoją prze­lał na Polaków i polsko-ruskie dzieje przedstawił nie tylko w fałszywem oświetleniu, lecz pogłębił, zaszczepione przez Rosję w społeczeństwie ruskiem, ideały nieetyczne Kozaczy- zny i bajdamaczyzny, gloryfikując je jako bohaterstwo naro­dowe. Ażeby jednak narodowi ruskiemu nadać więcej cech odrębności, historję swoją nazwał „Historją Ukrainy—Rusi", a naród „ukraińskim". W krótkim bardzo czasie Ruś za naśladowców i uczniów Hruszewskiego odpadła, pozostała tylko „Ukraina" i „naród ukraiński".

Nikt*by się tem nowatorstwem nie interesował, gdyby Austro-Węgry, pod wpływem polityki berlińskiej, nie zama­rzyły o wojnie z Rosją i o możliwości posunięcia swojej gra­nicy do Dniepru lub nawet przyłączenia do państwa Habsbur­gów całej południowej Rusi. Była to woda na młyn nowych prowodyrów ruskiego społeczeństwa w Galicji Wschodniej.

KoMCtyzoa ukraiona.                                                             2

W interesie Prus leżało osłabić wpływy polskie w Au- stro-Węgrzecb, które usiłowały paraliżować berlińską politykę w Wiedniu, a do tego doskonale prowadziła droga wywołania wewnętrznych niepokojów w Galicji. Rosja była także w okre­sie marzeń nowego „Objedinieója" i oto na tem tle odnowiła się i zaostrzyła kwestja oderwania Chełmszczyzny i Galicji Wschodniej. Oderwanie Galicji Wschodniej budziło śród lud­ności miejscowej duży ferment, ale wiedeńscy politycy nie­mieckiej idei panowania w Europie, tak byli pewni zwycię­stwa, że na ten ferment nie zwracali uwagi zgoła, bujając w obłokach marzeń o możliwości posunięcia granicy za Zbrucz. Do propagandy w tym celu wynajęli się, może nawet nie­świadomie, prowodyrowie ruskiej polityki, rozmaici Łozińscy, Lewiccy, Petruszewicze, Kolesy, Barany et tutti quanti. Łudzili oni Austro-Węgry swoją sympatją dla idei panger- mańskiej i łatwością zjednania dla niej ludności ruskiej za Zbruczem. Pod tem hasłem prowadzili oni agitację anti- rosyjską i antipolską, będącą bardzo na rękę Prusom i Au- strji. Wówczas to kwestja ruska w Galicji wstąpiła w stan ostrego napięcia. Rząd wiedeński nie mógł jawnie wystąpić przeciwko Polakom, którzy reprezentowali wielką siłę pań­stwową, ale podtrzymywał dążenia Rusinów i ruskie preten­sje do Polaków za pomocą znanej swojej dwoistej dyplo­macji.

W tym też czasie drogą nacisku na urzędową Radę szkolną krajową, poczęły pojawiać się podręczniki geografji i historji ruskiej, w których znikła zupełnie Ruś i naród ru­ski, a narodziła się Ukraina i naród ukraiński. Im bliżej wojny, tem arogancja polityczna przewódzców Rusinów gali­cyjskich stawała się większą. Rząd austrjacki skonfiskował staro-ruskie t. zw. moskalofilskie bogate instytucje kultu­ralne i finansowe i oddał je „Ukraińcom", ukrainizm stał się modnym w Wiedniu. Różne arcyksiężniczki popisywały się na ulicy „wyszywankami" huculskiemi. Doszło nareszcie do tego, że rząd wiedeński tajemnym okólnikiem polecił wszyst­kim urzędom i władzom posługiwanie się w stosunkach urzę­dowych z Rusinami wyrazami „Ukraina" i „naród ukraiński".


Niedługo trwała ta zobopólna przyjaźń. Nie należy do nas zastanawiać się w tem miejscu nad wzmaganiem się i wzmacnianiem tej przyjaźni, aż do chwili, gdy obie strony przekonały się o wzajemnych złudzeniach, zaostrzyła ona jednak do wysokiego stopnia żale i pretensje historyczne i najnowsze Rusinów do Polaków, posuwając ekspansję na­rodową pod nowym sztandarem—Ukraina i naród ukraiński do granic niemożliwości, jak tego dowiódł krótkotrwały traktat Brzeski. Agitacja dla utrwalenia nowej nomenkla­tury zapomocą szkoły i prasy ruskiej, której do pomocy i nasza stanęła, przybrała rozmiary swawoli państwowej, bo nowe nazwy stały się synonimami walki z państwem, wpro­wadzając w społeczeństwo ruskie na Wołyniu rozstrój i nie­pokój pod hasłem „krzywd narodowych-.

Im ciemniejsza kulturalnie jest ludność, tern mniej po­siada umiarkowania w sądach politycznych o rzeczywistości, tern mniejszą posiada skalę porównawczą. Tolerowanie za­tem neologizmów, mających świadomie polityczne zabarwie­nie, kryje w sobie płomień zaburzeń i niepokojów. Mamy przykład na Galicji, gdzie wyrazy Ukraina i naród ukraiński w łonie samego społeczeństwa wytworzyły dwa obozy wal­czące ze sobą.

Za Zbruczem z nazwą Ukraina oswoiło się jako-tako ucho Rusinów ze względu, że gub. Kijowską nazywano po­wszechnie Ukrainą, ale nazwa „naród ukraiński" nieznaną była przed wojną ludności ani w Kijowszczyznie, ani na Po­dolu, ani tembardziej na Wołyniu lub Chełmszczyznie, do­kąd przenikać poczęła z literatury, polityki i prasy.

Jeśli zatem w ciągu pracy niniejszej znajdzie czytelnik nazwę „Ukraina", to jest ona użyta albo w znaczeniu histo- rycznem, albo odnosi się wyłącznie do Kijowszczyzny *).

  • i Ś. p. Aleksander Jabłonowski, a równocześnie z nim sutor tej pracy występowali gorąco zarówno przeciw neologizmom historycznym jak i nieograniczonemu pędowi do nowatorstwa, które nosiło cechę nie- tylko naginania historji do celów agitacji szowinistycznej, ale politycz­nemu pretensjami wnosiło niepokój wewnętrzny w sferę najpierw Inte­resów polskich, a teraz już państwa polskiego. Rusini, stworzywszy so­bie fikcyjną „Ukrainę" jako niby całość etnograficzną, mają teraz czte­ry „Ukrainy": .wielką* sowiecką, „małą* czyli zachodnią, a fabrykoją już na nnszych oczach .Ukrainę* w Chełmszczyznie i na Wołyniu. Zni­kła już z prasy prastara Ruś, a zjawiła się hałaśliwa 1 niespokojna, jakaś neokuzAcka .Ukraina", jako nomenklatora agitacyjna. Ze względu na niebezpieczną przyszłość należałoby raz temu koniec położyć.

 

II. GENEZA KOZACTWA. WARUNKI FIZYCZNE

I ETNICZNE ŻYCIA SPOŁECZNEGO.

Kozaczyzna polska, jako staD, klasa i warstwa, rozwi­nęła się nad Dnieprem, na niewielkim pasie wzdłuż rzeki, od Kijowa począwszy aż do TawaDi prawie, t. j. przewozu na dolnym Dnieprze, ale kozactwo, jako wojenno-rozbójnicze gru­py, a później związki, powstało za Dnieprem i było produk­tem życia stepowego Tatarszczyzny późaiejszej, przedtem róż­nych tiurkskich plemion, osiadłych między Donem a Dnie­prem. Z tamtej strony przeniosło się na prawy brzeg Dniepru.

Wyraz „kozak" jest turskiego pochodzenia, znany Ta­tarom Kazańskim, jakoteż zamieszkującym pomorze Azowsko- Czamomorskie od Wołgi, Donu, aż do Dniepru. Znany jest nie mniej w różnych djalektach turskich, ale nie w tein ry- cersko-awanturniczem pojęciu, jakie spopularyzowało się w dru­giej połowie 16-go wieku w Rzpltej Polskiej. W narzeczach tiurkskich kozak ozDaczał człowieka wolnego, awanturnika, włóczęgę, a niekiedy wprost rozbójnika.

Pierwszą historyczną wzmiankę o kozakach spotykamy w XIII w. i DastępDycb, gdzie nazwa kozak wiąże się z ist­nieniem kolonji genueńskich. Występują oni bądź jako zwy­kli rozbójnicy, bądź jako niby wojsko, niby jakaś płatna eskorta konsulów kafińskich i innych. Ustawa miast Czem- balo (Bałakława) i Sugdaja (Sudak) nazywa ich „cosachos orgusios seu bomines Caphae". Niewierny coby przydomek „orgusios" oznaczał, o ile wszakże z tekstu ustawy wnosić wolno, pełnili oni pewne służebno-wojskowe obowiązki, może jako asysta karawan, a równocześnie trudnili się ra­bunkiem. Byli po prostu dobycznikami stepowymi (interce- ptores) i rabownikami bydła tatarskiego. Administracja ko- lonji genueńskich zabraniała swoim urzędnikom odbierania od tych kozaków zdobytych w ten sposób rzeczy lub bydła, co samo już jest wskazówką zależności kozaków orguzów od administracji kolonji włoskich.

Powoli tedy, ze stepów Zadnieprza, opanowanych już przez Tatarów, z zanikiem kolonij genueńskich, które padły ostatecznie pod ciosem tureckiej ekspansji po zdobyciu Kon­stantynopola (1453), Kozacy, kozactwo i kozakowanie prze­niosło się za Dniepr w swoim dawnym charakterze, zanim zostało zużytkowane przez Rzptą polską i przekształcone. Do przeniesienia się kozactwa na prawą stronę Dniepru przy­czyniło się nie tylko rozszerzenie się hord tatarskich na po- brzeżu czamomorskiem aż do ujścia Dunaju, ale także zmie­nione stosunki handlowe. Ostateczne zdobycie przez Kazi­mierza W. Rusi Czerwonej i utworzenie z W. Ks. Kijow­skiego Województwa (1471), czyli włączenia go w skład Rzptej polskiej, ożywiły handel ze Wschodem. Z jednej strony po­czął się zaludniać Kijów, jako łącznik Wschodu z państwem polskiem, a skutkiem tego nabrała ożywienia dawna droga karawanowa, istniejąca, jako „Solanoj put’“ za Rurykowiczów do mongolskich, która z czasem przybrała nazwę osobnej ga­łęzi Czarnego szlaku, z drugiej zaś (zawsze od Tawani począw­szy) szły drogi handlowe na Białogród i Kilję do Carogrodu, a na Targowicę może do Halicza i Lwowa na zachód. Oży­wienie ruchu karawanowego ożywiło także wzmożenie się kozactwa i kozaków. Szerzyć się począł charakter rozbójni- ctwa zupełnie taki sam jak za Dnieprem, chociaż nazwa Ko­zaków i kozakowania, jako rzemiosła wojennego, rozpowszech­nioną nie była jeszcze.

Pomijamy etymologiczną metodę, szukającą genezy na­zwy Kozaków od wyrazu koza (Piasecki, Kochowski); szu­kano także bez wielkiego skutku Kozaków w nazwie Koza- rów (Grabianka i in.), a nawet w Kozachii Konstantyna Porfirorodnego.

Kozaczyzna, jako objaw życia państwowego Rzptej pol­skiej, rozrosła się z czasem na trzy wielkie województwa: Kijowskie, Bracławskic i Podolskie, krańcami swego wpływu i akcji sięgając południowej części Wołynia, a na Zachodzie woj-twa Bełzkiego i Ruskiego. Jeśli wyłączymy z Kijów- skiego woj—twa północną jego część, od rzeki Irpienia (histo­ryczny Rpień) począwszy (Polesie Kijowskie, Owruczyzna), to objęła ona obszary prawie niezaludnione, stepowe; za Dnie­prem—stepy po-połowieckie, a później po-tatarskie, a z pra­wej jego strony te obszary, które nazwano Kijowszczyzną, Bracławszczyzną i Podolem. Dalej po za Taśminą i Siniuchą aż do morza, ciągnęły się obszary niezamieszkałe prawie, po­siadające ludność bardzo ruchomą, które nosiły nazwę Dzikie pola, a ogólniejszą Ziemia Nadolna (Bielski). Od Kryłowa za Czehryniem rozciągały się one do Dniestru aż do Chocimia prawie. Jak wschodnie i południowie granice Rzptej w XV wieku były niepewne i nieścisłe, tak jeszcze mniej pewnemi były granice Kozaczyzny ukrainnej, które rozrastały się w miarę zwiększającej się niedołężności w zwalczaniu ruchów kozackich państwa polskiego.

Był to obszar wielkiej żyzności, wielkiego bogactwa przyrodzonego i wielkiej gospodarczej przyszłości, który zamknięty Desną, Dońcem, Irpieniem, Słuczą, Bugiem od źró­deł i środkowym Dniestrem do ujścia, tworzył świetnie zcał- kowany objekt geograficzny, nadający się w przyszłości na utworzenie odrębnego państwa. Struktura fizyczna tego ob­szaru miała niewielkie pochylenie ku Czarnemu morzu; po­cząwszy od wododziahi Bugu, Bohu, Słuczy i Morynia; wszystkie jego rzeki, w znacznej mierze spławne, miały wspólne zlewisko w morzu Czamem, dokąd wpadały Dniestr, Boh z Ingulcem, Inguł i Dniepr.

Przeszłość tego obszaru od najdawniejszej starożytności była pod wpływem najbardziej urozmaiconym. Stykając się z rozmaitą kulturą, z rozmaitymi stopniami jej, z rozmaitemi rasami, nieliczna bardzo miejscowa ludność nieświadomie, z konieczności niejako, musiała wsiąkać w siebie najróżno­rodniejsze pierwiastki etniczne i przyswajać je, a potem przerabiać rozmaite kulturalne czynniki i uwarstwienia dla własnego zastosowania i według własnych pojęć. Najpierwej ludność tego obszaru, znana szczegółowo Herodotowi, zetknęła się z grecką kulturą przez Olbię (między dzisiejszą Odesą a Oczakowem). Jakkolwiek najrozmaitsze nazwy tej ludno­ści (Anty, Melanchleni i t. p.) są zgreczone, ze zwyczajów opisywanych nietrudno domyślić się Słowian, którzy wypie­rani przez wielką wędrówkę narodów, a później przez Atylę przez wojny Rzymian z Mitrydatem, cofali się ku północy, zostawiwszy na ziemiach opuszczonych tylko ślady —bardzo nieliczne — swego zamieszkania i bardzo liczne resztki kul­tury greckiej.

Pominąwszy wieki całe, po których prawie żadnych śladów historja tych miejscowości nie pozostawiła, zatrzy­majmy się chwilkę na okresie już historycznym, to jest chwili ^jawienia się nad Dnieprem w Kijowie Warego-Ru- sów (Normanów) i rozpoczęcia budowy państwa Rurykowi­czów. Kilka szczegółów zawdzięczamy latopiscowi kijow­skiemu, którego jedni nazywają Nestorem, drudzy — bez­imiennym mnichem. Przed pojawieniem się Mongołów większa część tego obszaru zamieszkała była nie przez ludność miej­scową, słowiańską, osiadłą, lecz przez koczowników szczepu tiurkskiego; od Donu aż do Dniestru, przez dorzecze Dońca Alty, Psła, Worskły, a z prawej strony Dniepru Ingułów. Bohu aż do Dniestru ciągnęły się siedziby Połowców, które na północy dopiero, około dorzecza Rosi stykały się z ludno­ścią osiadłą. Najbliżej Kijowa siedzieli pokrewni Połowcom rasowo, zwani słowiańskiem imieniem Czarni Kłobucy; obok prawie, na Rastawicy i Gniłopiacie Berendeje i Torki, w pro­mieniu dzisiejszych Czerkas — Czerkasy, snąć najbardziej rozbójnicze plemię, których Moskale 17-go wieku nazywali wogóle Czerkasami. Ślady tego turańskiego koczowania po­zostały dotychczas: po Berendejach — Berdyczów (Ber(en)dy- czów, po Torkach — Torczesk, Torków, Torczyk, po Turbi- jach -- Turbijówka, Turbów, po Czerkasach — miasto Czer­kasy i drobne osady tejże nazwy, po Połowcach — w środ­ku prawie Białocerkiewszczyzny—Wielka i Mała Połowiecka.

Po zgnieceniu przez Mongołów dorobku Rurykowiczów, napływać poczęła powoli fala koczowników tatarskich, po­dzielonych na kilka gałęzi, zwanych ordami. W XIV wieku usadowiły się już trzy ordy, zajmując każda odrębne obsza­ry: Nogajska zajęła pastwiska od Donu do Dniepru, w Tau- ryce usadowiła się Krymska orda, nad dolnym i średnim Dniestrem Jedysańska. Ordy te rozpadały się na mniejsze i z czasem przybierały nazwy od miejscowości, w których koczowały. I tak: istniała orda Dobrucka (niedaleko Sili- strji), Białogrodzka — od ujścia Dunaju, aż do ujścia Dnie­stru, mająca nazwę swoją od Białogrodu nad morzem Czar- nem (późniejszy turecki Akerman). Zwano tą ordą także Budżacką, od cząści stepu znanej jako Budżak, Budziak. Mią- dzy Białogrodem a Oczakowem koczowali Oczakowscy Tata- rzy, wreszcie miądzy Mohylowem a Raszkowem mieli siedli­sko swoje Tatarzy zwani Lipkami. Tak wiąc od południa, wschodu i południowego zachodu byliśmy otoczeni krwią obcą.

W jakim stopniu wsiąkały obce pierwiastki etniczne w pograniczne słowiańskie społeczeństwo, nie jesteśmy w sta­nie oznaczyć. Nie ulega wszakże wątpliwości, że przy bli- skiem sąsiedztwie, przy bezustannych wzajemnych walkach, przy których człowiek sam przez sią jako niewolnik, jeniec stanowił najpożądańszą zdobycz, mieszanie sią rasowe było nieuniknione. Odbywała sią ta wymiana krwi może jeszcze silniej drogą pokojowego współżycia. Nawet Rurykowicze nie,wzdragali sią brać sobie za żony córki chanów połowie­ckich (Tugurchan).

Niezależnie od dopływu turańskiej krwi, oddziaływała na ludność miejscową, rozsiedloną i rozklasy fi kowaną przez mnicha monasteru Peczerskiego Nestora, rasa zaborców z pół­nocy, która w Kijowie utworzyła rodzaj własnego państwa dynastycznego, zagarniając pod swoją władzą coraz wiąksze obszary dokoła głównej swojej siedziby Kijowa. Otoczeni jednak przemożnym żywiołem słowiańskim, wodzowie drużyn północnych i same drużyny słowianizowały sią już w dru- giem pokoleniu, wnosząc do nowego społeczeństwa rabowni- cze, wojenne pierwiastki swojej kultury i ducha i porywając za sobą, w imią idei podboju orążem, obcej słowiańskiemu duchowi ludności, miejscowe, rolnicze już plemiona. W ra­bunkowych wyprawach na Konstantynopol pierwszych Ru­rykowiczów ludność słowiańska udział brała. Wyprawy od­bywały sią w łodziach, z pominiąciem porohów czyli wystą- pów skalnych na Dnieprze, a dalekie te wyprawy, nietylko na stepy połowieckie, o charakterze wyraźnie rabunkowym, ale w łodziach, były dla ludności tubylczej pierwszą prak­tyczną szkołą przyszłego kozactwa i kozakowania. Drużyny (wojsko stale utrzymywane kosztem książąt kijowskich) ra­bowały tak samo karawany kupieckie jak później czynili to kozacy.

Bardzo zbliżone cechy charakteru najazdu na „wieże* połowieckie i na Carogród pierwszych Rurykowiczów do póź­niejszych czynów kozackich, dały impuls Włodzimierzowi Antonowiczowi do związania genezy kozactwa i kozaków z panowaniem pierwszych Rurykowiczów w Kijowie. Jakkol­wiek teorja ta w całości utrzymać się nie da, resztki ludno­ści miejscowej, mieszkającej nad Dnieprem, o ile ocalały od pogromu Mongolskiego, nie mogły zatrzeć w sobie tra­dycji przeszłości, od której dzieliło ich zaledwie dwa wieki, a Dniepr ożywił je, gdy ustaliły się wędrówki tatarskie i po­wstawać poczęły bogate miasta tureckie.

Jako najbliższych protoplastów kozaków ukrainnych mo- żnaby uważać tę luźną, włóczącą się po stepach ludność, nie­wyjaśnionego etnicznego pochodzenia, zwaną „brodnikami" — włóczęgami stepowymi. Według wszelkiego prawdopodobień­stwa, biorąc na uwagę turańskie sąsiedztwo, przypuścić moż­na, żo byli to mieszańcy, śród których przeważała krew sło­wiańska. Posiadali oni watahy zorganizowane, a nawet swoich wodzów. Nazwisko jednego z nich, Płoskinia, prze­chowała historja tylko dla tego, że ze swoją watahą brał udział wspólnie z Rurykowiczami w bitwie z Mongołami na Kałce i przeszedł na stronę Mongołów.

Podbicie przez Olgerda i Gedymina Rusi, zwycięstwo nad Tatarami na Sinych wodach, później zwycięstwa Witol- dowe dotarły do morza Czarnego i umożebniły oprzeć o nie granice państwa polskiego, w skład którego weszło W. Ks. Litewskie. Stosunki wewnętrzne poczęły zmieniać się zasa­dniczo. W. Książęta Litewscy, oceniając groźne rozszerzenie się koczowników tatarskich i umocnienie się ich w Krymie dla przyszłości Rusi — nie stepowej, która była jeszcze pu­stynną, lecz głębszej—pobudowali nad Dnieprem szereg za­meczków obronnych, których nazwiska zapisał Michałom,—Li­twin w połowie XVI-go wieku, — Kremieńczuk, Upsk, Her- bedejów Róg, Miszurin, Kiczkas, Tawań. Ale większość w po­łowie XVl-go wieku już znaną była tylko z nazwiska.

Podróżnik francuski Gilbert de Lannoy, jadący do Kry­mu, zatrzymujący się w Białogrodzie (Akerman) jechał pu­stynią, a w Białogrodzie był obrabowany doszczętnie przez protoplastów tych, których już w XVI-ym wieku nazywano „Kozakami Białogrodzkimi". Bardziej jeszcze jaskrawemi barwami maluje obszary zbiegające ku morzu Czarnemu nie wiele późniejszy od Michalona, Gwagnin (Stryjkowski)

 

Pisząc o „Kraju Podolskim'* i rozumiejąc pod tą nazwą całą płaszczyzną schylającą się ku Czarnemu i Azowskiemu morzu, od Donu do granic Wołoszczyzny, powiada że „kraj ten po­la puste, bardzo szerokie ma”. Włączywszy w ten obszar Ziemię Kijowską, określając jej szerokość na „pięćdziesiąt mil i dalej”, pisze że ,,za Cyrkasany i Kaniowiany domów nie ma żadnych, ani wsi i włości nie ujrzy, wszystko pusty­nie, a Dzikie pola na całe mil czterdzieści aż do samego Oczakowa, miasta i zamku tatarskiego, przy progu Dniepro­wym leżącego, dzikim zwierzętom przespieczne wykochanie dawają”.

Przydnieprze zatem od Kijowa i Dzikie pola stały się już nieco wcześniej kolebką późniejszej Kozaczyzny.

Nie były to jednak pustynie w znaczeniu bezludności, tylko, jak powiedzieliśmy, ludność ta była ruchoma i rzadko osiadła w najbliższem sąsiedztwie zameczków już polskich i pod ochroną szabli polskiej oddająca się pasterstwu i rol­nictwu. O bogactwie przyrodzonem tych obszarów różni pi­sarze jeszcze ku końcowi XVI-go wieku cuda opowiadali. Michalon Litwin (ok. 1552) dał wprost panegiryczny opis ży­zności i dobrobytu tej ziemi. „Gleba tu — powiada — do tego stopnia jest żyzna i wdzięczna do obrobienia, że zorana raz tylko w parę wołów, daje największe urodzaje. Nawet nie- uprawne role rodzą rośliny, żywiące bądź łodygami, bądź ko­rzeniami ludzi. Tu rosną drzewa, dające najdelikatniejsze owoce, uprawiana bywa winna jagoda, rodząca wielkie grona, a niekiedy na pochyłościach rośnie także dziki winograd. W starych dębach i bukach, w których ze starości potwo­rzyły się dziupła, gnieżdżą się roje pszczół, dających miód smaczny, piękny, aromatyczny. Dzikich zwierząt — żubrów, dzikich koni, jeleni takie mnóstwo w lasach i na polach, że polowania odbywają się jedynie dla skóry; z mięsa używają tylko polędwicę, resztę wyrzucają. Mięsa dzików i łań wcale nie jadają. Samy w takiej wielkiej ilości przebiegają w zi­mie ze stepów do lasów, a w lecie do stepów wracają, że każdy włościanin zabija icb tysiące rocznie. Nad brzegami rzek liczne można spotkać żerowiska bobrów. Ptactwa tak nadzwyczajna mnogość, że na wiosnę chłopięta robią wy­prawę po nie i całe łodzie wypełniają jajami dzikich kaczek, gęsi, żórawi, łabędzi, a wylęgły drobiazg hodują przy domu.

Orlęta zamykają do klatek i hodują dla piór, które potem do strzał przymocowują. Psów karmią mięsem dzikich zwierząt i rybą, gdyż rzeki przepełaione są jesiotrami i innemi wiel- kiemi rybami, napływającemi z morza do słodkiej wody".

Przesadnie entuzjastyczny ten opis bogactwa przyrodzo­nego kraju znajdował jeszcze w znacznej mierze potwierdze­nie u pisarzów końca XVI-go wieku, obcych, a więc nie- uprzcdzonych (Blaise de Vigenerc). 0 wiek cały później, inny Francuz Beauplan, inżynier w służbie hetmana Koniec­polskiego, który budował Kudak i inne twierdze, zostawił barwny opis bogactwa i życia kraju, w przededniu prawie buntu Chmielnickiego, już nazwę Ukrainy — ogólniejszą — noszącego.

Skoro użyliśmy już nazwy Ukraina, nasuwa się pytanie, jaki obszar, jakie terytorjurn obejmowała ta nomenklatura, której dziś zbyt rozciągliwe nadają pojęcie i granice? Z na­zwy lokalnej, oznaczającej pogranicze państwa, stawała się ona powoli nazwą prowincjonalną, oznaczającą w szerszem znaczeniu ten stepowy obszar, który, jak już wspomnieliśmy, zamykał się wododziałem Dońca, sięgał środkowego Dniestru, od południa dotykał zachodnich pobrzeży morza Azowskiego, a zamykał się wązkim pasem nad morzem Czarnem, już z prawej strony Dniepru, zwanym Polami Oczakowskiemi, które sięgały Białogrodu. Podole i Wołyń nie miały nic wspólnego terytorjalnie z Ukrainą, tworząc odrębne zupełnie Województwo, chociaż pod względem geograficznym i klima­tycznym południowa część Podola — późniejsza gubernia Po­dolska, Pobereże — posiadały cechy obszaru stepowego, póź­niejszej właściwej Bracławskiej Ukrainy. Ku końcowi 18-go wieku poczęła się ustalać nazwa Ukrainy dla tej części daw­nego Woj-twa Kijowskiego (tylko stepowej) i Bracławskiego, która już pod zaborem Rosji otrzymała nazwę gub. Kijow­skiej.

Oprócz pojęcia geograficznego żadnego innego do nazwy Ukrainy nie przywiązywano. Naród, zamieszkujący histo­ryczną Ukrainę wspólnie z polskim, który reprezentował tu żywioł osadniczy i kulturalny, nazywano „ruskim*1 (Rusina­mi) z rozmaitemi jego rozgałęzieniami (Czerwonoruskie, Po- leszuki, Huculi i in.)

W połowie 17-go wieku, gdy wojna o samodzielność

 

klasową kozacką, dosięgła najszerszych rozmiarów, poczęło się wytwarzać pojęcie Ukrainy kozackiej, nie w znaczeniu odrębności terytorjalnej, ale raczej tych granic, które zostały objęte ruchem kozackim, nie zaś przygodnymi punktami, do których wojna Chmielnickiego sięgała.

Nie znajdując odpowiedniejszej nazwy nad Ukrainę kozacką dla obszaru stepowego, zakreślonego powyższemi granicami, która do pewnego stopnia odpowiada jednolitemu prawie obszarowi etnograficznemu, musimy tę nazwę utrzy­mać i zdać sobie sprawę z wielkości i zaludnienia tego obszaru.

Jeżeli można go uważać poniekąd za jednolity—-z dzi­siejszego stanowiska — pod względem etnograficznym, geo­graficznym i klimatycznym, to pod względem administracyj­nym za czasów Rzptej wchodził on różnemi czasy w skład kilku woj-ctw: Czernihowskiego, Kijowskiego, Bracławskie- go i Podolskiego, a nawet sięgał południowej miedzy Woły­nia. Ponieważ województwo Czernihowskie jeszcze na po­czątku 17-go wieku tworzyło część woj-ctwa Kijowskiego, zatem tę część, obejmującą 9 dzisiejszych powiatów, musimy do woj-ctwa Kijowskiego zaliczyć.

Województwo Kijowskie liczyło zatem ku koń­cowi 16-go wieku   mil kwadr, (okrągło) 1800

Niż, czyli ziemie wojska Za­poroskiego  „           „               „        1070

Województwo Bracławskie

wraz z Zwinogrodczyzną ...                     ,,     „            „          630

Województwo Podolskie. .                      ___ „______ „______ 340

W ten sposób Ukraina kozacka mogłaby obej­mować w przybliżeniu mil kwadratowych 3840

Pod względem geograficznym i klimatycznym, a teraz nawet i etnograficznym, możnaby doliczyć dawne Pola Ocza- kowskie (dzisiejsze dwa powiaty: Ananijewski, Terespolski i Dorzecza stepowe Ingułu) czyli mil kwadr, około 1540.

Do końca 18-go wieku Pola Oczakowskie były jeszcze pastwiskiem tatarskiem.

Jeżeli wykluczymy przeto Pola Oczakowskie z obszaru Ukrainy Kozackiej, to mimo to wynosił jej obszar około 4000 mil kwadr. Używanie nomenklatury „Ukraina kozacka" nie jest zgoła żadnym stałym terminem geograficznym, lecz wynika raczej z konieczności wynalezienia nazwy dla tego obszaru, który objęty został ruchami kozackimi i jest naj­bardziej zbliżony do granic prawdopodobnych.

Jakież było zaludnienie tego obszaru, który ku końcowi 16-go wieku już stał się polem walk kozacko-polskich, a wcześniej nieco początkiem tych wichrów, z których wy­łoniła się Kozaczyzna już jako warstwa i klasa?

Ponieważ statystyka w dzisiejszem naszem pojęciu nie istniała, wszelkie zatem obliczenia mogą mieć tylko znacze­nie prawdopodobieństwa. A jednak i w tej formie osta­teczne rezultaty są tern ciekawe, że dają wskazówki co do różnych kategoryj i rozmieszczenia ludności.

Liczba ludności może być jedynie wydedukowaną na podstawie płaconego podatku państwowego. Ale norma te­go podatku nie była zgoła jednolitą w całem państwie i opie­rała się na zwyczajach. Gdy w macierzystej Polsce płaco­no podatek od „łanu", w niektórych częściach Rusi od „służ­by" czyli ilości wystawionego żołnierza, na Wołyniu spoty­kamy, jako jednostkę podatkową „dworzyszcze" i „włókę", na Rusi stepowej płacono podatek od „pługa" i od „dymu".

Zatrzymując się na Rusi, niepodobna nie uznać nadzwy­czajnej trudności w obliczeniu zaludnienia nie tylko z po­wodu tak mało określonych nazw jak „pług" i „dym", ale z powodu napływowej ludności ze wszystkich stron Polski, która nie dała się ująć w żadne mniej więcej stałe liczby. Co do miast, trudność polegała jeszcze i na tern, że ludność żydowska, płacąca npogłówneM, stale uchylała się od uiszcza­nia podatku.

Zważywszy jednak, że z czasem pojęcia służba, dwo­rzyszcze, włóka, pług, dym ujednostajniały się pod wzglę­dem rozmiaru, a już ku końcowi 16-go wieku zbliżały się do pojęcia „łanu", możemy go przyjąć za podstawę do obra­chunku w tych granicach Kozaczyzny, jakie powyżej zakre­śliliśmy.

Ponieważ ku końcowi 16-go wieku, ze względu na nie­dokładność lub brak zupełny wykazów podatkowych, nie da się ustalić żadna prawdopodobna liczba ludności na tym ob­szarze, który nazwaliśmy Ukrainą kozacką, musimy przyjąć wysokość zaludnienia do pierwszej ćwierci 17-go wieku i to z wykluczeniem Niżu, gdzie stałej ludności nie było wcale i Pól Oczakowskich.

Musimy przytoczyć kilka szczegółów, bez których ogólne cyfry nie dawałyby dokładnego pojęcia o rozmieszczeniu lud­ności. Było zatem:

W Woj-twie Kijowskiem (w powyższych granicach) osad, 642), w Woj-twie Bracławskiem — 402. Co do Woj-twa Po­dolskiego — braknie zupełnie wykazu ilości osad i dymów, zarówno wiejskich jak i miejskich, mamy tylko wykaz „głów*'. Przyjmując na dym pięć osób, otrzymamy m. w.:

w Woj. Kijowskiem ludn.      wiejsk.      o 58.000, miejsk. o 93.000

„      Bracławskiem „                n         85.500      „        225.900

Podolskiem         ..                     71.000      ..____ 26.100

Razem   o   214.500     —       345.000

Na obszar zatem powyższy bez Niżu i Pól Oczakowskich wynoszący ok. 2756 mil kw. wypadłoby na 1 milę kw.:

w Woj-twie Kijowskiem głów 97.6 ,, Bracławskiem „                     496.5

„ Podolskiem M 280.2

Jeżeli z ogólnej cyfry ludności ok. 561.000 odliczymy połowę na kobiety i starców, a trzecią część na dzieci — 'to wszystka męska ludność, zdolna do noszenia broni, przekra­czałaby nie wiele więcej nad sto tysięcy. Jeżeli zważymy, że już w pierwszej ćwierci 17-go wieku napływ osadniczej ludności powiększył się bardzo, jeśli dodamy do tego normalny przy­rost ludności w ciągu pół wieku, to nietrudno obliczyć, że w chwili największego napięcia wojny polsko-kozackiej w pierwszych latach zawieruchy Chmielnickiego, nie mógł on porwać za sobą więcej nad 200.000 ludności, czyli wszyst­kich ludzi zdatnych do noszenia broni. Już ta okoliczność była sama przez się dostateczną przyczyną do powstrzymania dalszego gospodarczego i kulturalnego rozwoju kraju, gdyż w domu pozostawały tylko kobiety, dzieci, starcy i ducho­wieństwo. Wytłumaczy nam to poniekąd, dlaczego ludzie, którzy w 17-ym wieku musieli zbliżać się do Dniepru lub od Dniepru przecinać kraj ku Dniestrowi, widzieli tylko nie- uprawne pola i puste osady.

 

  • PIERWSZY OKRES WYSTĄPIENIA KOZACZYZNY NA ARENĘ DZIEJOWĄ.

Mniej więcej w połowie XV-go wieku nazwa Kozak po­czyna być znana w Rzptej jako żywioł awanturniczy, nie­spokojny, uchylający się, dzięki geograficznemu położeniu kraju, od wszelkiej kontroli państwowej; Kozacy poczynają nabierać rozgłosu. Z początku pojawiają się wzmianki o nich dorywczo, jako o rabownikach stepowych, ale szybko bardzo wiadomości stają się pełniejsze i groźniejsze. Dostrzec się daje wyodrębniającą się grupę ludzi, która z rabunku robi rzemiosło wojenne i niepokoi najbliższych sąsiadów, jakby się ćwicząc i przysposabiając do jakiejś wielkiej akcji, po­siadającej charakter anarchicznej swawoli, tem łatwiejszej, że napady rabunkowe odbywają się na dalekich kresach ukrainnycb, gdzie władze administracyjne państwa działają słabo, lub często są bezczynne i bezradne.

Nazwa „kozak'* jeszcze się nie ustaliła, ale widocznie utożsamia się z tą swawolną ludnością stepową, którą wkrótce akty i dokumenty państwowe nazywać poczną łotrami (la- trones), włóczęgami, bezdomnymi, motłochem hultajskim, swawolnikami, dobycznikami.

Po za wzmianką Długosza (1469), we dwadzieścia lat potem, spotykamy się z tą grupą ludzi, którzy, jako znawcy Dzikich pól, w roli przewodników oddają usługi Rzptej. Gdy w roku 1489 Tatarzy najechali Podole, Jan Olbrycht, goniąc ich, miał w służbie swojej „wodze kozaki, miejsc tych świa­dome" i inne, dzięki temu odniósł zwycięstwo pod Kopestrzy- nem. Równocześnie prawie (l 491) występuje na Pokuciu ja­kiś watażka Mucha, z przynależności niby Wołoszyn, a z na­zwiska może Kusio, plądrując kraj i ludność rabując. Na przeciwnym krańcu Rzptej, od Dniepru kozacy kijowscy (,czerkasy kijewskije"), czyli z Kijowszczyzny najprawdopo­dobniej, zrabowali Oczaków (1490). Wkrótce potem znowu kozacy kijowscy zrabowali Tatarów na Tehińskiej przeprawie (1502). Skarżyli się posłowie tureccy i tatarscy, że roku nie mija bez rabunku.

Ale i Tatarzy, odpłacając pięknem za nadobne, w gra­nicach państwa polskiego poczęli szukać „dobyczy“, tak sa­mo jak kozackie kupy szukały u Turków i Tatarów. Ponie­waż niebezpieczeństwo to i szkody zwiększały się corocznie, Rzpta poczęła myśleć o obronie. Pod tym względem poszła śladem litewskiego rządu i poczęto budować zamki obronne, naprzód w Czerkasach, Kaniowie i Kijowie, a potem w Zwi- nogrodzie, Bracławiu, Winnicy i Barze. Zamki te i obrona były pod kierunkiem starostów miejscowych i posiadały niewielkie, bo mało co większe nad 100 — 200 żołnierzy pol­skich, stałe załogi. Zamki te leżały na Czarnym szlaku i je­go rozgałęzieniach, to jest na drogach, które wiodły wgłąb Rzptej. Małe oddawały one usługi państwu, bo stan obron­ny ich bywał niedostateczny, zaopatrzenie w broń szwanko­wało, a co ważniejsza, leżały w takiem oddaleniu od siebie, że w razie większego najazdu tatarskiego — nazywano je „wtarżki* — nie mogły sobie udzielać wzajemnie pomocy. Pomiędzy nie doskonale i swobodnie przemykały się ordy tatarskie. Służyły tylko wyłącznie prawie jako punkty wy­padowe w głąb stepów, na ułusy tatarskie, i jako miejsca, gdzie organizowały się wyprawy wojenne. Stały się też one z czasem, osobliwie zameczki naddnieprzańskie, przytuli­skiem i szkołą swawolnego kozactwa, co było tern łatwiej­sze, że starostowie pograniczni, tworząc poczty wypadowe, z ruchomej, rabowniczej ludności, kształcili poniekąd i orga­nizowali wojskowo kozaków.

Pierwszym pono, który pośród st-ów ukrainnych otrzy­mał tytuł „kozakau był Seńko Połozowicz, dzierżawca Czer- kaski (ok. 1508 r.) Bielski nazwał go „Polusem, sławnym kozakiem*, zlatynizowawszy patronymiczne ruskie nazwisko Połozow.

Do rozwoju kozactwa i kozakowania przyczyniła się w znacznej mierze ta okoliczność, że w walce z Tatarami

trzeba było stosować ich metody wojowania — to jest po­siadać żołnierza na koniu, któryby „gonił** Tatarów i był lekko uzbrojony. Kozacy nadawali się do tego. Stąd też w chwili prawie zjawienia się nazwy kozak śród stepów ukrainnych, zarysowuje się dwa typy kozaków: grodo­wych i rzecznych. Pierwsi utworzyli z czasem, jak obaczymy, kozaczyznę regestrową, drudzy, skupiwszy się na na Nizie, dali początek kozaczyznie siczowej (Sicze). Była to różnica zasadnicza, ale nie jakaś stała, nienaruszalna, przeciwnie — zacierała się z czasem i wytworzyła wspólną jedność kozacką.

Ażeby wzmocnić szeregi obronne zamków ukrainnych, st-owie do swoich „rot44 i „pocztów44 przyjmowali chętnie ludność luźną, nieosiadłą, ruchomą, którą stale] osiedleni mieszkańcy, zajmujący się uprawą roli, rolnicy, zwykle, dla wyróżnienia się, nazywali kozakami lub którzy kozakami nazywali się sami. Mamy pewne świadectwo, że takie „ro­ty" istniały już na początku XVI-go wieku w Czerkasach— „Szczurowa rota", która miała urzędowy poniekąd tytuł „roty kniazia Dmytra'4 (Putiatycza). Takiej rocie przewo­dził niewątpliwie wzmiankowany „Połoz Rusak44 (1508—1511). Taki sam „poczet44 kozaków zebrał był Krzysztof Kmitycz (ok. r. 1520) i z nimi przez Kijów, Dnieprem zapewne, ru­szył ku Tawani, gdzie „na służbę chodzili44 „spędzać Tata­ry44, albo bronić przeprawy, albo „gonić44, uciekających ze zdobyczą.

Tak więc już pierwsi st-owie ukrainni korzystali z ru­chomej bezdomnej ludności, zwanej kozakami. Po Kmityczu, a osobliwie po „kniaziu Dymitrze" na st-wie Czerkaskiem zasiadł Ostafi Daszkowicz (1514), który z Kryczewa „zjechał44 był na służbę do Moskwy, jako „wolny człowiek**, ale wkrót­ce powrócił do ojczyzny i na stanowisku st-y Czerkaskiego oddał wielkie usługi, walcząc z Tatarami. Ponieważ i on posługiwał się ochotniczemi siłami ludności, przybierającej coraz stałej tytuł kozaków, późniejsi pisarze kroniczek ko­zackich zrobili z niego hetmana kozackiego. Bronił on sy­stematycznie kresów, względnie dostępu do wnętrza Rzptej Tatarom. Albo wdzierał się wgłąb Tatarszczyzny, albo Ta- tarzy osadzali go w Czerkasach, jako największego swego szkodnika (1532). Stojąc na straży i broniąc wschodniej

Kocaccyzoa ukrainoa.                                                                   3

ściany Rzptej, gdy na sejmie w Piotrkowie (1533) zapytano „jakoby temu zabieżeć, aby Tatarowie u nas szkód nie czy- nili'% radził „abyśmy na Nieprze dwa tysiące człeka usta­wicznie chowali, którzyby na czajkach przeprawy Tatarom i nas bronili, a kilkaset jazdy do tego, którzyby im żyw­ność obmyślali. Do tego, żeby na Nieprze, jako jest wiele takich ostrowów, aby na nich zamki zbudowano i miasta zasiadały". Była to rada, z licznych późniejszych, z którymi zapoznamy się, najpraktyczniejsza, bo zarówno powstrzymy­wałaby „wtarżki“ tatarskie, jak i trzymała w ryzach koza- ctwo niżowe, mając nad niem ciągle czujne oko. We dwa­dzieścia lat prawie potem, plan ten częściowo, próbował urzeczywistnić Dymitr Wiszaiowiecki, a o załodze stałej po­myślano dopiero we sto lat później, kiedy rozfukane koza- ctwo już się w karbach utrzymać nie dało.

Energicznie szła obrona zachodnich rębów Rzptej, mia­nowicie Podola i Bracławszczyzny, prowadzona przez s-tę barskiego Pretfica. Dowiadujemy się o tem, zarówno ze skarg Tatarów i Turków jak z jego obrony na sejmie w roku 1550. Mądry ten Ślązak, będący na służbie królowej Bony, okazywał wielką czujność, przezorność, niezmordowaną pra­cowitość i nieugiętą wytrwałość. W obronie jego spotykamy się z wyrazami kozacy, kozactwo, kozakowanie, ale jeszcze, jak nigdzie tak i tu nie widać zorganizowanej formacji, która przybrała nazwę Kozaczyzny. Włóczyły się luźno kupy swa­wolnej zbieraniny, które pod wodzą przygodnych watażków łupili Wołoszczyznę, kradli konie i barany tatarskie lub ra­bowali miasta tureckie.

Poczty Pretfica składały się z ludności miejscowej, obo­wiązanej, „chodzić w poleu ze starostą w razie potrzeby, two­rząc bądź „roty", bądź „straż polowąu. Lekko uzbrojeni „cho­dzili w kozactwo44 ze starostami, jako urzędowymi obrońcami Rzptej. „Częściej nasi—powiada Lubieniecki—chodzili w ko­zactwo niż Tatarowie do nasu. Nietylko ludność „miejscowa lub zbieranina stepowych bezdomków chadzała w „kozactwo", „kozakowała", to jest przy lekkiem uzbrojeniu tropiła i biła nieprzyjaciela, hartując życie, a zdobywając doświadczenie rycerskie w trudach i niewygodach. Garnęła się do takiego kozakowania najdzielniejsza młodzież kresowa „g’woli ćwiczeń rycerskich". „Byli między nimi Sieniawscy, Strusiowie, Her- burtowie, Potocki Stanisław, Włodek, książęta Wiszniowie- ckie, Zasławskie, Koreckie, Rożeńskie i innych, zacnej szlachty niemało, którzy rzadko z pól zeszli1*.

Tacy chodzili w „kozactwo**, a wracając, nie dzielili się „dobyczą", jak kozacy-rabownicy między sobą, a po karcz­mach stepowych nie przepijali zawieszek, zausznic, pereł, pierścieni, cekinów, zdartych z trupów lub z krwi wydoby­tych—tak samo głodne i zuchwałe jak tatarskie, „które w pło­mieniu ogniowym chleba szukało*. Bernard Pretfic, służąc pod hetmanem Sieniawskim, poznał wtedy Tatarów i ich sposoby wojowania, to też gdy w r. 1540 osiadł w Barze, umiał skutecznie bronić granic Rzptej, zapuszczając się w swoich wyprawach pod Białogród, Oczaków i wierzchowiny Berezańskie. Wiedząc o tern, że dla Tatara koń był wszyst- kiem, że na wyprawy do Polski wybierali się, każdy we dwakoń lub trzykoń, że konie te, za pewien udział w zdoby­czy, wypożyczali u Turków, Pretfic zwrócił główną uwagę na to, ażeby Tatarów pozbawiać koni; to też w wyprawach swo­ich brał tyle baranów, ile tylko potrzeba było dla wy­żywienia swego pocztu, ale natomiast konie zabierał wszyst­kie, gdzie tylko trafił i ile trafił. Ilości te szły w dziesiątki tysięcy. Poczty Pretfica, tworzone ze „służebników*4, których Bielski nazywał „kozakami**, składały się z obrońców granic Rzptej, lecz nie rabowników.

Owo „spędzanie** Tatarów z koczowisk, zajętych przez nich na Poniziu Czamomorskiem, miało swoją podstawę po­lityczną. Do całego nadbrzeżnego pasa, od ujścia Dniepru do Białogrodu, który ku północy, ku Dzikim polom rozsze­rzał się, rościła prawo Rzpta, jako odziedziczonego przez związek z Litwą. Zaniedbanie praw swoich i opieszałość ze strony państwa polskiego były przyczyną, że Tatarzy zajmo­wali te obszary pod swoje koczowiska, płacąc niewielki czynsz za prawo pasania swoich stad, do obliczania których istniała osobna kontrola. Ponieważ Rzpta miała pokój z Solimanem, nie uważała zapewne tej koczowniczej inwazji za dostateczny powód do wojny, tembardziej, że i ze strony tureckiej obja­wiano dobrą wolę do zgody. „Spędzanie Tatar** z koczowisk za Dniepr wchodziło zatem w zakres polityki wewnętrznej polskiej, tembardziej, że powodem do tego służyły rabowni- cze napady Tatarów. Kontrowersje między rządem polskim
a tureckim i komisje wzajemne, wyznaczone do wyklarowa­nia pretensyj, przeciągnęły jeszcze swoją działalność na pa­nowanie Zygmunta Augusta, ale milcząco zwyciężyli Tata- rzy,% którzy w Turkach mieli potężnych opiekunów.

Prawie równocześnie z akcją Pretfica, na wschodniej rubieży Rzptej prowadził taką samą na własną rękę Dymitr Wiśniowiecki, w dokumentach tureckich zwany „Dmytra- szem“, ale może nie bez milczącej zgody rządu polskiego. Awanturniczy ten książę, oparłszy się na kozakach, zgoła in­nej kategorji, niż byli kozacy Pretfica, szukając ujścia dla

swojej energji i w Moskwie, zbudował zameczek na wy­spie Chortycy. Badania Ewar- nickiego wykazały, że to co nasi i inni pisarze nazywali zameczkiem, był tylko oszaó- cowany, wałami ziemnemi oto­czony obóz. słabo zaopatrzony w armaty. Wiszniowiecki po­szedł za radą Daszkowicza, bez urzędowego i militarnego poparcia rządu i bez oparcia się o jakiekolwiekbądź stałe zaopatrzenie w ży wność i amu­nicję. Turcy i Tatarzy, rozu­miejąc doniosłość takiego sta­nowiska, napierali na tego wo­łyńskiego kniazika, aż ostate-

Dymitr Wiśniowiecki.         cznie, z braku żywności i amu-

niej i, zdobyli to obronne sta­nowisko. Kniaź, wplątany w awanturę wołoską, gdzie mu tron hospodarski obiecywano, pojmany przez Turków, na haku nad Bosforem życie zakończył. Ponieważ napady na posia­dłości tureckie i koczowiska tatarskie prowadził zawsze z ko­zakami, skupionymi przy nim, późniejsi kronikarze kozaccy zrobili go także swoim „hetmanem", nie uwzględniając zgoła tego, że walki Wiszniowieckiego były prowadzone w inte­resie nie jakiej bądź organizacji kozackiej lub Kozaczyzny, lecz państwa polskiego, a Kozacy pod jego wodzą byli tylko rodzajem ochotniczego wojska. Taki los spotkał także dru-

giego kniazia wołyńskiego Bohdana Różyńskiego. Obaj oni, ze względu na swoją odwagę i bardzo bliski stosunek z tą swawolną warstwą kozaków, która tylko swemu junactwu rycerskiemu dogadzała, zostali bohaterami pięknych pod względem poetyckim utworów, zwaoych „dumami kozackimi". Wiszniowiecki wszedł do poezji ludowej jako „Bajda" ze wszystkiemi cechami kozackiego junactwa, a Różyński jako „Bohdanko".

Tak więc już w połowie XVI-go wieku na południo­wych kresach Rzptcj polskiej zarysowały się dwa typy ko­zackie, wyhodowane wprawdzie w jednakich warilnkach ży­cia państwowego na Poniziu i jednakim rycerskim duchem ożywione, lecz o odmiennej użyteczności. Jedni — to koza­cy i kozactwo Pretficowe, będące na usługach państwa, tak samo jak kozacy Daszkowica; drudzy — to ludzie w znacze­niu tamtoczesnem swawolni, uznający się za „wolnych", nie- poddający się żadnej władzy lub tylko pod przymusem, a uważani przez starostów pogranicznych za „nieposłusz­nych" i „bezdomnych". Kozakowali oni, czyli rozbójniczyli na własną rękę, pod wodzą pierwszego lepszego watażki ' i tworzyli kadry ochotnicze dla wszelkich wypraw rabunko­wych na Turków i Tatarów. To też później nieco najazdy rabownicze na ludność muzułmańską sami nazywali chełpli­wie walką w obronie religji chrześcijańskiej, a taki pogląd utrwalał się nawet, chociaż zgoła nie żadna idea religijna była pobudką do ciągłego ścierania się ze światem muzuł­mańskim. Taki pogląd na zachodzie mógł powstać tylko z braku znajomości rzeczywistego charakteru tych wypraw.

Oba te, z początku diametralnie odmienne typy koza­ków, połączyły się, tworząc jednolicie pojmowaną Kozaczyznę pierwszego okresu, występującą do walki z Rzptą w imię prawa bezkarnej swawoli i nieograniczonej niczem wolności. Zwyciężyła z czasem idea kozactwa naddnieprzańskiego, któ­re rozwinęło się z powodu niedbałości państwa i niezdecy­dowanej, niejasnej jego polityki państwowej, niedoceniającej następstw dalszego rozwoju Kozaczyzny. To też w krótkim bardzo czasie Kozaczyzna ukrainna, zasilana burzliwemi ży­wiołami innych warstw społecznych, wyrosła na wroga pań­stwa, w którem ani państwo z nią, ani ona z państwem nie umiały znaleźć sposobu współżycia.

Gdy jeszcze na zachodniej rubieży kozacy, jako żołnie­rze, służyli Rzptej z Pretficzem, Lanckorońskim, Wisznio- wieckim na czele, na wschodnim pograniczu przyrodzone wa­runki życia wspólnie z państwem polskiem przygotowywały powoli materjał, zarówno do kadrów już innych kozakówr jak i do wytwarzania się pojęcia odrębności i stanu, które nieurzędowo skupiało się w nazwie Kozaczyzny, już jako organizującej się, a później zorganizowanej warstwy spo­łecznej.

Te bogactwa przyrodzone, o których ogólnikowo wspo­minali pisarze współcześni i ten stan dzikości, w znaczeniu pustek niezaludnionych, jaki znamy już od połowy XV-go wieku, w sto lat potem da się już określić dokumentami. Przedewszystkiem pojęcie „pustyni44 nie może być stosowane do całego prawego brzegu Dniepru, od Kijowa począwszy aż po Taśminę. Przy zamkach, już od połowy XVI-go wieku, znajdujemy liczne osady, które istnieniem swojem sięgają

  • wiek cały lub więcej wstecz. Ludność tam nieliczna, ale tak ruchoma, że się obliczyć nie da. Prywatnej własności ziemskiej włościańskiej nie znajdujemy tam jeszcze. Należy ona wyłącznie do trzech kategoryj posiadaczy: jest zamkową (państwową), ziemiańską i duchowną, obrządku wschodniego. Osadniczy żywioł i ludność siedzą na różnych stopniach za­leżności: wobec państwa są obowiązani do służby wojennej, najczęściej konno i zbrojno, wobec starostów, ziemian i du­chowieństwa do różnych danin i obowiązków. Rolnego go­spodarstwa, w znaczeniu indywidualnem, folwarcznem, nie ma jeszcze wcale. Organizmy, które możnaby niekiedy na­zwać folwarkiem są własnością państwa, a posiadacze ich pełnią tylko „służbę44, to jest służą orężnie. W prywatnych
  • duchownych posiadłościach, tak samo jak i w starościń­skich, osadnicy, jako używalnicy ziemi, opłacają się pro­duktami w naturze: ziarnem, miodem, rybą, ułowionemi bobrami, nawet końmi, odebranemi od Tatar lub zbłąkane- mi, a rzadko robocizną, jak koszeniem siana, żniwem lub innemi robotami — po kilka dni do roku.

Gdy w całej macierzystej Polsce, a nawet na Rusi Czerwonej, już się rozpowszechniało w znacznej mierze go­spodarstwo folwarczne i własność ziemska indywidualna stała się podstawą ustroju społecznego, na Rusi Kijowskiej,.

bliżej środkowej granicy Dniepru, tej części mianowicie Ukrainy, którą możnaby nazwać gniazdem kozaków, kozako- wania, a później Kozaczyzny, panują jeszcze stosunki społe­czeństwa, stojącego na pierwotnym stopniu rozwoju. Rozpo­czyna się tu dopiero dzika, dowolna eksploatacja przyrodzo­nych bogactw natury, eksploatacja, którą w silniejszej for­mie możnaby nazwać powolnem niszczeniem kraju.

Rewizje zamków ukrainnych, znane dopiero w możliwej pełni od połowy XVI-go wieku, dają nam pojęcie o tern ży­ciu wewnętrznem miejscowego społeczeństwa, jakie zastaje­my w pełnym rozwoju i całej swojej oryginalności. Otóż to życie, nieokreślonej bujności i swobody, nie zrodziło wpraw­dzie Kozaczyzny i kozaków, ale naturą swego charakteru przy­czyniło się do jego rozwoju i wzmocnienia się. Dla okre­ślenia pojęcia o panujących sto­sunkach na tych dalekich kre­sach ukrainnych, przykładowo dotkniemy kilku szczegółów, dotyczących starostwa Czerka- skiego i Kaniowskiego gdzie, dzięki warunkom przyrodzo­nym i małemu zaludnieniu, uło­żyły się stosunki, nieznane w tej formie w reszcie Rzptpj.

Dają one poniekąd pojęcie o tem jak daleko rozciągała się władza państwa polskiego.

Poza nielicznemi osadami, zbliżonemi do zamków, istnieją olbrzymie obszary puste, obejmujące od jednego do kilku późniejszych rosyjskich powiatów. Ciągną się one najczęściej wzdłuż rzek, z obu stron, i, jako objekty eksploatacji pod różną formą, należą do państwa, do ziemian i duchowień­stwa. Granice tych objektów nie są zgoła określone stale: pamięć starych ludzi i zwyczaj używania „z dawnych lat**, „z dawności* stanowią jedyne argumenty prawne.

Obszary te noszą nazwę miejscową „uchodów", to jest takich miejscowości, do których albo mieszczanie miejscowi, albo obcy ludzie, najczęściej przybysze z północnego Polesia lub nawet Białej Rusi, nabywają sobie prawo wstępu („wje-
zda*4) w celu eksploatowania przyrodzonych skarbów natury a więc przedewszystkiem łowów zwierząt (dla skór), bobrów, zbierania i wybijania miodu z dzikich pszczół lub hodowa­nych w pasiekach, łowienia ryby itp. Część umówioną z tych darów natury składano staroście, ziemianom—do tej kategorji zaliczano i bojarów—i duchowieństwu. Takie „uchody" albo „stany" istniały wzdłuż Dniepru, z obu stron na rzekach Worskle, Oreli, Taśminie, Samarze i na Ingułach. Do s-twa Czerkaskiego należały uchody następujące: Ustupny, i Zacho­dnie Zatony i Zasiakle, gdzie łowiono ryby i bobry. Następnie szły uchody: Jełański, Wołowski, Kremieńczucki, Lalek, Taśmiński, Pselski (na Pśle), na Rewuczym (próg Dnieprowy) i Ostrowy, Wilczy Ostrów, Orelski, Romanowski Protołcz, Koszoum, Bielo oziero, Wolny i Nenasyteć (progi Dnieprowe), Otmut, Pletenicki, Bozuwłuk, Nosowski, Toma- kówka, Argaczan, uchód na Tawani. Dziś nie jesteśmy w sta­nie oznaczyć dla większej połowy nawet przybliżonego po­łożenia tych uchodów. Pomijamy inne, pod władzę starościń­ską podpadające, gdyż chodzi nam o charakterystykę miej­scowości, nie o dokładny rachunek uchodów.

Wszystkie te uchody s-ta rozdawał do użytkowania Ki- jowianom, Czarnobylcom, Mozyrcom, Mohylowcom i innym obcym ludziom (czużehorodcam). Oprócz „uchodówa istniały także „łuki", gdzie uchodnicy budowali z drzewa sieci, za­stawy na jesiotry i „bobrowe gony“, miejsca gdzie bobry łowiono. Pobieranych części zysków z uchodów ziemiańskich i duchowych nie obliczano nawet.

S-two i zameczek Kaniów, zbudowany dopiero przez Ostafija Daszkowicza około 1538, przyczynił się do bardzo szybkiego skolonizowania okolicy. Należały do tego zamku uchody na Sule i Snieporodzie, a także za Rosją, za zam­kiem.

Dopiero z rewizji zamków ukrainnych dowiadujemy się, że Kozacy używają też nazwy jawnie, wyróżniają się samo­wolnymi przywilejami od innych kategorji ludności i tworzyć poczynają zupełnie odrębną warstwę ludności, a pod nazwą kozaków wpisywani są do rewizji zamków. Wciskają się oni na uchody przemocą, eksploatują je samowolnie, a nawet spędzają ze stanowisk przybyłych z dalszych stron ucbodni- ków. W połowie XVI-go wieku lustratorzy naliczyli już

w samym Kaniowie 150 kozaków. Uchodnicy, to nie zawsze tylko dzierżawcy pewnych praw używania, to żołnierze także, którzy muszą bronić się od Tatarów. Niektórzy z nich na zimę wracali do domu, inni ,,zimowali i latowali" na ucho- dach. Stąd drogą samowolnego osiedlenia się powstawały objekty, z tytułem własności, zdobytej dłuższem posiadaniem bez przeszkody. Obejmowały one wielkie nieraz obszary, na­zywano ,,pasiekami*'. Włóczyli się po tych uchodach kozacy, spędzając spokojnych uchodników i zajmując ich miejsce. „Żyją tam—uskarżają się mieszczanie kaniowscy—ustawicz­nie na mięsie, na rybie i na miodzie, posiadając pasieki i sy­cąc sobie miody jak w domu". Ci kozacy, jakoteż rekrutu­jący się nowy żywioł kozacki z różnych uchodników, szuka­jących zarobku i zysku, stali się zaczynem późniejszej Koza- czyzny Niżowej. Gniazdem Kozaków, kozactwa i Kozaczy- zny od połowy XVI go wieku były trzy miasta nad Dnie­prem—Czerkasy, Kaniów, a w końcu XVI-go wieku Czehryń, za Dnieprem Perejasław, na Podolu zaś Bracław i Bar. W tych czasach było ich w Kaniowie 150, w Czerkasach lustratoro- wie naliczyli ich 300. Jeśli zważymy, że wszystka ludność miasta wynosiła zaledwie 1500 głów, to po odliczeniu nie­wiast, starców, bojarów i sług zamkowych, 300 kozaków było potęgą, która całemu miastu nadawała charakter.

Jak ilość kozaków wzmagała się szybko, widzimy z tego, że na początku XVlI-go wieku było ich w Białej Cerkwi 300, w Kaniowie 1346, w Bohusławiu 400, w Korsuniu 1300, w Czerkasach 800, w Borowicy 100, w Daniłowie 100, w Cze- hryniu 500, w Arkliju 300, w Hołtwie 150, w Perejasławiu 700. W mniejszych miasteczkach nikt nie obliczał. Wszystko to gnieździło się w Kijowszczyinie, w południowo-wschodniej części powiatu Kijowskiego (polskiego) z obu stron Dniepru. Jedni z nich wpisani zostali jako stała ludność, bo mieli domy własne, inni—„domów nie mają". Ci i tamci tworzyli wszakże jedność klasową.


Do wzmożenia się Kozaczyzny, do nadania jej cech organizacji wojskowej, do wzmocnienia moralnego poczucia siły kozaków, ich solidarności klasowej i powolnej walki o nią, przyczyniła się sama Rzpta, łudząc się, że żywioł ten niesforny, narastający z nadzwyczajną szybkością, zdoła zu­żytkować jako materjał wojenny, jako żołnierzy. Było to istotnie możliwe, ale nie stało się, dzięki niedbalstwu i chwiej- ności rządu, który usypiał się nadziejami pozyskania tej klasy i tylko najbliższe cele miał na oku. Przyczynił się do tego bardzo niedostateczny i błędny system obrony od Tatarów. Rzpta zapomocą zamków, opatrzonych amunicją ijzałogami,' a położonych, wzorem zachodnio-europejskim na miejscach trudno dostępnych, bardzo rzadko i bardzo niedo­statecznie broniła Tatarom napadów i wybierania jasyru, bo Tatarzy omijali zamki. Lepszy daleko i skuteczniejszy sy­stem obrony stosowała Moskwa, odgradzając ludność swoją od Tatarów t. zw. „linją“, czyli szeregiem blisko siebie sto­jących punktów ufortyfikowanych i obsadzonych małemi za­łogami, które, niedopuszczając bezpośredniego stykania się ludności z Tatarami, zapobiegały także wzajemnym dobrym lub złym stosunkom. W miarę odpędzania Tatarów w głąb stepów, tworzono nową linję gródków, to też rzadko tylko udawało się Tatarom przerywać tę linję. Nasza zaś granica od Tatar była zupełnie otwartą, dając swobodne pole dla wybryku swawoli i rabunku wszelkim swawolnym żywiołom, podniecała ich chciwość i bezkarność, a również ułatwiając dopływ krwi tatarskiej do pnia słowiańskiego. Jeżeli przeto Tatarzy stali się wychowawcami moralnego charakteru ko­zaków, to Rzpta ułatwiała poniekąd ich rozwój liczebny przez półśrodki stosowane wobec wzrastającej nowej siły państwowej, posiadającej wszelkie zalety potrzebne do ni­szczenia, burzenia i deprawowania państwa i własnego spo­łeczeństwa, a żadnych do wznoszenia jakiejkolwiek budowy społecznej — trwałej i zrównoważonej.

Pierwsza próba zgromadzenia przez Kmitycza ochotni­czego oddziału kozackiego i użycie go do obrony Rzptej zwróciła uwagę państwa na zalety tej nowej siły, niedoce­niając jej wad i nasunęła myśl regularnego zużytkowania dla obrony państwa. Zanim się to jednak stało, kozacy two­rzyli „poczty* starościńskie i na wyprawach rabunkowych ćwiczyli swoje zdolności anarchiczne. Trzeba przyznać, że st-owie ukrainni sami demoralizowali tę siłę, która wkrótce miała przeciwko nim się zwrócić. Po za obowiązkami ko­zaków, którzy „domów nie mają", a więc ludzi „prychożich", włóczęgów poprostu, dawania st-stom „kolędy" po kilka groszy i opłacania się niewielką robocizną — byli oni zu­pełnie ludźmi wolnymi i nieodpowiedzialnymi. Gdy zaś „w pole chodzili" czyli kozakowali, krótko mówiąc udawali się na rabunki, tego im żaden st-sta nietylko nie bronił nigdy, ale nakładał na takich rabowników pewnego rodzaju podatki. Lustratorowie zamków, ukrainnych zaznaczali wy­raźnie, że „gdy czerkascy (t. j. kozacy) zdobędą butynek (zdobycz wogóle) albo języka (jeńca) z ludzi nieprzyjaciel­skich, tedy st-ście z butynku mają oddać co lepszego: konie, albo zbroję albo język, a pozostałe języki i butynki mają sobie zatrzymać. Również gdy kozacy w ziemi nieprzyjacielskiej co zdobędą, z tej zdobyczy mają oddać st-ście co lepsze0.

Taki materjał, już zdemoralizowany i przyzwyczajony żyć z rabunku, Rzpta chciała użyć do obrony granic. Im­pulsem do tego stał się uniwersał Zygmunta Augusta, wy­dany do kozaków w roku 1568, „którzy z zamków i miast ukrainnych, bez rozkazania i wiadomości hospodarskiej i st-stów ukrainnych zjechawszy, na Nizie, na Dnieprze, w polu i na innych uchodach mieszkają-. Uniwersał wzy­wał tych kozaków do powrotu, oświadczając, że jeżeli za­przestaną swawolić, „znaleźć mogą przy zamkach służbę, za którą każdy żołd otrzymać może“. Uniwersał ten jest w związku ze zleceniem, wydanem Jerzemu Jazłowieckiemu, uformowania osobnego pocztu z kozaków. Jazłowiecki, jako hetman, wydał w tej mierze jakieś „postanowienie'*, znane nam tylko z treści hramoty, potwierdzającej „ustawę" het­mańską (1572).

Przedewszystkiem Jazłowiecki wziął ów poczet wyłącz­nie pod władzę hetmańską, wydzielając ich z pod przysądu wszelkiej innej władzy. W celu zaś zapobieżenia swawoli kozackiej, jak i czynienia nad nimi sprawiedliwości, gdy wrócą z Niżu do miast i zamków, hetman naznaczył im sę­dziego, będącego równocześnie „starszym" tego pocztu, Jana Badowskiego, podobno szlachcica z Białej Cerkwi, obdarza­jąc go różnemi przywilejami, między innemi pozostawiając prawo sądu nad nim tylko hetmanowi.

W ten sposób po raz pierwszy uzyskany został ów naj­wyższy przywilej samodzielnej i niezależnej organizacji woj­skowej, na który Kozacy powoływali się przy każdym za­targu, nazywając go „wolnościami" kozackiemi. List kró­lewski stał się fundamentem, na którym oparła się potem idea nietykalności i wolności kozackich, która później objęła nie tylko ów poczet oohotniczy, ale wszystkich kozaków już jako stan, warstwę wydzieloną z ludu, coś w rodzaju uprzy­wilejowanej rycerskiej warstwy w Rzptej.

Tę próbę wyodrębnienia garstki kozaków w całość wo­jenną, w pewną korporację, rozmaici samozwańczy wodzowie różnych kup hultajskich, nazywających się kozakami, prze­nosili na całość kozactwa, zasłaniając wszelkie swoje wybryki rabownicze służbą państwową i przywilejem wolności koza­ckich. Najnowsi zaś historycy ruscy nazwali ten przywilej, jako próbę zorganizowania kozactwa „reformą". Utworzenie tego pierwszego pocztu kozackiego ustalało urzędowo nie­jako i uznawało istnienie odrębnej kozackiej organizacji woj­skowej i zakreślało kadry dla odrębnego wojska w państwie. Niedoceniano zupełnie szkodliwości takiej odrębnej organiza­cji dla przyszłości państwa. Ów pierwszy poczet, będący na żołdzie Rzptej, wynosił tylko 300 kozaków (1575).

Wzięcie na żołd państwowy kupki kozaków już było właściwie początkiem tej organizacji, którą z czasem nazwano „regestrem", a kozaków, należących do niej—„regestrowymi". Poczet powyższy, zorganizowany trybem wojennym, kance- larje królewskie uważały do pewnego stopnia za reprezen­tację większej całości, noszącej nazwę kozactwa i Kozaczy- zny. Ów pierwszy regestr kozacki rozpełzł się, niewiadomo, co się z nim stało. Ale, ponieważ zwerbowano go z tych niespokojnych stepowych i miejskich żywiołów, które w ra­bunku szukały „kozackiego chleba", należy przypuścić, że owi rejestrowcy wrócili do dawnego rzemiosła, to jest napa­dali po dawnemu na miasta tureckie i ułusy tatarskie, rabu­jąc albo mienie mieszkańców, albo barany u czabanów ste­powych. Wracali wprawdzie do dawnego rzemiosła, ale już z pojęciami i pretensjami, odnoszącemi się do przywilejów i wolności, uważanych za nietykalne. Rościli więc pretensje do praw wyjątkowych bez obowiązków względem państwa. Taką drogą kształtowały się pretensje klasowe Kozaczyzny.

Wyraźniej wystąpiły one za Batorego i nosiły głośną nazwę „reform Batoryańskich". Przewidując zetknięcie się orężne z Moskwą, Stefan Batory zapragnął zwiększyć swoje siły wojenne zaciągnięciem do służby państwowej kozaków, których bitność i wytrwałość żołnierska nie były mu obce.

W tym celu, wyprawiony na Niż ajent Batorego Janczi Be- gier, porozumiał się z kozakami i w czasie pobytu króla we Lwowie (1578) staną) przed nim wraz z wysłańcami koza­ckimi, upoważnionymi do zawarcia umowy z królem. Oświad­czyli oni, że „mołojcy zaporożni" „gotowi są służyć*'. Skut­kiem tego zapadło „Postanowienie z Niżowcy**, które stre­szczało się w następujących warunkach: kozacy mają być „wierni*' i służyć pod władzą Michała Wiszniowieckiego, s-ty Czerkaskiego i Kaniowskiego, który po śmierci Jerzego Ja- złowieckiego ma być najwyższym „sprawcą". Wszyscy mo­łojcy mają być posłuszni st-ście Czerkaskiemu i ku potrzebie koronnej stawić się, gdzie im ukażą, przed s-tą złożyć przy­sięgę wierności i posłuszeństwa, przyrzec, że nie będą naje­żdżać Ziemi Wołoskiej, ani też czynić szkód i rozruchów, przeciwnie—tych, którzyby wykraczali w tym kierunku „będą hamować, łapać i, jako nieprzyjacioły nasze i koronne, bić". Obowiązywali się także nie rabować miast nadmorskich, ułu- sów tatarskich i czabanów.

W ten sposób byłoby to z jednej strony zwrócenie zor­ganizowanych sił kozackich przeciwko niezorganizowanej, swawolnej * Kozaczyźnie, a z drugiej nadawano tym „rege- strowcom" do pewnego stopnia prawo zwierzchnictwa i kary nad swawolnymi kozakami. To czyniło, że ów poczet rege­strowy stawał się reprezentantem niejako całej ówczesnej Kozaczyzny.

Był on nieliczny, bo składał się tylko z 500 ludzi. Ka­żdy kozak otrzymywał żołdu 0 kóp litewskich i sukna na „jarmak". Zobowiązanie to miało trwać aż do ukończenia wojny z Moskwą. Później mieli otrzymywać to, co otrzymy­wali za Zygmunta Augusta „z tą samą wolnością", jak pod ten czas było". Było to już zastrzeżenie kozackie. Żołd miał być wypłacany ćwierciami w Czerkasach na ręce wy­znaczonego pisarza. „Starszym sprawcą" czyli jak go uni­wersał nazwał „hetmanem kozackim" — nazwa po raz pierw­szy użyta urzędowo i przyswojona przez kozaków, jako więcej posiadająca godności, niż zwykła — „watażki" — król mia­nował Jana Oryszowskiego, noszącego także tytuł „porucz­nika". Jako znak służby państwowej, poczet otrzymał cho­rągiew jedwabną z orłem, jako symbolem państwowym. Pi­sarzem wojskowym tego „regestru" został Janczi Begier.

„Postanowienie z Niżowcy" określało wprawdzie obu­stronne waruaki i zobowiązania, ale nie wiemy jaką była organizacja ściśle wojskowa Lego oddziału. Popis tej roty znany nam dopiero z roku 1581, to jest po ukończeniu już wojny moskiewskiej. Z niego też dowiadujemy się jaki był szyk wojskowy tej roty i skład jej etnograficzny. Przede- wszystkiem Oryszowski, jako porucznik i hetman kozacki miał osobny poczet, składający się z 30 ludzi, a należeli do niego zapewne pisarz, asawułowie (adjutanci), chorąży, trę­bacz i bębniarz. Poczet dzielił się na dziesiątki — z 9-ciu żołnierzy i io*go „atamana" jako dziesiętnika. Był to zatem pułk, jako jednostka taktyczna według wzoru węgierskiego, składający się z 600 żołnierzy, szeregujących się w 50 rzę­dów po 10 w każdym rzędzie. W tej zatem prawidłowej organizacji wojskowej, nieznanej przedtem kozakom, tkwiło pojęcie „reformy Batorjańskiej**. Z kozaków, walczących ku­pą po tatarsku, Stefan Batory stworzył regularne wojsko. Co do innych punktów, „Postanowienie z Niżowcy" opierało się na znanej już nam ustawie Zygmunta Augusta, podkre­ślając wyraźnie, że „służba ma być tym kształtem i z tą wolnością, jako na ten czas było“. W tym punkcie tkwił zatem i nadal zarodek owych „przywilejów i wolności4*, któ­re późniejsza reprezentacja kozacka, najczęściej nielegalna, rozszerzała na Kozaczyznę jako na klasę, warstwę, stan od­rębny, jednolity.

Zastanówmy się szerzej nieco nad owymi reformami, gdyż postulaty „Postanowienia** stały się fundamentem ko- zactwa, przyczyną usprawiedliwiającą ich samowolę i powo­dem walk z Rzptą, ile razy państwo usiłowało „wolności ko­zackie** okiełznać.

Jeżeli na to „Postanowienie** będziemy zapatrywać się ze stanowiska wojskowego, to słuszność należy przyznać jednemu z kronikarzy kozackich, który zapisał krótko, że „Batory w większy ład wprawił kozaków*' (Samowidiec). Piasecki nazwał te reformy „tylko lepszem urządzeniem wojska kozackiego", chociaż, zwyczajem współczesnego mu społeczeństwa, łudził się jakoby skutkiem tego urządzenia zyskało „bezpieczeństwo granic" państwa. Stało się odwrot­nie: zorganizowane kozactwo nauczyło się regularnej wojny i, zamiast bronić granic, wystąpiło do walki z Rzptą.

Jakkolwiek w „Postanowieniu" zastrzeżono i zorgani­zowano tylko 500 kozaków, Batory polecił wynająć na żołd 600. Być może, że owa nadwyżka stu kozaków tworzyła tak zwa­ne „wojsko podolskie". Jest to tem prawdopodobniejsze, że od roku 1581 kwarta Rawska dzieliła się między „wojsko podolskie" i „inne".

Utworzenie przez Batorego regularnego pocztu koza­ckiego nie było żadną reformą polityczną, wyodrębniającą z ruskiej masy ludowej odrębną warstwę kozacką, ale za­stosowaniem organizacji wojennej do kozaków. Historycy ruscy, najnowsi, nadają tym reformom cechę polityczną prze­ważnie, uważając je za przyznanie i uznanie „wolności ko­zackich". Osobliwy impuls do tego dostrzegają w liście Batorego z Rygi (9 kwietnia 1582). Jest to list, właściwie uniwersał nie w drodze nadawczej, lecz zwrócony wprost do wojewodów i starostów pogranicznych w charakterze prze­strogi, aby kozakom krzywd nie czynili, nie więzili bez przy­czyny, nie bierali „obwiestek", kolendy i innych podatków, a majętności ich po śmierci, mimo krewnych i przyjaciół, nie zabierali. Odnosiło się to nie do tej kategorji kozaków, których uważano za włóczęgów i rabowników, lecz tylko do wynajętych, wpisanych w rejestr. Uniwersał Batorowy za­strzegał wyraźnie, że odnosi się to do tych, „którzy żołd nasz biorą".

Tak więc, Batory nie hultajstwa kozackiego bronił, nie swawoli, nie nadawał „wolności i przywilejów" rabowniczej zbieraninie łotrów i dobyczmków, lecz pocztowi, przeznaczo­nemu na służbę państwową. Nie zastrzegał odrębności ko­zackiej i nie potwierdzał prawa swawoli.

Radził wprawdzie i chan krymski Batoremu, ażeby ko­zaków wziął na służbę i w ten sposób położył kres rabow- nictwu stepowemu, ale oprócz względów dobrej przyjaźni z chanem na wypadek wojny z Moskwą, Batory oceniał zdolności militarne kozaków, wyrobione w ustawicznych „utarczkach" i ich temperament. Wszelkie jednak „postano­wienia", dotyczące powstrzymania awantur i najazdów ko­zackich, nie miały najmniejszego powodzenia. Kozacy przyj­mowali wszelkie warunki, ale gdy tylko zdarzała się pierw­sza sposobność łamania ich, a była to najczęściej nieregu- larność w wypłacie żołdu, kozacy opuszczali swoje „roty".

rozpraszali się i powiększali rabownicze watahy pierwszego lepszego awanturniczego atamana.

Ewolucja Kuzaczyzny postępowała zgoła nie w kierun­ku uspokojenia się, lecz zwiększonej swawoli. Co ważniej­sza, oprócz Podnieprza, utworzyło się drugie ognisko samo­wolnego kozactwa i kozakowania w Ostrogu, majętności x. x. Ostrogskich i w Niemirowie, majętności x. x. Zbara­skich, dwóch zatem największych magnatów Wołynia i Po­dola i najpotężniejszych oligarchów. Wołyń zapełniał sze­regi Kozaczyzny Niżowej, a Podole szeregi tych watażków, którzy chadzali na Wołoszczyznę.

Wołoszczyzna też wkrótce stała się owem, jak mówiono w Polsce, ..przepiórczem polem", na którem różni awantur­nicy kozaccy i niekozaccy szukali szczęścia. W roli takiego poszukiwacza szczęścia wystąpił w roku 1572 Iwonia jako pretendent do tronu wołoskiego. Włóczył się on po Dzikich polach i zbierał ochotników. Nazwał siebie potomkiem woj-dy Stefana i zapewne z tego tytułu znalazł poparcie szlachty podolskiej. W roku 1574 zebrał on niewielką kupę kozackich włóczęgów, bo zaledwie 200, którzy ze Świerczew­skim wkroczyli na Wołoszczyznę. Wyprawa ta, jak wiele innych, nie miała powodzenia. Turcy pojmali Iwonię i skoń­czyli z nim porachunki po swojemu.

Niepowodzenie Iwoni nie odstraszyło innych poszukiwa­czy tronu wołoskiego od nowych prób. Impulsem do tego była ta okoliczność, że tron wołoski bywał przedmiotem tar­gów z Turcją, kto dał więcej, ten go zdobywał. To też ochot­ników nie brakło śród kozackich watażków. Ledwie impreza Iwoni zakończyła się, zjawił się inny pretendent Iwan Pod­kowa, który się nazwał bratem Iwoni i z tego tytułu rościł prawo do tronu wołoskiego. I ten oczywiście szukał popar­cia u bezdomnego kozactwa, włóczącego się na olbrzymich obszarach Dzikich pól i gnieżdżącego się w Kaniowie, Czer­kasach, Bracławiu, Ostrowiu, Niemirowie i innych miastach. Udało mu się zebrać watahę z trzystu kilkudziesięciu ludzi, na czele których stanął jakiś Szach (1577), Podkowa miał także kilkuset kozaków i wspólnie z Szachem rozpoczął walkę

  • hospodarstwo wołoskie z Petryłą. Walka ta zakończyła się także niepowodzeniem. Batory kazał pojmać Podkowę
  • ściąć. Szach, zanim się wybrał na Wołoszczyznę, już zje-

dnał był sobie chwałę śmiałego watażki, który obrabował posła tatarskiego, jadącego z Moskwy, a w r. 1576 spalił Tiahinię (Bendery).

Zwerbowani przez Batorego kozacy oddali mu w wojnie moskiewskiej niemałe usługi: byli oni z królem pod Poło- ckiem (1579), a w rok później widzimy ich wraz z Oryszow- skim pod Starodubem i Poczepem. Niemało było także ko­zaków, biorących udział w tej wojnie, jako ochotników za- ciężnych w pocztach panów polskich: Kmita miał 100 kon­nych i 500 pieszych, Borys Żaba 300 pieszych, Dorobostajski woj-da Połocki 100 konnych, 300 pieszych. Miewali także inni w służbie swojej kozaków. Wady ich, wyrobione nienormal- nemi warunkami życia, pokrywały się ogromnej wartości zaletami wojskowemi; roztropnością, odwagą, wytrwałością żołnierską, ale to nie przeszkadzało Im odznaczać się niesta­łością i samowolą, które tylko siłą dały się utrzymać w kar­bach wojskowej subordynacji. Rzpta nie potrafiła wyzyskać zalet, a wykorzenić wady.

Batory, oceniając zasługi kozaków w wojnie moskiew­skiej, darował im Trechtymirów na szpital, który wkrótce stał się miejscem knowań kozackich.

Wichrzenia kozackie nie tylko nie ustawały, ale prze­ciwnie — wzmagały się, nie zawsze zadawalniając się naja­zdami na ułusy i czabanów tatarskich, lub na miasta ture­ckie, lecz rozpoczęły się liczne napady na wsie i miasta pry­watne wewnątrz państwa. W r. 1583 Kozacy spalili Tehinię, a w następnym roku urządzili wielki najazd na Oczaków, który zakończy! się tragicznym epilogiem. Batory wysłał Głębockiego dla zbadania całej tej sprawy i powrócenia szkód, a kozacy utopili posła w Dnieprze.

W tym czasie księgi sądowe zapełniać się poczęły licznemi skargami na różnych samozwańczych hetmanów ko­zackich. Rozzuchwalenie bezkarnego kozactwa rosło coraz bardziej już nie tylko na dalekich kresach ukrainnych, ale wzmagało się także na Wołyniu i Podolu, bałamucąc ludność wiejską bezkarnemi ,,wolnościami kozackiemi“, które stawały się zachętą do uciekania na Niż, gdzie, zmieniając nazwisko, można było swobodnie hajdamaczyć i kozakować. Torowało się drogę do anarchji społecznej, która też wkrótce wy­buchnąć miała.

Kozaczyzna ukralona.

 

co

Wzrastający niepokój w państwie zmusił nareszcie sejm do zajęcia się sprawą kozacką. W roku 1590 uchwalono konsty­tucję pod tytułem: „Porządek względem Niżowców**. Nazwa ta obejmowała już całą owoczesną Kozaczyznę. Była to próba zażegnania burzy za pomocą prośby do wichru, aby ustał. A uspokojenie tembardziej było potrzebne, że wisiała w po­wietrzu wojna z Turcją o nieskończone awantury kozackie. „Porządek*4 polegał na tern, że hetmani koronni zostali upo­sażeni w szeroką władzę wobec kozaków, a wobec niebez­pieczeństwa tureckiego postanowiono utworzyć zaciąg wer­bunkowy na 20,000 kozaków. Gdy wszakże niebezpieczeństwo minęło, wszelkie dobre poczynania skończyły się na niczem, tembardziej, że finanse państwowe, zawsze szwankujące, nie- pozwalały na tak wielki wydatek. Skończyło się na tern, że zaciągnięto na żołd tylko tysiąc kozaków, dwa pułki, po 500 ludzi (1591). Władzę naczelną sprawował hetman Mikołaj Jazłowiecki, a bezpośrednim przełożonym po dawnemu pozo­stał Oryszowski. Oddział ten miał mieć swoje stanowisko w okolicy Kremieńczuka, gdzie projektowano zbudować za­meczek, jako punkt obronny, wstrzymujący najazdy tatarskie. Zaopatrywanie w żywność tego oddziału polecono pobliskim starostom.

Ażeby zjednać kozaków dla interesów państwa i ode­brać możność głośniejszym zapewne watażkom bawienia się rabunkiem, rząd polski próbował przywiązać ich do ziemi. W tym celu Krzysztof Kosiński otrzymał za Białocerkwią pustynię Rokitną, Wojciech Czopowiński Boryspol z przyle- głościami za Dnieprem. Inni otrzymali Horodyszcze, Woło- darkę, Śnieporód za Dnieprem i t. d. Kosiński, Czopowiń­ski, jak przedtem Świerczowski i wielu innych watażków kozackich, należeli do tego drobnego szlacheckiego tłumu, który miał zawsze więcej fantazji niż środków do życia i w ruchliwym żywiole kozackim szukał oparcia dla swoich ambicji szlacheckich; stawali się nieraz w ten sposób pro­motorami awantur na wielką skalę.

Oddział Oryszowskiego, nie płatny prawdopodobnie re­gularnie, roztopił się w kupach włóczęgów kozackich i zwięk­szył watahy dwóch głośnych hetmanów kozackich Kosiń­skiego i Nalewayki, którzy wkrótce na arenę publiczną wy­stąpili. Rozruchy kozackie, zażegnywane półśrodkami, ła-

 

 

 

godnością, darowiznami lub zwykłem niedołęstwem, przybie­rały coraz bardziej na szerokości i rozgłosie i liczny mate- rjał kozacki łączyły w kupy coraz większe, które dzięki re­formom militarnym Batorego, przybierać poczęły coraz wy­raźniej pozory wojska regularnego.

O Kosińskim wiadomo tylko, że był szlachcicem pol­skim z Wołynia i w jakichś, pono służbowych, stosunkach zostawał względem x. x. Ostrogskich, a szkołę kozackiego wojowania poznał na praktyce. Miał on pewien zatarg z x. Ostrogskim, pono o Rokituę, którą mu komisarze księ­cia odebrali, jako niesłuszną jakoby darowiznę pustyni, któ­ra miała być własnością książąt Ostrogskich. Nie mamy wprawdzie dowodów na to i wątpić należy czy ta okolicz­ność popchnęła Kosińskiego do jawnego orężnego buntu przeciwko Rzptej. A dodać należy, że było to pierwsze bun­townicze wystąpienie z bronią w ręku w imię nie dość jeszcze jasno skrystalizowanych haseł kozackich i było jaw­nym dowodem wzmacniania się w państwie polskiem obcej zupełnie interesom państwa siły militarnej kozaków.

Zgromadziwszy koło siebie kupę ochotników kozackich, wyruszył z nimi do Pikowa, skąd wydał rodzaj manifestu do kozaków, który właściwie był wezwaniem do buntu i za­chętą do powiększenia swego oddziału w imię porachunków z księciem Ostrogskim. Kosiński wzywał do „szukania ko­zackiego chleba*1. Wiedziano dobrze co to znaczy. To też rozpoczęły się formalne pogromy majętności szlacheckich. Kosiński zbliżył się do Niżu, nie bez zamiaru znalezienia tam większej ilości ochotników i osadził się w Trypolu nad Dnieprem. Szlachta zaalarmowała króla, który uciekł się do środka łagodzeuia furji kozackiej zapomocą Komisji. Tą drogą półśrodków, doradzaną i praktykowaną później często, począwszy od Adama Kisiela, próbowano zażegnać pierwszą wielką burzę kozacką. Komisja, złożona z Jakóba Pretfica, syna znakomitego obrońcy Podola, Aleks. Wiśniowieckiego i Jana Hulskiego osądziła wprawdzie Kosińskiego i kozaków jako buntowników i nieprzyjaciół ojczyzny, ale Kosiński niewiele sobie z tego robił, a wzmocniwszy swój oddział, pobił księcia i rzucił postrach na cały Wołyń, usadowiwszy się w Ostropolu. Rozeszły się stąd zagony kozackie, nisz­cząc majętności szlacheckie nie gorzej od Tatarów. Naka­zano pospolite ruszenie województw Kijowskiego, Bracław- skiego i Podolskiego. Może ta groźba zmusiła Kosińskiego opuścić Ostropol i cofnąć się na Niż. Wyszedł tedy ze swego obozu i okopał się pod Piątką, gdzie zaatakowany przez x. Ostrogskiego, pobity został. Zobowiązał się przeprosić księcia, rozpuścić wojsko, które przyrzekło nie mieć nadal Kosińskiego hetmanem swoim. Trzykrotne upadnięcie do nóg księcia wystarczyło do złagodzenia upokorzonej dumy, ale Rzptej nie przyniosło zgoła pokoju. Kozacy uważali wszelkie swoje zobowiązania za środek wydobycia się z pu­łapki: ani buntu nie zaniechali, aoi Kosińskiego z hetmań- stwa nie zrzucili. Z nim razem poszli na Niż nie bez dal­szego planu.

Były to już nie najazdy Turków i Tatarów, nie awan­tury zbrojne, ale zuchwała wojna kozaków z własnem pań­stwem, bunt, nie mający żadnej podstawy oprócz swawoli i życia w swawoli. W imię tych haseł kozacy poczęli szu­kać związków poza Rzptą z pokrewnemi sobie żywiołami. Udawszy się na Niż. Kosiński miał szukać sposobu związa­nia się z Turkami i Tatarami na pustoszenie Polski.

Nie udała się wprawdzie ta pierwsza próba, ale droga dla późniejszych hetmanów kozackich już była wskazana.

W r. 1593 Kosiński rozpoczął akcję przeciwko Wisznio- wieckiemu, st-ście Czerkaskiemu i z 2000 kozaków ruszył na Czerkasy. Wyprzedziwszy swoją watahę, wszedł do miasta, gdzie, jak utrzymują współcześni, pijanego w tumulcie za­mordowano. W Czerkasach zawarto też jakąś ugodę z ko­zakami, którym miano wypłacić 12 tys. złotych. Może w tym interesie wysłali kozacy posłów do Kijowa, których książę Ostrogski kazał aresztować. Niby w obronie ich zagrozili kozacy zdobyciem Kijowa, ale Komisja, a śród komisarzy był także słynny biskup kijowski Wereszczyński, zażegnała tę burzę.

Jakby na wezwanie rozpoczęły się także rozruchy w Bracławszczyżnie, które jednak zakończyły się awanturami miejscowemi.

Echa walk kozackich z Turkami i Tatarami rozlegały się daleko. Wiedziano o walkach, ale nie wiedziano o cha­rakterze walk kozackich. Wiadomości o tern, jakoteż o tern, że w części Rzptej istnieją jacyś ludzie, którzy się wynaj­mują za pieniądze do walki z innymi, natchnęły cesarza Ru­dolfa II do wzięcia tych ludzi na żołd dla walki z Turkami. Narzucił się w tej sprawie jako pośrednik, jakiś Cblopicki, obiecując zwerbować 16 tys. kozaków, którzy mieli przeszko­dzić udać się Tatarom na Węgry. Wysłaniec cesarski Lasota przywiózł chorągiew cesarską jako znak służby.

Prawie równocześnie z akcją Lasoty w jesieni 1593 r. Papież Klemens VIII próbował także wynająć kozaków do tej samej wojny i przez ajenta swego przysłał tytułem zadatku 12 tys. dukatów. Zdołano zwerbować około półtrzecia tysiąca. W grudniu tegoż roku wyruszyli ochotnicy kozaccy przez Wołoszczyznę, dotarli do Dżurgewa, zrabowali miasto i oko­lice i z wielką zdobyczą wrócili do domu. Wyprawie tej miał przewodniczyć jakiś Hryhor Łoboda. Kozacy zaś Chłopi- ckiego dopiero na wiosnę następnego roku wystąpili. Pomi­jamy czyny kozackie poza granicami państwa polskiego. Za­znaczyć tylko należy, że występowali nie jako dobrowolni i świadomi obrońcy chrześcijaństwa, lecz jako dobrowolni, płatni najemnicy i że wszędzie żyli tylko z rabunku.

W tych wyprawach, zdaje się z Lobodą, odbył swój chrzest rycerski Nalewayko, który wkrótce miał zasłynąć jako zuchwały watażka. Był to jeden z tych oczajduszów, u których temperament góruje nad rozsądkiem. On przede- wszystkiem pragnie bić się, bez względu na to przeciw komu. To też rozpoczął swoją karjerę w wojsku księcia Ostrogskiego przeciwko kozakom Kosińskiego, ale, przeko­nawszy się, że wygodniej zostać atamanem kozaków, niż być w służbie pańskiej, rozpoczął kozakowanie na własną rękę. Tkwi w nim z początku jakaś dziwna mieszanina poczucia obowiązków państwowych i bezgranicznej samowoli. Rzutki, odważny, znający doskonale miejscowe stosunki i schowki kozackie, zebrał trochę „towarzyszy" i zaproponował służbę swoją hetmanowi koron., a gdy tej propozycji nie przyjęto, rzucił się z półtrzecia tysiącami kozaków na Wołoszczyznę. W liście do króla opisał z całą szczerością wszystkie swoje rabownicze wycieczki, za które w innem państwie byłby dawno wisiał, ale z naiwnością powiada, że ,,pełnił służbę J. K. Mości“. Rabował Tehinię, Kilję, wyliczył, ile koni za­brał, a wszystko to dla „Miłości Króla Jegomości1'. Był to jeden z typowych awanturników, który rozumiał wolność ko- żacką po swojemu, nigdy na żadne interesy Kozaczyzny, ani na „wolności kozackie14 nie powoływał się. Dopiero gdy po­rósł w pierze i jawnie występował przeciwko Rzptej, począł bronić stanu kozackiego i wolności.

Był to typowo niespokojny umysł stepowego watażki. Gdy mu się sprzykrzyła „służba cesarska11 wracał w granice Rzptej dla chlcba, a na tureckie miasta chodził dla rabunku, tłumacząc się, że chodził „aby czasu nie tracić1'. Na Wo­łoszczyznę robił wyprawę z drugim takim „hetmanem1* jak sam, Łobodą, „aby konie nie starzeli'1, a w tym celu spalił Jassy. Z powrotem z Wołoszczyzny, „aby nie próżnować", zrabował Tehinię i Białogród. Gdy interwencja Rzptej po­sadziła na tronie wołoskim Jeremiego Mohyłę, wrócił do Baru ze zdobyczą, gdzie się znalazł w towarzystwie Chłopi- ckiego. Przyjście ich rzuciło taki popłoch na mieszkańców, że uciekać poczęli. W r. 1595 wybrał się znowu na Woło­szczyznę, po drodze zrabował Bracław, chociaż było tam także niemało kozaków. Po tych wszystkich awanturach oświad­czył, że poszedł na Wołyń „na królewski chleb11, równocze­śnie ofiarując służby swoje Rzptej i prosił króla „o pustynię między Bohem a Dniestrem na rezydencję", obiecując, że będzie ukrócał swawolę kozaków. W r. 1596 widzimy go znowu na Wołyniu. Byl to rok unji Brzeskiej. Brat Nalc- wayki Damian piastował wyższą godność w hierarchji wscho­dniego kościoła, znalazł się przeto w szeregach przeciwników unji. Nie bez wpływu zapewne brata Nalewayko począł ra­bować majętności zwolenników unji: s-ty Łuckiego Siemaszki, Terleckiego i in. Z tego tytułu urósł z czasem na obrońcę prawosławja, chociaż jego moralność chrześcijańska stała na poziomie, tatarskiej. Po rabunku Łucka, Słucka, Mohylowa, urósł w pychę i siłę. Zapomocą komisji próbowano jeszcze uspokoić kozaków, ale uspokojenie mogło nastąpić już tylko przy pomocy szabli.

Bezkarne włóczenie się rabowniczych watah kozackich, co dnia prawie urastających w siłę, poczynało być groźnem, bo mogło pociągnąć za sobą rozruchy na szerszą skalę. Żół­kiewski otrzymał polecenie rozpocząć walkę z samowolnem kozactwem. Łoboda rozpuszczał swoje zagony w Owruczy- żnie, a do Białej Cerkwi cofnął się na wiadomość o ruchu Żółkiewskiego, Szawuła na Białej Rusi szastał się, a Nale-

wayko w południowej części Wołynia. Wszyscy poczęli ścią­gać się ku Dzikim polom.

Na widownię dziejową życia kozackiego wysunęło się równocześnie prawie trzech watażków, Nalewayko, Szawuła i Łoboda, którzy wichrzyli w Rzptej. Żadnego programu po­litycznego w ich działalności dostrzec nie można: rabowali tak samo jak na Wołoszczyznie. Dopiero chwila wystąpienia zbrojnego Żółkiewskiego dała im odczuć niebezpieczeństwo, a wiedząc, że siły polskie nie są wielkie, zdecydowano dzia­łać wspólnie. Układu takiego nie zuamy, ale widocznym on się staje z dalszej akcji. Na wieść o wystąpieniu Żółkiew­skiego, poczęli się cofać ku stepom, gdzie walka z uimi była zawsze trudniejsza. Nalewayko ruszył tedy taborem przez Łabuń i Pików w Bracławszczyznę, nie bez nadziei wzmoc­nienia się tam; Szawuła na Bycbów i Ostropol cofnął się do Kijowa, ażeby się połączyć z Łobodą. Pod Ostropolem szarp­nął ich Żółkiewski. Szawuła został ranny. Zwyczajem ko­zackim poczęli się kłócić o hetmaństwo. Najprzód tytułem tym obdarzano Nalewaykę, potem Łobodę. Niepokój zapano­wał w obozie kozackim. Skupiać się poczęli ku Trypolu z widoczną tendencją przejścia na lewą stronę Dniepru. Od­była się Rada kozacka, na której może po raz pierwszy sta­nęła przed nimi kara za popełnione łotrostwa. Na tej Ra­dzie ujawuiła się nie jakaś myśl polityczna, ale właściwość pokonanego wroga, chęć wyszukauia warunków odpowiada­jących rozhukanemu temperamentowi watażków kozackich. Po raz pierwszy na tej Radzie zarysowały się projekty i za­miary, które w pięćdziesiąt lat później wykonał Chmielnicki. Uradzono tedy pójść do Moskwy i poddać się pod jej pro­tektorat lub pod protekcję chana krymskiego, a z nim wspól­nie iść na Polskę. Rzpta przedstawiała się im jako Eldora­do, w którem można buszować bezkarnie, a żyć wygodnie z rabunku dworów i majętności szlacheckich i pańskich.

Żółkiewski, nieubłagany w ściganiu nieprzyjaciela i walce z nim, okazywał jednak ten rozum umiarkowania, który nakazuje szukać środków i dróg do pojednania się z wro­giem. Zgodził się przeto na pertraktacje, żądając wydania Nalewayka i innych hersztów swawoli i oddania chorągwi ce­sarskich, pod któremi włóczyli się po Polsce. Kozacy go­dzili się na pertraktacje, ale równocześnie zwrócili się do

 

Zaporożców o pomoc i dla powiększenia sił swoich zwoły­wali kozactwo swawolne ze wszech stron i z całym taborem, z żonami i dziećmi poczęli się przeprawiać za Dniepr. Przy pomocy Kijowianów, jak widać niezbyt przychylnych koza­kom, Żółkiewski odszukał zatopione łodzie i zdecydował się uderzyć na kozaków na Zadaiepr :u.

Już sama przeprawa za Dniepr i dalszy pochód koza­ków ku Lubniom był wyraźną wskazówką, że dążą albo ku Donowi, ażeby się z tamtymi połączyć, albo mają zamiar rzeczywiście poddać się Moskwie lub rozproszyć się w ste­pach, ażeby się skupić w innem miejscu. W obozie pano­wało niezadowolenie z Nalewayki. Może rozumiano niebez­pieczeństwo, grożące kozakom. Śladami ich szedł Żółkiew­ski i pod Sołonicą, niedaleko Łubniów, postanowił przerwać dalszy ich pochód Nalewayko, przeczuwając klęskę, próbo­wał umknąć z obozu, ale kozacy pilnowali go. Żółkiewski natarł na kozaków i rozgromił ich doszczętnie. Wojsko ko­zackie kapitulowało. Hetman traktował ich jeszcze jako swawolne kupy, zażądał przeto wydania organizatorów wich­rzenia, dział — a mieli ich kozacy 24, ■— zapasów amunicji, chorągwi i trąb, przysłanych im przez cesarza na znak, że byli na jego żołdzie, zwrócić rzeczy zrabowane i rozejść się do domów. Trudno było o warunki łagodniejsze. Tabor ko­zacki liczył zaledwie dziesięć tysięcy ludzi z kobietami i dziećmi.

Cel wyprawy Żółkiewskiego — zniszczyć swawolę ko­zacką, • był niby dopięty. Ale, patrząc dalej w przyszłość, słusznie pisał do Zamoyskiego, że „gadzina jest tylko przy- duszona", radził tedy trzymać stałe wojsko na Ukrainie W myśl tą wyszedł uniwersał królewski (1 września 1591) do władz ukrainnych i innych, aby ludzi bezdomnych, włó­częgów, hultajów, rabowników przyłapanych na zbrodni — śmiercią karać.

Ale najmędrsze prawa wobec bezsilności i niezaradności rządu mało przynosiły pożytku.

  1. POCZĄTKI WALKI O KLASOWOŚĆ KOZACZYZNY.

Ruch kozacki, pozornie przez Żółkiewskiego stłumiony, już w ostatniej swej fazie, zakończonej klęską na Sołonicy, niezależnie od swawoli kresowej, pod wodzą rozmaitych wa­tażków, ujawnił się w skłonności konsolidowania się—jedno­czenia. Kozacy skupiają siły do walki z Rzptą i do tej walki wciągają Zaporoże, grupę kozaków, gromadzących się na Niżu, gdzie utworzyło się stałe, niezależne pozornie, siedlisko kozackie. Był to jedyny punkt oparcia i dzięki temu kozacy Zaporożni skupiać poczęli u siebie władzę, do pewnego stop­nia moralną, nad całą Kozaczyzną. Zarysowało się to po raz pierwszy, gdy Naliwaykowcy zwrócili się ku nim o pomoc.

Pierwsze skupienie się kozaków dla oporu Żółkiewskiemu, nie nosi jeszcze żadnego klasowego charakteru, a tern mniej społecznego. Do walki występują żywioły burzliwe, niespo­kojne, bez osiadłości, narodowo niejednolite. Walczą o prawo swawoli, uciekają przed ręką karzącą, lub szukają sposobu zabezpieczenia sobie na przyszłość, o ile można, bezkarną swa­wolę.

Ale ożywienie się takiego ruchu w państwie, stałe i szyb­kie zwiększanie się jego i objęcie tym ruchem trzech naj­większych województw Rzpltej, narażanie państwa przez ościen­ną swawolę na ciągły niepokój, zwróciło uwagę na to zjawi­sko. Inicjatywa wyszła wszakże nie od rządu, lecz od spo­łeczeństwa, bo głos zabrali publicyści, szukając drogi do wyjścia z fatalnego położenia. Śród nich najwybitniejsze miejsce zajęli biskup Kijowski Wereszczyński, X. Piotr Gra­bowski i Starowolski. Wszyscy oni mieli na uwadze zabez­pieczenie się od Tatarów i w tern tylko widzieli spokój państwa, z tego stanowiska zapatrywali się i oceniali Kozaczyznę, mało przewidując następstwa Kozackiego rozwydrzenia.

Wereszczyński radził posiadać na stepach „Szkołę ry­cerską", „nie in visceribus regni", po krakowsku „na burku*', ale w Dzikich polach sub dio, pod dachem niebieskim, bądź przy szpichlerzach J. K. M., bądź też przy szpichlerzach Rzpltej, z którychby zawżdy mieć mogli swoje wszystkie necessaria". Byłaby to zatem szkoła ćwiczeń praktycznych przy ucieraniu się z Tatarami. Do obrony kresów miało wy­starczyć „5000 po usarsku, a 5000 po kozacku". Mogłoby nawet wystarczyć „szlacheckiego narodu" po kozacku 4000, a wiejskiego i miejskiego 2000". Na ten cel „ruska ziemia" powinna dać dziesięcinę, a gdyby się opierano — dodać do kwarty czopowe, myta i cła. Przewidując, że i to nie będzie się podobać „braciom szlachcie", radził do tej szkoły brać wybrańców, na stu jednego, zaopatrzonego w rynsztunek, a utrzymywanego kosztem „mieszczan i wsian", jako zwykle przez Tatarów krzywdzonych. Zdawało mu się, że 10 tysię­cy takiego żołnierza możnaby mieć. W ostatku radził oddać całe Zadnieprze Krzyżakom, żyjącym według reguły Maltań­skiej. Nieosobliwy był to pomysł, jeśli zważymy, że w owym czasie nie było już tajemnicą, że Krzyżacy na ziemiach pol­skich budowali sobie przyszłe państwo Pruskie.

  1. Grabowski był śmielszy w pomysłach, bo dla tego ażeby Rzplta miała spokój, radził odsunąć jak najdalej Ta­tarów. Pragnął zatem wrócić do polityki, poleconej Pretfi- cowi w Barze, ale szedł dalej, bo pragnął dokonać tego woj­ną zaczepną. W Tatarach Krymskich widział zuchwałego wprawdzie, ale nie silnego nieprzyjaciela, bo „ziemia jego jest błaha, mała, bez municji, bez strzelby, którą nie tylko zwojować, ale roznieśćbyśmy mogli". „Sprawy tylko i po­rządku nam niedostaje"—uważał słusznie, zwracając uwagę na Moskwę, która ich okiełznała; „acz barbari, illiberi, bez animuszu i serca szlacheckiego", „zaczęła już Tatarów od morza Kaspijskiego", a wkrótce i „Pcrekopskich dziesień* cinników zagarną", co „za teraźniejszą pogodą i niedbałością naszą przyjść może", a wtenczas „przypomniałby nam Moskwi- cin Stefanowskie trwogi" i „takby Polskę zawarł, żeby się nic miała gdzie z domu wyruszyć". Radził przeto grunty nieosiadłe „syny koronnemi osadzić", oddając darowizną lub

dzierżawą ziemię ludziom rycerskiego rzemiosła lub ducha. Taki dzierżawca musiałby swoim kosztem utrzymywać mło­dych żołnierzy, ćwiczących się w swojem rzemiośle. Nazywa ich ,,tyronami“. Szlachcice mieli dostać po kilkadziesiąt włók, aby mogli dwiema końmi do boju stawić się, miesz­czanie pieszo albo lekkim koniem. Byłoby to zatem coś po* dobnego do stosowanej przez Litwę „służby wojennej ziem- skiej“, która jeszcze bez pożytku w połowie XVI-go wieku istniała, aż znikła jako instytucja mało pożyteczna, ociężała i niepewna. Piękna to była myśl, nie ze względu jednak wojskowego, lecz kolonizacyjnego, osadniczego i gdyby się udała, mielibyśmy Polskę polską aż do Czarnego morza. Pro­jekt takiego osadnictwa wykonała Moskwa i w ciągu stu lat skolonizowała po swojemu.

Byłyby to owe zdobycze pługa polskiego, które impo­nowały Szajnosze swoją wielkością, a jednak nie przyniosły pożytku Rzpltej.

Starowolski pisał: „a cóż gdybyśmy te pustynie wszystkie osadzili, które są między rzekami Dnieprem a Dniestrem aż po Czarne morze? Cóż, gdyby Besarabia z jej żyznemi pa­stwiskami i ułownemi jeziorami, kędy od wielu lat prawie inculta terra jacit, aż do gęby Dunaju a mogłoby to nieskoń­czone pożytki swoją obfitością przynosić'1. Sięgał nawet do Tauryki „do emporium Kafskiego i Sołodyjskiego" ale nada­remnie wołał: „użalcie się szlachetni Polacy, a pamiętajcie, że waszy królowie panami Czarnego morza bywali". Ale da­remnie wzywał o zwiększanie poborów, a zbudowanie moc­nych zamków" od Dobromila po Czarne morze, brzeg morski obwarujmy, uczyniwszy port nawigacjom wszystkim w Ocza- kowie". Daremnie zachęcał panów do budowania zamków wzdłuż linji granicznej—inną drogą poszły dzieje ziem ukra- innych.

Kolonizacja tych pustyń, osadnictwo, ujęte w karby regularne i powolnie postępujące ku morzu Czarnemu narzu­cało się wprost jako system gospodarki krajowej, jedy­ny w owe czasy. Wszystko sprzyjało jego rozwojowi i buj­na żyzność ziemi, klimat zdrowy, obfitość ludności w macie­rzystych prowincjach Polski, chętnej do uprawy roli, tylko brak planowego gospodarstwa państwowego stał na prze­szkodzie. Kolonizacja stepów, w początku 17-go wieku, roz­poczęta wielkiem rozdawaniem pustyń ukrainnych, miała charakter indywidualny, stosowany zarówno przez nowych posiadaczy tych pustyń, jak i Starostów, jako zastępców Króla i rządu. Cele nowej kolonizacji były zbyt osobiste i często niezgodne z interesem państwa. Znaczna część Kijowskiego i Bracławskiego Województw znalazła się w posiadaniu kil­ku oligarchów, kilku rodzin — Ostrogskich, Kalinowskich, Zasławskich, Zbaraskich i pomniejszych kniazików wołyń­skich.

„Przyduszenie gadziny'1 przez Żółkiewskiego niedługo trwało. Mądre rady publicystów i polityków zostały skrzy­wione. Rząd polski nie potrafił zużytkować Kozaczyzny dro­gą pokojową i ciągle tylko kokietował ją ile razy potrzebo­wał zwiększenia wojska. Polityka polska pragnęła zwycię­żać kozacką szablą, nie bacząc na to, że każde wezwanie Kozaków na wojnę było zwiększeniem sił kozackich, wzro­stem Kozaczyzny, wzmocnieniem wroga wewnętrznego.

Zamiast rozbicia się Kozaków na Sołonicy, nastąpiło faktyczne zbliżenie różnych ognisk kozackich i organizowa­nie się w klasę, w warstwę odrębną, do czego, nieświadoma następstw, Rzplta dopomagała, robiąc ustępstwa tym, któ­rych zniszczyć pragnęła.

W powietrzu wisiała wojna Liwońska. Zamojski radził przeto nie drażnić kozaków (1597). Przegrana na Sołonicy wywołała nieufność i walki między sobą Kozaków. Najbut- niejszymi okazywali się Zaporożcy. Bajbuza, jeden z „hetma­nów" kozackich, pragnąc nawrócić do organizacji Batorjań- skiej, prosił Hetmana W. K., ażeby mógł skutecznie walczyć z Zaporożcami,—o naznaczenie Starszego z osiadłej szlachty i o przysłanie chorągwi królewskiej jako dowodu łaski. Mimo to zbierała się wyprawa czajkami na Turków i na Wo­łoszczyznę, gdzie rozpoczęła się wojna domowa o nowego hospodarczyka. W roli wodza kozackiego, już Kozaczyzny niby jakiejś całości, wystąpił Samijło Kiszka, nowy „Starszy", który układa się z Rzptą, stawia warunki służby i posłu­szeństwa, żądając, aby „wolności", nadane przez Batorego, były powrócone, aby zaniechano dopuszczania się krzywd na Kozakach przez starostów, to jest zaniechano wyłapywania swawolników, rabowników i wichrzycieli; prosili o zapłatę, „jak przedtem bywało", i oczywiście o chorągiew, ażeby wi- domem było, że są w służbie Króla Jegomości. Nie czekając jednak na odpowiedź, wyruszyli na Wołoszczyznę, gdzie na tronie hospodarskim osadzili Semena Mohyłę, brata Jere­miego—i wrócili na Zaporoże.

W propozycjach Samijła Kiszki wystąpiły po raz pierw- wszy „krzywdy kozackie". Biorąc je jako całość, było to z jednej strony ukrócenie swawoli, a z drugiej upominanie się o bezkarność swawoli, boć przecie sądy kozackie nie mogły karać za to, co powszechnie nazywano „rycersldem rzemiosłem" — jak najazdy rabownicze na miasta tureckie i mordowanie ludności tatarskiej w nieoczekiwanych najaz­dach, tak samo jak rabowanie majętności szlacheckich.

W granicach państwa polskiego formowała się zatem jakaś nowa warstwa, jakaś nowa siła wojenna, zorganizo­wana, a raczej organizująca się na zasadach zwyczajowych własnych, coraz bardziej wroga tamtoczesnemu ustrojowi pań­stwowemu i zaczepnie występująca wobec Rzpltej. Skutkiem ciągłego ścierania się tej nowej, anarchicznie usposobionej siły z państwem, upatrywała ona w państwie wroga, stoją­cego na przeszkodzie do jej rozwoju, a w szlachcie widziała przedstawicieli tego państwa. Z powodu takiego stanu rze­czy zarysowała się i wzmacniała się nienawiść do państwa i do szlachty, przybierająca charakter walki klasowej, która Dadawała Kozaczyznie cechy wojny społecznej o utracone jakieś wolności, o odebrane przemocą jakieś prawa. Koza­czyzna zatem, już ta nawet, która układała się na Sołonicy, jako pewna warstwa społeczna, wypowiadała wojnę Rzpltej, Rzplta natomiast widziała w niej siłę militarną i dążyła do tego, aby ją zużytkować w danej chwili, posługując się do tego półśrodkami i układając się z Kozakami nie jak z mą- cicielami pokoju wewnętrznego, lecz jak z odrębną zupełnie, obcą a wrogą siłą. Taka metoda postępowania wzmacniała moralnie Kozaczyznę i skupiała ją w całość coraz bardziej zwartą. Im nacisk na nią bywał twardszy, tern odporność jej stawała się bardziej hardą, zuchwałą, a przy słowach po­kory i posłuszeństwa zawsze w zanadrzu była zdrada i po­głębiająca się coraz bardziej nienawiść. Szlachcic, na którym opierała się Rzplta, stawał się personifikacją wszelkich nie­szczęść Kozaczyzny, a zatem był celem jej nienawiści i zem­sty. W ten sposób wszelkie walki z Rzpltą utożsamiały się

 

z wojną ze stanem szlacheckim, a pogląd taki coraz bardziej zaostrzał się i pogłębiał.

Zamojski pragnął na wojnę Liwońską zaciągnąć 6000 Kozaków. Samijło Kiszka żądał płacy, zwrotu Trechtemi- rowa, potwierdzenia przywilejów Stefanowych i osobnej Ko­misji dla ochrony Kozaków od „krzywd". Wiemy, co rozu­miano pod tem, —rzadko rzeczywiste krzywdy. Całość tych żądań możnaby nazwać wyodrębnieniem się już nie tej lub innej watahy, lecz stanu, klasy kozackiej, zorganizowanej wojskowo.

Włóczęga po Wołyniu Nalewayki, Szawuły, Łobody i in­nych watażków, samowola i prawie zawsze bezkarność swa­woli, nie mogły pozostać bez wpływu na ruską, a często i nie ruską ludność wiejską, która przedkładała życie nie­zależne, jako Kozacy, nad pracę na roli i wytwarzającą się coraz szybciej zależność materjalną od właściciela ziemi, któ­rym był ten sam szlachcic, jaki z Kozakami walczył. Temu złudzeniu wolności, pojmowanej po kozacku, ulegali ludzie bujniejszego temperamentu lub po prostu uciekali przed pra­wem, ukrywając się w szeregach kozackich. Gdy się wataż­kowie wycofali z Wołynia i północnej części Kijowszczyzny, jednostki bardziej awanturniczo usposobione, uciekały na Niż i Dzikie pola, gdzie można było zawsze ukrywać się bezpiecznie i już od początku 17-go wieku rozpoczął się pęd ludności z północy na południe w dwóch kierunkach: jedni szli w kozactwo swawolne, drudzy jako osadnicy nadanych niedawno pustyń ukrainnych, przeważnie oligarchom, osia­dali na „polach", to jest używali ziemi bez żadnych obo­wiązków wobec właścicieli przez lat kilkanaście, a nieraz więcej.

Nie dość tego, że Kozaczyzna, jako warstwa klasowa, wroga państwu, zwiększała się liczebnie, ale poczęła zdoby­wać sobie własne środowisko, skupiające niejako kozackie interesy, posiadające do pewnego stopnia władzę moralną nad całością nowej warstwy. Tem środowiskiem była Sicz, niejako stolica Kozaczyzny, jej obóz ufortyfikowany, a sie­dzibą, gdzie się skupiały różne swawolne kupy i jednostki, z których Kozaczyzna siły swoje czerpała, stało się Zaporo- że — ziemie, położone z obu stron Dniepru, za progami Dnieprowemi. Nie miały one stałych granic z żadnej stro- uy, dotykały tylko na wschodzie dopływów prawych Dońca, na południu, od ordy, źródeł Miusów, a za Dnieprem, z pra­wej strony, od -północy, Taśminy i Sinej wody, od zachodu Dniestru, a od południa średniego biegu Ingułów i Bohu. W tych granicach z czasem utworzyły się niby powiaty od­rębne, okręgi, zwane „pałankami" — o czem później wspom­nimy.

Widzieliśmy, że Zaporozcy, „Kozacy zaporożni" wystę­powali wspólnie z Nalewaykiem i in. przeciwko Rzptej Otóż ten obóz kozacki, Sicz (zasieki, rodzaj umocnionego stano­wiska) mieścił się na Buzuwłuku, bocznej odnodze Dniepru, tworzącej ostrów i był siedzibą władz kozackich i wojska stałego. Ku końcowi XVI-go wieku już znajdujemy tam re­gularną organizację wojskową, a dzięki podróży na Zaporoże Kryka Lasoty w celu zwerbowania Kozaków na wojnę tu­recką dla Austrji, znamy już tę organizację, stworzoną we­dług wzorów Batorowych, ale przystosowaną do dawnej sa­modzielności każdej odrębnej watahy, to jest wybieranie na­czelnego wodza głosami powszechnemi, i sądownictwo własne, niezależne od żadnej instytucji państwowej lub sądu cywil­nych zwierzchników z po za koła żołnierskiego. Wojsko po­dzielone było na pułki, a w każdym pułku po 500 żołnierzy, pułk dzielił się na 5 setni. Na czele pułku stał pułkownik, na czele setni — setnik, dziesiątki — dziesiętnik. Zwierzch- niczą władzę sprawował wódz; jeśli stosownie do układu z kozakami, był mianowany, zwał się „Starszym", jak daw­niej, jeśli wybrany, bez względu na to czy był lub nie po­twierdzony przez króla, nosił tytuł „hetmana*. Oprócz het­manów koronnych i litewskich, był to jeszcze jeden het­man—kozacki, jakby na znak, że istnieje w państwie trzecia jeszcze organizacja, militarnie niby zależna od Rzptej, niby samodzielna. Starszyzna wojskowa, którą składali pułkow­nicy i setnicy, tworzyła rodzaj sztabu hetmana. Porządku w wojsku pilnowali „asawułowie" — niby adjutanci jego. Prócz tego byli „surmacze* (muzyka), dobosze, puszkarze przy artylerji (harmata), trębacze. Do starszyzny zaliczał się także obożny, a korespondencję prowadził w wojsku — zawsze po polsku — pisarz. Ku końcowi XVI-go wieku było cztery regularne pułki na Siczy — urzędowo; pułki jednak, szczególnie później, kilkakrotnie nieraz przewyższały liczby urzędowe. Hetman pobierał żołdu 120 zł. na ćwierć, pułkow­nicy i oboźni po 30, asawułowie po 26, setnicy 15, pisarz 10, dziesiętnicy 9, puszkarze 12, muzykanci po 8, a kozacy sze­regowi po 7 złotych. Wojsko kozackie tytułowało siebie „wojskiem zaporoskiem*, „rycerstwem zaporoskiem", a Sa- mijło Kiszka podpisywał się pełniejszym tytułem: „Samijło Kiszka, pułkownicy, setnicy i wszystkie rycerstwo Waszej Królewskiej Mości Zaporoskie*. Jakkolwiek hetman kozacki stał na czele wojska, ale tylko w czasie wojny był samo­dzielnym panem, w główniejszych sprawach, dotyczących bądź wojny, bądź niekiedy polityki, decydowała Rada ko­zacka (czerń) zwana później Radą czarną albo czemiacką.

Kilka szczegółów, dotyczących życia kozackiego, acz późniejszy nieco od Lasoty, podał Starowolski. Uzbrojeni byli Kozacy w rusznice (samopały) i szable, niektórzy posia­dali krótkie spisy. Żywili się bardzo skąpo chlebem, który czółnami sprowadzali z Kijowa, ale zwykłem pożywieniem była suszona na słońcu ryba i zwierzyna. Regularnego woj­ska sami Kozacy liczyli 6 tysięcy, ale było tego o wiele więcej, jako luźne watahy, a bliskim był prawdy Wereszczyń- ski, biskup kijowski, gdy w tym czasie naliczał Kozaków do 20 tysięcy.

Akcja wojsk kozackich, wogóle rzecz biorąc, była chao­tyczną i bezplanową, rzucali się w każdą stronę, gdzie spo­dziewali się zysku, a odwagę osobistą, okazywaną w najbardziej barbarzyńskich okolicznościach, nazywano rycerstwem. Oprócz hasła walki o samodzielność klasową, innego jeszcze nie było. W imię tego hasła wyłamywali się z pod wszelkiej subordynacji państwowej i urządzali krwawe wyprawy z jed­nakim zapałem na miasta tureckie, na ulusy tatarskie po baraay, na Wołoszczyznę po zapłatę od hospodarczyków i w pomoc Cesarzowi dla rabunków. Niektórzy historycy ruscy utrzymują jednak — a opinja ta i u nas rozpowszech­niona—że przyczyną najazdów na majętności obywateli Rzptej było wstrzymanie najazdów na Turcję; chociaż Nalewayko, Łoboda, Szawula dopuszczali się rabunków Rzptej wcześniej o wiele przed powstrzymaniem morskich wypraw na Turcję. Wracając z wojny Liwońskiej rabowali miasta, wsie i nakładali kontrybucje. Słusznie uskarżała się szlachta, że więcej szkody przynieśli po wojnie, niż pożytku w czasie wojny.

 

Ody Dymitr, zwany Samozwańcem, ogłosi) werbunek, chęć swawoli i życia z rabunku pociągnęła Kozaków na daleką północ. Pobyt ich w granicach W. K. Moskiewskiego był jednym ciągiem bezustannych rabunków i nękania lud­ności. Trzymali się tego lub innego fałszywego Dymitra dla zapłaty, zastępując hospodarczyków wołoskich Dymitrami moskiewskiemi.

Na kresach ukrainnych było bezustanne targanie się z Turkami lub Tatarami. Większe tylko notujemy. W r. 1604 zapędzili się pod Perekop; w kilka lat później (1609) zorga­nizowali jeden z największych napadów na Kilję i Białogród, pociągając na te wyprawy mieszczan Korsuńskich i Bracław- skich. Gdy z Dymitrami wzdłuż i wszerz niszczyli W. K. Mo­skiewskie, mówili cynicznie, że „łatali swoją biedęu (łatały zły dni), a gdy w czajkach wypływali na rabunek miast tureckich, powiadali, że szukali „morskiego chlebau.

Z powodu swawolnego zachowywania się Kozaków, nad Rzpltą wisiała ciągle obawa wojny z Turcją. Wojny tej unikano i nie życzono sobie wcale.

W roku 1614 znowu zamierzali prowadzić na Wołosz­czyznę jakiegoś hospodarczyka, jako pretendenta na tron. Wyprawa morska na miasta tureckie i zrabowanie Synopy narobiło wiele hałasu,Turcja groziła Rzpltej wojną i zniesie­niem Kozaków własnemi siłami. Kozacy, nastraszeni przez Żółkiewskiego, cofnęli się za Dniepr, do Perejasławia, w stepy, gdzie czuli się bezpieczniejsi—dalej od Rzpltej, i uciekli się do układów swoim zwyczajem, a znając słabość w tym względzie i niestanowczość Rzpltej, zażądali dla układów Komisji. Wy­znaczono Janusza Ostrogskiego, Janusza Zasławskiego, Kali­nowskiego, s-tę Kamienieckiego i Żółkiewskiego. Szlachta bracławska wyruszyła na pomoc wojsku. Posłowie kozaccy, zjawiwszy się na Komisję, oświadczyli, że do stanowczej decyzji nie mają instrukcji. Był to wykręt dla zwłoki.

Mimo to stanął układ, który jednak,dzięki oświadczeniu posłów kozackich, był nieobowiązujący. Wojsko kozackie miało trzymać straż nad Dnieprem od Tatarów i Turków, za co Rzplta miała płacić im 10 tys. złot. rocznie i dać 700 po­stawów sukna. Król naznaczy Starszego, zależnego od het­mana W. K. Przesiadywać mieli na Nizie i na włość nie wycho­dzić. Kozacy, zamieszkali w miastach, w dobrach królewskich,

Kozaczyzna ukraiona.                                                                  5

duchownych i prywatnych mieli podlegać juryzdykcji pań­stwowej, nie zaś kozackiej, i obowiązani będą do posłuszeństwa swoim panom. Obiecano im zwrot monasteru Trechtymirowskie- go, ale tylko na szpital, nie wolno zaś było czynić z niego miejsca schadzek i narad kozackich. Zabraniało się im robić napady rabunkowe na sąsiednie państwa.

Kozacy obiecali dać odpowiedź za kilka tygodni. Było to pewnego rodzaju ultimatum. Kozacy w ciężkich dla nich oko­licznościach godzili się zwykle na wszystko; prawdopodobnie i na tę ordynację zgodzili się, bo sejm ją zatwierdził (16J5).

Nic sobie wszakże z tej ordynacji Kozacy nie robili. W tym samym roku jakiś Korobka buszował na Wołyniu,

 

Sahajdaczny.

 

 

 
   


ukrócić nareszcie tę swawolę. Żółkiewski już w marcu był w Kijowie i wydał uniwersał, zabraniający pochodów na Turcję. Kozacy uciekli się do znanej swojej metody i taktyki politycznej — „oszukiwać i łudzić kiedy chcą tego". Każda zwłoka wzmacniała ich szeregi. Tymczasem między Koza­kami wynikło nieporozumienie na tle zasadniczem: godzić się, czy nie godzić się na zaniechanie pochodów rabowniczych? Wybrano nowego hetmana — Dmytra Barabasza, ojca tego, którego nazwisko stało się głośnem za czasów Chmielnic­kiego. Dmytr reprezentował opozycję i był hetmanem swa­wolnych Kozaków. Wojska polskie stały nad Rosią, za Rosią — kozackie. Do walki mogło dojść każdej chwili.

SahajdaczD.y okazał umiarkowanie i chęć do ugody. Żółkiew­ski również ugodowo był usposobiony i chciał się porozumieć za pośrednictwem delegacji. Kozacy jednak odpisali butnie, że gotowi są do walki. Przewaga żywiołów umiarkowanych zwyciężyła i ułożono nową deklarację, dzięki ustępliwości Sa- hajdacznego. Właściwie było dwa projekty ugody: kozacki i Komisarski. Komisarze — Koniecpolski Stan., Daniłowicz, Żółkiewski—stali na stanowisku przeważnie ugody z r. 1614 — ograniczając ilość rejestru do tysiąca Kozaków, wydalenia żywiołów swawolnych, zrzeczenia się juryzdykcji kozackiej po za rejestrem, zabraniano wędrówek na Niż bez pozwo­lenia Wojewody Kijowskiego.

Kozacy, którzy dotychczas stawiali się butnie, okazali się nagle bardzo łagodnie usposobionymi. Oświadczyli, że bić się z Polakami nie chcą i gotowi są do układów. W tej ugodzie nad Starą Olszanką nie przyjęto punktu, dotyczącego ilości rejestracji Kozaków, odkładając to na później, ale zgodzono się „wypisać**, wykreślić z rejestru rozmaitą zbieraninę; sprawa wyboru „Starszego" przez Kozaków została nadal otwartą. Przy­obiecano obozować na Nizie, nie robić zaczepek z Turkami i Tatarami. Godzili się na wszystko, licząc nie mylnie na brak egzekutywy. Rzeczywiście, miała wówczas Rzplta kło­poty wewnętrzne: Władysław IV wybierał się pod Smoleńsk, a wojsko groziło konfederacją.

Kozacy niewątpliwie korzystali z takiego stanu rzeczy i, jakkolwiek hetman Sahajdaczny zachowywał się lojalnie, i jak twierdzą z 20 tysiącami chodził pod Moskwę, napady na tureckie miasta nie ustawały. Dla pertraktacji z Koza­kami potrzebna była nowa Komisja z tychże samych komi­sarzy złożona. Stanęli oni na gruncie Olszanieckiej ugody. Kozacy oponowali, ale miękko. Nie chciano dopuścić do kon­fliktu, obrachowawszy się z siłami. Zrobiono wzajemne ustęp­stwa i zdecydowano liczbę wojska na osiem tysięcy, chociaż po obrachunku okazało się przeszło 10. Pięć tysięcy „wy­pisano1* z wojska. Kozacy twardo stali na punkcie nie zmniej­szania liczby rejestru, bo w ilości tylko tkwiła ich siła. Pozwolono im przebywać stale w dobrach królewskich, a gdyby zamieszkali w duchownych lub szlacheckich, mieli uznawać jurysdykcję miejscową. Co do nominacji Starszego, zostawili to na wolę króla, czółna obiecali zniszczyć i przyrzekli „rycer- skiem słowem” zaniechać wypraw morskich. Ugodę podpisał Sabajdaczny z liczną starszyzną kozacką.

Stało się to prawie w przeddzień wojny z Turcją. Sa- hajdaczny przyrzekł wziąć udział. Powiadają, że pod Chocim przyprowadził Władysławowi 40 tysięcy Kozaków, Polskiego wojska było 35 tysięcy. Kozacy okazali tu wielki animusz i wielką stanowczość, która wyszła na pożytek Rzpltej. Rze­czywiście oni przeważyli szalę zwycięstwa na polską stronę. Ale w tej ich sile, w tej determinacji tkwiło także \vielkie niebezpieczeństwo na przyszłość z powodu nierówności tempe­ramentu, chwiejności i impulsy wności charakteru ze strony Ko­zaków, a niezaradności ze strony polskiej w celu powstrzyma­nia szkodliwych wad, a pozyskania na pożytek Rzpltej wielkich zalet Kozaczyzny. Gdy szala wojny Chocimskiej wahała się, a Polacy decydowali się odstąpić, za radą kozacką postano­wiono wytrwać, a wytrwanie zakończyło się zwycięstwem.

Konaszewicz w oczach Rzpltej i Kozaków urósł na bo­hatera, a był to w samej rzeczy jeden z nielicznych wodzów kozackich, zdolnych do umiarkowanej polityki, która mogła byłaby zakończyć się utworzeniem odrębnego autonomicz­nego obszaru z Rusi południowej. Sahajdaczny okazał i wobec Kozaków surową sprawiedliwość, ukarawszy śmiercią pijaka i swawolnego hetmana Borodawkę.

Po powrocie z wojny Chocimskiej, Kozacy starym nało­giem poczęli „łatać biedę" rabunkiem miast tureckich, ale równocześnie wysłali do króla delegatów z petycją —zawsze na te same tematy, zwiększające ich swawolę i niezależność klasową. Zapewniali, że są gotowi do usług Rzpltej, a gdy jedni rabowali miasta tureckie, i wodzili bez wiadomości i pozwolenia króla hospodarczyków na Wołoszczyznę, drudzy zapewniali, że ..nigdy nie byli buntownikami". Obiecywali zaniechać swego pływania po Czarnem morzu, ale radziby wiedzieć gdzie im wyznaczą stanowiska i jaka będzie pie­niężna zapłata za „służbę"? Żądali jednak, zamiast 40 tys.— 100 tys. Prosili przytem o uspokojenie walk religijnych, po­wrotu „wolności" nadanych poprzednio, wrócenie Boryspola do szpitala Trechtemirowskiego, żądali prawa stacji dla wojsk kozackich we wszystkich dobrach, gdzie się im po­doba, wolności służby „obcym panom". Po tern wszystkiem prosili o Komisję.

Drogo kazali sobie opłacać Kozacy pomoc Chocimską, tem śmielej, że w Sahajdacznym, który niedługo potem umarł, stracili języczek przy wadze swojej politycznej. Część żądań odłożono do Sejn.u, na sto tysięcy zgodzono się, na­kazano powrót do Chocimia pułkami, żądano odnowić ugodę z r. 1619.

Petycja kozacka nie tylko nie była materjałem do uspo­kojenia Kozaczyzny, ale przeciwnie—zawierała prawie pew­ność nowego konfliktu. Kozacy zignorowali życzenia Ko­misji i rozłożyli się w województwie Kijowskiem przemocą. Mimo to Rzplta unikała starcia, ale nie brakło zwykłych pół­środków w rezerwie: ażeby odciągnąć Kozaków od Turcji, projektowano zaciągnąć 20 tys. na wojnę szwedzką. Pod­niósł się krzyk ze strony szlachty, która, pamiętając wę­drówki kozackie z wojny liwońskiej, obawiała się powtórze­nia. Słowem, nie wiedziano co począć z ciągle powiększają­cym się wrzodem — Kozaczyzną.

W kwietniu 1622 roku umarł Sahajdaczny. Kozacy, nic sobie nie robiąc z własnych przyrzeczeń, bez wiadomości Kzpltej wybrali hetmana—Olifera Hołuba, dość jednak przy­chylnie usposobionego dla Polski. Kzplta, mając Konfederację wojskową na karku, a niezatwierdzony traktat z Turcją, go­towa była do ustępstw. Kozacy o tyle okazali się ustępliwi, że obiecali do chwili zawarcia traktatu z Turcją powstrzy­mać swoje „chadzki". Ale z jednej i drugiej strony były to tylko pia desideria. W interesie Kozaczyzny leżało zwięk­szenie, w interesie Kzpltej zmniejszenie kontyngentu Koza­ków. Naturalnie — znowu Komisja! Polacy żądali najwyżej 3 tysięcy Kozaków i decydowali się podwyższyć płacę do 60 tys. złotych. Postąpiono wreszcie kontyngent kozacki do 5 tys., wpisanych w rejestr, ale co się miało stać z pozosta­łymi—według Kozaków —45 tysiącami? Kozacy godzili się opuścić majątki szlacheckie, ale żądali twardo prawa wy­boru hetmana, ostatecznie zgodzili się na Starszego „na słowo królewskie" i na rejestr z 6 tys. Kozaków. Kozacy mieli wybierać kandydatów na hetmana, a król potwierdzać. Winnym obiecano amnestję.

Było to niby zwycięstwo dyplomatyczne Kzpltej. Nie orano w rachubę tylko taktyki kozackiej. Było niby zwy­cięstwo, ale była i Kozaczyzna — wzmocniona.

Nie rychło wszakże do tego doszło, a Kozaczyzna wkrótce groźną zajęła postawę. W r. 1623 nastąpiła znowu wyprawa na morze, ale przywódcy jej zostali aresztowani i ukarani. To przyczyniło się, między inDemi, do zwiększenia niezado­wolenia Kozaków i nie przeszkodziło wcale do jesiennej „chadzki** aż pod Carogród i spaleniu przedmieść tuż prawie w oczach sułtana. W r. 1624 znowu powtórzyły się napady i rabunki. Kozacy wysłali 150 czajek i rezerwy mocne, ale spotkali się z wielką flotą turecką, której towarzyszyło 300 łodzi wiosłowych ze zwykłymi żołnierzami (uszkały). Zdaje* się, że w tym czasie nastąpiło nieporozumienie między Tur­cją a Krymem, na czele którego stali Mechmed i Szahin Girej, a Gireje, szukając pomocy, oparli się o Kozaków, któ­rzy zorganizowali wyprawę. W tym roku zawarty został traktat Kozaków z Krymem. Niewiele na razie można było nań liczyć, ale stał się on precedensem na przyszłość i otwo­rzył wrota dla bezustannego mięszania się Tatarów w sprawy polskie i walce państwa polskiego z Tatarami nadał inny charakter, Kozaczyzna zaś znalazła w Tatarach wytrwałych wspólników swawoli.


W tym czasie znalazł się nowy powód do awantur i zbli­żenia się do Moskwy. Z jednej strony szerzenie się unji kościelnej zaniepokoiło duchowieństwo ortodoksalne, które zwróciło się o pomoc do Moskwy, z drugiej zjawienie się pretendenta do tronu sułtańskiego w postaci jakiegoś Jachji. Kozacy bardzo chętnie brali udział w popieraniu pretensji takich niepewnych kandydatów, którzy też szukali zwykle na Siczy pomocy.

Słówko tedy o tych wypadkach powiemy.

Mało nas interesuje kto był ów Jachija. Mienił się sy­nem sułtana Mahometa III (| 1663), a wnukiem Murada, który, wychowany przez matkę Greczynkę, zachował wyznanie orto­doksalne i w obronie przyszłości tego obrządku obiecywał wystąpić. Była to gratka dla duchowieństwa greckiego i dla Kozaków. Zaopiekował się nim do pewnego stopnia metr. kijowski Jow Borecki i wziął z tego asumpt do zbliżenia się do Moskwy. I Kozacy, widząc wolniejsze ręce Kzpltej, a oba­wiając się skrępowania rosnących coraz bardziej ich fantazji, przyłączyli się do tej akcji. Było to do pewnego stopnia ba­danie sytuacji. Moskale traktowali tę sprawę ostrożnie—na piśmie, wiedząc o tem, że scripta manent, ale nie bez na­dziei, którą zapewne wzmocnili słownie i poparli swoim zwy­czajem rublami i sobolami. Oprócz Jowa, od Kozaków jeździł pisarz Borysikiewicz. Kozacy obiecywali, że w czasie naci­sku Polaków będą w Moskwie szukać opieki. W „odpisce" bojarowie przyrzekali Kozakom „łaskę carską" Car obdarzył Jowa bogato w srebro okutą ikoną, a Kozakom posłał pięć soroków soboli wartości stu rubli.

W r. 1625 Jow wyjechał do Korsunia i Trechtymirowa w sprawie zaciągu dla Jachji (pisano także Achija) i dla zbadania nastroju w celu poddania się carowi. Nie żadna wspólność interesów, nie jakieś sympatje narodowe, co do których naród ruski aż do najnowszych czasów zachowywał się biernie, lecz wspólność religijna i zbyt niekiedy gorliwa akcja unicka, wywoływały chęć odszczepienia się od Rzptej,

Tymczasem w Kozaczyźuie nastąpiły zmiany: zamiast Hołuba wybrano hetmanem Kałenyka. Na Zaporożu wytwo­rzyło się niby dwa stronnictwa: oportunistów, którzy pra­gnęli zgody z Polakami i opozycjonistów. Przy władzy byli oportuuiści. Różnice te wszakże były bardzo powierzchowne i, jak zawsze u Kozaków, chwiejue. Jachija podobno skupił 18 tysięcy różnej zbieraniny i z nią na Wołoszczyznę wy­stąpił, którym tylko „obiecał zapłacić".

Dalszy rozwój akcji Jachji nic interesuje nas.

Kozacy odparli w tym'czasie jakiś najazd Tatarów i tra­ktując to jako „służbę Rzpltej", wzięli asumpt do wysłania na Sejm posłów z petycją bardzo szeroką. Prosili najprzód o „ryczałt" dla wojska, niewiadomo, czy w formie prezentu czy zapomogi, ale petycja miała na sobie charakter wpływu stosunku Jowa i Kozaków z Moskwą. Tym razem o „wolno­ściach* mowy nie było, ale Kozacy, szukając realniejszego oparcia niż obojętne dla ludu wiejskiego „wolności kozackiej stanęli na gruncie obrony religji, chociaż częściej mówili o karczmie i o wódce, niż o Bogu. Sarnicki przypisywał Ko­zakom wyznanie Mahometa (religia apud eos magna ex parte Mahometana). Eryk Lasota widywał jeszcze nad Dnieprem meczety. Śród Kozaków połowy XVI-go wieku było bardzo wielu o nazwiskach tatarskich. Nastrój religijny Kozaków charakteryzuje ich własna piosnka: Kozacy zobaczyli w polu stertę siana. Ataman powiada: to bracia cerkiew. Asawuł powiada: jalw niej spowiadałem się, a Koszowy dodaje: a ja w niej dary Boże przyjmowałem". (Kulisz). Dodać trzeba, że wszystkie tytuły godności kozackich są tatarskie.

Mimo to religji używali jako narzędzia walki. Dezyde* raty ich streszczały się w trzech punktach: aby zaniechać prześladowania ortodoksów, co miało oznaczać zniesienie unji, i utrzymania na metropolji Boreckiego, zatwierdzić wybór Ko- pysteńskiego na Archimandrytę Peczerskiego i „ryczałt".

Wmieszanie się Kozaków w sprawy religijne było gro­źnym prejudykatem na przyszłość i zapowiedzią nowych nie-

Widok Laury Kijowskiej od strony Dniepru.

 

 

pokojów wewnętrznych, a udało się to tem łatwiej przewi­dzieć, że w tym czasie powstały w Kijowie rozruchy anty- religijne, z tą tylko różnicą, że czynnie wystąpili nie unici lecz ortodoksi. Rozruchy zakończyły się morderstwem kilku księży unickich. Za plecami niejako tych rozruchów był związek, a właściwie sojusz Kozaków z Tatarami. Kozaczy­zna, jako organizacja militarna, poczęła występować w roli czynnika politycznego, jako jakieś ciało zupełnie samodziel­nie działające, które zawierało sojusze bez wiedzy Rzpltej, a na jej szkodę, i interwenjowało w sprawach polityki we­wnętrznej państwa.

Słuszną ze stanowiska państwowego robił uwagę książę Zbaraski w liście do Króla, że nie komisjami trzeba uspa­kajać Kozaków, lecz wyzwolić się od nich.

Trzeba było przedewszystkiem rozbić sojusz Kozaczy- zny z Krymem. Taki pogląd popierał hetman W. K. Koniec­polski i zwrócił się do szlachty, aby mu prywatnemi pocz­tami pomogła. W jesieni wyruszył z Podola i w paździer­niku stanął w Kaniowie w 8 tysięcy wojska koronnego. Ko­zacy także skupiać się poczęli. Zainlerpelowani o powód sku­piania się, odpowiedzieli, że nic nie wiedzą, bo hetman ich Żmajło bawi na Siczy, skąd powrotu jego spodziewają się lada dzień. Grodowi Kozacy, przewidując rozprawę orężną, oświadczyli, że bić się nie będą. Komisja zdecydowała cze­kać na powrót Źmajły. Wojsko polskie, zwiększone pocztami wynosiło około 20 tys. Komisarze żądali, aby Kozacy wydali dowódców wypraw, popalili czółna, zaniechali na przyszłość „chadzek“, wydali posłów do Moskwy i korespondencję, zmniejszyli wojsko do dawnej liczby, zwrócili grunty zagar­nięte przez Kozaków od szlachty, zaniechali związków i sto­sunków z państwami zagranicznemu

Kozacy odpowiedzieli na to wykrętną deklaracją: zwią­zek z Tatarami był rzeczą przypadku, do Moskwy jeździli aby nie stracić zapomogi, „żałowania carskiego*4. Kozacy w znacznej mierze przyjęli te warunki, ale nie godzili się na mieszkanie tylko w królewszczyznach i nie przyjęli wa­runku zmniejszenia wojska. Trzeba było kontrowersje roz­strzygnąć szablą. W końcu października Koniecpolski stanął na Cybulniku i z trzech stron uderzył na tabor Kozacki- Żmajło odstąpił ku Medweżym łozom i stanął na uroczysku Kurukowem. Polacy zdobywali jedną pozycję po drugiej. Zima ścisnęła Kozaków. Spokornieli i zwrócili się z chęcią układów.

O rezultacie ugody Kurukowskiej wspomnieliśmy wy­żej — wracać przeto nie będziemy do niej.

Było to jedno z licznych zwycięstw orężnych, ale nie zwyciężono ducha kozackiej swawoli.

„Przyduszona gadzina" — jak się wyrażał Żółkiewski— niedługo zachowywała się spokojnie. Spisano wprawdzie „re­jestr" kozacki, wykluczono z niego żywioł napływowy, naj­bardziej niespokojny i awanturniczy, ale nie zaradzono zu­pełnie temu co z nim zrobić, jak użyć. Ilość takich „wy- piszczyków* sięgać mogła do 40 tys., jak utrzymywali prze­sadnie Kozacy, a w każdym razie byli to oczajdusze gotowi na wszystko, wychowani w swawoli, w rabunkach. W ten sposób istniały niejako dwa wojska kozackie — rejestrowe i wolne, krzywo na siebie spoglądające. „Wypiszczyki" uważali rejestrowych za zdrajców sprawy kozackiej.

Niedługo też panował spokój na Nizie. Ażeby odosobnić Sicz i Zaporoże od dopływu ludności z północy i zachodu i położyć tamę „chadzkom“ na morze, które były powodem ciągłych zatargów z Turcją, postanowiono zbudować twierdzę przed pierwszym porohem, (Kudak). Istotnie, zbudował ją Beau- plan i osadzono na niej załogę. Okazała się ona bardzo niewy­godną dla Kozaków, to też wkrótce po jej powstaniu, zdo­był ją Sulima z ochotnikami, zniszczył doszczętnie, a załogę wyciął w pień.

W wyprawie na Kudak brał udział także jeden z zu­chwałych watażków Paweł Pawluk Michnowicz, który szczęśli­wie uniknął kary śmierci. Ogłosił się on „Starszym“, ude­rzył na Tomilenka, hetmana regestrowych Kozaków, który, snąć w cichem porozumieniu z Pawlukiem, bierny tylko sta­wił opór, oddał mu insygnia władzy swojej i artylerję. Było to hasło do nowego buntu. Część regestrowych nie wzięła udziału w tej awanturze i wybrała hetmanem Sawę Kanono- wieża, pułkownika Perejasławskiego. Pawluk nazywał go pogardliwie „hetmanem Perejasławskim44 i listem z Kryłowa, z pod Czehrynia, w sierpniu 1G37 wzywał go do łączenia się ze sobą, grożąc uderzeniem na niego. Podnosząc jawny bunt przeciwko Rzpltej, pisał, że jeżeli królowi będzie potrzebne wojsko, gotowi są służyć. Równocześnie z tą gotowością zwolennicy jego wyłapywali starszyznę rejestrową w Pereja- sławiu i odesłali do Pawluka, do Borowicy, który Sawę Ka- nonowicza ściąć kazał.

Pawluk miał szerokie pomysły: niszczyć w kraju, co się tylko da, zaciągnąć do tej roboty kozaków Dońskich, z Ta­tarami sojusz odnowić i poddać się pod władzę cara mo­skiewskiego. Takie zamiary były w najbliższem otoczeniu Pawluka. Zanosiło się na wielką burzę wewnętrzną. Het­man W. K. upomniał Pawluka, aby się uspokoił, ale było już zapóźno — gdzie tylko dosięgli Kozacy Pawluka, szły za nimi mordy, pożogi i rabunki dóbr szlacheckich. Cupiditas dominandi,— jak powiada pisarz współczesny—zakryła przed nim następstwa takiego wichrzenia.

Trzeba się było uciec do szabli. Hetman W. K. wysłał z Biłołówki uniwersał do rejestrowych, aby się kupili do wojsk królewskich dla dania odporu rabownikom i morder­com. Na wiadomość, że wojsko polskie zbliża się, Karp Ski- dan, jeden z pułkowników swawolnych Kozaków, począł zwo­ływać Kozaków pod Moszny, aby „wstręt" czynić wojskom królewskim.

W tej krytycznej chwili jak zawsze, niestety, bywała w Polsce, na początku grudnia, zawiązała się Konfederacja wojskowa, która w ten sposób „upominała się swoich za­sług0. Ledwie zgodzono się służyć trzy niedziele bez pie­niędzy. W tym czasie trzeba było albo zwyciężyć, albo od­dać Rzpltę na łup kozakom. Kozacy nie próżnowali także. Uciekli się do zwykłych swoich metod: kłamstwa i wzajem­nego okłamywania się. Była w tem praktyczna znajomość psychologji ludu, który źle lub dobrze podnieca się przesad- nemi wieściami. Rozpuszczali tedy pogłoski, że Kozacy po­bili wojska królewskie, że w Korsuniu Polacy cerkwie spalili a ludność wycięto, że potęga Kozaków jest niezwyciężona.

Przy takim nastroju Pawluk z artylerją ruszył się z Czerkas ku Mosznom. Wojsko polskie skierowało się ku Kumejkom, gdzie zetknięto się z Kozakami. Szli taborem. Uderzono na tabor i poczęto rozrywać go. Starszyzna z Paw- lukiem wymknęli się. Sprawiono znowu rozerwany tabor i Kozacy ruszyli naprzód, umykając ku Borowicy. Kozacy bałamucili swoje wojsko, że król nic nie wie o tej wojnie, że rozpoczęła ją szlachta sama z nienawiści do Kozaków. Jakby na zaprzeczenie tego ukazał się uniwersał królewski, nakazujący zniesienie swawolnych Kozaków.

W tej wojnie zarysował się po raz pierwszy wpływ po­spólstwa kozackiego czyli tak zwanej „czerni-, która przy­właszczyła sobie wszechwładzę, wybierała hetmanów, zrzucała z tej godności niemiłych sobie, a nieraz dyktowała swoją wolę hetmanom. Otóż i teraz zepchnięto Pawluka z godności hetmańskiej, a wybrano jakiegoś Kairskiego. 20 grudnia wojsko królewskie stanęło pod Borowicą, gdzie Pawluka oblężono i ostatecznie zmuszono do poddania się. Proszono o „miłosierdzie'*. Hetman zażądał aby wydano Pawluka, Ti- molenka i Skidana — innym przebaczono. Pawlukowi łeb ucięto na tern samem miejscu, gdzie on Kanonowicza pozbawił życia. Skid&n uciekł. Kisiel, Podkomorzy Czerniakowski, s-ta Nosowski, naznaczywszy Iljasza Karasimowicza Starszym, ułożył następującą tranzakcję z Kozakami, według stylu sądząc, przez siebie napisaną. Kozacy przyznawali się do winy — że nad 7 tys. rejestrowych .przyjęli „pospólstwo**, że z Pawlukiem uderzyli na wojsko koronne, — wydali jednak Pawluka, uznali zwierzchność Iljasza Karasimowicza, a o bła­ganie „dalszego miłosierdzia'* obiecali wysłać posłów do króla. Hetmana W. K. przyjęto w Kijowie jako zwycięzcę z wiel- kiemi honorami.

Tranzakcję borowicką podpisał Bohdan Chmielnicki w wigilję Bożego Narodzenia 1637 roku „imieniem wszystkiego wojska J. K. M. jako pisarz wojskowy przy pieczęci ręką własną".

Niedługo jednak trwała pokora kozacka i spokój. „Wio­sna, lato, jesień — to u nich chleb, — powiada uczestnik tej wojny. To też na wiosnę (1638) wybrano sobie na Zaporożu nowego Starszego Ostrzanina. Znalazł się tam i Skidan. Rozpoczęli akcję na szeroką skalę. W tej akcji, jak i w po­przedniej, nie widać żadnych pozytywnych planów — raczej rozpaczliwe szamotanie się we własnej sieci ludzi o niepo­hamowanym temperamencie, nie umiejących panować nad samowolą, a w bujnem niezależnem życiu kosztem innychf upatrujących wolność. Każdy, kto przeszkadzał takiej wol­ności, uważany był za nieprzyjaciela. Wyprawiali tedy posłów do Kozaków Dońskich, z prośbą o pomoc, a do wszystkich popów i monasterów rozesłali listy, prosząc, ażeby ludność zachęcano do wojny, rzekomo w obronie religji. Wyprawiali nawet posłów do Papieża, do Rzymu, obiecując, że wszystką Ukrainę jemu poddadzą, a na imię Papieża będą zdobywać miasta i zamki. Taka bezwzględna impulsywność nie pozwalała im dostrzegać sprzeczności między poddaniem się Papieżowi, a niszczeniem kościołów i duchowieństwa rzymsko kato­lickiego.

Kozacy przeczuwali nową kampanję na Dniepr i okopali się pod Hołtwią. Ostrzanin, zamiast powtarzać prośby do Papieża, otoczył się czarownicami i czarownikami, aby „czy­nili inkantacje na prochy, strzelbę, powietrze i ogień". Nie na wiele to przydało się. Wojsko koronne szturmem uderzyło na szańce kozackie i 2000 trupem położyło. Ostrzanin ściągnął obóz i ku Lubniom pośpieszył. Widocznem było, że pragnie z Dońcamt połączyć się. Obiegały pogłoski, że z Putywlcem, jednym z pomocników Ostrzanina, idą Dońcy. Było to roz­myślne samołudzenie się. Żadne posiłki nie przychodziły, to też Ostrzanin w nocy bagnami uciekł. Na jego miejsce wybrano Putywlca, który umocnił się w taborze. Zaatako­wany jednak, spokomiał. Wysłał suplikę do hetmana W. K., zwykłym trybem kozackim pisaną: narzekali na Ostrzanina, że ich oszukał, że są niewinni, a w końcu prosili aby ich „puścić do domu". Hetman zażądał wydania Putywlca i Rze­pki i żeby zaraz przy Iljaszu Harasimowiczu do służby sta­nęli. Wykręcali się Kozacy, wreszcie wydali Putywlca.

Ostrzanin, umknąwszy z taboru, skierował się ku Ski- porodowi, a stamtąd poszedł do Zołnina. Naciskani przez wojska koronne, wybrali sobie nowego hetmana Dymitra Hunię i—znowu prosili o „miłosierdzie", ale stawiali warunki, jak gdyby byli zwycięzcami: aby im wydano Eljasza Hara­simowicza z sześciu pułkownikami, aby nowe chorągwie otrzymali, aby im zabraną artylerję zwrócono, aby Starszego mogli wybrać według własnej woli. Nie czekając na odpo­wiedź, Kozacy cofali się do Dniepru, mając nadzieję większy sukurs z tej strony otrzymać, gdy inne zamiary zawiodły. Hunia począł zbliżać się tedy do Starca, odnogi Dniepru. Był to jeden z głośniejszych awanturników, który jeszcze w lutym 1638 pisał do Hana Krymskiego, prosząc o posiłki i obiecując „odsługować na każdą potrzebę i wskazanie". Uprzedził Chmielnickiego. Polakom przybywały nowe posiłki i amunicja. Hunia wiedział o tern. Napisał tedy do hetmana W. K. Z naiwną niewiadomością win kozackich w ciągu przeszło trzech ćwierci wieku, powoływał się „na krwawe zasługi", bronił „niewinnych ludzi", żałował „krwi chrześci­jańskiej" i on, który przywoływał Tatarów na bezbronnych, wołał o litość dla tych, którzy mordowali bezbronnych. Wy­słano posłów dla wysłuchania Kozaków, ale widocznem było, że działali oni na zwłokę, czekając jakiegoś nieoczekiwanego obrotu szczęścia.

Kozacy zasiedli nad Starcem w mocno ufortyfikowanym obozie. Zamknięci jak w klatce mówili: „przyjdzie tu nie śpiewać, ale wyć jak sobace". W lipcu 1038 Hunia znowu z pokornym listem wystąpił, błagając o „zachowanie Koza­ków dla dalszych posług Rzpltej". Ale to nie przeszkadzało oczekiwać przybycia do obozu Piłonenka z posiłkami i żyw­nością. Cieszyli się Kozacy, bo i „wróżka nieźle tuszyła'1. Na początku sierpnia, snąć nie bardzo sprawdziły się dobre wróżby, bo Hunia z nową supliką wystąpił, prosząc o za­trzymanie się do Sejmu przyszłego, a wtenczas gotowi będą przyjąć „nie tylko komisarza, ale i chłopca jego". Była to zwykła obłudna pokora wobec ukrytej butności. Wi­dząc ciągłe przewlekanie hetman W. K. postanowił ude­rzyć na obóz. Fiłonenko przedarł się wprawdzie do obozu, ale żywności na dwa dni przywiózł, a w nagrodę dostał po- łajanki i bicie „komyszyną". Trzeba się było poddać. Przy­sięgę wykonali osobno rejestrowi, osobno Kozacy na Starcu skupieni, a ^osobno „czerń". Rejestrowi obowiązali się wy­kreślić z rejestru obcych Kozaków, a czerń — uznać władzę sześciu pułkowników i zwierzchnictwo Starszego.

Właściwe postanowienia spisane zostały dopiero na Ra­dzie kozackiej w Kijowie 9 stycznia 1638 i ujęte w nastę­pujące punkty, które z jednej strony miały charakter obo­wiązujący dla Kozaków, z drugiej zaś bardzo zręcznie omi­jano drażliwe sprawy — wysokości rejestru, stosunków z po- stronnemi państwami i najazdów na miasta tureckie. Posta­nowiono tedy wysłać posłów do Króla—Bohdan Chmielnicki brał w tern poselstwie udział,—następnie na Zaporożu miała być stała załoga, do której wejść miało po 10 ludzi z ka­żdego pułku. Na dowódcę tej załogi przeznaczono jakiegoś Andrzeja Muchę, który miał stosowne miejsce upatrzyć i nie przepuszczać nikogo na rabunki. Artylerja z puszkarzem Da czele miała mieć swoje stanowisko w Kaniowie i obsługę nie większą nad 20 Kozaków, na których Rzplta ma dać prowent, reszta ma się rozejść do domów.

Ponieważ w tym czasie koło Hadiaczu poczęły groma­dzić się kupy swawolne, postanowiono wysłać tam pułkow­nika Bojarzyna, aby sedycję uspokoił i winnych na gardle karał. Kozacy, jako szeregowi, nie mogli przechodzić z jed­nego pułku do drugiego, lecz stale przebywać w tym, w ja­kim zapisani zostali. Wreszcie postanowiono nie wyrzucać sobie wzajemnie win o zdradę.

Instrukcja posłom do Króla była bardzo oględna, po za granice interesów klasowych nie wychodziła i zawierała tylko ogólniki—może ze względu na to, że miała być przedłożona do akceptowania hetmana. Mieli prosić przeto, ażeby „po­zostali przy wolnościach, to jest przy gruntach i dostatkach naszych, nie kładąc w to dawnych wolności i starszeństwa, które przedtem były, a teraz inaksze są nadane i sporzą- dzone“. Proszono o zaopatrzenie wdów, o zwrot Trechtymi- rowa. Żadnych liczb, żadnych faktów, żadnych szczegółów— widocznie pozostawiono to do osobistego zetknięcia się z królem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  1. WALKA KOZACZYZNY Z RZPLTĄ O WYODRĘBNIENIE SIĘ KLASOWE I TERYTORJALNE.

Kozaczyzna miała trzy okresy swego rozrostu i wzma­gania się: pierwszy od chwili pojawienia się Kozaków na wi­downi dziejowej Rzpltej do awantur Kosińskiego i Nalewayka, drugi—od Nalewayki do Pawluka, a trzeci rozpoczął Chmiel­nicki osobistą awanturą, która, znalazłszy w dostatecznej ilo­ści nagromadzony materjał palny, podsycana zemstą, dopro­wadziła do wybuchu, jaki wysunął nowe pretensje kozackie, podniecane przez państwa ościenne, krzywem okiem spoglą­dające na potęgę Rzpltej.

Kto to był ów Chmielnicki, którego krwawe niszczenie państwa polskiego, w południowo-wschodniej miedzy aż po krańce Wołynia i Karpaty, da się porównać chyba z naja­zdem Atylli, mordującego nie tylko ludzi, ale niszczącego za sobą wszelkie ślady kultury długich pokoleń, wszelki doro­bek cywilizacyjny? Jedni utrzymywali, że był to szlachcic polski, — sam używał herbu Abdank, — którego ojciec przywę­drował na Ukrainę i przez Daniłowicza obdarzony został fu­torem Subotowskim — prawdopodobnie danym mu tylko w używalność, jako część Królewszczyzny. Inni mówią, że był szynkarzem w Czehryniu—co nie wykluczało używalności Subotowa, — że wystąpił w roli werbownika ochotników na wojnę turecką, że sam z synem Bohdanem na tę wojnę po­szedł—może w roli markietanta—i na wojnie zginął. Nazwi­sko Chmielnickich spotykamy w tłumie sług pańskich, uży­wających, jak to się często zdarzało, samowolnie tytułu szla­checkiego. W takiej roli występowali jacyś Chmielniccy w r. 1638 na Wołyniu. Jako słudzy pani Kotcrwiczowej ob­winieni zostali o kradzież naszyjnika z pereł. Nie wiemy jaki związek rodzinny istniał między późniejszym Chmielni­ckim Bohdanem, a sługami Kotowiczowej, Ale nie brak

 

 

 

także Chmielnickich żydowskiego pochodzenia. Duklan Ocho­cki wspomina o Chaimie Chmielnickim, a nie dalej jak w r. 1009 w sądzie kijowskim miał sprawę o fałszowanie marek

Kozaczyzna ukralona.                                                                    6

 

pocztowych Froim Chmielnicki. Jaki łącznik istniał, i czy istniał między rozmaitymi Chmielnickimi a Bohdanem, nie­wiadomo. Z niektórych portretów, jakie do nas doszły, wi­dać, że wielkiemu hetmanowi Kozaków nie brak było rysów semickich. Nie był to w każdym razie pierwszy semita, który w wielkich przewrotach anarchicznych wziął decydu­jący udział i wywołał wojnę domową.

Na stepy Ponizia, na Zaporoże już od początku 17-go wieku coraz więcej napływać poczęło żywiołów, żądnych awantur lub łatwego chleba. Małego przeto znaczenia jest to, czy Bohdan Chmielnicki był żydowskiego lub szlachec­kiego pochodzenia — najmniejszego wszakże śladu nie znaj­dujemy, aby był Rusinem, —to jednak jest rzeczą pewną, że z ducha i z wychowania w sferze kozackiej Dalcżał do tych ryzykantów, którym nie brak zuchwałości, uporu, wytrwania i rozumu, jacy w ostatecznościach szukają zaspokojenia swoich ambicji, a wybici raz z równowagi, już nie mogą trafić na równą drogę.

Zdolnościami swemi i zręcznością wybijał się ponad tłum kozacki. Późniejsi historycy usiłowali koniecznie dać mu wysokie wykształcenie, opierając się na listach po łaci­nie pisanych, ale wiemy, że z obcymi posłami porozumiewał się przez tłumacza, — listy więc byle kto mógł pisać, naj­częściej Wyhowski. Wykształcenia posiadał jak raz tyle, że mógł być pisarzem w wojsku kozackiem. Rozum jednak i zręczność posiadał niezaprzeczone, czego wogóle wodzom kozackim zaprzeczyć nie można. Wydziwić się temu nie mógł Okolski.

Mając stałą siedzibę w Subotowie, pod Czehryniem, a może i dom w Czehryniu, dał się z tych zdolności poznać. Piastując już w roku 1646 godność setnika, wysłany był w poselstwie do króla, niby poufnem, ale ważnem. Wojna z Turcją i wypędzenie ich z Europy były w owym czasie prawie powszechnym programem polityki europejskiej i dla­tego wojna ze światem muzułmańskim, reprezentowanym przez Turcję, była nadzwyczaj popularną. Pośrednictwo nie­jako w polityce przypadło, według słuszności, Kurji Rzym­skiej. Papież zapragnął zużytkować w tej imprezie zdolności rycerskie i zapał Władysława IV i namawiał go do wojny, obiecując pomoc pieniężną. Hetman W. K. Koniecpolski wy­stąpił z projektem zdobycia Krymu. Akcja przybierała sze­rokie i wielkie rozmiary. Król zdecydował się ukrywać to przez czas jakiś, przewidując opór sejmu. Koniecpolski nagle (11 marca 1646 r.) umarł. To jednak nie skłoniło króla do zaniechania planu wojny Tureckiej. W przewidywaniu tej wojny, znowu wystąpił zamiar zużytkowania Kozaków. Tie- polo, poseł Kurji Rzymskiej, podsunął—jak mówiono—plan zrobienia dywersji Turkom, używając Kozaków do wielkiego najazdu na Turcję. Plan był bardzo ponętny, ale mało obie­cujący na przyszłość z powodu chwiejności Kozaków. Obli­czono siły kozackie, ale nie brano w rachubę charakteru — nieobliczalnego.

Król zapragnął porozumieć się z Kozakami, którzy, znu­dzeni długoletniem próżnowaniem, już poczęli przebąkiwać

  • sojuszu z Tatarami, najniewątpliwiej przeciwko Polsce, tem- bardziej, że powstrzymywanie najazdów uważali za „ucisk
  • krzywdę'*... Wojna turecka przypadłaby im niewątpliwie do smaku. W tym samym czasie, może nawet na życzenie króla, zjawiła się deputacja kozacka w Warszawie. Udział w niej wziął Chmielnicki, który „chytrości od Polaków nauczył się“ —jak pisał Wieliczko. Posłowie zetknęli się z królem bez świadków, otrzymali pieniądze na czółna i „jakiś przy­wilej na aukcję wojska i na wolność iść na morze44. Współcze­sny kronikarz ruski powiada, że był to ,,przywilej na robienie czółen4' —i niewątpliwie tak było. Buława po śmierci Ko­niecpolskiego wakowała jeszcze, mógł przeto król w swojem imieniu dać takie przyrzeczenie.

Woj aa turecka do skutku nie przyszła, ale wkrótce za­szły wypadki nieoczekiwane, w których przeznaczenie powołało Chmielnickiego do odegrania nadzwyczajnej roli. Jako set­nik Czehryński miał on w posiadaniu futor Subotowski, który po ojcu dzierżył i orał ziemię temi samemi chłopami, nad którymi bardzo litował się, gdy orali ziemię szlachcicom pol­skim. Dwór w Subotowie był nad jarem, na szczycie jego; dołem u podnóża płynęła Taśmina, od Czehrynia głęboki jar, od południa step gładki. Przyzwyczaił się do Subotowa i uwa­żał go za własność i byłby może siedział tam spokojnie do śmierci, bo staroście nie wiele zależało na tern czy kawał stepu orze jakiś kozak, lub nie. Nagle na tym rębie prawie granicznym, schylonym ku Dzikim polom, zjawiła się kobieta, tajemnicza jak cała tamtejsza natura. Żadnego śladu nie po­zostało skąd przyszła, ani jak się nazywała. Znano tylko jej imię — Helena. Nikt nie wiedział, ani jakiej religji, ani ja­kiej narodowości. Wiedziano tylko, że była piękną i — nie­rządną. Tyle wspomnień pozostało. S-two Czehryńskie nale­żało do Chorążego koronnego, Aleksandra Koniecpolskiego, a w jego imieniu, jako Podstarości rządy sprawował Daniel Czapliński już od lat ośmiu. 1 o tym bliskich szczegółów braknie. Wiemy tyle, że był już człowiekiem niemłodym i miał córkę zamężną za jakimś Komorowskim. 1 Chmielnicki w roku 1640 był już wdowcem, miał synów Tymoszka i Ju- ryszkę, a córkę Helenę. Owa Helena stepowa wpadła w oczy obydwu— Chmielnickiemu i Czaplińskiemu. Zwyciężył Chmiel­nicki o tyle, że Helena zamieszkała w Subotowie, w roli nie­określonej, ale nie jako żona. Czapliński nie dał za wygraną. Pragnąc posiąść Helenę, musiał wpierw zgnębić Chmielnickiego. Zwrócił uwagę Chorążego na bezprawne posiadanie futoru. To byłoby jeszcze rzeczą małej wagi, gdyby nie przyczyniły się tu prawdopodobnie przechwałki Chmielnickiego o rozmo­wie z królem, o zbliżającej się wojnie, o czółnach, o udziale Koza­ków. To budziło podejrzenie. Koniecpolski kazał futor odebrać. Chmielnicki skarżył się przed Chorążym na nadużycie Czap­lińskiego, powoływał się na to, że Subotówkę miał nadaną prawem własności przez Władysława JV, że posiadał na to przywilej. Sprawa wytoczyła się przed sąd. Widocznie wrze- kome dowody Chmielnickiego były albo przechwałką, albo nie dość mocne, bo sprawę przegrał.

Za plecami tego konfliktu wisiała ciągle wojna o ko­bietę. Praktyczna a nieprzewidująca następstw zatargu He­lena, bez żalu opuściła Subotowską siedzibę, przeszła pod dach Czaplińskiego, który, ażeby położyć koniec walce, oże­nił się z nią. Zanim do tego doszło, Czapliński zażądał od Chmielnickiego pokazania dokumentów na prawo posiadaoia, otrzymał je i nie zwrócił. Co tam było—nie wiemy, dość, żo opierając się o rozmaite podejrzenia, Czapliński uwięził Chmielnickiego, który dowodów na usprawiedliwienie się nie posiadał, & „list” królewski był w ręku tytularnego hetmana, Barabasza. Widocznie podejrzewano Chmielnickiego o wzięcie udziału w wyprawie morskiej, a ponieważ plany wojny tu­reckiej i wzięcie w niej udziału przez Kozaków były dla młodego Koniecpolskiego i Podstarościego tajemnicą, mogli podejrzewać Chmielnickiego o zdradą.

Setnik Czehryński przegrał sprawą o Subotów, prze­grał, wytoczoną Czaplińskiemu o porwanie żony, gdyż Pod- starości dowiódł, że żoną nie była, lecz nałożnicą, kochanką, wkońcu znalazł sią w wiązieniu.

Wyprosiła go stamtąd po kilku dniach „mądra Estera0,— jak mówi o Helenie Wieliczko. Chmielnicki nie opuścił Su- botowa, ale siedział cicho. Czapliński postanowił odebrać go najazdem—i odebrał, „pożakowawszy dom i gumno". Chmiel­nicki pojechał na skargą do króla, ale i tu, oprócz niewyra-

Zamek w Chocimiu.

 

 

żnej zachąty, nic wiącej nie otrzymał. Wrócił rozgoryczony, narzekający na ucisk i niesprawiedliwość. W duszy, prze­pełnionej żalem osobistym, rosła chąć zemsty. Dojrzewał w nim plan ucieczki na Sicz, do Krymu. Zapewne zbyt gło­śno odgrażał sią, a pogróżki dochodziły do uszu Czaplińskiego i Chorążego. W celu wykonania ucieczki począł wysprzeda- wać się, ażeby sią w gotówkę zaopatrzyć. Domyślono sią tego i aresztowano go znowu, oddając pod opieką pułko­wnika Czehryńskiego, Jana Krzeczowskiego, którego wią­zały z Chmielnickim długoletnie przyjazne stosunki. Krze- czowski wziął go na porąką.

W tym czasie, zapewne mało mając nadziei na wypląta­

 

nie się z nowej biedy, Chmielnicki powziął plan udania się na Sicz, zasłonięcia się listem królewskim werbowania ocho­tników, przyciągnięcia ku sobie Tatarów, zagrożonych planem Hetmana W. K. Koniecpolskiego i szukania dla siebie, pojmo­wanej po kozacku, sprawiedliwości — także po kozacku.

Autograf Bohdana Chmielnickiego,

 

 

Uciekł tedy na Niż z „przywilejem44 królewskim, który od Barabasza wyłudził. Zdaje się, że za pomocą swojej awan­tury starał się tylko wywrzeć wpływ na Koniecpolskiego o zwrot Subotowa. Akcja rozrosła się niespodzianie.

Rzeczywistym zatem impulsem, który pchnął Chmiel­

 

 

 

nickiego do nieokreślonej jeszcze awantury, była sprawa oso­bista, co nawet niejednokrotnie z początku swojej karjery zaakcentował. Później, przy szczęśliwych okolicznościach, wyrosła mu ona po nad głowę. Używał wprawdzie „krzywd kozackich44 jako hasła agitacyjnego, a nawet o obronie religji wspominał, — bez czego nie miałby zwolenników śród chłop­stwa, — ale główną dźwignią była chęć zemsty.

Udał się tedy na Sicz, w grudniu 1647, w niewielkiej kupie zwolenników i zetknął się tam z Kozakami. Nie mógł do nich przemawiać inaczej jak w imię „krzywd*4, bo sprawa jego osobista nikogo ani pociągnąć, ani zainteresować nie mogła. Każdy Kozak mógł sobie taki Subotów posiadać w Dzikich polach, ale wolał rabunek, a kobieta, wmieszana w awanturę, dla bezżennego z zasady społeczeństwa siczo­wego, byłaby raczej odrazą niż zachętą do pomocy. Musiał przeto swoją sprawę osobistą łączyć z interesem Kozaczyzny i na tę nutę śpiewał. Bez pomocy Kozaków nie mógł się ze­mścić na Czaplińskim.


Tradycje Pawlukowe, Ostrzaninowe i Skidanowe były jeszcze świeże na Siczy. Przegrana wojna rodzi zemstę, stąd też i Kozacy byli życzliwie usposobieni dla awantury Chmiel­nickiego. Umiał on zręcznie w inny ton jeszcze uderzyć, ażeby zwyciężyć Lachów, trzeba szukać pomocy. Doświadcze­nie przekonało, że własnemi siłami nie da się to uczynić. Kogóż do pomocy wołać? Moskwa na razie już poprzednio wykręciła się. Pozostawali zatem zawsze chętni do rabunku Tatarzy.

Chmielnicki wyjechał do Krymu, porozumiał się z ha­nem, dla zjednania go nastraszył planem Koniecpolskiego, a zachęcił —jak mówią — przyjęciem wiary Mahometa i od­prawieniem w obecności hana ,,namazu“ — modlitwy wie­czornej. Han obiecał dać mu na razie kilka tys. Tatarów.

Łatwo się było domyśleć, że zanosi się na imprezę Pa- wlukową, bo śród Kozaków kto tylko huknął na ochotnika - zawsze go znalazł. Jednym—powodem wystarczającym były fantastyczne krzywdy, skierowane do podtrzymania bez­ustannego wichrzenia w państwie, drugim — chęć szukania ko­zackiego chleba. Ilu zgromadził ochotników Chmielnicki? Nikt nie wie. Kozacy zwiększali lub zmniejszali swoje siły w miarę potrzeby. Teraz w interesie postrachu należało zwiększać. Miał otrzymać osiem tysięcy Zaporożców i tytuł hetmana, to jest wodza nad nimi.

Hetman W. K. Mikołaj Potocki, uległy może nadmier­nie winu i kobiecie, był człowiekiem rycerskim, ale w owym czasie już zużytym i małej energji. Stał obozem pod Cze- hryniem z początkiem wiosny 1648. Miał dobry pomysł osa­czyć zuchwałego Kozaka w kryjówce zaporoskiej, ale, jak zaczęto radzić, za radą podobno Szemberga, komisarza Rzpltej przy Kozakach rejestrowych, postanowiono rozdwoić siły: część — mianowicie Kozaków rejestrowych — posłać Dnie­prem bajdakami, drugą część stepem, ażeby zamknać Chmiel­nickiego w Siczy i nie wypuścić na włość, aby chłopstwa nie zwerbował. Rejestrowych było 4 tys., ze Stef. Potockim poszło 1200 kwarcianego wojska i 800 rajtarji. W wojsku nie obeszło się bez Kozaków.

Chmielnicki wyruszył z Siczy w drugiej połowie kwie­tnia, zdołał porozumieć się z rejestrowymi i ku sobie ich pociągnąć. Przysięga wierności miała dla Kozaków znaczenie środka unikania doraźnej kary. Młody Potocki już prawie mijał Żółte Wody doliną, „bałką“, w której skupiały się żró- dłowiska kilku rzek stepowych, gdy został zaatakowany przez Chmielnickiego i rejestrowych z tyłu. Skutkiem niemożliwości obrony, bo i kozacy Potockiego „natione Roxolani“ także przeszli do Chmielnickiego, zdecydowano poddać się na słowo, że puszczeni będą wolno, jeśli oddadzą działa. Oddano je, a Chmielnicki uderzył na bezbronnych. Pozostała zatem tylko rozpaczliwa obrona bez nadziei zwycięztwa. Niedobitki wpa­dły w ręce Kozaków i Tatarów, gdy taborek polski został rozerwany. Potocki poległ. Jan Wyhowski, głośny później pisarz W. Z. i hetman kozacki, który, jako banita za prze­kroczenia różne, w wojsku szukał oczyszczenia się, dostał się Tatarom. Chmielnicki wykupił go u Tuhaj-beja za „jedną kobyłę*, jak utrzymuje Wieliczko.

Droga do Czehrynia była otwartą. Hetman W. K., prze­rażony nieoczekiwanem zwycięstwem Kozaka, a posiadając mało wojska do oporu wobec zdrady rejestrowców, zdecydo­wał się odstąpić w głąb państwa i wzmocnić się posiłkami. Postanowiono cofać się taborem Da Korsuó. Chmielnicki szedł śladem hetmana W. K. Wojsko polskie już minęło Korsuń drogą wiodącą do Hohusławia, gdy trzeba było minąć jeszcze błotnistą i wąską bałkę. Chmielnicki z przodu zaskoczył wojsko polskie. Wozy taboru najeżdżały z góry w nieładzie i w tym nieładzie uderzono nań ze wszystkich stron. Prawi­dłowa obrona była niemożliwa. Rozpoczęła się rzeź i ucie­czka. Obaj hetmani, koronny i polny, poszli w łyka. Zwy­cięzcom dostały się olbrzymie skarby taboru, które Chmiel­nicki zagarnął sobie, lub obdarzył niemi hana i swego no­wego „przyjaciela jasnego sokoła“, Tuhaj-beja.

Jeśli nieostrożność mogła być ze strony hetmanów z braku poprzedniego zbadania pozycji nieprzyjacielskich, to zwy­cięstwa Chmielnickiego na Żółtych Wodach i na bałce Kor- suńskiej nie były wynikiem planu strategicznego, lecz zwy­kłego w owe czasy żołnierskiego fortelu, wyzyskującego nie­ostrożność nieprzyjaciela.

Tak czy inaczej, następstwa tych zwycięstw były fa­talne: siły militarne polskie zniszczone, droga w głąb Rzpltej otwarta, duch sedycji i nienawiści śród chłopstwa i Kozaków wzmocniony.

Chmielnicki nie sformułował sobie jeszcze odpowiedzi na pytanie: czego chce? Co dalej zrobi? W początku czerwca stanął pod -Białą-Cerkwią i wahał się nie bez powodu, — nie był pewny dalszego udziału Tatarów. Z Czerkas jeszcze za­wiadomił Cara i Króla o zwycięstwach. Carowi pisał, że „Króla Lachowie zamordowali". Obozując pod Białą-Cerkwią, zwoływał do siebie chłopów, roznosząc zachęcające wieści o bogactwie zrabowanego taboru Lachów.

Była jeszcze garstka wojska polskiego za Dnieprem pod wodzą Jeremiego Wiszniowieckiego, który, dowiedziawszy się

  • klęsce Żółtowodzkiej i Korsuńskiej, okrężną drogą na Czer- nihów przeszedł Dniepr i stanął w Brahinie. Chmielnicki nie ruszał się z pod Białej-Cerkwi, dokąd doszła go wiadomość, że rząd polski zagroził Turcji wojną, jeśli hana nie oderwie od Kozaków. Tatarzy nie dali się oderwać i to prawdopo­dobnie zdecydowało dalszą kampanję Chmielnickiego.

Bunt kozacki przypadł na czas ciężki dla Rzeczpospolitej: król Władysław IV umarł w Mereczu, kanclerz W. K. Osso­liński był chory, wojsko rozbite. Potrzeba było przedewszyst- kiem odnowić siłę zbrojną. Wyznaczono tymczasowo trzech Regimentarzy: Władysława Dominika Zasławskiego, najbo­gatszego i najgłupszego w Polsce pana, Mikołaja Ostroroga,

  • młodego Koniecpolskiego, nieznanego zupełnie z talentów militarnych. Chmielnicki, dowiedziawszy się o tern, scharak­teryzował ich trafnie: pierzyna, łacina i dziecina. Jeremi Wiszniowiecki, znany z energji, stanowczości i doświadczę- nia wojennego, jedyny człowiek, który w tych czasach na­dawał się na hetmanowanie wojsku, pozostał na stronie.

W chwili wypoczynku pod Białą-Cerkwią, a raczej niepewności, Chmielnicki próbował wykrętów, aby przewlec sprawę. Pisał więc listy do senatorów, prosząc, aby mu prze­baczono „poniewolny grzech** i do Króla, błagając o ,.ojcow­skie miłosierdzie4* — udając, że nic wie o śmierci — i, niby wierny poddany, podpisał się jeszcze:,.Starszy wojska J. K. M. Zaporoskiego4*.

Na arenę, jako ciągle narzucający się pacyfikator, wy­stąpił znany nam oddawna Adam Kisiel, najprzód wyznawca wschodniego obrządku, potem gorliwy katolik, potem znowu gorliwy ortodoksus, człowiek gładki, w polskich szkołach kształcony, jeden z tych, który pełne usta miał wierności i miłości dla Rzpltej, chociaż był gente Ruthenus, natione Po­lonus. Niewątpliwie był to człowiek dobrej woli, znał ducha kozackiego dobrze, ale chcąc dwom panom służyć, Rzpltę, pragnącą więcej niż potrzeba czasem pokoju, bałamucił polityką pojednawczą, a Kozakom pożytku nie przyniósł. W imię dawnej przyjaźni jakoby, radził on Chmielnickiemu odstąpić do Czehrynia i tam czekać na Komisję. Ale któryż to zwy- cięzki wódz ustępuje dobrowolnie z pola zwycięstw?

Na wieść o pogromie Rzpltej, wnet się oświadczył z przy­jaźnią swoją Rakoczy, który ją kolejno Kozakom i Polsce ofiarował i obiecywał siedm tysięcy żołnierzy; Moskwa ode­zwała się także, a tymczasem czerń tłumem napływała pod Białą-Cerkiew. Wiodła ich chęć łatwego „podpomożenia się4* i ta ukryta nieświadoma energja, którą pierwsza lepsza przy­czyna pociąga do wybuchu. Jeżeli Kozacy mieli swoje hasło bojowe w idei odrębności klasowej, to ludność wiejska, żyjąc w takich dostatkach, o jakich dziś marzyć nawet nie może, garnęła się do obozu kozackiego tylko na hasło rabunku i swawoli. Przewyższała ona ilością Kozaków i wolę swoją narzucała Chmielnickiemu, żądając aby prowadził ją dalej, lub obierze sobie innego hetmana.

Zaburzenia, wywołane przez ChmitA^*-:iego, nie pozo­stały bez najbliższego skutku. Ciemną, a chciwą zawsze ludność wieśniaczą i podmiejską łatwo było wzburzyć uniwer­sałami, zwiastującemi fałszywe, lecz pełne dzikości i dostępne inteligencji ludu, obrazy znęcania się nad nim Polaków,

 

wyliczaniem pomordowanych ludzi, których nikt nie mordował, spalonych wsi i miast, których nikt nie palił, zburzonych i spalonych cerkwi, których nikt nie burzył i nie palił. Tłum nie pyta o prawdą. Zgraje agitatorów kozackich opowiadały

  • mordowaniu dzieci, kobiet, o znęcaniu się nad niemi. To wystarczało do budzenia zemsty.

Na odgłos zwycięstw Chmielnickiego, które w wyobraźni ludu prostego wyrastały w olbrzymie obrazy, ludność wszędzie, gdzie tylko nie było dostatecznej siły zbrojnej polskiej, rzuciła się do mordów i rabunku. Nie było to objawem wojny społecznej, jaką była, naprzykład, wojna chłopska w Niemczech, chociaż teQ charakter pragną jej nadać koniecznie historycy wrogich nam narodów, lecz poprostu walką barbarzyństwa z kulturą, która jest wrogiem jego. Określił to doskonale ksiądz Szy­mon Okolski w Djarjuszu swoim o pierwszych wojnach z Kozakami, że ,,jako naturaliter sunt hostes barbari non barbaris, tak prawie jest Rusin Polakowi'*. Pod ciosem ro­hatyny i płonącej żagwi padały większe miasta, jako największe skupienia ludności, a więc Pohrebyszcze, Niemi rów, Mach- nówka, Bracław. Jedynym, zbyt może mściwym obrońcą polskiej ludności był Jeremi Wiszniowiecki, który zaszedłszy na tyły Chmielnickiego z garstką swego wojska, zwalczał

  • ścinał bezlitośnie Kozaków i ich watażków, gdzie się tylko zetknął z nimi.

W takich warunkach 7 lipca zebrał się sejm Konwo- kacyjny. Kozacy przysłali swoich posłów z litanją „krzywd". Skarżyli się tedy, że odbierają im futory, sianożęcie, stawy, młyny, ale milczeli o tem, że futory i pasieki zakładali bez­prawnie i bez wiadomości S-tów na cudzych gruntach; dziesię­ciny pszczelne i wołowe biorą—jako rodzaj podatku w na- turaljach, synom kozackim nie wolno matek przy sobie trzymać, a żonom kozackim kazano ustępować z sadyb po śmierci mężów. Oczywiście, odnosiło się to tylko do Kozaków rejestrowych. Pułkownicy — rzadko Polacy, chyba perekiń- czyki, jak Krzeczowski, który przyłączył się do Chmielnic­kiego, — gdy któremu podoba się koń, albo oręż lub co innego — sobie za pół darmo przyswajają, siano i zboże prze­mocą zabierają. Na Zaporożu także nadużywają swej władzy, po lisie biorą od Kozaka, a gdy nie da —samopały odbierają. Zdobyczy polowej, gdy sam Pan Bóg poszczęści i pojmają

Tatarów lub Tatarczęta, „za co by się Kozak przyodział, tak samo jak stada bydła i koni, odebrane od Tatarów", sobie przyswajają.

Streściliśmy te „krzywdy", gdyż stały się one osią pretensji kozackich, chociaż w znacznej mierze charakter ich zmienił się. Nie nosiły one cech prześladowania, lecz wcho­dziły w zakres zwykłych zwyczajowych obowiązków, lub nieuniknionych nigdy i nigdzie nadużyć.

Kisiel robił w sejmie przychylny nastrój dla Kozaków, usypiając słodkiemi słowy izbę sejmową, to też w chwili, gdy po Korsuńskiej klęsce zbliżała się nowa — Pilawiecka, dziękowano Kisielowi, że „chmurę straszną, na zgubę Ojczyzny zgromadzoną, rozerwał". Tak wielka była moc frazesów. Postanowiono zbadać przyczynę rozruchów.

Rada dobra, ale lepsza była — wpierw rozruchy uspo­koić, a potem przyczyny badać i usunąć. Postanowiono w końcu lipca wysłać Komisję „ludzi wielkich*' do Kijowa z żądaniem, aby Kozacy brańców wolno puścili, materjał wo­jenny zabrany wrócili, zrzekli się sojuszu z Tatarami, aby zawsze pozostali tylko strażą graniczną od Turków, aby Ku- daku nie niszczyli, listy zmarłego króla zwrócili. W końcu mieli oświadczyć, że żołd był wysłany przed samym buntem i że między Kozakami zaginął.

Nic sobie Kozacy nie robili z Komisji—wycięto Połonne; Krzywonos, odpędzony od Konstantynowa, bawił się w Barze. Tymczasem Chmielnicki 29 sierpnia zorganizował się i obli­czył. Miał 180 tysięcy zbieraniny kozackiej i 30 tysięcy ordy. Zebrało się trochę i wojska polskiego, jako też pospolite ru­szenie. W stosunku do Chmielnickiego zarysowało się dwa poglądy: Kisiel nie radził grozić, będąc tego zdania, że „wi­sząca szabla przywiedzie do ostatniej rekolekcji*4, a więc swoim zwyczajem życzył „radą szaleństwo mitygować", bo inaczej stracimy Ukrainę. Jeremi Wiszniowiecki zaś mówił: „uchowaj Boże, aby dla konserwacji Ukrainy środek pań­stwa naszego zgubić daliśmy". Nie o chrześcijańską pobłażli­wość tu chodziło, lecz o państwo, jego całość i przyszłość.

Wojska polskiego w pobliżu Konstantynowa zebrało się 36 tysięcy. Wyglądało ono jakgdyby szło na okazowanie, czyli rewję paradną, nie zaś na wojnę. Współczesny histo­ryk powiada, że „od srebra i złota blask w wojsku. Rzędy, siodła, bronie w srebro i złoto oprawne. Bogate stoły i wiel­kie w wojsku bankiety, strojne panów ubiory, przepysznych i drogich futer podostatkuu. Dużo skarbów, gdybyż tyle i odwagi. Stanęli pod Pilawcami. Przekonano się, że obóz źle założony, postanowiono przeto cofnąć się taborem, już w obliczu nieprzyjaciela. Wodzowie wyjechali pierwsi. Woj­sko, myśląc, że umknęli, mieszać się poczęło. Zaproponowa­no dowództwo Wiszniowieckiemu, który odmówił, widząc niemożność poprawienia cudzych błędów. Kozacy i Tatarzy rozszarpali tabor. Nastąpiła panika ucieczki z jednej stroDy, rzeź i rabunek z drugiej. Wszystkie rzędy, konie, srebra dostały się zwycięzcom. Za kwartę wódki można było do­stać aksamitną szubę. Zwycięstwem tego nazwać nie można. Był to popłoch nieoczekiwany nawet przez Chmielnickiego.

Wodzowie i niedobitki schroniły się do Lwowa, przera­żenie i przestrach przynosząc do bezbronnego miasta. Świa­domość niebezpieczeństwa rozbudziła ofiarność publiczną. Chmielnicki obiegł Lwów, który mężnie się bronił. Hetman kozacki niecierpliwił się, Tatarzy zapewne jeszcze więcej, postanowiono tedy zaproponować miastu okup. Samuel Ku- szewicz słuszaie mówił, że „Rzplta opuściła nas".

Dotychczas nic ujawniły się żadne plany Chmielnickie­go, mające na celu sformułowaną obronę interesów narodo­wych. Przeciwnie, w dezyderatach posłów przybyłych na Sejm Konwokacyjny była tylko mowa o „krzywdach koza- ckichM i żądanie obrony w tym kierunku. Był to poprostu bunt wojskowy, poparty przez czynniki najmniej uświado­mione narodowo, które nie upominały się o żadne prawa narodowe, ale, widząc obok siebie bogatego sąsiada, żądne były tylko rabunku. W tym samym kierunku można było jedynie zadowolnić pragnienia Tatarów, pomocników i przy­jaciół Chmielnickiego. Szczęśliwy zwycięzca gotów byłby iść za tym impulsem, jak długo starczyłoby mu czasu i sił, gdyby w chwilach przytomności umysłu nie stawało przed nim pytanie: co będzie dalej?

Na drodze zwycięskiego pochodu był Lwów, jedna z bram wiodących w głąb Rzpltej. Chmielnicki postanowił ją sforsować. Nie udało się. Postanowił przeto złupić mia­sto, żądając okupu i wydania żydów, od których byłby z pew­nością zażądał osobnego okupu, lub sprawił im krwawą łaź­

 

nię— jak w Połonnem. Lojalni rajcowie lwowscy Die wydali żydów, a o okup targowali się. Trzeba było zadowolnić Gałgę, Tuhaj-beja i Kozaków. Okupił się Lwów kosztem siedmiuset tysięcy złotych poi., a Chmielnicki podążył pod Zamość.

W Zamościu był tylko pułk piechoty niemieckiej i 300 ochotników, trochę piechoty węgierskiej i 800 ludzi, utrzymywanych przez ordynację Zamoyską. Chmielnicki miał podobno już tylko 80 tys. przy sobie, reszta chłopstwa roz­lazła się wobec zbliżającej się zimy. Chciał szturmem zdo-

Oblężenie Lwowa przez Chmielnickiego w r. 16^9.

 

 

być twierdzę, mieszkańców straszył, że „poszło duszek wa­szych niemało do Wisły“. Miasto broniło się. Wreszcie za pośrednictwem Mokrskiego, ex-jezuity, będącego pono in odorc u Chmielnickiego, okupiło się. Kozacy odstąpili, a Chmiel­nicki przechwalał się, że uczynił to dla miłości króla, — i niby miał zamiar uderzyć na Lublin. Ale było to już przykrywanie cofania się.

W tym czasie wybrano nareszcie królem Jana Kazimie­rza. Na rozmaite dezyderaty Chmielnickiego, znane już nam, a wyrażane dorywczo w listach do króla, król zgodził się na to, ażeby wojsko zaporozkie pozostawało pod władzą króla. Co zaś do drugiego ważnego punktu, aby unja ko­ścielna została zniesiona — nie zależało to od woli króla. Rzeczywistego „uspokojenia4* miała dokonać Komisja, której przewodniczyć miał oczywiście Kisiel, wielki amator orator- skiego gadania, pięknego pisania i przywracania spokoju za pomocą tych środków.

Była już późna jesień kiedy Chmielnicki rozpoczął od­wrót wprost na Kijów. Wracał bez żadnych pozytywnych rezultatów, zostawiwszy tylko ruinę, popieliska i krew nie­winnych ofiar na drodze swego pochodu. Zupełnie tak samo, jak gdyby to była wyprawa na Oczaków lub Kilję. W po­jęciu tłumu wracał nie jako niszczyciel państwa, lecz zwy­cięzca, pewny swojej mocy, stojący na czele licznych zastę­pów. Ta okoliczność była przyczyną, że pochylały się przed nim czoła zarówno duchownych dostojników jak i tłumu. Tkwiło jednak jeszcze w tym tłumie poczucie czegoś złego, świadomość winy i to było hamulcem, powstrzymującym czas jakiś od rabunku i niszczenia wszystkiego, co polskie. Niedługo to jednak trwało.

Do Kijowa przy błąkał się wówczas jakiś oszust i przy­błęda, mianujący się Patrjarchą. Jechał do Moskwy po jał­mużnę, gdy mu się nadarzyła świetna sposobność zetknięcia się z samozwańczym hetmanem kozackim. Ów Patrjarcha Hieronim uderzył w próżność Chmielnickiego: powitał go pontyfikalnie jako obrońcę religji,—kijowskie duchowieństwo było wstrzemięźliwsze, — dał mu błogosławieństwo na dalszą wojnę, zaoczny ślub z cudzą nierozwiedzioną żoną, — znaną nam już Heleną,—i posłał jej prezenty, równie słusznej war­tości jak jego dostojeństwo,— to jest „mleko Najświętszej Marji Panny*4 i „samozapalające się świece". Trudno było za pomocą figlów duchowieństwa greckiego w sposób bar­dziej brutalny bałamucić ciemne umysły. Zadowolony z tego wszystkiego Chmielnicki pił na umór i bawił się.

Wyjechał wreszcie do Czehrynia, a stamtąd do Pereja- sławia, gdzie stanął 19 lutego 1G49 roku w oczekiwaniu obie­canej Komisji. Po długich przeszkodach zjechała wreszcie Komisja z Kisielem na czele. Znalazła się tam, jak w gnie- ździe trzmieli. Chmielnicki, nadęty zwycięstwami, pił, z cza- równicami radził, a zamiast porozumiewać się z komisarzami, łajał ich, jak parobków.

Tu dopiero, w chwilach wolnych od pijatyki, błysnęła w jego umyśle niewyraźna idea możliwości autonomji pro­wincjonalnej. Wyrzucił ją z siebie jak rakietę: „miejcie wy dla siebie Polskę, a nam Kozakom Ukraina należy“. „Wojo­wałem — mówił — o szkodą moją, teraz o wiarę prawosławną, będę wojować1'. Plótł przy tern niestworzone rzeczy, — że Po­lacy Kozaków „w pługi zaprzęgali'*, że „ziemi lackiej zginąć trzeba'*. Jednego dnia stawał niby w obronie wiary prawo­sławnej, a drugiego dnia Wieszniak, niedawny poseł do War­szawy, krzyczał: „wasi księża’i nasi popi, wszystko z ^...sy­nowie". A Kisiel „głaskał" i „miękczył łagodnemi słowy" pijanego Chmielą. Rzucił mu wreszcie Chmielnicki świstek papieru, jako warunki swoje: —aby unję znieść, Metropolita Kijowski aby w Senacie miał miejsce, Wojewoda i Kasztelan aby byli greckiego wyznania; kościoły rzymskie mogą pozo­stać,— niestety, były już zniszczone w tym czasie, a ducho­wieństwo wymordowane, — tylko Jezuitom zabroniony wstęp na Kuś; aby Czaplińskiego i Wiszniowieckiego Jeremiego wydano mu, dokończenie Komisji na Zielone Święta, a do tego czasu wojska-koronne i litewskie nie miały wchodzić w woj-dztwo Kijowskie po Horyń i Prypeć, a od Podolskiego i Bracławskiego po Kamieniec.

W ostatnim punkcie tkwi także pewne pojęcie, w jaki sposób Chmielnicki określał granice pojmowanej przez siebie Kozaczyzny autonomicznej z najwyższymi urzędnikami wy­znania greckiego. Wszędzie jest mowa o Kozakach, ale o narodowości ruskiej—nigdzie. Kozacy zatem występują tu tylko jako klasa dominująca i rządząca, ale posiadająca cha­rakter tylko militarny, nieoparta zgoła o niewzruszoną pod­stawę każdego państwa — ziemię.

Dezyderaty powyższe nie miały jednak żadnego znacze­nia. bo Chmielnicki, rosnąc w pychę i liczbę w dalszej woj­nie, myślał, — lecz nie o tern jak ją zakończyć z pożytkiem- W lipcu 1649 roku wojska kozackie obiegły Zbaraż, gdzie z garstką żołnierzy zamknął się Jeremi Wiszniowiecki i Ko­niecpolski. Pomimo najszczerszej chęci zdobycia Zbaraża,, nie zdobył go, a tymczasem wojsko polskie z Janem Kazi­mierzem ruszyło na pomoc. Idąc z odsieczą, król zatrzymał:

się pod Zborowem. Rozpoczęły się układy z hanem o odstą­pienie Chmielnickiego. Lękając się, aby one do skutku nie doszły, Chmielnicki z większą siłą pod Zborów ruszył. I tu miał szczęście. Wojsko nie okazało rycerskiego ducha i król

  • mało nie dostał się do niewoli. Nadaremnie prosił: „nie odstępujcie Ojczyzny, pamiętajcie na sławę przodków wa­szych". Han przychylił się jednak do pośrednictwa pojedna­nia obu stron, skutkiem czego zawarto traktat i pokój Zbo­ Równocześnie stanęły dwie ugody: z hanem Islam Girejem (19 sierpnia 1649) dzięki pertraktacjom W. K. ko­ronnego Ossolińskiego i osobna—z Kozakami, jako „deklaracja łaski".
  1. Mają być zachowane „dawne przywileje i wolności".
  2. Wojska zapór, ma być 40.000. Do rejestru wolno wpisy­wać się od Dymiru do Jampola nad Dniestrem, a za Dnie­prem — w Ostrzu, Czernihowie, Niżynie, Romnie. 3. Cze- hryn z okolicą pozostać ma przy buławie hetmana kozackiego, 4. Amnestja powszechna. 5. W miastach, które będą siedzibą pułków kozackich, nie wolno żydom mieszkać. 6. W sprawie unji i dóbr duchownych ma być osobny układ z Metropolitą Kijowskim. 7. W woj-ach Kijowskiem, Bracławskiem i Czer- nihowskiem urzędy otrzyma szlachta ritus graeci. 8. Jezui­tom w Kijowie mieszkać niewolno. 9. Szkoły ruskie, już istniejące, mają w dawnych siedzibach pozostać. 10. Kozacy szynkowni nie mają, ale na swoją potrzebę mogą palić go­rzałkę i sycić miody.

„Deklaracja łaski" nie zadowolniła Kozaków. Kisiel, naznaczony woj-dą kijowskim, 7 listopada 1649 zjechał na woj-dzwo, ale był chłodno przyjęty. Nikt na spotkanie nie stawił się, nawet Chmielnicki przyjechał później. „Dekla­racja", może na razie niedoceniona, zawierała jeden postulat ważny — określała granice terytorjalne Kozaczyzny, acz niewyraźnie i była czemś podobnem do autonomji kozackiej w granicach wojewódzkich, ale sejmem wspólnym, wojskiem

  • polityką związaną z Rzpltą. Tej strony zależności nawet nie potrącano. Wogóle zależność,objętą traktatem Zborowskim, możnaby nawet nazwać do pewnego stopnia unją kozaczy­zny z Rzpltą polską. Ale charakter tej zależności, jakkolwiek nie był szczegółowo określony, wyczuwało się w treści tra­ktatu.

Kozaczyzna ukralnna.

Islam Girej, mając swoje porachunki z Moskwą, chciał do wojny zachęcić Chmielnickiego, który miał inne plany dalekie i tajemnicze jeszcze, nie dał się przeto wciągnąć.

Chmielnicki zarzucił sieci na wszystkie strony, nie wie­dząc zgoła, co mu się uda złapać. Już z pod Zbaraża wysłał poselstwo do Padyszacha z propozycją przyjęcia Kozaków pod swoje hołdownictwo. Oczywiście miał na myśli wzór hospodarstwa wołoskiego. Padyszach odwdzięczył się — win­szował mu zwycięstwa i przysłał buńczuk, kaftan, buławę i tytuł „Księcia Ruskiego1', a do tytułu dodał 3 funty sza­franu i wór rodzynków. Na razie na tern się skończyło hoł­downictwo Sułtanowi — dość tanio kupione. Łechtany w du­mie swojej przez wrogów Polski, Chmielnicki wykrzykiwał: „mam za sobą Cara tureckiego, moskiewskiego, ordę, nie tylko Koronę polską, lecz państwo Rzymskie komu zechcę— dam".

Umizgi do Padyszacha nie przeszkodziły mu przygoto­wać wyprawę na Wołoszczyznę. Krótko ona trwała—Chmiel­nicki pokonał Leopolda, który Tatarom i Kozakom opłacił się. Ale za kulisami tego zwycięstwa było przyrzeczenie Ho­spodara oddania młodszej swojej córki, Rozandy, za żonę sy­nowi Chmielnickiego — Tymoszkowi.

Pomimo niby pokoju z kozakami, była ciągle mała wojna: ta lub inna strona napadała, lub broniła się. Każdą awanturę można było uważać za złamanie traktatu- Chmiel­nicki brał je także za powód do wojny. Czego pragnął jego niespokojny duch, do czego dążył, na czem miał poprzestać?— Były to zagadki. Dawniej on był wodzem, teraz czerń ko­zacka pchała go do wojny. „Dawaj żeru!" — stało się hasłem. On robił politykę, a „czerń" wojnę. 12 czerwca sto tysięcy ordy, jak mówiono, minęło Fastów.

Polska na obronę zdołała zgromadzić 40 tys. zaciężnych i sto tysięcy szlachty pod Sokalem. Stanowisko nie było dobre. Czarniecki radził zbliżyć się do Beresteczka. W tę stronę podążał także Chmieloicki, robiąc wszelkie możliwe usiłowania, ażeby na tyłach armji polskiej wywołać chłopskie rozruchy i chłopów przeciwko szlachcie podburzyć. Próba, do której dał się użyć jakiś Kostka-Napierski nie powiodła się i zakończyła się na szubienicy dla niedoszłego chłopskiego het­mana. Kozaków było 90 tysięcy piechoty, 12 tysięcy jazdy, 100 tys. czerni, ladajako uzbrojonej, która szła jak na pewny rabunek. Czekano na Tatarów. Pod Wiszniowcem oba woj­ska połączyły się. Dzwonem w cerkwiach witano radośnie ich przybycie, popi wyszli na spotkanie Tatarów w pontyfi- kalnych szatach, z 00 dział bito na powitanie. Chmielnicki w namiocie swoim leżał pijany. Wiedział już dawniej, że owa Helena, o którą wojnę rozpoczął, nowy romans nawiązała z jakimś zegarmistrzem, z którym dzieliła się złotem, wydo- bytem z krwi i pożarów. Kazał synowi Tymoszkowi powie­sić ją. Pod Beresteczkiem otrzymał wiadomość, że wyrok wykonany. Martwił się przeto po swojemu, po kozacku,— pił. Pospolite ruszenie zajęło środek, lewem skrzydłem do­wodził hetman polny Kalinowski, prawem — woj-da Bracław- ski Lanckoroński. Pierwszego dnia do rozstrzygającej roz­' prawy nie przyszło. Jeszcze prawe skrzydło kozackie, oparte

  • tabor było mocne; Chmielnicki chciał zajść tyły polskie
  • zająć pole bitwy przed nocą. Han, spostrzegłszy umykają­cego Chmielnickiego, posądził go o zdradę i półpijanego pociągnął za sobą do Wiszniowca, przywiązawszy do konia, jak powiadano. Poczęto zdobywać tabor. Kozacy prosili o łaskę. Król zażądał wydania dział, broni i Chmielnickiego. Pułkow­nik Dżedżało, zastępujący Chmielnickiego, skłonny był do przyjęcia warunków, zrzucono go jednak z godności, a na czele stanął Bohun. Ostatecznie tabor rozerwano, znaczna część czerni rozbiegła się. Była to, jak słusznie pisał Ru­dawski, nie bitwa, lecz licha potyczka bez planu, a trzeba dodać, i bez następstw. Chłopi rozbiegli się, Kozacy ucie­kli, Tatarzy cofali się — i na tem wszystko skończyło się. Pospolite ruszenie w pogoń iść nie chciało, po długich -certacjach z królem rozeszło się do domu, a wojsko koronne z hetmanem W. K., starym, chorym i niedołężnym w głąb Ukrainy poszło gasić pożar. Naocznie przekonano się, jak wyglądała obrona ludu przez Chmielnickiego. „Po drodze — pisze świadek — ani miasta, ani wsi, jeno pola a popioły; ani ludzi ani zwierza żyjącego, tylko ptactwo w powietrzu'*. „Kraj bogaty, zboża i traw obfitość, ale ludzi niema, niema komu żąć i zbierać". Wojsko długi czas żywiło się ziarnem, wyłuszczoDem z kłosów i prażonem na ogniu1'.

Chmielnicki, wydobywszy się z rąk Hana, zwoływał resztki rozbitków i stał na Rusawie, ledwie w pięć tysięcy

Kozaków. Hetman zdążał do Kijowa. Radzono uderzyć i zni­szczyć Chmielnickiego. Brakło energji. Na dobitek Wisznie- wiecki w drodze umarł. Zjawili się posłowie prosić o mi­łosierdzie. Chmielnicki wiedział, że Radziwił z północy po­dąża na Kijów, chciał traktatem przeciąć drogę Potockiemu do Kijowa. Zbliżył się do obozu polskiego z chęcią zgody. Naturalnie i tu Kisiel wyjechał z pośrednictwem. Nadbiegł także do obozu z afektem Sylwester Kosow, pokorny i słodki,, a Kisiel „głaskał lud słodyczą spoczynku" w Białej Cerkwi, skąd jednak z rąk ludu ledwie wymknął się cało do obozu, chociaż zaklinał się, że jest Rusinem. „Tak — odpowiadali sar­kastycznie Kozacy—ale ruskie kości polskiem mięsem porosły"- Zbyt był giętki, aby o niego oprzeć się można było. Niechęt­nie na pokój patrzyli i Tatarzy i na nowe braterstwo Koza­ków z Polakami. Im chodziło o rabunki tylko. „Lach to- brat —mówili — ale koń nie brat, sukmanka nie brat".

Zdecydował się Chmielnicki upokorzyć i zaproszony na obiad do Potockiego, upiwszy się syczał jak gadzina, łając wszystkich, wreszcie porwał się od stołu i bez pożegnania odjechał. Ale do traktatu w Białej-Cerkwi przyszło dnia 28. września 165J r. Nie rozstrzygnął on sporu ani pod względem klasowym ani społecznym. Regestr Kozaków zmniejszono do 20 tysięcy. Rejestrowi, mieszkający w dobrach szlacheckich i królewskich, mieszkający w Woj-twach Czernihowskiem i Bracławskiem, mieli się wyprzedać i przenieść do Woj-twa Kijowskiego. Wojsko koronne ma stawać na leżach tylko w Woj-twach Bracławskiem i Czernihowskiem. Reszta punk­tów ugody nie różniła się od poprzednich.

O „starych wolnościach" już mowy nie było, gdyż zdo­bycze kozaczyzny dawno przekroczyły te granice.


Pod Białą-Cerkwią Chmielnicki był osamotniony i lękał się starcia z Polakami — wojsko jego z pod Beresteczka rozbiegło się, Tatarów nie było. Godził się więc łatwo na wszystko, będąc przeświadczony z góry, że nic nie dotrzyma. Układał się z Potockim, ale układał się także i z Tatarami równocześnie. Z pod Białej-Cerkwi cofnął się niby do Bo- husławia i Czehryna, a w samej rzeczy wyszedł na powita­nie Tatarów. Byli mu potrzebni do innej okazji.

Łatwe zwycięstwa podniosły dumę tej „bestji" — jak nazywał Chmielnickiego przyjaciel Kisiel, — zapragnął usta­lić, jeśli nic swój los, to przynajmniej synów. Intrygował w Stambule przeciwko Lupulowi, narzucał się ze swojcm hołdownictwem sułtanowi, a wszystko to robił dla wyrów­nania drogi dla Tymoszka. Już go był zaręczył z Rozandą, teraz, uspokoiwszy się od strony Polski, postanowił wyprawić syna na wesele. Robił tam miejsce po Lupulu dla „plugawca Tymoszka"* Wyprawił przeto Tymoszkę z taborami, a sam posuwał się za nim. Wojsko polskie zastąpiło mu drogę pod Batohem. Obozowisko było wielkie i niemożliwe do obrony przez garstkę prawie żołnierzy. Tymoszko nie miał chęci walczyć, ale widząc drogę zabarykadowaną, musiał ją oczyś­cić. Przyszło do starcia, które zakończyło się rzezią wojska i rabunkiem. Kilka mamy opisów ślubu Tymoszka, a wszyst­kie świadczą wymownie na jak niskim stopniu kultury to­warzyskiej stało ówczesne społeczeństwo kozackie. Orszak Tymoszka, oprócz starszyzny, składał się także z kobiet, które na pokoje hospodarskie przychodziły pijane, tańczyły ze sobą, łajały się ze służbą, a pan młody siedząc przy żonie w czasie uczty, czyścił ,,pazury11. Zapytany przez teścia, czy jest zadowolony, odpowiedział, że ,,wszystkiego było mnoho“. W przemówieniach wyręczał go Wyhowski i zacierał cham­stwo młodego Chmielnickiego.

Puściwszy Tymoszka na „przepiórcze pole“, stary het­man kozacki zajadły na Polskę, a nie umiejąc na zimno rozważać przyszłości, w końcu marca 1652 zwrócił się do Moskwy, aby go „Car wziął w swoją miłościwą opiekę'*. Bo­jarowie udawali, że nie wiedzą o co chodzi, odpowiadali: i owszem, chodźcie do nas, mamy ziemi dużo, nad Donem, nad Niedziedzicą.

Chmielnicki rzucał się jak szczupak w matm', jak czło­wiek nienormalnego umysłu. Szukał rozwiązania sporu ko- zacko-polskiego nie najbliżej w Polsce, lecz najdalej. Zda­wałoby się, że więcej mu chodzi o nasycenie zemsty osobistej, niż o pożytek kraju. Nie znalazłszy zadawalniającej odpo- dzi w Moskwie, zwrócił się do Szwecji, która miała pora­chunki z Polską i obiecał jej swoją pomoc. Na razie nada­rzył się jako pośrednik Radziejowski, którego także pycha do Szwecji przerzuciła.

A tymczasem wlokła się wojna domowa. Czarniecki zdobywał jedno miasteczko po drugiem, ale sprawa kozacka wisiała w powietrzu. Nareszcie 24 marca 1653 r. zebrał się Sejm w Brześciu. Sprawa kozacka narzucała się sama przez się, coraz groźniejsza. Postanowiono wysłać poselstwo na Sejm w Regensburgu do Cesarza, przedkładając, że wichrzenia kozackie są groźne nie tylko dla Polski, lecz dla całej Eu­ropy, dokąd się łatwo przenieść mogą — groźne są Niemcom, Siedmiogrodowi, Wołoszczyźnie. Proszono o pomoc.

Nie oglądając się wszakże na tę pomoc, postanowiona powtórzyć marsz Potockiego — wkroczyć z wojskiem na Ukrainę i bunt kozacki szablą przydusić. W połowie czerwca 1653 król wyjechał do Lwowa, gdzie w pobliżu, w Glinia­nach zebrało się 38 tysięcy wojska, czekającego na żołd. Do walki nie było ochoty, natomiast do pijatyki, zabaw i bójek aie brakło nigdy. Zjechali do Lwowa także posłowie mo­skiewscy na wywiady, ale zasłaniano się pretensjami o ty­tuły carskie. Przy tej sposobności mówili, iż dowiedzieli się, że „prawosławie jest w niewoli u Lachów". Ryły to pierw­sze preludja, szukanie zaczepki, a obrona prawosławja była zawsze bardzo popularnym tematem dla różnorodnej agitacji, dla mieszania się w sprawy obcego państwa.

Chmielnicki miał 9 tysięcy zaporożców i trochę Tata­rów. Do Czehrynia przybyło 50 tysięcy czerni na wieść

  • Wojsko polskie w ilości około 16 tys. z pod Gli­nian dla lepszej paszy ruszyło nad Strypę. Nie było pewności w którą stronę wyruszyć wypadnie — na Wołoszczyznę czy na Ukrainę. Na Wołoszczyznie pretendent do tronu zaatako­wał Lupula i w Suczawie obiegł Tymoszka. Zdecydowany był marsz na Ukrainę, gdy doszła wiadomość, że Chmielnicki ciągnie na odsiecz synowi, zbiera chłopstwo i straszy potęgą wojska polskiego. Ruszył się rzeczywiście pod Żwaniec. Tu go doszła wiadomość, że syn, ranny w czasie oblężenia, umarł, a równocześnie i przyjaźń tatarsko-kozacka ochłodła. Chmielnicki upadł na duchu. Zbliżała się zima. Mówił wprost hanowi, że zginie, jeśli go Tatarzy opuszczą. Położenie z obu stron było jednakie: konie głodne, żołnierz niechętny
  • zmarnowany jesieonemi słotami. Han okazał się skłonnym do układów i pośrednictwa. Dziwne to były układy — nie spisane nawet podobno, niezaprzysiężone. Ze strony Kozaków występował nie Chmielnicki, lecz han, który wyraźaie mó­wił: „z Kozakami układać się nie potrzeba". Rudawski po­wiada, że Han .zobowiązał się odstąpić Chmielnickiego, za co miał otrzymać sto tysięcy złotych, traktat Zborowski miał utrzymać moc, posłowie tatarscy na sejmie złożą przysięgę, dwaj zakładnicy mają rezydować stale na dworze hańskim. Han domagał się jeszcze prawa brania jasyru z powrotem i rabunku, na co Polacy nie zgodzili się, a Han o zgodę tylko pro forma pytał.

Chmielnicki na wszystko godził się milcząco, bo już za plecami HaQa i Polski nawiązał z Moskwą układy. Car wy­słał do Czehrynia Łopuchina i Trubeckiego z listem do- Chmielnickiego. Spieszno było posłom oświadczyć łaskę car­ską, bo wyjechali aż do Humania na spotkanie hetmana. Kazał im z powrotem do Czehrynia jechać. Tam odegrała się komedja pokory z tatarskim ceremonjałem: Chmielnicki kładł na głowie hramotę carską, całował pieczęcie, ale brał ruble i sobole. To samo robił i Wyhowski, ale prosił, aby mu przy Chmielnickim tylko nieznaczne podarunki wręczano, aby się hetman nie gniewał. Wszyscy udawali obłudną po­korę, oszukiwali się wzajemnie i zachęcali się wzajemnie do „wierności".

Już 1 października Sobór ziemski, zwołany przez Cara wysłuchał oskarżenia Jana Kazimierza o to, że „nad Koza­kami niechrześcijańskie złości czynił", postanowiono przyjąć Chmielnickiego pod mocną rękę i wypowiedzieć wojnę Pol­sce. Chmielnicki zawiadomił o tym fakcie koszowego na Siczy, jako niby moralną władzę nad Kozaczyzną i pytał o radę, odpowiedziano mu ani tak ani owak, ogólnikiem, że „do dawnej przyjaźni z Polską wrócić niepodobna", nie wspomniano z grzeczności o tern, że sam Chmielnicki zao­strzył nieprzyjaźń.

Na początku stycznia 1654 r. udał się Chmielnicki do Perejasławia i tam zaprosił posłów carskich Buturlina, Ki- kina, Ałfcrjewa. Dlaczego Die do Kijowa, lecz do lichej mieściny stepowej? Lękał się zapewne opozycji duchowień­stwa i tej garstki inteligencji ruskiej, jaka się tam skupiła, lękał się, że carskie ruble i sobole, któremi hojnie obdarza­no jego i starszyznę kozacką, będą uważane za srebrniki Ju­daszowe. Jeszcze w późnej jesieni roku 1648 wykrzykiwał w Kijowie: „ja tu pan" i nagle rezygnował z dokonania w tern mieście aktu największego dla Rusi i Polski znaczę- nia dziejowego. To tylko dowodziło, że akt ten był wyni­kiem jego samowoli. Nie najwyższe duchowieństwo, nie in­teligencję ruską zgromadził do Perejasławia, lecz zwołał „Czarną radę", złożoną z najhałaśliwszych i najbardziej nie­sfornych żywiołów, żyjących z wojny i rabunku, nieświado­mych żadnych politycznych stosunków, niezdolnych do oce­nienia doniosłości aktu, do wykonania którego powołani zo­stali. Gorzałką i miodem można było kupić ich głosy.

Chmielnicki wyliczył im „krzywdy" polskie i przedsta­wił trzech amatorów (na razie więcej nie było) do objęcia „Ukrainy", względnie Rusi południowej: Tatarów, Turków i Moskwę. Tamtych ganił jako „niewiernych" chwalił tylko Moskwę i prawosławnego Cara, a potem pijanego tłumu za­pytał: dokąd chcecie pójść? Wybierajcie! Tłum wrzasnął: „wolimy Cara wostocznego!"—i w ten sposób wyraziła się niby wola Kozaczyzny, która narzuciła się na przedstawicielkę narodu ruskiego. Nastąpił ten wielki akt, który miał stwo­rzyć przyszłą potęgę przyszłej Rosji bez żadnych poprzednich układów, bez żadnego planu, głosami kilkuset chłopów spro­wadzonych ad hoc. Chmielnicki rozmawia z Buturlinem bez świadków. Poseł carski nagli do przysięgi na wierność. Nastąpiła chwila wahania się. Chmielnicki żąda ażeby po­słowie złożyli przysięgę, że dochowają przyrzeczenia „zacho­wania dawnych wolności" i żeby taką przysięgę Car złożył. „To nieprzystojne żądanie, u nas Carowi przysięgają, ale nie Car" — odpowiedziano. Żadnego świstka papieru nie dano na dowód, że akt złączenia dwóch Rusi—północnej i po­łudniowej, dokonał się. Skończyło się na,tem, że „sprawy swoje Hetman i Starszyzna przedstawią osobno".

Na żadnym punkcie nie ustąpili posłowie carscy. Chmiel­nicki może znękany tern wszystkiem co się już stało, zawołał: „niech się dzieje wola carska". Opozycja rozpoczęła się już na drugi dzień po przysiędze. Buturlin zażądał spisu miast, które mają przejść pod „mocną" rękę, aby na wierność złożyły przysięgę. Wyhowski oświadczył, że nie mają po co jechać, jeśli hetman nie otrzyma trwałych przyrzeczeń. Nic sobie z tego nie robił Buturlin i z dużą zręcznością odpierał preten­sje deputacji kozackiej. Wzdrygała się także garstka szlachty ruskiej, żądając rozdania jej urzędów wojowódzkich i przedkła­dając spis nazwisk osób desygnowanych na te urzędy. „To nieprzystojny zwyczaj naznaczać sobie urzędy, nawet mówić o tern nie wypada". Odbył się nareszcie akt przysięgi. Po­wiadano, że Chmielnicki płakał—może miał wizję przyszłości. Buturlin widząc te łzy, pisał do Cara, że „lud płakał z radości, że będzie odtąd pod wysoką ręką carską".

Po dokonanym akcie przysięgi 8 stycznia s. s. 1654 roku, odbył się akt wręczania znaków carskich: chorągwi, buławy, ferezji, czapki i soboli, a Buturlin przy każdym przedmiocie wysilał się na komplement dla Cara. Wkładając ferezję na plecy hetmańskie porównał Cara do orła pokrywającego orlęta. Ustrojony w czapkę sobolową i ferezję carską Chmiel­nicki wracał od Buturlina piechotą do domu, aby łaskę carską wszyscy oglądać mogli.

Nastąpiły wzajemne wizyty i grzeczności bardzo kwaśno wygłaszane. Okłamywali się wzajemnie obietnicami i prze­chwałkami. Chmielnicki gadał, Buturlin dyskretnie milczał.

14 stycznia s. s. Buturlin z orszakiem udał się do Kijowa, aby miasto do przysięgi przyprowadzić. 1 tu przekonał się, że sprawa nie jest gładka. Metropolita potraktował go jako „go­ścia" i swoim ludziom przysięgać nie pozwalał, uczynił to do­piero pod groźbą. Wprost mu wyrzucał, że „carskiej łaski nie szukał", „do Moskwy nie jeździł". „Chmielnicki wam poddał się, nieja". „Nie patrzcie początku lecz końca"—mówił. Wogóle Ki­jów przyjął żołnierzy i wojewodów carskich bardzo nieżyczliwie.

Niepraktykowanym nigdzie zwyczajem, po przysiędze wierności poczęto mówić o warunkach, o podstawach przy­sięgi. Do Moskwy dla układów wysłano Bogdanowicza, jene- ralnego sędziego wojskowego, Pawła Teterę pułków. Pereja- sławskiego i in., którzy stanęli na miejscu w końcu marca 1654 r. i przywieźli coś podobnego do punktów supliki wojska Zaporoskiego, nad którymi bojarowie dyskutując, przyjmowali je lub odrzucali dowolnie. Posłowie złożyli kopję Traktatu Zborowskiego, przywileje na Trechtymirów Kozakom, na Czehryń Chmielnickiemu i przywileje Władysława IV różnym ludziom nadane. W ostatecznej redakcji na podstawie tej „supliki" przyznano szlachcie obrządku wschodniego prawa władania swemi majętnościami; Czehryń dostał Chmielnicki; Car przyjmuje Kozaków na podstawie dawnych praw i przy­wilejów, sąd mają mieć własny, rejestr 00.000 Kozaków; wybór hetmana według dawnych zwyczajów, byle zawiada-
miono Cara o wyborze; majętność i mienie Kozaków i ich wodzów pozostają przy rodzinie. Następnie, pozwalał Car, aby osadnicy kozaccy ściągali i oddawali dochody do carskiej kazny pod dozorem carskich urzędników, a z tych dochodów ma się opłacać urzędników i wojsko. Hetmanowi wolno przyjmować posłów tylko „w dobrej sprawie", w złej zawia­damiać Cara. Metropolita i duchowieństwo utrzymają przy­wilej na majętności, „jeśli o to prosić będą". Car oświadczył, że osobiście na Smoleńsk ruszy, że granice Ukrainy będą bronione, że Dońcom poleci, aby Krymu nie zaczepiali. Go

do żołdu Car dał odpowiedź nie­wystarczającą: ,jeżeli dochody ukraińskie wystarczą", ale obie­cał natomiast nagrodzić pienię­żnie hetmana i wojsko. Polecono przytem z szeregów kozackich wydzielić chłopów.

Dokument ten nosił history­czną na później nazwę: „Statje" (punkty, — artykuły) Bohdana Chmielnickiego, które stały się do pewnego stopnia fundamen­tem prawnym wzajemnego sto­sunku, przez Moskali bardzo do­wolnie stosowanym.

Car ze swej strony postawił warunek: aby w wielkich mia­stach byli wojewodowie, nazna­czeni przez Cara — oczywiście Moskale. To całemu narodowi nadawało charakter zależności i kontroli. Chmielnicki bardzo opierał się temu, bo w przy­szłości punkt ten był ciągłym powodem do waśni. Ale Car nie ustąpił. Chmielnicki proponował, ażeby od przyjętych „poddanych" carskich mógł płacić roczną daninę jak w Wo- łoszczyźnie, Multanach, Siedmiogrodzie, byle na wojewo­dów carskich nie pozwalać. Car się nie zgodził. Upór Chmielnickiego był spóźniony, — takie warunki omawiają się przed przysięgą wierności. Z tych ,,stati" widać, że Chmiel­nicki dążył do zależności nominalnej, przez oderwanie się
od Polski, do odrębności, do samorządu, do utworzenia pań­stwa na poły samodzielnego, a wyszło zupełnie co innego: coś podobnego do autonomji prowincjonalnej bez żadnych praw odrębnego organizmu, oprócz prawa posiadania własnego wojska i bez żadnych gwarancji, oprócz obietnic carskich. Rozbroić Kozaków było niepodobieństwem, to też Moskwa wpadła w te samersieci, w jakich przez sto lat szamotała się już Rzplta Polska, z tą różnicą, że mając twardą rękę, po długich zatargach wewnętrznych ż Kozaczyzną, złamała ją wreszcie.

Akt polityczny, który nazywamy przyłączeniem się Ko- zaczyzny do Moskwy, był poprostu zręcznie dokonanym aktem sprzedaży ziem ukrainnych przez Bohdanowicza, Chmielnic­kiego, Teterę, Wyhowskiego i starszyznę kozacką, za co otrzymali olbrzymie dobra ziemskie. Chmielnicki nie pozwolił nikomu objąć tych dóbr, podatki zbierał sam przez swoich urzędników do własnego skarbca. Ziemie pułkowe, — rodzaj powiatów administracyjno-wojskowych, — były w rozporzą­dzeniu Chmielnickiego, on je nadawał i odbierał komu chciał.

Pod jednym wszakże względem marzenia Chmielnickiego ziściły się: Car wypowiedział Rzpltej wojnę w obronie prawo- sławja. Na Smoleńsk miało wyruszyć około 300 tys. żołnierzy, a na Ukrainę nie tyle na pomoc Chmielnickiemu, ile dla kon­troli jego—46 tys. Taka mnogość wojsk carskich była tylko na papierze. Bojarowie okradali i oszukiwali Cara.

Pakt poddania się Chmielnickiego był zupełnie nieocze­kiwanym przez Rzpltą i Tatarów. Han naciskał na zerwanie układu, Polska wysłała garstkę wojska, które zdobywało mia­steczka: Ilińce, Niemirów, Humań, Chmielnicki siedział spo­kojnie. Nadaremnie Car naglił, aby się z wojskiem ruszył, odpisywał słodko, pokornie, że — boi się najazdu Tatarów. I siedział w Czehryniu. Car nalegał na wykończenie reje­stru, aby uregulować żołd. Chmielnicki nie godził się, twier­dząc, że już więcej—wyrzucić żołnierzy z wojska nie może.

Stała się rzecz najmniej spodziewana: w pół roku prawie po poddaniu się Moskwie, Chmielnicki, nie zrywając z Moskwą, potajemnie, przez pośrednictwo Hospodara zgłosił się z pro­pozycją powrotu do Rzpltej na warunkach traktatu Zborow­skiego. Traktując z Królem, wyruszył jednak z pod Kaniowa do Białej-Cerkwi, z Szeremetem, mając jakoby 60 tys. wojska.

Wątpić należy aby to była nowa pułapka Chmielnickiego. Zbliżywszy się do Moskwy, zrozumiał jej politykę i chciał się cofnąć. Szukał wyjścia, a nie zrywał z Moskwą. Wysłana Komisja miała traktować tylko z Kozakami -wyłącznie sekret­nie. Znamy jedynie instrukcję, wydaną Komisarzom, ale nie znamy przebiegu narad i jak się zerwały. Oprócz amnestji, wolności religji—bez zniesienia unji,—przyznania praw i przy­wilejów, rejestru Kozaków do liczby umowy Zborowskiej, najważniejszą sprawą było zamknięcie Kozaczyzny w pewnych granicach. Dla stałego zamieszkiwania Kozaków rejestrowych wyznaczono starostwo Czehryńskie, Korsuńskie, Czerkaskie, a w razie konieczności Kaniowskie i Bohusławskie. Chodziło

  • to, ażeby dobra szlacheckie i lenne Województw Kijow­skiego, Czernihowskiego i Bracławskiego były wolne od mieszkań Kozaków. Do tych Starostw mieli Kozacy przenieść się z innych miejscowości i podzielić je, aby każdy Kozak rejestrowy miał pewną część gruntu prawem dożywotniem, tytułem żołdu za obowiązkową służbę wojskową. Wolno było im zakładać futory, pasieki (folwarki), korzystać z uchodów, miody i piwo warzyć, gorzałkę palić, ale tylko na własny użytek. Sześć tysięcy Kozaków miało otrzymać tytuł szla­checki z prawem własnych sejmików i elekcji Króla. Chmiel­nicki miał otrzymać tytuł Wojewody i Hetmana Wojska Zaporoskiego.

W ten sposób z części Województwa Kijowskiego po- wstaćby mogło jakieś mało zawisłe od Rzpltej państewko Kozackie o bardzo rozciągliwych i nieokreślonych granicach

  • Te same prawa i obowiązki, formującej się już w państwo Kozaczyzny, ujęte zostały później nieco w Umowę Hadziacką.

Chmielnicki, rzuciwszy myśl ponownego zjednoczenia się zRzpltą, cofnął się nagle, bo mu zaświtały nowe nadzieje i inne plany. Najważniejszym niewątpliwie powodem było nagłe powodzenie oręża szwedzkiego w Polsce. Wojna Szwedzka, wywołana pretensjami Szwedów a intrygami Pod- kanclerza Radziejowskiego, którego chęć zemsty na Króla popchnęła do zdrady, przerzuciła Chmielnickiego do obozu szwedzkiego. Zbliżył Kozaków ze Szwedami Radziejowski. Trudno odgadnąć jakie plany roiły się w głowie Chmielnic­kiego, dość, że z wojskiem moskiewskiem wspólnie wyruszył znaną mu dobrze drogą na Lwów. Może chciał połączyć się ze Szwedami. Dość, że na początku października, pobiwszy garstkę wojska polskiego pod Gródkiem, obiegł Lwów i za­żądał poddania się miasta na imię Cara. Lwowianie odmó­wili przysięgi, zasłaniając się tern, że Król Jan Kazimierz żyje jeszcze, a za życia jego nie mogą uznawać innego króla. Mimo pertraktacji, próbowano zdobyć miasto, ale nadaremnie. Ażeby oblężenie miasta czemkolwiek usprawiedliwić, Chmiel­nicki oświadczył, że chce bronić Rusinów, których tylko gar­stka była we Lwowie. Przekonano go, że krzywda im się nie dzieje wcale. Gdy Chmielnicki zapytał: czego właściwie miasto żąda od niego? — odpowiedzieli, że pragną ażeby Mo­skale i Kozacy najrychlej wypuścili ich z opieki. Najnieocze- kiwaniej Chmielnicki zgodził się, ale zażądał okupu; jaka człek litościwy, zadowolnił się mniejszym.

W warunkach, podanych miastu, były już znane nam, a przytaczane przy każdej sposobności: aby ,,żydów, jako nieprzyjaciół Chrystusa, wydano Kozakom z majątkiem, żo­nami i dziećmi11. Odpowiedź Lwowa godna jest pamięci: „nie wydamy, bo są obywatelami Rzpltej, będącymi pod opieką prawa*'. Tytułem okupu żądał Chmielnicki 400.000 zł. dla wojska, a dla naczelników wypisał długi szereg postawów sukna różnego gatunku, materji jedwabnej i półjedwabnej, adamaszku, zażądał także 2000 par butów i 1000 kożuchów. Lwowianie złożyli okup. W tym samym czasie Daniłko Wyhowski, brat Jana, złupił Lublin. Niewiele z tego sko­rzystano, bo w drodze powrotnej Tatarzy, z Mehmed-Girejem na czele, większość tych łupów odebrali. Powrót późną je- sienią, w czasie słot, zdziesiątkował wojsko moskiewskie.

Chmielnicki wysłał na pomoc Moskwie na Białoruś Ne- czaja i Zołotarenkę, ale oprócz rabunków i mordowania spo­kojnej ludności, żadnego innego pożytku z Kozaków nie było.

W miarę stykania się ze Szwedami, z Moskwą i wreszcie z Polakami, którzy ofiarowali coraz lepsze warunki poje­dnawcze, rozszerzał się horyzont polityczny Chmielnickiego. Widział, że Kozaczyzna jest tylko klasą, warstwą wojenną, że walka o „wolność i przywileje wojskowe" zakończyła się w Perejesławiu, że należy zatem szukać szerszej podstawy dla przyszłego życia. Już pod Lwowem, rozmawiając z Lu- bowidzkim, posłem Króla, namawiającym do zgody, Chmiel- nickl oświadczył: „niech Rzplta objawi lud Ruski tak wolnym jak Król hiszpański przed laty holendrów*'. Było to już ideowo wkroczenie na inną drogę: zamiast Kozaków, występował lud, naród. Nie dostrzegał tylko tego, że sam zagradzał drogę do tego wyzwolenia się.

Stosunki polityczne poczęły się plątać niekorzystnie dla Kozaków. Próba zerwania pokoju z Moskwą, (podjęta przez Galińskiego, weszła na dobrą drogę, z przyczyny mało przewi­dywanej. Car Aleksy Michajłowicz zapragnął być królem polskim, a przytem[nowe niebezpieczeństwo zawisło od strony Szwedów. Szukano więc obustronnie wyjścia z tego położenia. Wystąpił jako pośrednik pokoju Cesarz niemiecki, który wysłał iMlegrettiego w tym celu. Trwały długie pertraktacje z posłami moskiewskimi, między innemi w Wilnie, gdzie wypłynął projekt rozejmu na lat 20. Pertraktacje te bardzo nie podobały się ^Kozakom, bo bez ich współudziału były prowadzone.

Z patosem wołał Chmielnicki do Cara:]„nie oddawaj naro­du prawosławnego na pohańbienie", ale nie przeszkadzało mu to w tym samym [czasie [wchodzić w sojusze ze Szwedami i Rakoczym. Karol X, upojony<latwem[zwycięstwem nadRzpltą, wysłał posła do Czehrynia dla zawarcia traktatu z Chmiel­nickim, jak z samodzielnem państwem. Obiecywał Hetma* nowi Księstwo zupełnie udzielne, bądź jako Rzpltą. Przyszłemu Prezydentowi Rzpltej ukraińskiej oddawał Województwo Ki­jowskie, decydował się także ustąpić Braclawskie do Bobu, nawet do Jampola. W razie gdyby został wasalem Króla Szwedzkiego, król szwedzki nadawał mu tytuł „Księcia Ki­jowskiego i Hetmana Wojsk Zaporoskich". Dzieląc hojnie prowincje Rzptej, które do niego nie należały, żądał dla siebie 300.000 czerw. zł. rocznie, po 30 tysięcy dla każdego nowego króla, posagów dla synów królewskich i córek. Oddając całą Ruś prawie Chmielnickiemu, o sobie nie zapomniał: zatrzymywał Wielkopolskę, Gdańsk z Pomorzem; Mazowsze i Ruś Halicka miały powiększyć szczupłe dziedziny Rakoczego.

Potęga Szwedów niedługo trwała i plany Księstwa Kijowskiego runęły. Chmielnicki rzucił się jeszcze w stronę Rakoczego, z którym już w listopadzie 1656 roku zawarł traktat. Obu hospodarów i Hana Krymskiego zachęcał do wspólnej akcji przeciwko Rzpltej, słowem, szał jakiś nim miotał, tem silniej, im bardziej wszystkie jego plany wiatr rozwiewał. Szwedzi byli wypierani zgranie Polski, Rakoczy krótką kampanję przegrał. Miał tylko nad karkiem Moskwę, która swoją centralistyczną polityką naciskała go coraz bardziej.

Może te wszystkie wypadki wywołały otrzeźwienie w umyśle Chmielnickiego. Posiadał upór i złość wielką, ale nie posiadał rozważnej stanowczości, stąd też było ciągłe jego miotanie się od brzegu do brzegu. Z niczego nie był zadowolony. Chciał odstąpić Moskwy—i bał się. Imponowała mu ta stanowczość, jakiej jemu i Rzpltej brakło... Chciał rozbić Rzpltą — i nie udało mu się. Zrabował część jej i zniszczył, ale gmach polityczny stał jeszcze mocno. Cesarz Ferdynand, po nieudanej Komisji Wileńskiej, 10 stycznia 1657 r. wprost do Czehrynia wysłał poselstwo z propozycją pośrednictwa zgody między Kozakami, a Rzptą. Może rezul­tatem tego było odezwanie się Chmielnickiego i Wyhow- skiego z przychylnością do zgody i rozpoczęcie dyskusji. Czujna Moskwa niepokoiła się częstemi poselstwami różnych państw do Czehrynia. Wysłano Kikina na wywiady do Kijowa. Układając się z Bieniewskim o powrót do Rzpltej, zapewniał Cara, że ,.nigdy go nie odstąpi*'. Przez carskiego gońca Korobkę pisał, że ,,Lachy myślą tylko o tem, aby zgnieść prawosławije", a Króla zawiadamiał, że poufnie rozmawiał z Bieniewskim, zapewniał,że stara się o „ukontentowanie“Króla i o to, ażeby ,,majestat w poniewieranie, a nasze swobody nie poszły w upadek4*. Czegóż właściwie pragnął ten człowiek?

Moskwa niepokoiła się temi rzutami, widocznie zdener­wowanego hetmana, i już w końcu kwietnia 1657 r. wysłała Buturlina do zbadania stanu rzeczy. Ostafi Wyhowski, ojciec Jana, wręcz oświadczył, że Chmielnicki pragnie oderwać się od Cara. Poseł carski zaledwie na początku czerwca stanął w Czehryniu. Chmielnicki był chory. Tygrys czehryński dogorywał. Jeszcze przed śmiercią mataczył. Zwołał Radę Kozacką, a właściwie swoich zaufanych, między innemi Wy- howskiego, którym opiekę nad ostatnim synem swoim, Ju- ryszką, powierzył, a Cara prosił osobnem poselstwem dawniej jeszcze o przyznanie betmaóstwa Juryszce. 27 lipca 1057 r. życie zakończył, zostawiwszy kraj cały zwichrzony i zrujno­wany przez siebie, otoczony zewsząd wrogami, których sam

 

stworzył, i rzucony na fale niepewnych losów. Daremnie* Zorko, dawny jego pisarz na Siczy, w mowie pogrzebowe} wołał: „naucz nas, jak mamy postępować z przyjacioły i nieprzyjacioły naszemi".— Chmielnicki umiał rozrywać, ale łączyć nie umiał, umiał niszczyć, ale budować nie potrafił. Zasiał tylko i pogłębił niezgodę wewnętrzną dwóch narodów, które sama historja w nierozerwalnym związku obok sie­bie umieściła.

Ledwie złożono do grobu Hetmana kozackiego, gdy z po­siewu jego zrodziły się nowe burze.

Po śmierci Chmielnic­kiego Wyhowski ujął odra- zu ster rządu, powołując się na życzenie ojca, ażeby synem opiekował się aż doj­dzie do pełnego rozumu — niestety, nie doszedł nigdy, bo go nie miał wcale. Wy- howski był intrygantem, równie zręcznym jak jego mistrz Chmielnicki, ale le­piej od niego orjentował się. Dążył on do zwierzch- niczej władzy w Kozaczy- żnie, ale wiedział i widział dobrze do czego zmierza po­lityka moskiewska, z którą pogodzićby się nie mógł.

JurAs CkmieiDlczeako.            Wychowaniec kultury poi-

skiej i życia konstytucyj­nego, nie chętnie uginał szyi pod jarzmo carskiego cen­tralizmu, ale musiał udawać wierność i pokorę wobec Mos­kwy, dopóki nie ułożą się pomyślniejsze warunki, o które potajemnie traktował z Bieniewskim. Jako „Lach" śród Starszyzny kozackiej nie miał miru, a podejrzewany o sym- patje polskie zarówno przez Moskwę, jak i przez Starszyznę, trudne miał zadanie przed sobą — lawirowania między Scyllą a Charybdą. Ale i zwolenników, szczerych lub nieszczerych, brakło mu.

Na zwołanej radzie Kozackiej, tytularny hetman Ju-
ryszko zrzekł się buławy,jako zbyt młody. Część Starszyzny podzielała te motywy. Ale ponieważ stary hetman opiekę nad synem polecił Wyhowskiemu, życzono sobie, ażeby het­manem został „do czasu“ dawny Pisarz wojska Zaporoskiego, na czas wojny, jako człowiek doświadczony. Miał posługiwać się tytułem: „Jan Wyhowski na ten czas Hetman Wojska Za­poroskiego0. Ażeby mieć więcej czasu dla promowania wła­snych interesów, nie zawiadomił nawet Cara o śmierci Chmiel­nickiego. Sicz także zawiadomił późno, zarówno o śmierci Chmielnickiego, jak i o swoim wyborze. Na to otrzymał od­powiedź z wymówkami, że wybór odbył się bez wiadomości Siczy, tylko w gronie Starszyzny. Był to pierwszy jawny dysonans.

Około połowy sierpnia nadeszła do Moskwy wiadomość o śmierci Chmielnickiego i długi spis o łaskę Carską. Wszyscy „bili czołem" o majątki: Jan Wyhowski o zwrot majątku żony, Konstanty — także o majątek, Tetera prosił o nadanie Smiły, byle przed Kozakami tego nie wyjawiać. Obłuda i po­kora górowały wszędzie. Dla wyjaśnienia biegu rzeczy wy­słano znowu Kikina z hramotami, ostrożnie adresowanemi „do Wojska Zaporoskiego". Niewiadomo było jeszcze, kto z chaosu wypłynie.

Kikin wiedział o tajemnych układach z Bieniewskim, co do powrotu Kozaków do Polski i to zaufanie do Wyhow- skiego, mimo zapewnień wierności, podrywało. Poseł carski wyniósł to przekonanie, że Starszyzna wolałaby Polskę, ale mieszczanie i chłopi raczej Moskwę.

Po wyjeździe Kikina rozpoczęły się znowu komunikacje z Bieniewskim. Ażeby jednak wyjaśnić swoje stanowisko, Wyhowski zebrał rade do Korsunia. Położył buławę i rzekł: „nie chcę być hetmanem. Car dawne nasze wolności łamie, a ja w niewoli być nie życzę“. Starszyzna nie przyjęła re­zygnacji. Buława została przy Wyhowskim niby już legal­nie, który też oświadczył, że on carowi nie przysięgał, lecz Chmielnicki. Przyszło do kontrowersji z Puszkarem, pułkown. Perejasławskim, który zajął stanowisko opozycyjne. Ażeby poprawić swoje wystąpienie przeciwko Moskwie, Wyhowski począł wyrzucać Starszyznie, że zdradziła Szwedów, Rako­czego, Tatarów, Króla polskiego, jeśli jeszcze zdradzi Cara, nikt im wierzyć nie będzie. Starszyzna zdecydowała pozostać

Kocaczyzoa uWalnin.                                                                   8

 

przy Moskwie, a Wyhowski, aby uspokoić Puszkara, głośno godził się na to. Znosząc się potajemnie z Bieniewskim, Wy­howski wysłał posłów do Moskwy—Korobkę i jakiegoś Mi- niewskiego z zawiadomieniem o wyborze swoim na hetmań- stwo. Bez carskiego potwierdzenia było ono niepewne. Jak­kolwiek posłowie, dobrze wyćwiczeni, zapewniali, że wybór hetmana odbył się prawidłowo i jednogłośnie, prosili jednak, ażeby Car nowe wybory naznaczył w Perejasławiu. Car po­słał Romodanowskiego, ale z wojskiem—niby przeciw Tata­rom- Tymczasem nie by­ło ani Tatarów, ani Wy­howski ego Przybył wre­szcie i straszył Romoda­nowskiego, że Lachy w po­gotowiu, że Tatarzy sto­ją we 20 tysięcy gotowi do wtargnięcia, że na Zaporożu wielkie bunty. W tym czasie nadjechał nowy carski goniec z li­stem do Wyhowskiego, z tytułem już hetmana. 0 ponownym wyborze mowy nie było, tylko o potrzebie naradzenia się ze Starszyzną nad uspo­kojeniem kraju. Mimo to Chitrowo zaproponował, ażeby Rada potwierdziła jeszcze wybór hetmana. Powiedziano, że całe woj­sko wybrało hetmanem Wyhowskiego. Wyhowski położył buławę, oświadczając, że wobec pogłosek jak oby wybrany był przez przyjaciół tylko, składa buławę. Ceremonjał grze­czności kozackiej trwał niedługo. Wyhowski buławę przy­jął i złożył przysięgę wierności.

Ale na radzie nie było Puszkara. Z tej strony słusznie oczekiwał Wyhowski opozycji. Sicz także była przeciwko niemu. Koszowy Barabaszenko żądał jeszcze jednej Rady, mającej się zwołać do Łubniów, ażeby obrać innego hetmana. Skarżyli się przed Carem, że Wyhowski „wolności odejmuje",

„zabronił ryby łowić w rzeczkach i nie pozwolił gorzałki sprze­dawać". Rozdwojenie w kozaczyŹQie było widoczne: prawo­brzeżna stała po stronie hetmana, lewobrzeżna z Siczą zajęła stanowisko opozycyjne. Na czele opozycji stanął Martyn Pusz­kar, pułków. Perejasławski, stary kolega występów Chmiel­nickiego. On sam i wszystka czerń jego pułku [wypowie­dzieli się za służbą carowi. "Jakkolwiek Wyhowski umiał łudzić Moskwę, nie ukrywałjednak swojej niechęci przeciw jej rządom, a szczególnie systemowi szpiegowskiemu i narzu­caniu wojewodów carskich. Przewidując starcie się z Puszka- rem, Wyhowski odnowił przymierze z Tatarami, nie bez myśli o Moskwie i oderwaniu się od niej. Zawiadomił jednak Moskwę, że zawarł je przeciwko Lachom i pogróżkom Puszkara. Pra­gnąc zmusić go do posłuszeństwa, wysłał pod Połtawę najem­nych Serbów, których Puszkar w drodze rozbił. Przewidując dalszą walkę zebrał cały pułk różnej hołoty, który nazwał Dej- nekami (de ne jaki = byle jacy, zbieranina). Ucierając się ze sobą, przeciwnicy przed forum carskie wytoczyli skargę: Pusz­kar obwiniał Wyhowskiego o zdradę, — Wyhowski Puszkara

  • szerzenie buntów. W kwietniu 1658 car wydał ukaz Pusz- karowi, aby się poddał władzy hetmańskiej, ale chwaląc jego wierność — zachęcał niejako do buntu. Mając już zamiar ode­rwania od Moskwy, Wyhowski zgodził się, aby uśpić jej czujność, na wojewodów carskich w Białej-Cerkwi, Korsuniu, Nieżynie, Połtawie, Mirhorodzie i Czernihowie.

Mimo wszystko Moskwa była nieufna, i wysłała do Czehrynia Apuchtina z misją urzędową, i jak zwykle, tajemną. Urzędowa polegała na propozycji rozgraniczenia od Rzpltej, a tajemna na zbadaniu prawomocności wyborów Wyhowskiego

  • przyczyny wewnętrznych niesnasków pomiędzy kozakami. Tymczasem Puszkar mącił. W maju wystosował Wyhowski uniwersał do pułku Połtawskiego i Zaporożców, wzywając do opamiętania się. Mimo uniwersału wyruszył przeciwko Puszkarowi. Pod Hołtwą nadbiegł nowy goniec carski Sku- ratow i oddał hramotę Wyhowskiemu, który po odczytaniu stojąc tytułu carskiego, usiadł. Skuratow zwrócił uwagę, że cały ukaz czytać należy stojąc. Wyhowski uniósł się: „wszy­stko u was wysoko!*'—zawołał. Na uwagę gońca, że car kazał Puszkarowi upokorzyć się, Wyhowski odparł, że sam potrafi uspokoić jego. Jakoż istotnie uderzył na Puszkara pod Poł- tawą i rozbił go. Puszkar został zabity.

Wyhowski wracając do Czehrynia otrzymał wiadomość od pułk. Biało-cerkiewskiego, że wojewoda jedzie do Białej- Cerkwi, już jest w Kijowie. „Skąd przyjechał — niech wraca“ —odrzekł oburzony. Miał on w zanadrzu projekt opa­nowania Kijowa, o którym dowiedziano się dopiero w chwili oblężenia. Podstąpił pod Kijów w sierpniu Daniłko Wyhow­ski, próbował zdobyć, ale garstka Moskali odparła go.

Rękawica była rzucona.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  1. POWROT DO POLSKI.

Moskwa, przewidując ostateczne rozerwanie, zrobiła je­szcze próbę ugłaskania Wyhowskiego, który z wojskiem wyruszył ku Hadziaczowi w niewiadomym celu. Wysłany Kikin szpiegowską drogą dowiedział się o niezadowoleniu Wyhowskiego z Romodanowskiego, który buntowników po­pierał. Hetman rzekł mu otwarcie: „niech sobie Wielka Rosja będzie wielką, a Mała małą; my mamy także wojsko niezwyciężone". Kikin wybity z równowagi, zawołał: „za to należy ci język uciąć"! Małą Rosję Pan Bóg do Wielkiej przyłączył".

To nie rozwiązywało sporu, nie uspokajało wzburzonych. Wyhowski miał wojsko w kupie, Romodanowski także. Star­cie wisiało w powietrzu tem pewniejsze, że do Romodanow­skiego miał Wyhowski osobiste żale. Oświadczył więc wprost, że go zwalczać będzie. Kikina przemocą wysłał do Mirho- rodu. Równocześnie przez Tomkowicza, zręcznego kupca, który był konfidentem Wyhowskiego, porozumiewał się z Bie- niewskim, do króla wysłał osobnych panów z propozycją zgody. Już miał ten zamiar, wybierając się pod Połtawę na Puszkarenka. Zadarłszy z Moskwą, musiał szukać opar­cia o Polskę. Starcie się z Moskwą pod Konotopem było krokiem do ostatecznego zerwania.


Polscy komisarze przybyli pod Hadziacz. Chmielnicki grał jeszcze komedję wierności carowi. Wyhowski musiał od­kryć karty. Bienicwski piękną mową powitał powrót Koza­ków do ojczyzny; słuchając go, Kozacy i czerń powtarzali: „harazdo howoryt’", „z neba orator". Pertraktacje trwały długo. Zachęty z obu stron do zgody nie brakło. Tetera za­chęcał: „zgódźmy się, mołojcy, z'Lachami". Podpisano wre­szcie ugodę, z którą Tetera i Kowalewski wyjechali do Króla po aprobację. Niezbyt gładko przyjęto deklarację kozacką — nie podobały się ustępy dotyczące zniesienia unji, powierza­nie urzędów wojewódzkich wyłącznie szlachcie ritus graeci i inne punkty. Po Nowym roku 1659 wyjechał znowu Bie- niewski do Wyhowskiego ,,po reformę". Rozpoczęły się zno­wu kontrowersje. Ażeby temu koniec położyć, Wyhowski oświadczył, że zrzeka się buławy. To wywołało pewne za­mieszanie, ale skończyło się na tern, że starszyzna i czerń przyjęli umowę, która rozpoczęta w obozie pod Hadziaczem w roku 1658, przyjęta została przez Sejm w roku 1659 i do konstytucji wpisana pod tytułem „Komisja Hadziacka".

Streszczała się ona w następujących punktach:

  1. Zastrzeżono zupełną tolerancję religji greckiej z jej prerogatywami i sprawami, moc erygowania nowych cerkwi, utrzymywania już ufundowanych. Szerzenie się unji było powstrzymane w ten sposób, że w dobrach duchownych, kró­lewskich i dziedzicznych nie wolno było budować cerkwi i monasterów unickich. IZastrzegała się także zupełna wol­ność wyznania rzymskiego w Woj-ach Kijowskiem, Bracław- skiem i Czernihowskiem. Metropolita Kijowski wraz z czte­rema władykami: łuckim, lwowskim, przemyślskim i chełm­skim, jakoteż ścisławskim mieli zasiadać w sejmie według własnego porządku.
  2. W Woj-twie Kijowskiem dygnitarstwa senatorskie będą rozdawane tylko szlachcie ritus graeci, w Woj-ach zaś Bracławskiem i Czernihowskiem alternatą nadawane będą.
  3. W Kijowie ma być erygowana Akademja z prero­gatywami i wolnościami takiemi, jakie posiada Akademja Krakowska z zastrzeżeniem, ażeby w tej Akademji nie było profesorów wyznania arjaóskiego, kalwińskiego i luterskiego. Drugą Akademję pozwala się erygować w miejscu stosownem na tych samych prawach, co kijowska.
  4. Innym narodowościom zastrzega się prawa i wol­ności, jakich używały przed wojną.
  5. Wojska Zaporoskiego ma być 30 tys., albo „jako hetman zaporoski na rejestrze poda". Zaciągowego zaś ma być 10 tys. także pod władzą hetmana. Konsystencja wojska ma być w tych samych miejscowościach, gdzie bywała przed wojną. Wszelkie prerogatywy, wolności i zwyczaje dawne potwierdza się. Panowie dziedziczni, dzierżawcy, starostowie, słudzy ich i urzędnicy nie mają pobierać żadnych podatków z tutorów kozackich, wsi, miasteczek i domów; jako ludzie rycerscy wolni będą od myt i ceł. Wolni będą od wszel­kich sądów Starostów, dzierżawców, panów, lecz podlegać jedynie jurysdykcji hetmana.
  6. Z każdego pułku ma być stu nobilitowanych Kozaków.
  7. Wojska polskie, litewskie albo cudzoziemskie nie mogą być wprowadzane w granice Woj-dztw Kijowskiego, Bracławskiego i Czernihowskiego; wojska zaś pieniężne, bę­dące pod ordynansem hetmana „wojsk ruskich" w dobrach królewskich i duchownych chleb pobierać będą za pozwole­niem hetmana.
  8. Hetman Wojska Zaporoskiego otrzymuje tytuł „het­mana wojsk Ruskich" i pierwszego senatora w Woj-ach Ki- jowskiem, Bracławskiem i Czernihowskiem. Po śmierci het­mana wojsko wybiera czterech elektów, nie wyłączając braci hetmana, a Król potwierdza jednego.
  9. Dla bicia pieniędzy ma być mennica w Kijowie lub innem miejscu, a na pieniądzach ma być wybijana osoba królewska.
  10. Oba narody przeciw każdemu nieprzyjacielowi mają wspólną radę i wspólne siły.
  11. Wszystkie trzy narody starać się mają, ażeby Rzplta miała wolną nawigację na Czarnem morzu.
  12. Gdyby Car moskiewski prowincji zabranych zwró­cić nie chciał, wojna ma się prowadzić wspólnemi siłami.
  13. Wszelkie dobra obywateli, którzy się z wojskiem zaporoskiem wiązali, a teraz do Ojczyzny wracają, mają być zwrócone, jeśli były skonfiskowane; jeśli służyli w wojsku polskiem, zasługi ich będą skompensowane i zapłacone.
  14. Od chwili podpisania umowy hetman Zaporoski od­stępuje wszelkich protekcji obcych państw i na przyszłość wiązać się nie ma.
  15. Legacji postronnych przyjmować nie będzie, a gdyby były, odsyłać ma do Króla.
  16. Wszyscy obywatele, tak duchowni jak i świeccy, mogą wrócić do swoich dóbr i siedzib. Czas powrotu i re- indukcji oznaczony będzie po porozumieniu z hetmanem W. Z.
  17. Dla sądzenia spraw kryminalnych jak i potocznych ma być osobny trybuna! „według porządku jaki sami sobie uformują".
  18. Ponieważ Hetman i W. Z., wyrzekając się obcych protekcji „wracają jako wolni do wolnych, równi do równych, zacni do zacnych", przeto Rzplta pozwala narodowi ruskiemu mieć pieczętarzy, Marszałków i Podskarbich cum dignitate senatoria i inne urzędy zaprzysiężone. Tym urzędom będzie przysługiwać prawo prezenty na gracje duchowne i świeckie.
  19. Zastrzeżono powszechną amnestję dla wszystkich o najazdy, zabójstwa, szkody poczynione w czasie zamiesza­nia wewnętrznego.
  20. Gdyby przyszło-między Rzpltą i W. X. Litewskiem, a Carem moskiewskim do zawarcia paktów, ma być zastrze­żony honor i nietykalność Hetmana zaporoskiego dzisiejszego.

Takie były podstawy nowego układu między Rzpltą pol­ską a Kozaczyzną, występującą już w imieniu narodu ruskiego, jako jego polityczna przedstawicielka.

Ugoda hadziacka była rozwinięciem tych autonomicznych idei, które świtały już w głowie Chmielnickiego w formie bardzo niewyraźnej — rozgraniczenia się województwami i są­downictwa kozackiego. W jego pomysłach występowała je­szcze Kozaczyzna jako odrębna całość, nienaruszalna w swoich niby przywilejach i prawach zwyczajowych, a zawisłość lenna na wzór Wołoszczyzny przedstawiała mu się jako ideał nie­omal. Pomysły te jednak były nierozwinięte i bardo wązko pojmowane—z punktu tylko interesów kozackich. Poddanie się Moskwie było poddaniem się Kozacz.yzny i kozaków o au- tonomji bardzo ograniczonej i zależnej od centralizmu mo­skiewskiego.

Szerzej i głębiej pojętą została Ugoda Hadziacka, w któ­rej po raz pierwszy występuje „naród ruski", którego repre­zentację i zastępstwo bierze na siebie Kozaczyzna. Jakkol­wiek są tu niejasności, szczególnie co do granic, które mogły dawać powód do kontrowersji, ale objęta jest całość intere­sów narodowych: jego reprezentacja, administracja, sądow­nictwo, szkolnictwo, sprawy cerkiewne, wojsko i wreszcie wspólna polityka, wspólne z Rzpltą przedstawicielstwo pań­stwowe i wspólny Sejm. Są to więc w znacznym stopniu te same zasady, które wytworzyły unję Litwy z Polską. Mówiąc inaczej, była to wytyczna droga na wspólną przyszłość, a nawet pewnego rodzaju federacja trzech państw: Polski, Litwy i Rusi.

Na nieszczęście współczesne społeczeństwo ruskie nie posiadało, po za duchowieństwem, tyle dojrzałej politycznie inteligencji, któraby rozumiała doniosłość aktu Hadziackiego i korzystała z niego w interesie rozwoju narodowego. Ta zaś garstka inteligencji i Starszyzna wojskowa, jaka kierunek spraw ruskich w ręku swojem miała, bałamucona przekupst­wem i intrygami Moskwy, zamiast stać się czynnikiem zjed­noczenia, stała się punktem wyjścia nowych zatargów wew­nętrznych i nowych nieszczęść. Przyczyniał się do tego także niespokojny duch Kozaczyzny i Starszyzny kozackiej wśród której ambicje brały górę nad interesem narodowym.

To też ledwie Ugoda Hadziacka zawartą została, rozdwo­jenie, które już się było zaznaczyło za Puszkara, przybrało szersze rozmiary. Moskwa jak się należało spodziewać, nie uznała Ugody Hadziackiej ani hetmaństwa Wyhowskiego. Przeciwnie, uważając go za zdrajcę, wysunęła kandydaturę na hetmana najmłodszego syna Bohdanowego Juryszki, mło­dzieńca o słabej inteligencji i miękkiej woli. W ten sposób Kozaczyzna na kilka lat jeszcze przed traktatem Andruszow- skim miała dwóch hetmanów kozackich — polskiego i mo­skiewskiego.

Mimo kilku ludzi przychylnych ze Starszyzny, Wyhow- ski nie miał miru wśród kozaków. Jedni uważali go za „Lacha", drudzy za „Litwina". Stary Chmielnicki z całym swoim nierządem życiowym, był ideałem kozackim, nic dziw­nego przeto, że sympatje wojska zwracały się do ostatniej gałązki Bohdanowej — do Juryszka. Rozpoczęło się od rzezi Polaków za Dnieprem. Wyhowski wiedział co to znaczy i począł skupiać siły swoje pod Białą-Cerkwią, i pod Herma- manówką zwołał Radę czerniecką, chcąc im wyjaśnić punkta Hadziackie, ale powstała taka burza przeciwko niemu, że ledwie umknął. Wojsko kozackie prosiło hetmana W. K. aby namawiał Wyhowskiego, żeby urząd hetmański złożył. Zdecy­dował się na to pod warunkiem, że W. Z. trwać będzie w wierności Rzpltej. Rada czerniecką wręczyła buńczuk i bu­ławę Juryszce. Nie długo odgrywał on rolę „wiernego sługi J. K. Mości" i swawolników na Zadnieprzu obiecał śmiercią pokarać (4 września 1659). Moskwa, uważając „Ukrainę'* za przynależną do państa swego, broniła tego prawa intrygą i orężem. Przybyły z wojskiem w końcu września do Pere- jasławia Trubecki, listownie namawiał Juryszkę do powrotu „pod Cara". Znalazł się na rozdrożu — ledwie jedną przysięgę złożył, namawiano do drugiej. Ścierające się w Kozaczyźnie prądy moskiewskie i polskie przeważyły na stronę Moskwy. Już l-go października zjawiła się deputacja u Trubeckiego z Piotrem Doroszenkiem na czele, która ofiarowała poddanie się Moskwie Juryszka i przywiozła propozycje kozackie z 14 punktów ułożone. W znacznej części były one wzo­rowane na Ugodzie Hadziackiej, ale zawierały inne dodatki: aby wojewodowie byli tylko w Kijowie, a hetmanowi aby wolno było przyjmować posłów cudzoziemskich, a Carowi po­syłać tylko kopje listów, aby przy zawieraniu pokoju z ościen- nemi państwami uczestniczyli komisarze kozaccy.

Przy zamianie amanatów Juryszko zgodził się przyje­chać do Perejasławia, gdzie miała się odbyć formalność wy­boru hetmana. Zjechali z carskiego polecenia Wasyl Szere- metjew, Grzegorz Romodanowski i inni. Od wojewodów car­skich nie chciał odstąpić Trubecki. Cofnąć się było trudno. 17 października wybrano tedy hetmanem obu połów Ukrainy Juryszkę Chmielnickiego. Zamiast przywiezionych 14 punk­tów, odczytano zupełnie inne. Kozacy gadali co chcieli, a Mo­skwa robiła swoje. Narzucono przeto wojewodów carskich; wojsko nie może zmienić hetmana bez carskiego pozwolenia; hetman nie ma prawa bez rady stanowić Starszyzny ani usu­wać; Jana Wyhowskiego z całą rodziną mają wydać Carowi, Starszyzny karać śmiercią hetman nie ma prawa. Rada czer- niecka postanowiła: „tak ma być, jak napisano". Artykuły te osłabiały władzę hetmańską, a podnosiły znaczenie czerni ko­zackiej, i przy pomocy wojewodów, osadzonych w większych miastach ukrainnycb, Moskwa miała większą kontrolę i czuj­ność. Po wyborze Juryszka posłowie kozaccy powieźli swoje „statje" do Moskwy, w których pominięte były wszystkie po­stulaty kulturalnego rozwoju narodu—jedna strona nie umiała tego ocenić, druga nie miała potrzeby zwracać na nie uwagę. „Statje" Juryszki gwarantowały, bodaj na piśmie, autonomję stanową Kozaków.

Moralny nastrój społeczeństwa kozackiego był fatalny;

niezadowolenie z jednej i drugiej strony, z Moskwy i Polski; zwolennicy obu państw intrygowali i kłócili się ze sobą, czę­sto orężnie walcząc; duchowieństwo zajęło stanowisko wy­czekujące i milczące; inteligencja znikła lub zbliżyła się da Polski, widząc niemożliwość pracowania dla własnego społe­czeństwa. Szeremetjew, niby broniąc Ukrainy, kręcił się z wojskiem między Kijowem a Barem, i rabował gdzie mógł i kogo mógł. Odpór Wyhowskiego był słaby.

Wobec wyboru Juryszki na hetmana niby obu połów Ukrainy, Wyhowski zeszedł do roli wojewody kijowskiego. W otoczeniu Juryszki nastrój był niewyraźny. Odzywały się głosy za powrotem do Polski, ale Moskwa przysposabiała się do nowej kampanji przeciwko Rzpltej. Nowy hetman w gru­dniu J 659 roku już był rozesłał uniwersały, aby wojsko ku­piło się, ale sam siedział w Czehryniu bezczynnie. Wojny niby nie było, ale było szarpanie się Kozaków między sobą. W takich okolicznościach Bieniewski rozpoczął znowu akcję pojednania i odciągnięcia Juryszki od Moskwy. Kowalewski, asawuł Cbmielniczenka, zapraszał Bieniewskiego do Czehry- nia, ale przezorny kasztelan wołyński nie dał się wciągnąć w pułapkę. Wszyscy byli ze wszystkich niezadowoleni. Wy­howski skarżył'się na Juryszkę, Juryszko na Wyhowskiego.

Mimo wszystko, na radzie pod Kudaczkiem zdecydowana (7 lipca s. s. 1659) wyruszyć przeciwko Rzpltej. Kozaków miało być 10 tys., zaporożców z Sirkiem 5000, Szeremetjew miał mieć 60 tysięcy, inni redukowali tę liczbę do 40 tys. Szere­metjew groźnie wykrzykiwał, że nie tylko Wołyń podbije, ale przepędzi Polaków za Wisłę. W takim rycerskim nastroju wyruszył na Lubar. Hetman W. K. i Woj-da Krakowski po­ciągnął ku Ożohowcom na Wołyń, na spotkanie nieprzyja­ciela, w stronę Cudnowa. Zdecydowano uderzyć na Moskwę, zanim się okopie. Szeremetjew unikał bitwy, czekając na przyjście Chmielnickiego, który zgoła nie spieszył się. Sze­remetjew posuwał się taborem, szarpany przez Polaków, do­tarł do Cudnowa, miasteczko zapalił, a żywnością zgroma­dzoną tam odżywił trochę zgłodniałe wojsko. Juryszko nie przychodził, ale zaręczał, że „odstąpi Cara dopiero wtenczas, gdy duszy w jego ciele nie będzie*'. Nie tak to było groźne i stanowcze, jak się zdawało. Marszałek Jerzy Lubomirski z częścią wojska posunął się naprzeciwko Chmielnickiemu

 

i zetknął się z nim pod Słobodyszczami, uderzył na obóz ko­zacki i opanował go. Kozacy, wytrawni pomocnicy starego Chmielą, bronili się z beznadziejną rozpaczą. Juryszko stra­cił głowę, co mu bez trudu przyszło i obiecywał, gdy wyj­dzie z nieszczęścia—mnichem raczej woli być, niż hetmanem kozackim. Postanowiono, jak zwykle w razach krytycznych, prosić o miłosierdzie. Wysłano Doroszenkę, który oświad­czył, że Chmielnicki nie przeciwko Lachom występuje, lecz idzie, aby połączyć się z Cieciurą i uderzyć na Moskali.

Szeremetjew, dowiedziawszy się o rozbiciu Chmielnic­kiego, ruszył się z taborem ku Piątkom, ale zaatakowany, po odważnym oporze, poddać się musiał. Obóz jego zrabo­wano. Z karety wodza moskiewskiego czerwone złote czap­kami brano. Wojsko poddało się, złożyło broń wszelką. Sa­mych dział było 24. lO-go listopada zakończyła się osta­tecznie kampanja Cudnowska.

Juryszko zobowiązał się wysłać uniwersały do wojska Zaporoskiego, aby wracali do poddaństwa Rzpltej, aby lud­ność zwoziła żywność do obozu polskiego za zapłatą, dwa pułki kozackie miały być stale przy wojsku koronnem. „Pun­kty umowy z wojskiem Zaporoskiem“ zawierały prawie wszyst­kie warunki Ugody Hadziackiej, z wyłączeniem wszakże pun­któw, dotyczących Księstwa Ruskiego, które pozostawiono do decyzji Króla. Dodano warunki wspólnej walki z Moska­lami. Warunki te, ułożone pod Cudnowem 17 października 1660 roku, zostały nazajutrz zaprzysiężone przez obu hetma­nów i Juryszkę.

Usunięcie warunków, dotyczących Księstwa Ruskiego, było błędem politycznym. Jakkolwiek w danej chwili spo­łeczeństwo kozackie nie wykazywało zgoła zdolności ocenie­nia tego warunku dla przyszłości, pozostawienie go jednak byłoby dowodem dobrej woli ze strony Rzpltej, która na ra­zie wyprzedzała dojrzałość polityczną Kozaczyzny, byłaby jednak ze strony polskiej doniosłym atutem w ręku, że zobo­wiązania umie szanować i wypełniać. Przyłączenie się Rusi do Rzpltej na podstawie umowy Hadziackiej byłoby na za­wsze, mimo wszystko, jedyną wielką ideą, zrodzoną z walki Kozaczyzny z Polską i późniejszym walkom Doroszenka ode­brałoby wszelkie pozory słuszności. Ale obie strony nie do­ceniały znaczenia tej idei, każda ze swego punktu widzenia.

Umowę Cudnowską podpisali, między innymi, Piotr Do- roszenko i Michał Hanenko, dwaj późniejsi kandydaci do buławy hetmańskiej.

Zasadniczo więc nastąpił powrót Kozaczyzny 'do Rzpltej, ale do rzeczywistości było jeszcze daleko. Dodać należy, że na kilkunastu starszyzny kozackiej, która, akceptując umowę Cudnowską, decydowała o losie narodu ruskiego, 14 pisać nie umiało.

Warunki poddania się Szeremetjewa były upokarzające wobec butności poprzedniej. Wojska moskiewskie miały być wyprowadzone z Kijowa, Perejasławia, Niżyna, Czernihowa; żołnierze zaś Szeremetjewa bez broni odejść do Kodni, Ko- telni i Powołoczy, gdzie zatrzymać ich miano aż do ewa­kuacji powyższych miast. Broń moskiewska i amunicja miały być odstawione do Putywla i wydane Moskwie po wycofaniu się wojska moskiewskiego z Ukrainy. Szeremetjew ręczył, że woj-owie kijowscy zastosują się do tych warunków, — co oczywiście było niemożliwe.

Zwycięstwo pod Cudnowem miało *duże znaczenie: ła­mało siłę Moskwy, osłabiało moralną ufność w siebie Koza­czyzny, wykazywało przewagę Polski. Ale, jak zwykle, Po­lacy potrafili zwyciężyć, lecz nie potrafili wyzyskać zwy­cięstwa.

Przegrana bitwa, niesnaski i wzajemne intrygi kozackiej Starszyzny zniechęciły Juryszkę, który, nie umiejąc zaradzić temu, postanowił zrzec się hetmaństwa i zawiadomił o tern Bieniewskiego. Kasztelan wołyński zdołał go przekonać, że byłby to krok szkodliwy, bo wywołałby nowe bunty. Ponieważ w wojsku kozackiem intrygował ciągle na rzecz Moskwy pi­sarz wojskowy Gołuchowski, radził go usunąć, a pisarski urząd, odpowiadający godności kanclerza, oddać Pawłowi Teterze, wiernemu—od niedawna-Polsce, który przed uda­niem się do Chmielnickiego był pisarzem w kancelarji Bie­niewskiego. Tak też się stało i Juryszko zatrzymał buławę hetmańską, W ręku tego niedołęgi był to jednak urząd bez władzy.

Nie widząc żadnej powagi, ani siły u hetmana prawo­brzeżnego, wzrastał nieład kozacki na Zadnieprzu. Jako zwo­lennicy Moskwy wystąpili Jakim Somko, płk. Perejasławski i Wasiuta Zołotarenko, płk. Niżyński. W gruncie rzeczy obaj

 

byli pretendentami do buławy hetmańskiej i z życzliwością swoją narzucali się carowi—niby w obronie Ukrainy. W roku 1061 Somko pisał do cara, że ma być na wiosnę Rada ko­zacka i chcą obrać hetmana, a, rozsypując się w pochleb­stwach wierności Moskwie, narzucał się wprost na hetmań- stwo. Car odpisał krótko: „o tern będzie ukaz". Może go to otrzeźwiło nieco i zraziło. Tymczasem Juryszko próbował zdobyć Zadnieprze. W październiku 1661 roku przeprawił się wraz z ordą i Perejasław obiegł. Somko nie tak wrogo zachowywał się jak pisał: z Juryszką porozumiewał się, Pe- rejaslawia nie bronił. Widocznie wahał się, w którą strooę pochylić się. Chmielnicki mimo wszystko Perejasławia nie zdobył, lecz posunął się ku Niżynowi. Pokręciwszy się tro­chę, wrócił do Czehrynia.

Gdy nad Taśminą przesiadywał niedołężny hetman Ju­ryszko Chmielnicki po Słobodyskiej rozprawie, na Zadnieprzu targali się, intrygując Jeden przeciwko drugiemu dwaj pre­tendenci do buławy hetmańskiej Somko i Zołotarenko, na­rzucając się Carowi *ze swoją wiernością i prowadząc kon­szachty niewyraźne z Chmielniczenkiem.

Ażeby osłabić nie tyle wpływ czehryńskiego hetmana na Kozaczyznę wogóle, bo faktycznie wpływ taki nie istniał, lecz stworzyć jakąś przeciwwagę w splocie intryg kozackich, Car w maju 1662 roku wysłał Grzegorza Romodanowskiego, aby zwołał radę kozacką do Przyłuki dla obioru hetmana. Somko, pogodziwszy się z Zołotarenkiem, postawił swoją kan­dydaturę i wybrany został, ale car nie potwierdził wyboru, i buńczuku i buławy mu nie przysłał.

Chmielnicki, pragnąc zaznaczyć swoją władzę i nad le­wobrzeżną Ukrainą, na wiosnę 1602 pod Perejasław wyruszył, ale Romodanowski odparł go ze stratą, wpędziwszy cofają­cych się Kozaków do Dniepru. Rzplta próbowała przenieść akcję wojenną za Dniepr, ale wyprawa pod Kozielsk i Niżyn nie udała się. Wobec ciągłych niepowodzeń i intryg koza­ckich, Juryszko wahać się począł, a Moskwa, spostrzegłszy to, podwoiła wobec niego swoje starania. Chmielnicki sam jednak przerwał te usiłowania. W jesieni 1662 wysłał do Króla Hryćka Leśnickiego z prośbą, ażeby mu Król pozwolił złożyć urząd hetmański, gdyż jest zniechęcony, chory i zruj- ■ nowany podarunkami Teterze, które do miljona złotych wy­nosiły. Trudno było nakłaniać go do zatrzymania dostojeń­stwa^ do którego nie posiadał ani rozumu, ani doświadczenia. Zwołano radę kozacką do Korsunia, przed którą Chmielnicki wytłumaczył się, dlaczego urząd składał. Dalszy ciąg tej rady odbył się już w Czehryniu, gdzie hetmanem został wy­brany Paweł Tetera, żonaty z wdową po Daniłku Wyhowskim,

Pył on jednym z twórców Ugody Hadziackiej, to też natychmiast po wybraniu go hetmanem, wysłał uroczyste poselstwo do Króla z długą supliką, w której o rozmaite ko­zackie pretensje upominał się. powołując się na ugodę z roku 1658, ale już o Księstwie Ruskiem mowy nie było. Zrażony, niewiadomo czem do Rzpltej, wyjechał w kierunku Caro- grodu. Mówiono, że chciał się poddać sułtanowi. Było to możliwe, ale śmierć przerwała intrygi tego groźnego, bo rozumnego warchoła (1665 r.).

Na Zadnieprzu burza kozacka nie uspokoiła się zgoła. Było tam trzech pretendentów: Somko, Zołotarenko i Bezpały, hetman nakaźny, czyli nominowany zastępca hetmana. Żaden z nich, mimo walk i intryg buławy nie otrzymał, ale zjawił się natomiast nowy pretendent Brzuchowiecki, koszowy na Siczy, który przyswoił sobie nowy tytuł „Hetmana Koszo- wego“. Niegdyś pachołek starego Chmielą, człowiek wcale nie wojenny, niewiadomo jakim sposobem został Koszowym, dość, że kiedy Moskwa w czerwcu roku 1663 wyznaczyła w Niżynie zebranie Rady Kozackiej dla obioru hetmana, Brzuchowiecki zjawił się tam z Zaporożcami, pobił wszyst­kich kandydatów i wybrany został hetmanem. Ponieważ Ju- ryszko hetmaństwa zrzekł się, Brzuchowiecki ipso facto miał pretensje do hetmaństwa na całej Ukrainie. Ale takie same pTetensje miał i Tetera. W ten sposób sami Kozacy przy­czynili się do podziału Ukrainy na dwie połowy: polską, pra­wobrzeżną, gdzie hetmanowa! Tetera i moskiewską, lewo­brzeżną, gdzie był hetmanem Brzuchowiecki. Był to niejako wstęp do terytorjalnego podziału kraju, o czem później mowa będzie, dotychczas, to jest do śmierci Bohdana, jednolitego.

Oczywiście wybór Brzuchowieckiego nie mógł być przy­jęty przez Rzpltą bez opozycji. Nie bez współudziału rady Tetery, Król postanowił wkroczyć na Ukrainę lewobrzeżną, ażeby powagą swojej godności oderwać ten kraj od Moskwy. 15 listopada 1663 Król przeszedł Dniepr pod Rżyszczowem.

Pora była najfatalniej wybrana, bo nadchodziły słoty i za­wieje śnieżne późnej jesieni. Dotarłszy do Sośnicy i Głu­chowa, bez rezultatu cofać się począł. Podobno przyczyniły się do tego poważne wieści o buntach na prawobrzeżnej Ukrainie, w których brał jakoby udział Wyhowski, porozu­miewając się z Chmielnickim, który przybrał imię Gedeona,. Tukalskim, awanturnikiem w szacie duchownej, pretendentem do metropolji Kijowskiej; nie otrzymawszy jej, osiadł w Cze- hryniu, w pobliżu Piotra Doroszenka, płka Czehryńskiego; i z Doroszenkiem. Ludzie, których Wyhowski do pośredni­ctwa używał, zeznali tak szczegółowo o jego nielojalności* że zeznaniom ich zaprzeczyć niepodobna, ale Wyhowski w te­stamencie wypierał się zdrady. Może to wynikało z jego po­glądu na pojęcie zdrady. Miał on działać jakoby w interesie Moskwy. Zważywszy jego antagonizm z Teterą — rzecz mo­żliwa.

W tym samym czasie wyjawiły się wichrzenia Chmiel- niczenka, któremu habit mnisi nie przyczynił się do pozbycia się nałogu wichrzenia. Pojmano go i odesłano do Malborga wraz Tukalskim. Z Juryszką-Gedeonem wiąże się także tra­giczny koniec Wyhowskiego. Szedł on do Białej-Cerkwi jakoby dla połączenia się z buntownikami. Regimentarz Ma­chowski, który stał pod Białą-Cerkwią, był powiadomiony o wszystkiem. Gdy tedy Tetera rozbił watahę buntowników. Machowski zaprosił Witowskiego. niby na naradę, areszto­wał go, zwołał sąd wojskowy i, mimo protestów, rozstrzelać kazał.

Bohdan Chmielnicki poddaniem się Moskwie wywołał nie tylko długoletnią wojnę domową, ale i wojnę sąsiadów

  • Ukrainę, a zatem sprowadził największe nieszczęścia, jakie można było sobie wyobrazić. Z chwilą jego śmierci rozpo­częły sie walki ze sobą ambitnych pretendentów do buławy,
  • intrygi Moskwy, która w żaden sposób nie chciała zrzec się tak tłustego kąska ziemi, jakim była Ukraina. Po areszto­waniu Tukalskiego i Juryszki-Gedeona, po śmierci Wyho­wskiego, po usunięciu się z widowni Tetery, zdawało się, że prawobrzeżna Ukraina uspokoi się. Przeciwnie, wystąpili nowi ludzie i nowa polityka. Impulsywnie, bez rozwagi na­stępstw rzucono się w objęcia świata muzułmańskiego, jakby tam można było znaleść opiekę i obronę. Idea poddania sią

Krymowi, a potem Turcji była najwymowniejszem zaprzecze­niem stanowiska obrony chrześcijaństwa, jakie kozacy tak chętnie przypisywali sobie. Ani Tuhaj-bej, ani Islam-Girej nie występowali wcale w roli obrońców prawosławja, ale przeciwnie, byli dręczycielami i największymi wrogami świata chrześcijańskiego. Najprzód jakiś Opara, setnik Medwedo- wski ogłosił się hetmanem pod protektoratem Krymu, a gdy ten okazał się niedogodnym, w lecie 1665 Tatarzy pozbawili go tej godności i aresztowali, wybierając na jego miejsce in­nego obrońcę prawosławja — Piotra Doroszenkę (w sierpniu tegoż roku) płka Czehryńskiego. Znowu tedy na Ukrainie było dwóch hetma­nów: na prawej stro­nie hetman tatarski Doroszenko, na le­wej — hetman mo­skiewski Brzucho- wiecki, a obaj pre­tendowali do hetma- nowania w całej Ukrainie.


Obaj jeńcy Mal- borscy, Tukalski _i Chmielniczenko, dzię­ki interwencji Doro- szenka, który zbliżył się do Polski i został jako hetman uznany, znaleźli się w Czeh- ryniu, gdzie skutkiem tego utworzyło się nowe gniazdo in­tryg. Archimandryta Gedeon-Chmielnicki, niedoszły metro* polita Tukalski i hetman tatarski Doroszenko, radzili nad tern w jaki sposób połączyć obie strony Dniepru. Na naradę Czehryńską przyjechali także wysłańcy Brzuchowieckiego* Przechylano się na stronę Moskwy.

Za plecami intryg kozackich i zjazdów odbywały się narady posłów Rzpltej i Moskwy o pokój. Obie strony były zmęczone i wyczerpane wojną. Żadna nie miała już dość sił, ażeby zawieruchę kozacką uspokoić. Po długich tedy kon­trowersjach postanowiono skorzystać z istniejącego już roz-

Kozaczyzna Ukraińca.                    9

dwojenia Ukrainy, posiadającej już dwóch hetmanów i uznać status quo, to jest podział Ukrainy na dwie połowy — prawo­brzeżną Kijowską i lewobrzeżną Perejasławską. Traktat Andruszowski zawarty w roku 1667 uznał ten podział. Wy­łączono tylko Kijów z obwodu, do czasu niby, ale z moskiew­skich rąk już go Rzplta nie wyrwała. Obowiązano się wza­jemnie zwalczać wybryki kozackie i w razie wojny z Turcją pomagać sobie.

Traktat Andruszowski był gromem z jasnego nieba dla tych, którzy rozumieli znaczenie rozdwojenia narodowego. Oderwanie Ukrainy od Rzpltej stworzyło sytuację bez wyj­ścia. Prawobrzeżna Ukraina była zbyt polską kulturalnie, ażeby pozostać przy Moskwie, lewobrzeżna zbyt niewyrobiona politycznie ażeby zrozumieć doniosłość potrzeby oderwania się od Moskwy. Mimo przeto traktatu pokojowego w Andru- szowie wojna na terenie Ukrainy i zamieszanie nie ustawały, a traktat zwiększył tylko na długie lata zawieruchę wew­nętrzną.

Zanim przejdziemy do dalszej akcji na prawobrzeżnej Ukrainie, cofnijmy się do Ukrainy lewobrzeżnej.

Z początku Moskwa była zadowoloną z wyboru Brzu- chowieckiego. Okazywał niezłomną wierność i miłość dla Moskwy. Ożeniono go z Dołgorukówną, zrobiono „bojarem", to też podpisywał się z dumą „bojaryn i hetman Carskiego Wieliczestwa". Starszyzna kozacka mniej była z Moskwy za­dowoloną niż hetman — nasyłano kontrolę, wojewodów, na­zywano mużykami, a nawet bijano niekiedy. Sympatjc Brzu- chowieckiego także się zmieniły. Począł kłócić się z Woje­wodami, a wreszcie uległ namowie i postanowił zbliżyć się do Doroszcnka, skłaniając się niby do ustąpienia mu wła­dzy hetmańskiej w imię jedności Ukrainy. Była to mądrość po szkodzie. U obu hetmanów ambicje były większe niż mi­łość Ojczyzny. Niewiadomo kiedy Doroszenko Ukrainę wię­cej kochał: czy wtedy gdy w liście do Szeremetjewa cieszył się z traktatu Andruszowskiego, czy kiedy wabił lekkomyśl­nego Brzuchowieckiego na naradę. I zwabił nareszcie, a zwa­biwszy, zamordować kazał.

Brzucbowiecki dotknięty podziałem Ukrainy, podniósł bunt —(na początku 1668 r.) w niektórych miejscach załogi wycięto, Wojewodów wypędzono. Starszyzna kozacka stanęła przy nim. Nic dziwnego, że na hasło Doroszenka — jedność Ukrainy—dał się złapać i poszedł. Zamordowano go w spo­sób bestjalski, obrabowano doszczętnie i nagie ciało psom wyrzucono. Tak o wolność walczyli hetmani kozaccy mię­dzy sobą.

Pozbywszy się współzawodnika, Doroszenko był pewny, że władza przy nim pozostanie, tak lekko ważył wszelkie traktaty, ale omylił się.

Jeden z współpracowników Brzuchowieckiego, zdradził go, przeszedł na stronę Moskwy, oddawszy w jej ręce Czerni- bów. Był to Demko Mnohohreczny, płk. Czernihowski. Przez wdzięczność zapewne za to Romodanowski kazał go w No­wogrodzie Siewierskim wybrać hetmanem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • DEGENERACJA WALKI O AUTONOMJ*; UKRAINY,

Zamordowawszy Brzuchowieckiego, Doroszenko myślał, że pozostał panem sytuacji i że łatwiej mu będzie teraz prze­jednać Moskwę i zostać hetmanem obu połów Ukrainy. Na­znaczył tedy Mnohohrecznego hetmanen nakażnym, nie prze­widując, że tak rychło zdradzi jego zaufanie. Gdy go Moskwa kazała obrać hetmanem — Doroszenko, który nazywał go z przekąsem „Hetmanem Siewierskim" — przekonał się, że Car stoi na postanowieniach traktatu Andruszowskiego i że Ukraina podzielona, tak rychło zcałkować się nie da, że obie strony, które na jej ziemi wypisały swój traktat, nie zechcą prowadzić nowej wojny, że chętniej pozostaną każdy przy swojej połowie, niż znowu długą i niepewną miałyby prowa­dzić wojnę o całość.

Doroszenko rad byłby zatrzymać prorogatywy ugody Hadziackiej z tytułem „Księstwa Ruskiego" napół niezależ­nego, ale tytuł ten sam przez się już nie przysługiwał pra­wobrzeżnej Kijowskiej Ukrainie, tak samo jak Perejasławskiej.

Idea niezależności, choćby tak połowicznej jak Wołoska lub Siedmiogrodzka, rzucona przez Bohdana Chmielnickiego, a dojrzała w ugodzie Hadziackiej, nie zatraciła się doszczęt­nie. Wyłaziła ona na wierzch przy każdem niezadowoleniu z Polski lub Moskwy, a traktat Andruszowski dał jej nowy impuls. Gdy ostatecznie nie całkowitą ale częściową władzę na UkraiDie kijowskiej objął Doroszenko, po Wyhowskim największy krętacz, ale też człowiek najenergiczniejszy, po­czął szukać drogi dla urzeczywistnienia tej idei. Zaczepił o Krym, ale przekonawszy się, że tam nie będzie miał po­parcia, cofnął się do Polski i z rąk jej przyjął hetmaństwo.

Ale już to nie wystarczało. Marzył mu się tytuł książęcy Od Moskwy i Polski spodziewać się tego nie mógł, pozosta­wał jedyny jeszcze sąsiad, posiadający dość siły, aby się o niego oprzeć — Turcja. Co do Szwecji marzenia skończyły się wraz z ustąpieniem z Polski Szwedów.

Wobec takiego stanu rzeczy Doroszenko zwrócił się już w r. 1668 do Turcji z propozycją poddania się na takich sa­mych prawach jak Wołoszczyzna. Osobne układy były zby­teczne. Wiadomo było jak się rządziła Wołoszczyzna. Na własną rękę nie mógł tego Doroszenko przeprowadzić — po­trzebną była zgoda Rady kozackiej. Z wczesną wiosną tedy roku 1669 zwołał taką radę na Rusawę. Na radzie nietylko nie było jednomyślności, ale zapanowała ze strony posłów tureckich, którzy na tę radę stawili się, nieufność. Zdradzi­liście króla polskiego i zdradziliście Moskwę — mówiono. Przeciwko Doroszęnkowi także wytworzyła się opozycja i za­żądano, aby hetmanem został Juryszko. Ale ten przeląkł się Doroszenka, wiedział jak rozprawił się z Brzuchowieckim, zasłonił się więc suknią zakonną. Nie przeszkodziła mu je­dnak wcale, gdy przyjaciel jego Suchowiej ogłosił się het­manem, przyłączyć się do Sucbowieja i z nim razem po­ciągnąć pod Humań. Tu go Tatarzy pojmali i odesłali do Białogrodu.

W ten sposób na czas jakiś zniknął pretendent do bu­ławy hetmańskiej, nieszczęśliwa igraszka wszystkich intry­gantów politycznych.

Z usunięciem się Suchowieja i Juryszki nie zdobył Do­roszenko spokoju, bo na Zaporożu, tak samo jak w r. 1668 Suchowieja, wybrano teraz (1670) Michała Hanenka.

Odmiennie poczęły się rozwijać stosunki na obu poło­wach Ukrainy: na Kijowskiej pozostał Doroszenko, jako het­man uznany, acz ciągle zadzierający się z Polską, na Pere- jasławskiej Mnohohreczny. Jako antagonista Doroszenka wy­stąpił Hanenko i stanął po stronie polskiej, dopomagając wojskom polskim do zwaiczahia Doroszenka, który bezustan­nie łudził Jana Sobieskiego wrzekomą wiernością wobec Rzpltej, a równocześnie prowadził bezustanną małą wojnę z Polską. Dla pokonania jej nie miał siły, ale też i Rzplta nie mogła zdobyć się na złamanie buntu. Łudząc wiernością Sobieskiego, Doroszenko ciągle utrzymywał stosunki tajemne z Turcją, chociaż zaprzeczał temu, Jasnem już stało się wszystko, gdy uroczyście wręczone mu zostały buóczuk, bu­ława i bębny, jako znaki dostojeństwa hetmańskiego. Wa­runki poddania się, jakoteż szczegółowa W>respondencja znane są ułamkowo i spoczywają zapewne dotychczas w archiwach carogrodzkich. Zdaje się nie ulegać wątpliwości jeden wa­runek: Doroszenko żądał, ażeby Turcja wypowiedziała wojnę Rzpltej. Było to dla niego jedyną deską zbawienia na tern morzu intryg, obłudy i fałszu, na jakiem pływał. Turcja wahała się. W Dywanie tureckim wiedziano dobrze, że wojny z Rzpltą rzadko dla Turków bywały zwycięskie.

Rola stosunku Doroszenka do Turcji wyjaśniła się z chwilą, gdy sułtan Mahomet IV w roku 1671 zdecydował się na tę wojnę i zawiadomił Rzpltą, że musi stanąć w obro­nie swego „niewolnika Doroszenka-, którego krzywdzi Pol­ska. Padyszach zawiadomił króla, że „Doroszenko wraz z ca­łym narodem kozaków wstąpił w poczet niewolników Wyso­kiego Progu, i że przez to samo ich ziemia do państwa tureckiego wcielona została-. Już i przedtem Padyszach pi­sywał listy, „przyjemną pachnące wonią-, że kozaków wziął pod swoje skrzydła. Zapowiadał tedy na przyszłą wiosnę, że wyruszy do Lechistanu z całą swoją potęgą.

Nadaremnie Król tłumaczył Padyszachowi, że Doroszenko jest „nikczemnik, burda, potępieniec godny wzgardy, który, zapomniawszy na wstyd i uczciwość, przywiązał się był naj­przód do Cara moskiewskiego, lecz i stamtąd, dla poznanej przewrotności, był odegnany". Turcji wcale nie chodziło o Doroszenka, lecz o ziemie ukrainne, które łączyły ją nie­jako z Krymem, a panowanie Padyszacha rozciągało aż do Donu prawie i Oki. Ponieważ „Drzwi Szczęśliwości- Pady­szacha otwarte są dla wszystkich, przeto i dla kozaków przed temi drzwiami było miejsce.

Na wiosnę tedy roku 1672 z ogromną potęgą wyruszył sułtan na objęcie krajów nowego wasala, co też z początku, wobec zupełnej niegotowości Polski do wojny, było rzeczą łatwą. Han z garstką zapewne Turków wyruszył w głąb Po­dola i pod Ładyżynem ucierał się z „niedowiarkiem Hanen- kiem*\ gdy cała siła turecka poszła pod Kamieniec, bramę Rzpltej.

Doroszenko, oczywiście z obowiązku nowego niewolnika

 

Padyszacha, asystował z wojskiem kozackiem sułtanowi. Gdy wojska tureckie rozłożyły się na wielkiej równinie obozem przed Kamieńcem, rozpoczęły się ceremonje całowania nóg i szaty Padyszacha. Najprzód dopuszczony był do tej uro­czystości Selim-Girej, han krymski, który otrzymał pióro bry­lantowe, kindżał wysadzany drogiemi kamieniami, szaty, fu­tra, kaftany. 5 sierpnia Doroszenko, hetman kozaków, „do- praszał się zaszczytu opadnięcia na trawę przed strzemieniem sułtana i był mu przedstawiony przez czausz-baszę-agę. Upadłszy na twarz przed potężnym Szahinszahem, wódz ten starał się w najmocniejszych wyrazach zaświadczyć swe pod­daństwo, wierność i posłuszeństwo bez granic i nawzajem z) strony sułtana był upewniony o niezmiennej dla siebie łasce, poczem otrzymał odeń w podarunku bogaty chyłat, buławę i konia pod sutym rzędem'4.

Mimo zapewnień „wierności" Doroszenka, sułtan nie ko­rzystał, jakby należało, z wojsk kozackich przy oblężeniu Karniewa, pomny na chwiejność wszelkich przyrzeczeń ko­zaków.

Kamieniec niezaopatrzony w broń, w amunicję i żołnierza poddał się Turkom i dopiero pokojem Karłowickim w r. 1699 do Rzpltej wrócił. Po zdobyciu Kamieńca han tatarski i wiel­korządca Alepu „otrzymali rozkaz udać się niezwłocznie na plądrowanie nieprzyjacielskiego kraju". Pod dowództwo ich oddane były oddziały różnych bejlerbejów, „tudzież hetman Doroszenko4'. Oczywiście tym „nieprzyjacielskim krajem" były kraje ruskie, w których znajdowały się wojska tureckie i tatarskie, ta „Ukraina", którą Doroszenko, walczący o auto- nomję i tytuł księcia, jakiego w urzędowych stosunkach z Portą ottomańską nigdy nie otrzymał, na łup wydał.

Taki był początek tureckiej opieki.

Powolny temu wezwaniu Doroszenko wyruszył z Tata­rami i Turkami na zdobycie Lwowa. Kapłan-basza, Tatarzy i Doroszenko obiegli Lwów, ale tak samo jak za czasów Chmielnickiego i Szwedów, zdobyć go nie mogli. Ani pod­kopy pod klasztor Bernardynów, ani bezlitosne ostrzeliwanie bezbronnych przedmieść przez hetmana kozackiego, nie zdo­łały złamać stałości i odporności miasta. W końcu Turcy zażądali bez ceremonji okupu 80 tysięcy czerw, złotych; rów­nocześnie prawie rozpoczęły się układy traktatowe. Przed samem opuszczeniem Lwowa, gdy posłowie miejscy zjawili się u niego z hołdem grzeczności, zastali hetmana w stanie nietrzeźwym. Podniecony trunkiem i złością wrzeszczał, że zdobędzie jeszcze Kraków, Warszawę, Lublin. Opamiętaw­szy się wszakże, że jeszcze Lwowa nie zdobył, „co bądź się stało — rzekł, — nikt zaprzeczyć nie może, że jeden Lwów, na kraju zguby będące Królestwo, teraz i w innych razach podżwignął, a zasłużył sobie na względy u wszystkich sta­nów i większą niż dotąd nagrodę*'.

Taką była istotnie rola dziejowa Lwowa.

Równocześnie prawie z zakończeniem obrony Lwowa zawarto pokój Buczacki, który położył koniec wojnie — nie na długo. Był to pokój pod przymusem tak wielkim, że ani Rzplta ani Turcja w trwałość jego wierzyć nie mogły. Mocą traktatu, zawartego w Buczaczu, część Podola ustąpioną zo­stała Turcji, a Ukraina cała, „w dawnych swych obrębach i granicach — jak pisał dziejopis turecki — odstąpiona ko­zakom". Oprócz tego miała Rzplta płacić rocznie Turcji 22 ty­siące złotych, tytułem niby haraczu.

W ten sposób—na papierze—„cała" Ukraina wyzwoloną była z pod władzy Rzpltej, a oddana Turcji. Ale „cała" nie należała do Polski, a co ważniejsza, nawet prawobrzeżnej, Ki­jowskiej, Rzplta nie miała zamiaru ani zrzec się, ani odstą­pić Turcji. W rzeczywistości, oprócz Kamieńca, który Turcy obsadzili i kilku pomniejszych miejscowości Podola, w „ca­łej" Ukrainie, a nawet na Podolu, nie było śladu żadnej auto­nomicznej administracji kozackiej. Było w ich posiadaniu kilka miast z okręgami, które z rąk Doroszenka przechodziły do Polski i odwrotnie, a zresztą panował absolutny bezrząd i wszelki brak jakiejkolwiek władzy z wyjątkiem siły.

Plany zatem Doroszenkowe — zjednoczenie obu połów Ukrainy, podzielonej traktatem Andruszowskim, — jeśli je miał, były bardzo dalekie od urzeczywistnienia, tembardziej, że Rzplta nie była wcale skłonną ustąpić nawet swojej po­łowy. Z traktatu Buczackiego skorzystała jednak Moskwa o tyle, że uważając odstąpienie Ukrainy na papierze Turcji za akt zrzeczenia się przez Rzpltę swoich praw, nie zważając na traktat Andruszowski, zgłosiła ponownie swoje pretensje do „całej" Ukrainy. „Ziemski sobór" zwołany przez Cara do Moskwy, oświadczył się za ponownem przyjęciem pod „moc­ną“ rękę carską Ukrainy kijowskiej, nie bacząc wcale na to, że traktat Andruszowski zastrzegał wyraźnie pomoc Rosji— Rzpltej w razie wojny z Turcją. To też już następny rok do­wiódł, że uchwała „Soboru" była przedwczesną, tembardziej, że prawobrzeżna Ukraina niebardzo pragnęła powrotu do Moskwy, a lewobrzeżna była w ciągłym stanie tajemnej opo­zycji, wybuchającej zwykle nagle w otoczeniu hetmanów, stanowionych z ramienia carskiego. Moskwa tatarskim zwy­czajem umiała dławić wszelki ruch, ale przywiązać do siebie nawet Starszyzny kozackiej, łatwo przekupnej, nie potrafiła.

Wypadki, wywołane wojną turecką w r. 1672, rozwijały się dalej. Była to już wojna Rzpltej z Turcją o oderwaną, a raczej odrywającą się prowincję państwa polskiego. W dal­szej perspektywie leżały ważniejsze powody i cele: ze strony Turcji było to zbliżanie się muzułmańskiego oręża i kultury do dawnych siedzib Złotej Ordy. Nie tylko zatem nad póź­niejszą Rosją i Rzpltą polską zbierała się nowa groźna bu­rza, ale groziła ona zalewem za-dunajskich siedzib i państw. • Szło o rzecz wielką — o nowe może wojny Atylli, — o to czy świat europejski będzie chrześcijańskim, czy muzułmań­skim. Przekroczenie Dniepru przez Turków mogło się stać łatwo nowym Rubikonem.

Na drodze do takiego nieoczekiwanego wzmożenia się świata muzułmańskiego, któremu impuls dała wichrowata i bezwzględna polityka kozacka, stała tylko Rzplta. Ooa jedna mogła ten pochód muzułmański, grożący przewrotowi cywilizacji zachodnio-europejskiej, powstrzymać.

W roku 1673 Rzplta nie wypłaciła przyobiecanego po­darunku Sułtanowi, żadnego miasta i spłachcia ziemi ani Turkom, ani Kozakom nie oddała. Turcja wypowiedziała wojnę, która dla niej zakończyła się klęską pod Chocimem. Jan Sobieski zdobył tam koronę królewską, ale klęska Cho- cimska nie powstrzymała dalszego pochodu świata muzuł­mańskiego do zdobycia siedzib dawnych Pieczyngów i Po- łowców, pokrewnych im etnicznie. Pochód ten odłożono tylko pomimo ciągłych nalegań Doroszenka, który w swojej akcji wojennej i zamiarach czuł się coraz bardziej osamotniony. Na lewobrzeżnej Ukrainie miał on jakie-takie oparcie o Demka Mnohohrecznego, który z Moskwą nie umiał sobie dać rady. Pijak nałogowy kłócił się z Woj-dami i Starszyzną, która go w końcu aresztowała, związała i oskarżyła o zdradę (marzec 1672 r.). Wywieziony do Moskwy życie zakończył na Syberji w nędzy, włócząc się od domu do domu o żebraczym chlebie.

Na miejsce Mnohohręcznego wybrano Samojłowicza, zwa­nego Popowiczem, który okazywał wielką przychylność Mo­skwie, a miał te same ambicje co i Doroszenko—zostać het­manem obu połów Ukrainy. Hyło to w obecnych czasach dą­żenie ponad siły jednej i drogiej strony, a zerwanie traktatu Andruszowskiego byłoby wypowiedzeniem wojny Rzpltcj, czego sobie Moskwa nie życzyła wcale. Odnowione przez Samojło­wicza ,,statjeu były już widocznem dążeniem rządu moskiew­skiego do zwężania praw autonomicznych Kozaczyzny.

Samojłowicz wystąpił tedy odrazu jako zdecydowany przeciwnik przyjmowania Doroszenka pod opiekę Moskwy, i wogóle nawiązywania z nim jakiegokolwiek stosunku—jako z warchołem politycznym.

Wobec tego położenie Doroszenka stawało się prawie bez wyjścia: na Turcję mało mógł liczyć po klęsce Chocim- skiej, od Moskwy odpychał go Samojłowicz, pozostawała za­tem Polska. Zwyczajem kozackim uderzył w pokorę wobec Sobieskiego, który już po wybraniu go królem, pozostał na Ukrainie, ażeby ją pod władzę przywrócić i uspokoić. Wszel­kie jednak próby rozbijały się o warcholstwo Doroszenka. Marzyła mu się ciągle jeszcze opieka sułtańska. Ażeby raz zakończyć z krętactwem Doroszenka i osłabić jego powagę jako hetmana, zasłaniającego się Polską, Sobieski zdecydo­wał się oddać buławę hetmańską Michałowi Hanence, który narzucał się z wiernością swoją łatwowiernemu Sobieskiemu. W ten sposób do kozackiej wojny domowej dorzucił nowy powód. Niedługo wszakże i Hanenko hetmanował.

Na Doroszenka zbliżała się burza i od strony Pereja- sławskiej Ukrainy. Samojłowicz już desygnowany na het­mana, a wybrany dopiero 15 marca 1674 r. ,,cichemi głosa­mi*', jak pisał do Moskwy sprawozdawca,—jakkolwiek miał polecenie załagodzić pretensje Doroszenka do lewobrzeżnej Ukrainy i w tym celu wspólnie z Romodanowskim wysiany z wojskiem, przeprowadzał swoje zamiary, jakgdyby Doro­szenka nie było. Wojskiem obsadził Kaniów i Czerkasy, a przychylnie usposobił, nominalnie istniejące już tylko pułki kozackie prawobrzeżne, że zapomocą swoich posłów zgłosili akces do Samojłowicza. Była to zatem wojna z obcem pań­stwem bez wypowiedzenia wojny. Samojłowicz zręcznie omi­nął zupełne Czehryń, a posiadając zezwolenie na połączenie się z lewobrzeżną Ukrainą pułków Kaniowskiego, Korsuńskiego. Kalnickiego, Białocerkiewskiego, Czerkaskiego, Pawołockiego, Humańskiego, Bracławskiego, Podolskiego i Mohylowskiego, uznany tedy został nieurzędowo, ale de facto, hetmanem obu połów Ukrainy. Godność tę tem łatwiej mógł uzyskać, że i Hanenko, zamordowawszy polskiego „pułkownika" Piwo, uciekł z garstką swego wojska za Dniepr i złożył buławę hetmańską pod władzę carską.

Doroszenko, ściśnięty ze wszech stron, nie miał już wyj­ścia, uciekł się przeto do zwykłej kozackiej broni—obłudnej pokory i wysłał Iwana Mazepę, który po awanturze na zamku warszawskim i niezbyt pomyślnie zakończonej awanturze mi­łosnej, znalazł się w Czehryniu, z powitaniem nowego het­mana i z oświadczeniem chęci złożenia także swojej buławy w ręce szczęśliwego wybrańca losu.

Nagle zaświtała mu nadzieja ratunku: 5 czerwca 1674- wojska tureckie przekroczyły Dunaj i weszły na Podole, gdzie, dzięki Doroszenkowi, wojska tureckie ,,na pastwę zwycię­skiemu mieczowi chytre niedowiarstwo poświęcali". Wiado­mość o tem, że Turcy idą na pomoc niewiele pomogła—tyle chyba, że finale tych smutnych zatargów między dwoma ko­zackimi hetmanami, zbliżało się. W jesieni zjawili się pod Czchryniem znowu Komodanowski z Samojłowiczcm. Doro­szenko miał tylko kilka tysięcy najemnych kozaków (serde- niata"), którzy uciekali do Samojłowicza. W mieście pano­wał głód. Zdobyć je było łatwo, ale obaj wodzowie od oblę­żenia odstąpili na wieść o zbliżających się Turkach. Moskwa nie życzyła sobie wojny z Turcją.

Tym razem Doroszenko został uratowany, ale położenie jego było beznadziejne. Wszystkie plany jego,—spuścizna dzie­jowa Umowy Hadziackiej,—dotyczące utworzenia odrębnego autonomicznego organizmu, rozpadały się w gruzy. Raz tylko w ciągu długoletniej wojny Kozaczyzny z Rzpltą przesunął się cień tytułu Księstwa Ruskiego—i zniknął. Nie było komu ująć go spokojnie i mocno. Ambitne walki wzajemne róż­nych hetmanów niszczyły i rujnowały Ukrainę o wiele wię­cej, niż to miało miejsce za czasów Chmielnickiego. Powo­ływanie ciągłe Turków i Tatarów na pomoc, zniszczyło i zdemoralizowało ludność, starło doszczętnie wszelkie ślady osadnictwa od początku 17-go wieku. Lud słusznie bardzo cały okres wojen Doroszenkowych i późniejszych nazwał „Ruiną"!

Doroszenko, znękany niepomyślnym obrotem swojej po­lityki, zrobił to, co uczynił jego mistrz Bohdan Chmielnicki— poddał się Moskwie. We wrześniu 1676 roku „poddał się pod regiment" Samojłowicza, składając w ręce jego buławę het­mańską, zastrzegając sobie tylko prawo mieszkania na Ukrai­nie. Ale Moskwa przyrzeczenia tego nie dotrzymała. Kilka lat przemieszkał w Moskwie, potem zrobiono go wojewodą

Blfttogrńd—Akkerrnan, gdzie był więziony Juras Chmlelniczenko.

 

 

w Wiatce (do r. 1C82), a potem dopiero otrzymał w darze wieś Jaropołcz, gdzie w roku 1698 burzliwe życie zakończył.

Poddanie się Doroszenka Moskwie nie przyczyniło się zgoła do rozwikłania sprawy kozackiej na Ukrainie kijow­skiej; przeciwnie—zagmatwało ją jeszcze bardziej. Mimo usu­nięcia się Doroszenka, Turcja nie zrzekła się praw swoich. Miała ona w zanadrzu nowego pretendenta, który nie widział innego wyjścia dla siebie jak poddać się smutnej roli, wy­znaczonej mu przez Turcję. Był to najmłodszy syn Bohdana Chmielnickiego, nieszczęśliwy Juryszko. Trzymany najprzód w Białogrodzie, dokąd wysłali go w r. 1672 Turcy, a potem w Carogrodzie, po usunięciu się Doroszenka, naznaczony zo­stał na godność hetmana kozackiego. Z hetmana mnich, z mnicha wywłoka, z wywłoki hetman i więzień — miał je­szcze przed sobą inną rolę — księcia Ruskiego.

Gdy go Turcy wypuścili z więzienia i nominowali het­manem bez wojska, zebrał gdzie mógł włóczęgów, zasilił się Turkami i Tatarami i poszedł zdobywać Czehryń w lecie 1677 roku. Była już tam załoga moskiewska. Romodanowski i Samojłowicz wyruszyli na pomoc. Wszystko to się działo w Polsce pomimo traktatu pokojowego Andruszowskiego. Turcy odstąpili od oblężenia, ale powtórzyli je na rok na­stępny. Postanowiono odebrać Czehryń, który przez sam fakt poddania się „chytrego i sprośnego'* „pohańca" Doroszenka Moskwie, znalazł się w jej posiadaniu. Wypuszczonego tedy z więzienia „niedowiarka*4 Jurka Chmielnickiego, wysłano znowu pod Czehryń. Skutkiem cofnięcia się Turków niezdo­byto go, odłożywszy zdobycie na rok następny. Jurko, obda­rzony aksamitnym kołpakiem i szubą, po raz drugi odstąpił z pod Czehrynia. W uniwersałach, wzywających ludność i kozaków do kupienia się pod jego sztandarem, Juryszko podpisywał się: „Gieorgij-Gedeon Wenżik Chmielnicki, kniaź małorosijskij, ukrainskij. wożd’ wojska Zaporozkoho**.

Wyprawa pod Czehryń nie udała się z powodów poli­tycznych. Skutkiem tajemnego porozumienia się z Turcją, które miało doprowadzić do traktatu, nakazano załodze Cze- hryńskiej wycofać się, a zamek wysadzić w powietrze i miasto zniszczyć. Tak się też i stało. Traktat z roku 1681 położył koniec zatargom turecko-moskiewskim, ale sprawa Ukraińska wcale przez to załatwioną nie była: Rzplta nie zrzekła się praw swoich do Ukrainy Kijowskiej, a Moskwa tern pilniejszą uwagę zwróciła na Ukrainę Perejasławską. Przy Turcji po­został spłacheć Podola, którego również nie zrzekła się Rzplta. Mimo to Turcy oddali ją pod zarząd, do pewnego stopnia, Woj-dy wołoskiego Duki, który, otrzymawszy kraj pusty prawie skutkiem kilkoletnich wojen, rozpoczął zwoływać ludność dla osadnictwa. Szło mu to wcale nieźle. Pojmany przez Polaków (1683) pozostawił ten kraik pod opieką Pana Boga. Teoretycznie był on w posiadaniu Turków.

Pragnąc zaznaczyć prawo swoje do tej części Podola, Turcy próbowali stworzyć jeszcze w tej części jakiś odrębny ośrodek państwowy i na wielkorządcę kraju przeznaczyli

Juryszka Chmielnickiego z rezydencją w Niemirowie. Tak więc włóczęga, tułacz nieszczęśliwy, igraszka zawiści star­szyzny kozackiej i losu, niedołęga umysłowy, pozbawiony wszelkiego charakteru i zdolności, posiadający tytuł Księcia Ruskiego, jak przed nim Doroszenko, nieposiadając jednak ani księstwa, ani stolicy, ani wojska, Juryszko znalazł nagle prawie Księstwo i stolicę. Księstwem tern był spłacheć kraju nie mający określonych granic, w którym można było ozna­czyć kilka punktów tylko, jako miasteczka: Kalnik, Między­bórz, Niemirów. Na stolicę Turcy wyznaczyli mu Niemirów. Zjechał tam na czele nielicznego orszaku różnonarodowej zbieraniny i objął w posiadanie kraj ogołocony z żywności i ludzi. Ale byli żydzi, których chciwość zapędza do obozu największych wrogów. Mieszkał tam i posiadał instytut dzie­wic („odalisk") wychowywanych dla sułtanów i baszów, żyd Orun, bogacz, handlujący dziewczętami ruskiemi. Na niego zwrócił uwagę Książę Sarmacji. Zanim jednak do tego do­szło, próbował nawiązać stosunki z Moskwą za pośrednictwem Samojłowicza, który pod tym względem posiadał szczęśliwą rękę, bo już zdołał w sieci moskiewskie zwabić Doroszenkę. Obiecywał też i Księciu Ruskiemu darowanie winy i łaskę carską. Byłby to uczynił Juryszko, ale nie miał sposobności.

Tymczasem trzeba było żywić zgłodniałą rzeszę jancza­rów, Tatarów i Lipków otaczających go. Wymuszał żywność na kim mógł tylko. Na dziedzińcu swoim posiadał jamę około 40 metrów głęboką, do której wrzucał każdego, kto mu się nie opłacił, i męczył — aż opłacił się. Był to typ je­dnego z tych nieszczęśliwych, których zmarnowała Kozaczy­zna. Z rozbitą duszą, w walce z sumieniem, w walce z oto­czeniem, nic dziwnego, że bezbrzeżna rozpacz miotała tym biedakiem. „Cierpię nad tern, co się dzieje — mówił przy­godnemu podróżnemu mnichowi z góry Athos, który zabłąkał się do niego, — ale wspólnie z Turkami iść muszę. Cóż ja, niewolnik, mam robić? Co każą, to uczynić muszę.*' Pra­gnął wrócić, ale lękał się Sybiru.

Tymczasem zaszły wypadki, które mu powrót i do Cze- hrynia i do Moskwy zamknęły. Przyciśnięty potrzebą, napadł na odalik Oruna, zrabował doszczętnie, starą Orunichę za­mordował, a jedną z wychowanek odaliku zabrał do siebie. Orun, wróciwszy z wycieczki po nowy „towar“, znalazł w do­mu śmierć i ruinę. Poleciał do Stambułu na skargę. Schwy­tano biednego ale dzikiego Juryszkę i stawiono przed sąd baszy w Kamieńcu, któremu Książę Ruski podlegał. Po krótkiej perkwizycji nałożono mu stryczek na szyję i poprowadzono. Powiadają, żc go uduszono na moście, zwanym tureckim. Zdaje się, że stało się to w roku 1681.

Taką śmiercią zginął ostatni potomek Rohdana Chmiel­nickiego — nieszczęśliwy syn nieszczęśliwego ojca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • ZANIK KOZACZYZNY KIJOWSKIEJ.

Widzieliśmy jak się rodziła, kształciła i degenerowała wreszcie idea autonomiczna kraju pod hegemonią Kozaczyzny. Brak wszelkiej stałości i jasności w politycznych dążeniach hetmanów kozackich, nieumiejętność zorjentowania w tragi­cznym splocie wypadków, jakie spadły na Rzpltę, wzajemne walki ze sobą o starszeństwo, wreszcie zajadła złośliwość i złość kozaków względem Rzpltej, jako środek agitacyjny dla zwabienia w swoje szeregi czerni, — wszystko to razem wziąwszy doprowadziło prawobrzeżną Ukrainę do stanu strasz­nego wyludnienia i spustoszenia. Miasta i miasteczka, zbu­dowane wysiłkiem polskiej pracy i myśli, leżały w ruinie; ludność wiejską spędzano tysiącami za Dniepr przemocą (zho- ny), tysiącami uciekała sama przed szablą turecką. Ledwie błysnęła chwila spokojnego życia, ta sama ludność uciekała od Moskwy na dawne siedziby. W płomieniach i ruinie włas­nego kraju, hetmanowie kozaccy szukali zaspokojenia swoich ambicji i nazywali to walką o wolność, a gdy im Rzplta ofia­rowała warunki zgody, wróżące świetną i niezależną przy­szłość Ukrainie z mocy Ugody Hadziackiej, dawali się łapać na obietnice i ruble moskiewskie z lekkomyślnością nie da­jącą się zrozumieć.

Z usunięciem się Doroszenka i Juryszki Chmielnickiego z areny dziejowej, faktycznie Kozaczyzna prawobrzeżoa prze­stała istnieć. Byli jeszcze kozacy z tytułu, ale nie było już Kozaczyzny. Miała ona jeszcze przytułek na Siczy Zaporoż- nej, ale czem i jaką tam była—będziemy mówić o tem w in­nem miejscu.

Hanenko i Doroszenko, składając przysięgę na poddań­
stwo Moskwie, zrzekali się dobrowolnie jedności terytorjalnej Ukrainy. Gdy na zjeździe kozackim dla wyboru nowego het­mana, za przykładem hetmanów opowiedzieli się za Moskwą prawobrzeżni pułkownicy, pierwszy Eustachy Hohol zerwał z Moskwą, za jego przykładem zerwali inni. Ale Hohol, pod­dając się Polsce, pod wpływem Samojłowicza napisał do Ca­ra z oświadczeniem wierności. Nie wiedział o tern Sobieski i mianował go „Nakaźnym hetmanem** tymczasowym, a na siedzibę przeznaczył Polesie, polecając oddać mu w posiada­nie Dymir, Czarnogródkę i Korostyszów. Prawie w tym sa­mym czasie hetman W. K. wysłał do Niemirowa, jako „Sta­rostę**, szlachcica z Lubelskiego, Stefana Kunickiego, który już w sierpniu 1676 roku ustąpił, robiąc miejsce „Księciu Sarmackiemu11.

Po śmierci Hohola w 1679 nie mianował Król hetmana kozakom. Garstka ich rozsiedlona na Polesiu była pod ko­mendą polskich pułkowników Mirona i Urbanowicza, tworząc rodzaj straży granicznej. Kozacy jakoby prosili o hetmana— chyba już po usunięciu Juryszka z Niemirowa. Król w tej roli wysłał Kunickiego. Faktycznie był on jenerałnym osad- czym, a prawo zwoływania osadników otrzymał od hetmana W. K. Jabłonowskiego.

Zbliżająca się wojna z Turcją—w imię ukochanej przez Sobieskiego idei obrony chrześcijaństwa—wpłynęła na zmianę stosunków wewnętrznych na Ukrainie. Pogłoska o tej woj­nie wywołała ożywienie śród rozbitków kozackich, włóczą­cych się bezczynnie po kraju, lub bawiących się rabunkiem. Wojna dawała im środki zarobkowania. Nie było już pośród nich nikogo, ktoby wywiesił hasło polityczne, ktoby miał ja­kiekolwiek pragnienia narodowe do urzeczywistnienia. Umo­wa Rzpltej z Turcją w Bachczysaraju w r. 1681, a później traktat Grzymultowskiego zastrzegały pas wolny od koloni­zacji po obu stronach Dniepru od Kijowa aż do Zaporoża. Miejscowości zatem, gdzie gnieździła się Kozaczyzna pozba­wione były oparcia i możności dalszego rozwoju. Ludność długo obawiała się osadnictwa w tych stronach.

Na wiosnę roku 1683 zjawiła się deputacja kozacka u Króla z propozycją wzięcia udziału w wojnie. Król bardzo życzliwie przyjął propozycję. Za pieniądze papieskie poczęto werbować ochotników, a uzbierało się tego zaledwie 3 ty-

10

siące. Z listów Jana Sobieskiego wiemy, że była to hołota, która wziąwszy żołd piła, hulała i na odsiecz spóźniła się. Nie brała więc w odsieczy żadnego udziału, chociaż historycy ruscy—i nasi niekiedy—uporczywie powtarzają bajkę o udziale kozaków. Po odsieczy Wiedeńskiej służyli istotnie, rzadko się bijąc, a często rabując co się dało.

Inną rolę przeznaczył Król Kunickiemu, wysyłając go przez Wołoszczyznę, aby szarpał na tyłach armię turecką. Tu, póki nie było nieprzyjaciela, pisał o zwycięstwach, gdy zjawili się Tatarzy, którzy cofając się, natknęli się na Ku­nickiego i Wołosi, przegrał bitwę i stracił wszystkie zrabo­wane rzeczy. Wrócił do Niemirowa i tu w jakiejś burdzie z kozakami życie zakończył. Po nim tytularne hetmaństwo objął jakiś Mobyła—także nie na długo. Mazepa nazywał go „głupcem, nie tylko wtenczas kiedy był pijany, lecz także gdy był trzeźwy*4. Kozacy niezadowoleni z niego z powodu przegranej jakiejś potyczki z Turkami, poczęli go bić i włó­czyć po mieście, tak że ledwie żywy umknął do Zameczku pod opiekę załogi polskiej, a zbieranina kozacka poczęła szu­kać innego chleba za Dnieprem.

Tak więc zwycięstwo Kozaczyzny na tern się skończyło, że nie było na Ukrainie ani kozaków, ani ludności ruskie), ani Polaków. Gorzej jeszcze, bo wojna nawet dzikie zwie­rzęta, któremi przepełniona była Ukraina, wypłoszyła. Włó­czyły się po stepach, przymierając głodem i chowając się od Tatarów po komyszach, gromady wybitej z rolniczego trybu życia ludności.

Trzeba było rozpocząć na nowo kolonizację pustyń, jako rezultatu długoletnich wojen. Kozaczyzna niemirowska roz­leciała się w strzępy, na Polesiu zaś Miron, naznaczony „na- kaźnym** zaczął poczynać zgoła samowolnie, głosząc, jak nie­gdyś Chmielnicki, że ma pozwolenie od króla zająć kraj przez kozaków aż po Słucz. Tymczasem uniwersał królew­ski zupełnie co innego głosił: wyznaczał stanowiska dla ko­zaków koło Korsunia, Czerkas, Czehrynia, Łysianki, ziemie nad Tarniną j Tykiczem i koło Humania.

Było to pewnego rodzaju wskrzeszenie Kozaczyzny, które Sejm konstytucją swoją potwierdził, powołując się na zasługi kozackie w czasie wojny tureckiej, chociaż widzieliśmy, że zasługi te były minimalne. Konstytucja pozwalała kozakom skupiać się koło hetmana Mohyły i osadzać pustynie ukrainne. Niejednokrotnie wypadnie historykowi polskiemu stwierdzić, że Jan Sobieski, niewątpliwie dzielny żołnierz, był jednak bardzo łatwowiernym, nieostrożnym i nieprzewidującym po­litykiem. Wierzył, że Moskwa zwróci Kijów i po tylu do­świadczeniach ciężkich i krwawych, po tylu obłudnych ma­tactwach kozaków, wierzył, że ci ludzie, wychowani w swa­woli, potrafią—z dziś na jutro—być spokojnym materjałem rolniczego osadnictwa. Złudzenie to niedługo trwało, ale wywołało nowe zwichrzenie kraju, który w znacznej mierze był oszczędzony przez oręż tatarski i turecki.

Uniwersał królewski obiecywał wysłać osobnych komi­sarzy dla wyznaczenia ziemi na osadnictwo. Wywołał on śród ludności wiejskiej Polesia i Wołynia pewne poruszenie i ucieczkę na stepy ukrainne, co oczywiście wywołało krzyki niezadowolenia ze strony szlachty, pozbawionej siły gospo­darczej. Regimentarz Druszkiewicz nadaremnie uspokajał szlachtę. Tworzące się kupy swawolnego kozactwa pod wo­dzą samowolnie nominujących się pułkowników, zwykłych watażków, rabowały majątki szlacheckie, klasztory i za pie­niądze wynajmowały się do wszelkiego rodzaju zajazdów, mających na celu osobiste porachunki. Typem takiego puł­kownika był jakiś Karol Tyszkiewicz.

Gdy swawolne kozactwo hajdamaczyło na Polesiu—w ste­powej połaci Ukrainy inaczej, ale nie lepiej, układały się stosunki i były nowym dowodem omyłki Sobieskiego, co do możliwości zużytkowania pokojowo rozbitków kozackich.

Wróg polskiej kultury, życia i państwowości, wychowa- niec rosyjskiej polityki, Włodzimierz Antonowicz, w ten słu­szny sposób charakteryzował żywioły niby kozackie, pozo­stałe na Ukrainie Kijowskiej po wycofaniu się Doroszenka i Hanenka: „zachodnia Ukraina staje się przytuliskiem ludzi bezdomnych, zbiegłych od pracy włościan i zuchwałych włó­częgów. Powtórzyło się zjawisko z przed dwiestu lat, które dało początek Siczy Zaporożnej: z najróżnorodniejszej zbiera­niny organizują się w stepach zbrojne watahy oczajduszów i prowadzą wojnę rabunkową z Turkami i Tatarami. „Były to resztki wychowanków ideowych Chmielnickiego i Doro­szenka. Z takiego materjału polecił Sobieski zebrać oddział ochotniczy Bułyże, Menżyńskiemu i Druszkiewiczowi i na ta­kim materjale pragnął stworzyć nową jakąś Kozaczyznę, rol­niczą i spokojną. Widział odwagą żołnierza, ale nie docenia! jej motywów i charakteru moralnego. Wychowańcy stepowej swawoli nie mogli być w zgodzie z jakimkolwiek ustrojem społecznym, w Polsce raziła ich szlachetczyzna, w Moskwie— bojarstwo, to jest te elementy w państwie, które reprezento­wały całość państwa i jego spokój. Stepowy „dobycznik" miał skarb przed sobą — ziemią, mógł jej używać ile chciał, ale sam używać nie chciał, a za wroga miał każdego, który z niej ciągnął korzyści, korzyści tych zazdrościł i niszczył je jako dorobek nieprzyjaciela. Co ważniejsza, uważał takie ni­szczenie za pewnego rodzaju obowiązek i zasługą, bo każdy, kto bronił porządku, krąpował go, był zatem uważany za prześladowcą wolności.

Z niedoceniania ducha i charakteru kozaków wypłynęła jego chąć odbudowania Kozaczyzny na podstawach zgoła in­nych, niż była Kozaczyzna zorganizowana przez Chmielni­ckiego. Sobieski pragnął Kozaczyzny uległej i podległej państwu, od państwa wyłącznie zależnej, opartej nie na „da­wnych przywilejach i wolnościach'*, lecz na niewyraźnych ideal­nych obowiązkach wobec państwa. Ale do tej odbudowy posługiwał sią ludźmi nieobliczalnego charakteru i tempera­mentu, prawie wyłącznie tymi, którzy zaznaczyli sią awan­turami w okresie tureckiej wojny, po wiedeńskiej odsieczy.

Akcja, którą nazywano odbudowaniem Kozaczyzny, była właściwie zanikaniem jej, rozkładaniem się, dalszą degene­racją, rozpoczątą przez Doroszenka, pochyleniem sią do po­wolnego upadku. Kozaczyzna Sobieskiego nie była już przed­stawicielką idei politycznej, nie posiadała w sobie żadnych sił twórczych, ale poddana pod władzą hetmanów W. K. i Polnego, jakoteż Regimentarzy, posiadających władzą niby dawnych hetmanów kozackich, miała być pośrednikiem miądzy państwem, a materjałem osadniczym. Ale pomysł ten, oparty na błędnych przesłankach, gorzkie wydał owoce.

Cała ta akcja z inicjatywy i pod wpływem Sobieskiego poczęta, nosiła głośny tytuł — odbudowania Kozaczyzny, to jest odbudowania tego czynnika, który najbardziej przyczynił sią do osłabienia i upadku Rzpltej. Ci, którzy wywołali anar- chją w państwie, mieli stać sią podporą porządku. Trudno o większe niekonsekwencje, które wkrótce przyniosły wielkie

 

rozczarowania. To też konstytucja z roku 1685, wpisana do „Volumina legum“ brzmi jakby jakaś głęboka ironja nad wiekowem zmaganiem się Rzpltej z tą nanowo wskrzeszaną Kozaczyzną—„za usługi i ochotę0 okazywane Rzpltej. Kon­stytucja ta zachęcała do łączenia się z „hetmanem Mohyłą", tym samym, którego tak dosadnie scharakteryzował Mazepa. Aprobowano „dawne swobody", a na dowód „dobroczynnej łaskawości" obiecywano „wysłać komisarzy do rozporządzenia i ubezpieczenia sadowienia się Ukrainy w dobrach naszych". Było to takie same złudzenie, jakiemu ulegał Adam Kisiel, który wierzył, że kozaków można głaskaniem uspokoić.

Miało być zatem dwie jakieś Kozaczyzny: jedna z puł­ków najemnych, konsystująoa na Polesiu, która, jak zoba­czymy, rozbojami swemi i najazdami rabunkowemi zwi­chrzyła nie tylko Polesie, ale połowę Wołynia, a druga jakaś inna, która miała na celu pracę kolonizacyjną w stepowej połaci.

W myśl tedy uniwersału królewskiego, nowomianowani pułkownicy kozaccy mieli się zająć formowaniem kozackich pułków, na co otrzymali „listy przepowiedne". Samuś otrzy­mał pustynię Bohusławską, Iskra—Korsuńską, a Semen Palij Fastowszczyznę. Samuś nie zadowolnił się Bohusławiem, lecz, otrzymawszy tytuł „nakaźnego hetmana", bawił się niby osadnictwem w okolicach Niemirowa. „Pułkownik" Abazin kolonizował Bracławszczyznę i okolice Kalnika. To co się nazywało kolonizacją stepów było właściwie akcją podrzędną, głównem zaś zadaniem tych pułkowników było skupianie rozproszonego kozackiego hultajstwa i rabunkowe wyprawy na wszystkie strony.

Typem wszakże nowego gatunku „odrodzonej Kozaczy­zny" był Semen Palij. Nosił on tytuł pułkownika Białocer- kiewskiego, chociaż Biała-Cerkiew jako twierdza znajdowała się w ręku Polaków i stała niejako na straży, zarówno bli­skiej granicy moskiewskiej jak i była hamulcem poniekąd swawoli kozackiej. W pobliżu jej, w Fastowie, usadowił się Palij i pułkiem swoim, „składającym się z zaporoskich ko­zaków, różnych awanturników i wszelkiej hołoty", zajął Fa­stowszczyznę, zniszczoną przez długoletnią wojnę. Pragnąc ją zasiedlić, obiecał długoletnie „słobody", które zwabiały ludność z pobliskiego Polesia. Bardzo mu tylko było nie na rękę sąsiedztwo Białej-Cerkwi, która się stała celem jego tajemnych życzeń.

Niedługo trwała idylla konstytucji 1685 roku o „wiernej służbie kozaków". Niezależnie od osadnictwa Palij ze swoją watahą rozbójniczy! w stepach, rabując Turków i Tatarów, palił przedmieścia miast tureckich, niszczył ułusy Budżackiej i Białogrodzkiej ordy, a wszystko to robił na własną rękę, sprowadzając na Rzpltą wiele kłopotów. Jak wyglądało „wojsko zaporoskie" Palij a, daje o niem pojęcie człowiek współczesny, pop Łukjanow, który przez Pastów przejeżdżał do Ziemi Świętej. Byli to oberwańcy, którzy jak zgłodniałe wilki rzucali się na każdego i rozszarpywali wszystko, co znaleźli na wozach. Odpowiednia do wojska była „obrona narodu", która polegała na tern, że kozacy Palijowi rabowali majątki polskie, a szlachtę wypędzali.

Przewidując, że prędzej czy później przyjść musi do starcia z Polakami, powziął zamiar poddania się Roąji. • Świadczyło to najlepiej o braku u tego człowieka wszelkiego zmysłu poli­tycznego, braku wszelkiego orjentowania się w stosun­kach istniejących. Moskwa, jakkolwiek skora do podtrzymywa­nia wszelkich niepokojów w Polsce, odmówiła mu, radząc, ażeby się udał na Zaporoże. Co do tej rady, orjentował się dobrze: wolał obfity chleb w Fastowszczyźnie, niż głodową wolność na Zaporożu. Mazepa przychylał się do przyjęcia Palija „mocną ręką", bo w ten sposób zbliżyłby się do swoich stron rodzinnych. Ale te sympatje niedługo trwały. Mimo odmowy Moskwy, Palij otrzymywał stamtąd podarunki i „żałowanje".


Im bardziej zbliżał się do Moskwy, Lem więcej okazy­wał zawziętości do szlachty. Rabunkowe najazdy na dwory i folwarki szlacheckie bardzo się podobały kozakom, bo jak niegdyś za Chmielnickiego, majętności szlacheckie przecho­dziły we władanie kozaków, jakoteż licznych samozwańczych pułkowników i watażków. Ciężką spuściznę pozostawił So­bieski w tej wrzekomo „odrodzonej" Kozaczyźnie, bo anarchję wewnętrzną, tern gorszą, .że zawistnem okiem poczęli patrzeć na nią sąsiedzi. Osobliwie Piotr Wielki spoglądał ciągle chciwem okiem przez Smoleńsk na Litwę, wzrok swój za­puszczając ku Bałtykowi, a przez kijowskie okno, otworzone Moskwie przez króla, który ratował Wiedeń od Turków, śle­dził pilnie, co się dzieje na Rusi.

W miarę wzmacniania się w Fastowszczyznie rosły także kozackie marzenia Palija. Szedł'on pod pewnym względem dalej, niż jego poprzednicy, którym przecież świtała jakaś idea państwowa, w imię której nie decydowali się niszczyć starego ustroju społecznego i wyrobionego przez wieki po­działu uwarstwienia, pragnęli tylko własność szlachecką zamie­nić na kozacką. Warchoł fastowski, tak sympatyczny pierwot­nym pojęciom społecznym ludu wiejskiego, pragnął wszystką ludność Ukrainy skozaczyć, zastępując wszelkie powinności stanu włościańskiego albo obowiązkiem służby wojennej, albo opłatą pieniężną na utrzymanie wojska kozackiego. Były to halucynacje pijanej głowy, nieuwzględniające prawidłowego istnienia jakiegokolwiekbądź organizmu państwowego i nie liczące się z niemożliwością przeprowadzenia własnemi si­łami takich reform nawet w osłabionej Rzpltej.

Niepokój, wywoływany zachowaniem się Palija, zmusił nareszcie Rzpltą do zbrojnego wystąpienia przeciwko niemu w roku 1691. Nieudałe próby Regimentarza Druszkiewicza zwalczania Palija zakończyły się naznaczeniem nowego Re­gimentarza Balcera Wilgi, który miał zgromadzić siły pol­skie, wzmocnić Białą-Cerkiew i opanować Fastów. Przygo­towania zaniepokoiły Palija, który znowu począł narzucać się Moskwie ze swojem poddaństwem i prosił o wojskową pomoc Mazepę. Uniwersał królewski, traktując Palija i jego kozaków jako buntowników, pozwalał ogniem i mieczem niszczyć ich, i rzeczywiście udało się z niektórych punktów wyprzeć tych „kozaków". W roku 1694 Palij niby upoko­rzył się i zaproponował wspólną z Jabłonowskim, hetmanem W. K., wyprawę na Turków. Hetman nie dał się złapać na tę przynętę, ostro wyrzucając buntownicze zachowanie się Palija. Mimo wszystko Palij pokornemi listami „do czasu", jak się wyrażał, usypiał czujność Polaków, i Tatarów ze ste­pów Budżackich spędzał. Była to niby pomoc Polakom w woj­nie z Turcją.

Ale wojna skończyła się traktatem Karłowickim w r. 1699, mooą którego Ukraina i Podole powróciły do Polski.

Gospodarstwo Palija i innych pułkowników kozackich poruszyło nareszcie całą Rzpltę. Nietylko Woj-dztwa Bracław- skie i Wołyńskie, będące pod bezpośrednim terrorem swa­woli kozackiej, ale deputaci dalszych województw, osobiście po śmierci Sobieskiego przyjeżdżali na sejm z uchwałami sejmików, żądającemi zniesienia Kozaczyzny. Duchowieństwo rzymsko-katolickie, nękane i prześladowane przez kozaków, wystąpiło także z żądaniem skasowania Kozaczyzny, jako źródła bezustannego niepokoju w państwie. Na sejmie koro­nacyjnym w r. 1697 August II przyrzekł jej zniesienie. Wreszcie na sejmie pacificationis w czerwcu 1699 r. sejm zdecydował się rozpuścić milicję kozacką, skasować wszyst­kie pułki, tak piesze jak konne i zawiadomić kozaków o zu- pełnem zniesieniu wojska kozackiego. Jakoż istotnie 20 sier­pnia tegoż roku hetman W. K. w uniwersale, wysłanym na imię „nakazoego** hetmana Samusia, do pułkowników Palija Iskry, Abazina, Barabasza, jakoteż do wszystkich kozaków, zawiadomił o uchwale sejmu.

Ale łatwiej było powziąść uchwałę i wydać uniwersał, niż znieść „odrodzoną" Kozaczyznę. Palij miał inne poglądy na suwerenne prawa państwa i ustąpić nie chciał. Zapomniał o tern, że państwo, które mu pozwoliło zająć Fastowszczyznę. może ją odjąć, gdy to się okaże niezbędnem. Palij odpowia­dał: „ja osiedliłem się w wolnej Ukrainie i mam prawo (u siedzieć". Takie pojmowanie prawa mogło wystarczać wa­tażkom kozackim, ale nie państwu.

Próba wyrugowania siłą na razie nie udała się. Palij siedział, kozaków nie rozpuścił. Opierał się, bo wiedział, że zbliża się wojna Szwedzka. Za jego przykładem poszli inni. Palij zwołał do Fastowa na naradę Samusia, Iskrę i Aba­zina. Oczywiście narady te mogły mieć charakter tylko opo­zycji zbrojnej. Tak też się stało. Gdy w r. 1702 w Bohusła- wiu i Korsuniu zjawiła się garstka polskiego wojska w asy­stencji właścicieli ziemskich odebranych przez kozaków ma­jętności, i zażądała opróżnienia miast, kozacy napadli na nich, częściowo wymordowali; inne miasteczka, jak Łysianka, poszły za ich przykładem, a jednocześnie rozeszła się po­głoska, że Samuś złożył przysięgę Carowi i poddał się pod regiment Mazepy. Kozacy na czele z Samusiem ruszyli pod Białą-Cerkiew, zwołując czerń ku sobie. Palij prowadził oblężenie Białej Cerkwi, a Samuś udał się w głąb Wołynia, Berdyczów zdobył, żołnierzy wyciął. W ten sposób część Rusi znalazła się w posiadaniu kozaków tych samych, których ..odrodził" Sobieski.

Leduchowski na czele pospolitego ruszenia stanął pod Za- sławiem i rozpoczął sądy nad opornymi lub zdrajcami. To po­wstrzymało dalszy rozwój chłopskiego buntu na Wołyniu.

Samuś z pod Berdyczowa ruszył w Bracławszczyznę, razem z Abazinem zdobył Niemirów, a żołnierzy wymordo­wał. Był to sukces nielada, bo Niemirów uchodził za ostoję Podola, silniejszą niż Bar i Bracław. Równocześnie prawie padła Biała-Cerkiew, w której usadowił się Palij.

Na interwencję Rzpltej wmięszał się w tę wojnę car Piotr I, który Samusiowi i Palijowi radził zaprzestać waśni, a raczej wspólne siły zwrócić na wspólnego wroga—Szwedów. Interwen­cja Piotra nie przyniosła żadnego skutku. Kozacy zwykle stali twardo, gdy byli zwycięzcami. Powszechnie twierdzono, że het­man W. K. Lubomirski podtrzymywał kozaków. Zdaje się je­dnak, że to pochodziło od Sieniawskiego, ambitnego antagonisty Lubomirskiego, który od r. 1702 został hetmanem polnym, utrzymał on naczelne dowództwo dla uspokojenia kozaków. Przekonał się, że powstanie kozackie było hałaśliwe, ale nie posiadało siły odpowiedniej, wzięte wszystko razem, nie przewyższało 12,000 kozaków. Watahy kozackie spotykane pod Konstantynowem, Międzyborem, Winnicą zostały rozpro­szone. Samuś nie utrzymał się w Niemirowie, kozacy jego rozbiegli się. a Samuś uniknął do Bohusławia. Pod Ładyźynem rozbito doszczętnie Abazina. Inne pomniejsze watahy uciekły przez Dniestr do Wołoszczyzny. Powstał popłoch jak za czasu wojny tureckiej. Ludność posunęła się ku Dnieprowi i oparła się o Fastów i Białą-Cerkiew. Abazin na kole zapłacił swoją wdzięczność Sobieskiemu za pułkowniko9two. Palij trzymał się w Białej-Cerkwi, której Sieniawski nie zdobywał nawet, lecz z wojskiem wyruszył w głąb Polski, gdzie wrzała walka ze Szwedami.

Na Ukrainie panował względny spokój aż do połowy 1704 r. Zawierucha wywołana przez pułkowników Sobieskiego odrywała wojska od walki że Szwedami, co nie było w in­teresie także Piotra l. Naglił on tych pułkowników do uspo­kojenia się. W tę całą aferę wmieszał się zręczny intrygant Mazepa. Po Samojłowiczu odziedziczył on tytuł hetmana ,,wszystkiej“ Ukrainy, a tymczasem część zachodniej była w ręku Palija. Odebrać od Palija i objąć ją w swoje wła­danie można było tylko za pośrednictwem Moskwy. Car po­lecił Mazepie przejść z wojskiem na prawy brzeg Dniepru i tytułem pomocy Rzpltej opanować Białą-Cerkiew. Traktatem w Narwie Car obowiązał się odebrać Białą-Cerkiew, ale Ma­zepa uprzedził traktat. Przywołał do siebie do Kijowa Iskrę i Samusia, który w ręce jego złożył godność hetmana, buń- czuk i buławę. Mazepa przekroczył granicę niby dla pomocy przeciwko Szwedom tam właśnie, gdzie ani jednego żołnierza szwedzkiego nikt nie widział i stanął obozem pod mogiłą Pere- piata niedaleko Kastowa, dokąd zaprosił Palija, który w obozie hetmana Siewierskiego przesiadywał i według zeznania Ma­zepy, od dwóch tygodni nie wytrzeźwiał się wcale. Spodzie­wał się, że go car jak Samusia, na swoje „żałowanje** przyj­mie i upijał się zapewne z radosnego oczekiwania. Żadne perswazje, ażeby „hultajstwo** jego zaprzestało rabunku Po­laków, nie odnoszą skutku, gdyż „umysł jego zmącony bez- ustannem pijaństwem'*. Ale wisiała na nim burza. Mazepa zdołał dowiedzieć się, że Palij porozumiewa się jakoby z Lu­bomirskim, który za pomoc Palija Szwedom obiecuje mu prawem dziedzicznem wyjednać posiadanie Białocerkiew- szczyzny. Byłaby to w takim razie konspiracja przeciwko Augustowi II, sojusznikowi Piotra. Mazepa posunął się pod Berdyczów. Według podania ludowego zaprosił Palija na bankiet i pijanego kazał wtrącić do więzienia, oczywiście na rozkaz Gołowina, kanclerza Piotra I, urząd zaś pułkowni­ka oddał w inne ręce. Z pod Berdyczowa wysłano go do więzienia w Baturynie a stamtąd na Sybir.

Mazepa w Polsce odgrywał podwójną rolę: Moskwie tłumaczył, że obszary po Słucz powinny do niej należeć, a szlachtę głaskał i pułkowników różnych watah brał pod swój „regiment*4, powstrzymując w ten sposób ich swawolę, a zyskując pochwały szlachty.

Mazepa wędrował po ziemiach Rzpltej śladami Chmiel­nickiego, był pod Lwowem i Zamościem, gnębił szlachę do­stawami żywności i rozciągał pewnego rodzaju protektorat nad watażkami kozackimi, którzy korzystając z ogołocenia kraju z wojska, małemi oddziałami hajdamaczyli na Ukrai­nie i Podolu zupełnie bezkarnie.

Ukraina znalazła się tedy w położeniu niewyraźaem: politycznie należała do Polski, faktycznie zaś znajdowała się „w posłuszeństwie** Moskwie.

W roku 1709, po bitwie Poltawskiej, Palij wrócił do swojej Fastowszczyzny, ale rozpoczął porozumiewanie się z Turcją, które byłoby zakończyło się jeszcze gorzej niż ban­kiet w obozie pod Berdyczowem, gdyby nie śmierć, która go zaskoczyła prawdopodobnie w roku 1710, bo od tej chwili mowy o nim nie ma.

Wypadki na Zadnieprzu, o których kilka słów powiedzieć należy ze względu na łączność z polską Kozaczyzną, kształ­towały się odmiennie. Tam, zamiast komisjami, Moskwa jednała sobie Starszyznę kozacką sobolami i rozdawnictwem ziemi, a bunty wszelkie uspakajała toporem kata lub Sybirem.

Po wywiezieniu na Sybir Mnohohrecznego, tegoż roku, za zezwoleniem Moskwy, Starszyzna kozacka wybrała hetma­nem Iwana Samojłowicza, zwanego Popowiczem, człowieka bardzo gładkiego, usłużnego i niezmiernie przychylnego Mo­skwie, który też jej wzajemność pozyskał łatwo podjudza­niem ciągłem przeciwko Rzpltej. I temu marzyła się, jeśli nie mitra wołoska, to hetmaństwo w całej i niepodzielnej Ukrainie. Należał on także do tych hetmanów, którzy poli­tykę mierzyli własnemi chęciami. Zdawało mu się, że po­nieważ traktatem Buczackim Rzplta zrzekła się Ukrainy na rzecz Turcji, Moskwa może ją zabrać jako res nullius. Z te­go powodu najprzód prowadził wojnę z Doroszenkiem, aby go zmusić do zrzeczenia się hetmaóstwa, a w końcu zdołał nakłonić go do tego i przychylić ku sobie kilku pułkowni­ków, ale mimo to hetmanem całej Ukrainy nie został. Był to człowiek zręczny, który umiał lawirować śród niebezpie­czeństw polityki bojarskiej i przypochlebianiem się Moskwie starał się uniknąć losu swego poprzednika. Na znak wier­ności, synów swoich kształcił w Moskwie, ale potem porobił ich pułkownikami i ze Starszyzny utworzył pewnego rodzaju związek rodzinny.

Dawne „statje“ Bohdana Chmielnickiego wraz ze wszyst- kiemi coraz większemi ograniczeniami, zabezpieczające auto- nomję prowincjonalną już tylko Perejasławskiej Ukrainy czyli „Hetmańszczyzny", jak ją później poczęto nazywać, poszły w kąt. Rządzili bojarowie i Duma bojarska. Aż do czasu objęcia przez Samojłowicza hetmaństwa, jedynie cerkiew pra­wosławna, po obu stronach Ukrainy, posiadała autonomję i zależną była od Patryarchy carogrodzkiego. Moskwa zaś

 

posiadała własnego Patryarchę, któremu podlegało wszystkie duchowieństwo. Ciągle mając na celu nie jakąś, bodaj sztuczną i kulawą federację, lecz zjednoczenie, traktowanie Hetmań- szczyzny jako prowincji, polityka rosyjska dążyła do zjedna­nia dla uległości patryarchatowi moskiewskiemu duchowień­stwa kijowskiego, które jednak stało w obronie swojej auto- nomji. Gdy się opróżniła stolica metropolji w Kijowie, rząd moskiewski wrócił do myśli zjednoczenia wszelkiej władzy duchownej w ręku Patryarchy moskiewskiego, względnie Sy­nodu, Samojłowicz dla przypodobania się rządowi poparł tę myśl. Na metropolję wybrany został Gedeon Świętopełk Czetwertyński, który się zgodził przyjąć święcenie z rąk Pa­tryarchy moskiewskiego. Carogrodzki Patryarcha zaprotesto­wał, ale ułagodzony przez Moskwę, zgodził się zrzec się swego prawa. W ten sposób Samojłowicz przyczynił się do złamania autonomji Kościoła greckiego na rzecz Moskwy, co było wiel­kim krokiem naprzód w zwycięstwie polityki centralistycznej carów moskiewskich względem Rusi.

Potulność Samojłowicza w’obec rządu moskiewskiego i zaufanie, jakiem go ten rząd otaczał, wydobyły na wierzch pychę „Popowicza". Carskim zwyczajem począł się rozpo­rządzać samowolnie, bez narady ze Starszyzną i jawnie dążył do tego, ażeby buławę hetmańską zrobić dziedziczną w ro­dzie Samojłowiczów. Oburzył w ten sposób znaczną część Starszyzny, która skorzystała z pierwszego niepomyślnego dla niego obrotu rzeczy.

Sobieski ustępując Moskwie Kijów w roku 1086 nie opuszczał jeszcze myśli, której znaczną część swego życia po­święcił — walki chrześcijaństwa z muzułmańskim światem. Wciągnął do tego Rosję, która miała uderzyć na Krym, a Au- strja i Wenecja na Turcję. Samojłowicz wspólnie z wojskiem moskiewskiem miał prowadzić tę kampanję. Rozpoczęta póź­no—nie udała się. Golicyn, stojący na czele tej wyprawy, oskarżył Samojłowicza o zdradę, według podszeptów nieza­dowolonej ze swego hetmana Starszyzny. Oskarżono go o roz­myślne przewlekanie. Golicyn otrzymał rozkaz pozbawić Sa­mojłowicza hetmaństwa i wraz z całą rodziną wysłać do Moskwy, a natomiast wybrać nowego hetmana. Majątek Sa­mojłowicza skonfiskowano, jednemu z synów głowę ucięto, a stary Samojłowicz, zesłany na Sybir, umarł w Tobolsku.

Polecono w.ybrać nowego hetmana. Najważniejszy z kan­dydatów, Iwan Mazepa, zapłacił za tę godność Golicynowi, jak powiadają, 10 tysięcy rubli, i w roku 1687 obrany został hetmanem. „Statje" Chmielnickiego coraz bardziej zwężała Moskwa aż przybrały charakter nie prawa, obowiązującego obie strony, lecz przywilejów, nadanych starszyznie przez Cara. Nie wolno było hetmanowi samowolnie odbierać jej urzędów bez ukazu, zabezpieczono posiadanie majętności, a między innemi znalazł się warunek, pozornie nic nie mający wspól­nego z polityką, wypowiedziany jednak jako życzenie: ażeby jak najwięcej było mieszanych małżeństw z obu stron, i ażeby ludność z Ukrainy przesiedlała się do głębi Moskwy. Była to droga do zmoskwiczenia wyższych warstw ukraińskiego społeczeństwa, która, przy pomocy innych środków, wydała pożądane owoce.

Jwan Mazepa, następca Samojłowicza, nie był byle jaką figurą-ani „mużyckim synem* jak Mnohohreczny, ani sługą, „czurą- Chmielnickiego, jak Brzuchowiecki, ani „popowi- czem“ jak Samojłowicz. Szlachcic polski, z bojarów Biało- cerkiewskich, urodzony około 1640 roku, wykształcony w pol­skich szkołach, duchem polskiej państwowości ożywiony, z re- ligji był Rusinem, z kultury Polakiem, a z charakteru czło­wiekiem przewrotnym, niepewnym, pochlebnym i intrygan­tem. Kręcił się jako „pokojowiec“— rodzaj pazia—na dworze Jana Kazimierza, między rokiem 1659 a 1663, gdzie chcąc przysłużyć się Królowi, wdał się w intrygę przeciwko Pa­skowi, spoliczkowany przez niego, musiał dwór opuścić. Gdzieś ńa Wołyniu wplątał się w aferę miłosną, która skończyła się dla niego nietylko obiciem, ale przywiązany do konia, zo­stał w step napędzony. Wyratował się jednak od pewnej śmierci niewiadomo jakim sposobem, a w roku 1675 już go widzimy przy boku Doroszenka, gdzie pełnił różne mało za­szczytne funkcje: Doroszenko, pragnąc zjednać dla siebie Suł­tana i baszów posyłał im branki ruskie w prezencie i miąję tę, acz nie doszłą do skutku, powierzył był Mazepie; później wysyłał go na przeszpiegi do Samojłowicza, któremu przy­padł do smaku i pozostał w Hetmańszczyznie. Z łaski Mo­skwy i Samojłowicza, piastując rozmaite godności, ku koń­cowi hetmanowania Samojłowicza był jeneralnym asawułą, coby może odpowiadało godności szefa sztabu.

Jako człowiek rozumny i wykształcony, nie mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, co się działo i dokąd taki stan rzeczy prowadzi. Na Ukrainie Kijowskiej, po poddaniu się Doroszenka, dogorywała Kozaczyzna, rozkładając się na te same pierwiastki wolnego hultajstwa, z których powstała i, hajdamacząc w kraju, nazywała to wojną, która w rzeczy samej nie miała już żadnej politycznej podstawy. Sprawa zjednoczenia ponownego na razie była już przegraną. Wojna przybrała charakter społecznego zatargu różnych watażków ze szlachtą polską, pozbawioną siły i opieki państwa, a zdaną na łaskę najswawolniejszych żywiołów zdegenerowanej Ko- zaczyzny, zasilanej wyrzutkami społeczeństwa ruskiego. Wy­suwali oni na czoło swoich niby pragnień lud, który fakty­cznie był materjałem żołnierskim dla nich, narzędziem ich małych ambicyjek i wielkiej chciwości. W hetmańszczyznie Moskwa prowadziła konsekwentnie i uparcie swoją politykę centralizacyjną, sprowadzając władzę hetmanów do wartości tytułu, gdyż istotnie byli oni niczem innem jak Wojewodami, nie nasyłanymi, lecz wybieranymi z polecenia rządu. Z takiej sytuacji nie było wyjścia i nie dawało się ono przewidzieć. Trzeba było tylko poddać się istniejącemu porządkowi rzeczy i wyczekiwać.

Czy w umyśle Mazepy istniała idea samodzielnego pań­stwa Ruskiego? Wątpić należy. Ale to jest rzeczą pewną, że znał Ugodę Hadziacką, że w chwili kiedy się agitowała sprawa Księstwa Ruskiego przebywał w Warszawie i duchem tej idei nasiąknął. Jako wychowaniec Konstytucyjnej Polski ideę wolności lepiej rozumiał niż jego poprzednicy, którzy po prostu sprzedawali się za tytuły i majętności, a jeśli przy­chodzili do zatargu z Moskwą, to tło polityczne miało tutaj najmniejsze znaczenie. Idea jakiejkolwiek niezależoości nie odgrywała śród ludu żadnej roli. On rozumiał wolność jako zupełną ekonomiczną niezależność. Wszelkie prawo, bez któ­rego żadne społeczeństwo istnieć nie mogło, on uważał za ucisk, za niewolę. Pragnął żyć tak jak ptak w powietrzu. Zadnieprze, Perejasławska Ukraina zaludniała się powoli tylko ludnością prawobrzeżną; tkwiły w niej przeto te same poję­cia społeczne, co i na Ukrainie Kijowskiej. Na ludzie zatem nie można było oprzeć jakiejkolwiek idei politycznej. A Star­szyzna była jeszcze gorszą od ludu wiejskiego. Wystąpiła ona w stosunku do niego w roli polskiej szlachty, posiadając wszystkie jej wady, a nie posiadając ani jej wysokiej kul­tury, ani jej przymiotów i zalet.

W takich warunkach objął Mazepa spuściznę hetmań- stwa. Musiał zatem ulegać Moskwie, musiał okazywać jej powolność, byle na razie uniknąć Sybiru i śmierci. Ale jako człowiek rozumny nie mógł nie wiedzieć, że Moskwa dąży do zupełnego zniesienia wszelkich praw Kozaczyzny i do wcielenia Ukrainy w swój organizm państwowy.

Zwycięstwa szwedzkie podsunęły niewątpliwie Mazepie myśl oderwania się od Rosji i poddania się pod protektorat Szwecji. Byłby to powrót do takiego samego planu, który już Bohdanowi Chmielnickiemu nasuwał się jako zbawienie. Plan ten musiał nabrać w jego oczach większego znaczenia, gdy Karol XII zdetronizował Augusta II, a na jego miejsce ukoronował Stanisława Leszczyńskiego. W ten sposób po­wstała myśl oparcia się o sojusz polsko-szwedzki, co wywo­łało potrzebę zbliżenia się do Rzpltej. Ze strony polskiąj robiono także zabiegi zjednania Mazepy. Roli tej podjęła się Księżna Wolska, która, po odwołaniu już Mazepy z Polski jeździła w tym celu do hetmana. W celach pojednawczych brał także udział jezuita Załęski, którego Orlik, wtajemni­czony w te pertraktacje, pokryjomu wprowadzał do mieszka­nia Mazepy.

Hetman kozacki nie cieszył się zgoła sympatjami ani Starszyzny, ani wojska — zbyt się różnił od nich kulturą i utrzymywaniem stosunków z Polakami. W Baturynie trzy­mał przy sobie pułk, wyłącznie prawie z Polaków złożony (serdeniata). Nieskończone „donosy4* o zdradach szły na niego do Cara, które jednak zdołał szczęśliwie odpierać. Wreszcie jawny bunt podniósł Petryk (Iwanowicz), jeden z pisarzy kancelarji Mazepińskiej, który wiedząc o zatargach Mazepy z Siczą, umknął w r. 1691 na Zaporoże i przez dwa lata pra­wie wichrzył, wciągnąwszy do tej imprezy Tatarów, aż na­reszcie przez jednego ze swoich przybliżonych dźgnięty został piką i życie zakończył. Należał on do tych trybunów ludo­wych, którzy dla pociągnięcia tego ludu ku sobie, jako siły, na której oprzećby się mogli, bałamucili go obietnicą, że nie będzie na Ukrainie ani panów, ani Lachów, ani Starszy­zny żadnej, jeno sami kozacy.

 

Po skończonej wojnie Moskwy z Turcją, Car Piotr 1 przyłączył się do wojny polsko-szwedzkiej, pragnąc sobie utorować szerszą drogę do Bałtyku. Stworzenie floty było jego ulubionem marzeniem. Wojna przerzuciła Mazepę za Dniepr i zbliżyła do Polski. Po usunięciu wichrowatego Pa- lija z Białej-Cerkwi i naznaczeniu tam „nakaznego4* pułko­wnika Tańskiego, w roku 1708 spotkała go przykrość, którą mógłby życiem przypłacić, gdyby w tę aferę nie była wplą­tana kobieta; ta okoliczność całej sprawie nadała charakter zemsty osobistej. Było to doniesienie obożnego Koczubeja i pułk. Iskry Carowi o zamierzonej zdradzie Mazepy. Dowo­dów nie przytoczono, ale poszlaki były wielkie. Impuls do tego doniesienia był zupełnie osobisty. Mazepa od młodości był zalotny, a z płcią piękną miewał różne stosunki i przej­ścia. Koczubej miał córkę, którą jakoby zbałamucił Mazepa,— a nosił już wtenczas sześć krzyżyków na ramionach, — do tego stopnia, że dziewczyna zwydrzyła się, nie słuchała ro­dziców i do kochanka-betmana uciekła. Listy miłosne obu stron, jakie doszły do nas, są ciekawym dowodem obustron­nej, a tak nierównej co do wieku, miłości. Rząd moskiewski tak był pewny wierności Mazepy, że obu donosicieli oddał w ręce hetmana dla ukarania, ten dla przykładu innym i dla zatarcia wszelkich śladów stosunków z Polakami i Szwe­dami, głowy im kazał uciąć.

W chwili wybuchu rosyjsko-szwedzkiej wojny, a raczej już w czasie jej przychylenia się na stronę szwedzką, w miarę dojrzewania myśli przyłączenia się do Karola XII, położenie Mazepy stawało się trudniejsze, tembardziej, gdy widział wzrastającą ku sobie nienawiść Starszyzny i czerni. Nie mo­gąc prowadzić jawnie agitacji ani też głośno wypowiadać swoich uczuć i nastroju, wypowiedział je w pieśni, która przeszła do historji. „Wszyscy pragniecie spokoju — pisał, — a każdy z was ciągnie w inną stronę. W tem właśnie nasze nieszczęście**. Nawoływał do obrony wolności kozackich z szablą w ręku. „Niechaj wieczną będzie sława, że przez szablę mamy prawa4*. Niezadowolonych z rządów moskiew­skich było dużo, dopóki można było narzekać, narzekali je­den przed drugim, ale przed czynem każdy się cofał, bo by­łoby to utratą tego materjalnego stanowiska, jakie każdy ze

Starszyzny już zdobył, a w perspektywie był miecz katowski lub w najlepszym razie Sybir.

Mimo wszystko jednak Starszyzna rozumiała, że chwila stanowcza nadchodzi i w znacznej większości stanęła przy Mazepie. Plan Karola XII-go wkroczenia na Ukrainę był bardzo nie na rękę Mazepie. Król szwedzki miał na myśli niewątpliwie łatwiejszą aprowizację armji, a Mazepa obawiał się, że wkroczenie jego na Ukrainę sprowadzi także wojska moskiewskie. Ale rękawica była rzucona. Wojska szwedzkie skierowały się na Nowogród Siewierski. Widocznem było, że idą w głąb Ukrainy. Piotr I naglił Mazepę, ażeby wyruszył i połączył się z wojskiem moskiewskiem. Hetman ociągał się, a równocześnie, jakgdyby nie był jeszcze zdecydowany przyłączyć się do Szwedów, pytał Starszyzny, badając jej na­strój: co ma robić? Iść czy nie? Starszyzna nalegała, ażeby jaknaj rychlej łączył się z Królem szwedzkim, osobliwie Ło* mikowski. Wobec tego Mazepa z garstką wojska, bo miał zaledwie pięć tysięcy, późną jesienią wyruszył z Buturyna ku Deśnie, w końcu października przeprawił się na drugą stronę. Drugie tyle, t. j. około pięciu tysięcy pozostało za Desną. Kozacy byli pewni, że idą walczyć ze Szwedami. Główna kwatera Króla była w Górkach nad Desną. Dopiero w obliczu prawie obozu szwedzkiego Mazepa oświadczył Ko­zakom cel przybycia, przedstawił ciężkie położenie Ukrainy pod Moskwą i wezwał do obrony i wyzwolenia się z jarzma. Mowa przyjęta została obojętnie. Kozacy rozumieli jaką ma być wolność kozacka, ale nie mieli pojęcia o państwie i wol­ności państwowej. Jakże mogli bronić tego, co dla nich było niewidzialne i niepojęte? Po tej mowie rozpoczęła się na wielką skalę dezercja, tak, że według jednych pozostało przy Mazepie mało co więcej nad tysiąc kozaków, według innych kilkuset tylko. 29 października Mazepa miał audjen- cję u Króla i powitał go mową łacińską jako wybawiciela Ukrainy, a u nóg jego złożył buńczuk i buławę, jako znaki swojej godności hetmańskiej.

Piotr I jeszcze przed przejściem Mazepy przez Desnę o zdradzie jego dowiedział się i posłał natychmiast oddział wojska do Baturyna. Stolica hetmańska została doszczętnie zniszczona, skarbiec hetmański zrabowany, a ludność rozpę­dzona lub wycięta.

Kozaczyzna ukralooa.

Wobec tego wielkiego dziejowego wypadku ludność za­chowała się albo obojętnie, albo nieprzychylnie do Szwedów. Moskwy obawiano się, Szwedów nie znano. Poczęły latać po Ukrainie uniwersały Mazepy, zachęcające ludność do obrony ziemi ojczystej, i uniwersały carskie, pełne dla wojska ko­zackiego pochlebstwa za wierność i łask na przyszłość. Oczy­wiście nie wolność, lecz obrona religji była głównym, jedy­nie dostępnym dla ludu atutem agitacyjnym. Duchowień­stwo pokorne, posłuszne i przestraszone poszło za wolą Cara— zapomniało o cerkwiach budowanych przez Mazepę, o mona- sterach wspieranych przez niego, o darach bogatych, złożo­nych przez hetmana Ławrze Peczerskiej, o darach dla grobu Zbawiciela i po cerkwiach wykrzykiwało na Mazepę,—aż do zrzucenia z tronu Mikołaja II, — anatema! Postać hetmana powieszono in elfigie.

Pod Połtawą rozstrzygnął się los wojny. Mazepa czuł się prawie zupełnie opuszczonym. Moskwa kazała wybrać no­wego hetmana — Skoropadzkiego, płka Starodubowskiego, starego niedołęgę wiernego carskiej polityce przez brak ro­zumienia tej polityki. Poparło Moskwę jedynie Zaporoże, gdzie atamanem koszowym był Kost’ Hordyjenko, postać do pewnego stopnia zagadkowa. Mówiono, że był szlachcicem polskim zbiegłym na Sicz, gdzie przybrał ruskie imionisko dla zatarcia swego pochodzenia. Sicz wypowiedziała się za złożeniem przysięgi Karolowi XII. To wywołało pasję Pio­tra I. W kwietniu 1709 wysłał wojsko Dnieprem do Kamiennego zatonu, a równocześnie rozpoczął niszczenie posiadłości ko­zackich, wysławszy w step piesze oddziały moskiewskiego wojska. Gdy wszelkie pertraktacje o poddanie się Siczy nie odniosły pożądanego skutku, Jakowlew, nie mogąc zbliżyć się do Siczy z powodu rozlewu Dniepru, otoczył ją szańcami i miał zamiar zdobyć głodem. Nieoczekiwanie przyszła mu pomoc —płk „Kompanijski** Iwan Gałagan, niegdyś wycho- waniec siczowy, znający stepy i wszystkie siczowe kryjówki. Należał on do grona „Mazepińców" czyli zwolenników Mazepy, ale zorjentował się w porę i zaprzysiężoną „wierność** Ma­zepie zamienił na zaprzysiężoną „wierność** carowi, a wysłu­gując się, w nowej roli przywracania Siczy do wierności wy­stąpił. Ostatecznie Sicz zdobyto, zrujnowano doszczętnie, kozaków rozpędzono. Resztka niedobitków udała się pod pro-

 

lektorat Turcji i przy ujściu Dniepru założyła nową Sicz na Aleszach, która w tem miejscu 19 lat przetrwała.

W końcu czerwca st. st. wojska szwedzkie i moskiewskie zetknęły się do stanowczej bitwy. Szczęście sprzyjało Piotrowi. Karol XII przegrał bitwę i ranny przeprawił się przez Dniepr w asystencji Mazepy i jego orszaku. Dzięki znajomości stepów Mazepy i jego przewodników, Karol XII przedostał się do Bender, w granice Turcji i tam w obozie zgromadził niedo­bitków swoich i Mazepy. Z przegraną pod Połtawą bitwą— przegrana była także sprawa wyzwolenia się narodu ruskiego z pod jarzma moskiewskiego..

Nie wiemy dokładnie, na jakich warunkach poddał się Mazepa Karolowi XII. Od chwili jednak bitwy pod Poltawą ,,wolności" kozackie stawały się coraz bardziej fikcją, ma­rzeniem polityczQem, a równocześnie wytworzyło się nowe rozdwojenie w Kozaczyźnie. W Benderach, po śmierci Ma­zepy wybrano hetmanem Orlika, pisarza wojskowego, wspólnika zamachu hetmana Baturyńskiego. Hetmaństwo jego wisiało w powietrzu: faktycznie nie mógł się oprzeć Karolowi XII. Jakkolwiek król szwedzki obiecał Stanisławowi Leszczyń­skiemu, że oderwaną od Moskwy Ukrainę Perejasławską zwróci Polsce, ale na to nie zanosiło się. Wojna z Piotrem była przegrana, a w Polsce wrzała walka między Leszczyńskim i Augustem. Jedeo szedł do Sasa — Augusta II, — a drugi do łasa — do Stanisława Leszczyńskiego. Niewiadomo było, który zwycięży. Pozostawało zatem kozakom trzymać się Piotra. Szeregi Orlika przerzedzały się — wracali do Moskwy i przysięgali „wierność". Car jedną ręką rozdawał łaski, a drugą odrąbywał głowy kozackie.

Jeszcze przed bitwą Połtawską uciekli od Szwedów pułk. Mirhorodzki Apostoł, Oałagan, o którym wspomnie­liśmy, Iwan Sulima chorąży i wielu innych. To samo robili szeregowi kozacy. Pokazało się jak mało idea samodzielnej Ukrainy była popularną i rozumianą. Nie było komu wal­czyć o nią. Garstka zwolenników Mazepy siedziała po wię­zieniach. Piotr prześladował bezlitośnie nie tylko ich samych, lecz także ich najbliższe rodziny. Rozmaitym losom ulegli bracia Hercyki, Wojnarowski, krewny Mazepy, Dymitr Gor- lenko, Łomikowski i inni.

Zwycięstwo Moskwy zdezorganizowało i bez tego luzoe bardzo społeczeństwo ruskie i Kozaczyznę. Posypały się ze wszech stron wzajemne skargi i donosy, dające powód do zemsty osobistej. Zapanowała wzajemna nieufność i bojaźń, górę poczęło brać pochlebcze służalstwo wobec Moskwy, go­nitwa za majątkiem, skonfiskowanym Mazepińcom. Płasz­czenie się przed Moskwą stało się pewnego rodzają zasługą. Dwa społeczeństwa, rozdzielone dotychczas kulturą łacińską i moskiewską, poczęły się zbliżać ku Moskwie. Wytwarzała się jakaś jedność duchowa nieznana dotychczas. Mimo wszy­stko budziła się gorycz i żal na widok tego co się działo, na widok cierpień i jęków prześladowanych i mimowoli w głębi duszy odzywały się sympatje dla tych dalekich i sa­motnych wygnańców, którzy w imię wolności i wyzwolenia Ukrainy broń podnieśli na potężnego cara.

Po powrocie Karola XII do Szwecji podążył za nim także Orlik. Rozwinął on bardzo gorliwą działalność w dwóch kierunkach: z jednej strony robił usilne starania, ażeby się pogodzić z Moskwą, ale żądał gwarancji bezpieczeństwa ży­cia, gdy Moskwa chciała go zadowolnić tylko obietnicami łaski carskiej. Znał wartość tych obietnic — i nie wrócił. Wolał tułaczkę. Z drugiej strony rozpisywał listy do wszyst­kich dworów europejskich w obronie Ukrainy, jej praw i jej położenia. Intrygował w Turcji, ażeby wojnę z Moskwą wywołać. Próbował w Siczy rozbudzić dawną nienawiść do Moskwy, ale nadaremno. Ciężyło mu życie na obcej ziemi i w roku 1734 na Podpolnej założyli Nową Sicz, już wyłącznie pod protektoratem Rosji. Nie zdołał on wywołać powszechnej wojennej zawieruchy, Stanisław Leszczyński, na którego mógł, bodaj w małym stopniu liczyć, nie utrzymał się na tronie. Ze śmiercią Orlika sprawa ukraińska, podniesiona przez Mazepę nie bez znaczenia międzynarodowego, powoli przycichala.

Mazepa był człowiekiem rozumnym, który pierwszy z po­śród hetmanów ukraińskich powziął plan reorganizacji tego ustroju, który nosił nazwę Kozaczyzny. W czasie wyboru jego spisano „statje“, jako dyrektywę dla przyszłych hetmanów, któ­re, jak na owe czasy, zawierały dużo ciekawych postanowień. Przedewszystkiem ograniczono despotyczną władzę hetma­nów. Trzy razy do roku: na Boże Narodzenie, na Wielkanoc i na Pokrowę mieli się zjeżdżać posłowie z każdego pułku, wszystka Starszyzna aż do setników włącznie — dla narady nad ważnemi sprawami. Było to zatem nic innego, jak sejm kozacki — wpływ bezpośredniego stosunku z Polską i jej konstytucyjnego ustroju. W Rzpltej funkcjonował on źle, ale zasady jego były dobre. Zabraniało się hetmanowi pro­wadzenie na własną rękę jakichkolwiek spraw sposobem ta­jemniczym. Na czele skarbu kozackiego miał stać rodzaj ministra skarbu, Podskarbi jeneralny. Hetman ma pilnować, ażeby ani kozakom ani ludziom pospolitym nie działa się krzywda, aby Starszyzna nie obsadzała kozaków na roli, jako niewolnycb robotników pańszczyźnianych.

Były to wszakże reformy — po harapie. Nie miały one żadnego praktycznego znaczenia, bo nie było komu ich wy­konywać.

Wojna z Turcją w r. 1711 zdawała się zapowiadać mo­żliwość poprawy moskiewsko-ukraińskich stosunków, ale przekupienie W. Wezyra w obozie nad Prutem, uwolniło Piotra z prawdopodobnej niewoli, a sprawa ukraińska nie posunęła się naprzód.

Gdy wszelkie nadzieje Orlikowe rozbijały się jedne po drugich, Moskwa tem mocniej uciskała Perejasławską Ukra­inę. Piotr miał za wiele przykładów przeszłych i teraźniej­szych, niesforności i nieobliczalności żywiołu kozackiego, że począł traktować Ukrainę jak swoje Woj-dzwo. Przede wszyst- kiem Skoropadzkiemu posłał do boku swego jenerała, niby dla spólnego rządu sprawami bieżącemi, w rzeczy zaś samej dla czuwania nad Starszyzną i kozakami. Wojska moskie­wskie stale konsystowały na Ukrainie, żywiąc się chlebem chłopskim, kozaków poczęto wysyłać do kopania kanałów i różnych robót ziemoych, gdzie ginęli z wysiłków, niewygód i chorób. Okres ten życia kozackiego zaznaczył się zupełnie nowym charakterem twórczości w poezji ludowej — nieskoó- czonemi żalami i skargami na Moskwę, w których odbijało się echo rozpaczy i bezsilności. Ale już nie było nikogo, ktoby czynnie mógł wystąpić wobec tego bezprawia.

Dla większej kontroli życia wewnętrznego na Hetmań- szczyźnie Piotr I utworzył w r. 1722 „Małorosyjską Kolegję“ złożoną z sześciu starszych oficerów rosyjskich, która miała urzędować przy Hetmanie, niby dla kontroli kozaków i lu­dności wiejskiej przed nadużyciami hetmana i starszyzny.

O wszelkich nieporządkach mieli donosić bezpośrednio do „Senatu0, który był zmodernizowaną Dumą bojarską. Na prośbę Starszyzny o wybór nowego hetmana po śmierci Sko- ropadzkiego, Car odpowiedział, że — wybór odłożony, a Car namyśla się komu można byłoby powierzyć tę godność, bo „wszyscy hetmani, od Bohdana Chmielnickiego począwszy, aż do Skoropadzkiego byli zdrajcami0. Taki był pogląd Mo­skwy na poddanie się Ukrainy pod „mocną rękę" w Pere- jasławiu w r. 1654.

Nakaźnym hetmanem został wprawdzie mianowany Po- łubotek, płk. Czernihowski, ale gdy się okazał niezbyt mięk­kim wobec „Małorosijskiej Kolegji0, .osadzono go w wię­zieniu w Petersburgu wraz ze Starszyzną, a kozaków wysłano w stepy tatarskie, aby pilnowali granicy od Tatarów, których nie było.

Zamiast sądów kozackich poczęto wprowadzać mo­skiewskie, jakoby na tej podstawie, że sama ludność ruska prosiła o nie. Wszelkie skargi kozackie lekceważono.

Po śmierci Piotra (1725) nastąpiły niewielkie ulgi. Ka­tarzyna I. zezwoliła na wybór hetmana, ale dokonano go dopiero po śmierci carowej (1727), już za krótkiego panowa­nia Piotra II. Z polecenia rządu na radzie w Głuchowie wy­brano Daniłę Apostoła, płka Mirhorodzkiego, człowieka starego, miękkiego, powolnego i niedołężnego, Ale był to już tytuł tylko—bez władzy. Wprawdzie „kolegja małorosyjska41 zo­stała skasowana, ale polityka carska została. Zmieniały się carowe na tronie moskiewskim, ale duch Piotra I żył w rzą­dzie petersburskim, przyciśniętej Ukrainie już nie popuszczono cugli. Gdy Apostoł zniedołężniał doszczętnie, do zarządu Ukrainą przysłano ks. Szachowskiego i utworzono Radę z Ru­sinów i Moskwy porówno. Śmierć Apostoła w r. 1734 posu­nęła sprawę zjednoczenia Ukrainy z Rosją o krok dalej. Zarząd krajem oddano w ręce Szachowskiego.

Tak trwało aż do roku 1744, kiedy córka Piotra I, El­żbieta, która w r. 1741 wstąpiła na tron, przyjechała do Ki­jowa. Pragnąc okazać łaskę swoją „małorosyjskiemu naro­dowi0, ukazem z r. 1747 do Senatu odnowiła Hetmańszczyznę. We trzy lata dopiero potem na dowód swej łaski przezna­czyła na godność hetmana, brata swego kochanka Aleksieja Rozumowskiego, Cyryla. Naturalnie, wybrano zgodnie i je­dnogłośnie. Tytularne jego hetmanowanie trwało do r. 1762, gdyż rządy sprawował Tiepłpw do chwili skasowania het- maństwa.

Z usunięciem się Cyryla Rozumowskiego, znikły osta­tnie ślady politycznej autonomji Hetmańszczyzny. Wkrótce miały się z niej utworzyć różne gubernje, których istnienie przetrwało do upadku panowania Carów.

Ukaz Katarzyny II obwieścił, że Hetmańszczyzna będzie poddana takiemu samemu podziałowi na gubernje, jak cała Rosja (1780). Przedtem już przy formowaniu gub. Azow- skiej i Noworosyjskiej, które z czasem przybrały nowe nazwy i nowe granice, oderwano z Hetmańszczyzny części pogra­nicznych pułków. W roku 1780 zniesiono „Kolegję Małoro- syjską" i sąd „jeneralny", a z Hetmańszczyzny utworzono trzy namiestnictwa: Kijowskie, Czernihowskie i Nowogród-Siewier- skie, wyznaczono namiestników Rosjan i wprowadzono sądy rosyjskie, — izby kryminalne i cywilne (pałaty) zamiast są­dów grodzkich i ziemskich, jako resztek pozostałych po sta­tucie litewskim. Skarb wojskowy zastąpiono Izbą obrachun­kową (Kazionnaja pałata).

W ten sposób, Katarzyna II doprowadziła do końca prze­budowę Hetmańszczyzny, rozpoczętą przez Piotra I,—na część składową państwa rosyjskiego, zacierając wszelki ślad auto­nomji kozackiej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  1. SICZE ZAPOROŻNE

OD POCZĄTKU AŻ DO OSTATECZNEGO SKASOWANI A ICH.

Zaporoże, Niż, Dzikie pola—wszystko to są nomenklatury, brzmiące odmiennie, ale oznaczające to samo terytorjum. Jeszcze na początku 16-go wieku Zaporożem i Niżem nazy­wano obszary prawie od Dońca do Dniestru, ciągnące się wzdłuż Azowskiego i Czarnego morza; z lewego brzegu Dnie­pru leżały one między Altą, Psłem, Samarą do ujścia Dnie­pru, z prawego—od Taśminy, Sinej wody i Dniestru. Oczy­wiście, o żadnem stałem rozgraniczeniu tych obszarów mię­dzy Rzpltą polską, Moskwą. Krymem i Turcją mowy być nie mogło. Im dalej, im bliżej ku południowi i morzu, tern ży­wioł turański z początku głębiej wciskał się w te stepowe obszary, zwane od strony polskiej Dzikiemi polami, to jest nieuprawnemi i niezaludnionemi, lub później Polami Ocza- kowskiemi zwano obszary leżące nad morzem.

Nazwa Niż oznacza wprawdzie pochylenie większego obszaru ku morzu Czarnemu, które już rozpoczynało się od źródeł Bohu, Słuczy i kpienia, ale urzędy polskie nadawały tej nazwie o wiele węższe znaczenie. Niżem nazywano zie­mie, ciągnące się wzdłuż Dniepru z obu stron m. w. od Trech- tymirowa aż do morza i od Kryłowa po średni bieg Dniestru. Zaporoże zaś było nomenklaturą ściślej określoną i obejmo­wało ziemie położone za porohami Dnieprowemi, chociaż z cza­sem „wolności wojska zaporoskiego1* przybrały o wiele szer­sze rozmiary.

Widzieliśmy, że te puste ziemie, pustynie, były nie tylko w połowie 16-go wieku, ale w równym stopniu przez cały ieszcze prawie wiek 17 eksploatowane na sposób myśliwski przez rozmaitych t. z. „uchodDików", którzy z różnych stron napływali na czasowy „przemysł". Ponieważ ziemie te były puste, niezajęte, bliżej granic polskich rozpoczęło się samo­wolne osadnictwo dla gospodarstwa pastwiskowego, a czę­ściowo i rolniczego. Bliżej zamków osiadali ci ludzie na spłachciach ziemi, które z tatarska nazywano „chutorami", „futorami", a później i na wielkich obszarach zwanych „pa­siekami".

Dalej od zamków obronnych, już w Dzikich polach le­żące Zaporoże, stało się zbiorowiskiem różnorodnej ludności, śród której przeważał niewątpliwie żywioł słowiański. Lud­ność ta, gromadząca się z początku dla „przemysłu uchodni- czego", żyjąca „na chlebie, na mięsie i na rybie"—jak mó­wiono,—osiadała lub z różnych powodów zmuszoną była do dłuższego przebywania na miejscu, żyła trybem napół dzikich społeczeństw, łącząc się w małe z początku gromady dla obrony od Tatarów, w bardzo krótkim czasie stała się sama stroną napastującą, tem niebezpieczniejszą, im napływ ludno­ści w puste stepy stawał się większy.

Tak więc na tych obszarach, gdzie przez długie wieki była cisza życia ludzkiego, śród której „przechadzał się duch Boży"—jak się mistycznie wyraził Bohdan Zaleski, a tylko wśród bujnej natury rozwinęło się życie zwierząt, na tych „pustyniach" ukazał się najprzód myśliwy, „uchodnik", ży­jący z przemysłu łowienia zwierza i ryby, potem najczęściej z tych samych „uchodników" począł wytwarzać się nowy typ— rabusia stepowego, „dobycznika", który, znalazłszy przytułek w nieprzebytych, pierwotnych lasach i w schroniskach ste­powych, pomiędzy „bałkami", „czaharami" i „wertepami", po­czął w rabunku, w napaściach i najazdach sąsiadów: Wo- łoszy, Turków, Tatarów, a później i własnych współbraci, szu­kać ujścia dla swojej energji i zadowolenia dla swego dzi­kiego pojmowania bohaterstwa, tem piękniejszego im więcej zamorduje niewinnych ludzi, im dokona tego z większem niebezpieczeństwem dla siebie. W takich walkach, mających charakter polowania wilka lub lisa na słabe zwierzęta, wy­rabiała się w tem nowem już, zdziczałem społeczeństwie od­waga, stanowczość, łatwa orjentacja w niebezpieczeństwie, bystrość kombinacji i wytrwałość, — te wszystkie niezaprze­czone przymioty, które stały się z czasem udziałem kozaków.

Na tych „uchodach" stepowych, w tych Dzikich polach, na Zaporożu rodziła się i kształciła Kozaczyzna, organizując się w pewnego rodzaju towarzystwo w czasie, gdy zaledwie popularyzować się poczęła w Rzpltej nazwa kozaka. Łączenie się przygodnych, a samowolnych żywiołów, błąkających się po stepach bez stałych siedzib, w watahy dla własnej obrony lub dla rabunku, wyprzedziło organizację Kozaczyzny „gro- dowej“. Od połowy 16-go wieku na Zaporożu począł się już tworzyć ośrodek, któryby można nazwać zawiązkiem państ­wowym. Była to siła militarna dużego znacźenia, acz nie- zorganizowana jeszcze, pierwszorzędny materjał żołnierski. Rzplta umiała go cenić, ale nie umiała użyć i siłą jego po­kierować. Próbowano ich tylko wywabić ze stepów „na służbę hospodarską". Ale to uważano za krępowanie wolności — i niewielu znajdowało się ochotników.

Na Pobożu, które się później przekształciło na Bracław- szczyznę, mniej było rozwinięte życie uchodnicze, osobliwie w okolicy Bracławia i Winnicy. Przeciwnie, górę poczęło brać osadnictwo z nadań W. K. Litewskich, a więcej jeszcze zupełnie samowolne. Jako przybysze niewiadomo skąd, osia­dali na roli, podszywali się pod ziemian, chociaż ziemianie za „braci ich nie uważali". Były te rody niepewne, które z Biało­rusi najczęściej napływały dla uchodnictwa i z czasem osiadały na ziemiach pustynnych. Nie brak było i rodów niewątpliwie tatarskiego pochodzenia, jak Aksaki, Bokije, Murmule i in., które przez małżeństwa sławianizowały się i wsiąkały naj­częściej w polskie społeczeństwo.

Jak kolebką kozactwa można nazwać szeroki pas ziemi, ciągnący się wzdłuż i wszerz od Czerkas po obu stronach Dniepru, gdzie najprzód powstało grodowe kozactwo, tak na stepach Ponizia zrodził się odmienny typ kozaka z prawie­kowych może „brodników", a później „uchodników", którzy z czasem wspólnie poczęli tworzyć brodnicze watahy i trybem wojowniczego życia zlewać się z kozaczyzną grodową, a na­wet brać nad nią przewagę, wypływającą z charakteru geograficznego położenia, zamieszkałego przez nich obszaru.

Z powodu usadowienia się na Niżu najprzód Tatarów, a potem Turków i rozwoju życia pasterskiego u Tatarów, a miejskiego u Turków, nie brakło nigdzie w pogranicznych szczególnie, a nieraz i dalszych okolicach zaczynu kozactwa

 

ale rozwój jego mógł się dopiero tam zaznaczyć, gdzie się znalazły trwałe do tego warunki.

Kozaczyzna Zaporozka, jakkolwiek pokrewna pod wielu względami Kozaczyźnie grodowej, była o tyle w szczęśliw- szem położeniu, że ogarniała obszary puste, niezajęte, bez­państwowe prawie, bo choć tytularnie należały w spadku po litewskiem władaniu do Rzpltej polskiej i spór o nie trwał długo między Turcją a Polską, faktycznie były niezamieszkałe; rębami tylko poludniowemi od zachodu i wschodu, jakoteż od morza Czarnego wciskali się Tatarzy ze stadami owiec i koni. Jakkolwiek żywioły, tułające się na Nizie, były bar­dzo ruchome, jednak przygodne zatrzymywanie się ich przez czas dłuższy na tem samem miejscu dla polowania lub ułowu ryby, było wstępem niejako do samorzutnego osadnictwa, było, acz samowolnem, ale objęciem tych obszarów w posia­danie. Późniejsza walka z Tatarami i Turkami miała już cha­rakter obrony swoich posiadłości, swego stanu posiadania. Gdy przeto Kozaczyzna grodowa ogranizować się poczęła jako wojsko na ziemiach Rzpltej polskiej, Kozaczyzna Zaporożna, po za organizacją wojskową, jako posiadaczka pewnego ob­szaru, na którym powstało gospodarstwo pierwotne, myśliw­skie, rybołowne i pastwiskowe,—już była zaczątkiem państ­wowym i tylko brak zmysłu i umiarkowania politycznego, nad którym brał górę bujny temperament, nie pozwoliły Za­porożcom utworzyć odrębnego państwa.

Potrzeba skupienia się luźnych żywiołów przygodnie zamieszkujących stepy, dla obrony i utworzenia jakiejś pry­mitywnej wspólności, dała impuls do stworzenia ogniska, skupiającego władzę i obronę. Takiem ogniskiem stała się „Sicz", która przechodziła różne stopnie przeobrażenia.

W dosłownem znaczeniu: Sicz znaczyło tyle co zasieki, przeszkody robione z drzewa dla łatwiejszej obrony zjednej stro­ny, a utrudnienia napaści z drugiej. Jako sposób obrony znane były oddawna i wszędzie w południowo-wschodniej i północnej Słowiańszczyżnie, chociaż nie zawsze pod tą nazwą. Pod kategorję Siczy, jako punktu obronnego, można zaliczyć te ,,gródki“ (horodci), jakie uchodnicy już w różnych miejscach budowali, a które Starostowie niszczyć kazali, przeszkadzając wszelkiemu skupianiu się licznej ludności. Ale to nie była jeszcze „Sicz" kozacka, „zaporożna" — jak ją zwano, jaką poznaliśmy z opisu Lasoty i późniejszych pisarzy. Niezorga- nizowane przez dłuższy czas „brodnicze" i „uchodnicze" ko- zactwo zaporożce do połowy 16-go wieku nie ma jeszcze żadnego oparcia na Zaporożu, lecz szuka przytułku, osobliwie w zimie, w miastach nad Dnieprem, ale znaczna część już stale mieszka na Nizie —„litują" i „zimują" tam,—jak piszą lustratorowie. Mają już swoje stałe „zimowiki“ — rodzaj przytułku.

W obu Kozaczyznach, grodowej i zaporożnej, istnieje wspólność, że tak powiem ideowa, ale każda z nich rozwija się odrębnie; chociaż jedna w drugą klinem niejako wchodzą, wspierają się, nieraz działają wspólnie, a'e Zaporoże góruje zawsze przewagą własnego posiadanego obszaru.

Radę Daszkowicza, ażeby, broniąc się od „wtarżek" ta­tarskich, pobudować na ostrowach Dnieprowych, bliżej prze­praw zameczki i obsadzić je stałemi załogami, zużytkowała dla siebie Kozaczyzna zaporożna, nietyle w celu zasłonięcia państwa polskiego od Tatarów, ile dla stworzenia sobie moc­niejszego obronnego punktu, w którym mogłaby się skupić władza naczelna nad całym obszarem Niżu. Impuls do tego nie wyszedł zgoła od Niżowców. Pomysł ten wprowadził w życie samorzutnie Dymitr Wiszniowiecki około połowy 16-go wieku- Ożywiony rycerskim duchem dzielnych swoich poprzedników, jakimi byli Jazłowieccy, Buczaccy, Lanckoroó- scy, a nie znajdując pola dla swego wojennego animuszu, stanął na czele zuchwałej, jak sam, watahy zbieraniny ste­powej i rozpoczął na własną rękę wojnę z Talarami. Tu­łaczka bez oparcia w bezludnych stepach, nasunęła mu nie­wątpliwie myśl zbudowania takiego zameczku, o jakim ma­rzył Daszkowicz — co z pewnością nie było dia niego ta­jemnicą.

Zbudował go na wyspie Chortycy. Mówiliśmy o nim, wracać przeto do szczegółów nie będziemy. Był to pierwszy punkt obronny na Nizie Dnieprowym, który historycy ruscy nazwali Siczą. Był on punktem odosobnionym i tyle chyba miał wspólności z Zaporożem, że stamtąd zapewne w znacz­nej części czerpał swój materjał żołnierski i terytorjum Za- poroża niejednokrotnie mierzył. Nie mamy najmniejszego po­jęcia o tem, jak była zorganizowana wojskowo ta pierwsza wataha, którąby można nazwać wojskiem zaporozkiem.

W tej dobie swego istnienia, jak we trzydzieści lat później, Zaporoże istnieje jako niby wolne państwo, nie uzna­jące żadnego zwierzchnictwa sąsiadów, zależne jedynie eko­nomicznie od Rzpltej i związane z nią najbliższem sąsiedz­twem i dopływem swoich sił wojennych. W tych warunkach poczęła organizować się Kozaczyzna zaporożna, zwana także „siczową'* — już od głównej siedziby swoich władz nazwę biorąca. W roku 1571 w czasie wyprawy na Niż Jazłowie- ckiego było kilka punktów niby zbornych, niby obronnych, zwanych „horodkami". Zaliczał się do nich Chortycki zame­czek, może jako-tako odnowiony po zniszczeniu go przez Turków i Tatarów, i na Buzuwłuku, w trzydziestu przeszło milach za Czerkasami i in.

Samuel Zborowski, który się zapędził na Niż dla krót­kiego hetmanowania kozakom około roku 1580 już zastał Kozaczyznę Niżową zorganizowaną, a raczej organizującą się gdyż znajdujemy w niej te same pierwiastki składowe, z ja- 'kiemi nas, w większym stopniu rozwoju zapoznali najprzód Eryk Lasota, a później Beauplan. Ciekawe szczegóły koza­ckiego życia na Zaporożu spisał Paprocki z opowiadań na­ocznych świadków. W chwili przybycia Zborowskiego na Niż, kozacy mieli swoje mieszkanie ,,na uroczysku, które zowią Tomakowski ostrów" (Tomakówka). Był to umocniony obóz na lewym brzegu Dniepru między rzekami Kamienką i Tomakówką. Miał to być „ostrów tak szeroki, że mógł wychować 20 tysięcy ludzi i koni". Tu zwołano „koło ry­cerskie",—Paprocki używa terminologji polskiej,-i „obwołali go hetmanem". Wybierano zatem naczelnego wodza po wspól­nej naradzie, a zwyczaj ten zachował się nie tylko na Zapo­rożu, ale przeszedł następnie do kozaków na obu brzegach Dniepru. Na Zaporożu nie używano tytułu hetman, ale ta­tarskiego—„ataman", z dodatkiem później „ataman koszowy" czyli obozowy, jakby dla odróżnienia od tytułu hetmana, ja­kim się Kozaczyzna posługiwała, naśladując Polaków.

Gdy wspólna wyprawa do Moskwy wraz ze s tą Czer- kaskim nie udała się, Zborowski od Czerkas, minąwszy Psłę (Pskłę) i Samarę, jechał do „wojska", które miało siedzibę swoją w Tomakowie. Nad Samarą spotkał 200 kozaków, zajętych łowieniem i suszeniem ryby dla innych kozaków na żywność. Gromadka ta miała swego „starszego". Wojna nie była zgoła jedynem zajęciem kozaków zaporożnych, trud­nili się także handlem i w tym celu posiadali wyznaczone punkty. Jednym z takich było ,,uroczysko Karajteben (mię­dzy rzekami Rohaczką a Biełozierką na lewym brzegu Dnie­pru), które jest forum albo rynek, gdzie Tatarowie i kozaki wszelkie targi swe miewają**. Paprocki powiadał, że na Za- porożu jest „wielki lud" — czyli liczna ludność. Oczywiścief było to określenie bardzo względne i odnosić się mogło tylko do liczebności żołnierza, a raczej ludzi zdolnych do noszenia broni.

Jak kozactwo zaporożne szukało „kozackiego chleba" wszędzie, gdzieby go dostać można było pod różnymi przy­godnymi starszymi, zwanymi atamanami, a później daleko huczniej — hetmanami, tak dla tego „chleba" wynajmowało się poprostu za pieniądze. Wyprawy na Wołoszczyznę ró­żnych watażków, jakoteż głośne rabunkowe wyprawy na po- brzeża czarnomorskie zwróciły na nich uwagę najbliższych sąsiadów Rzpltej — przedewszystkiem cesarzy niemieckich-, którzy chętnie posługiwali się najemnem wojskiem. Werbu­nek w Polsce byłby utrudniony albo niemożliwy nawet, zwra­cano się przeto do tego zbiorowiska ludzi, które gnieździło się na Niżu, na Zaporożu.

Z Tomakówki przeniosła się Sicz na wysepkę Buzuwłuk, przy ujściu Buzuwłuku (dziś wieś Hruszówka) do Dnie­pru. Prawdopodobnie pozostały tam fortyfikacje siczowe, chociaż w roku 1594 Sicz znajduje się już na „Czortomłyckiem Dnieprowiszczu", przy ujściu rzeczki Czortomłyka do Dniepru (dziś wieś Kapulówka). Nosiła ona nazwę „Starej Siczy", gdy kozacy, po powrocie z posiadłości krymskich, zbudowali w innem miejscu — „Nową". Otóż do tej Czortomłyckiej Si­czy został wysłany Eryk Lasota dla zwerbowania oddziału kozackiego na służbę cesarską. Kozacy zaporożni przyzna­wali się do łączności z tymi, którzy „siedzą po miastach i wsiach". Co do miast—mieli słuszność, co do wsi —musiał to być dodatek Lasoty, bo w tym czasie jeszcze nie puszczano kozaków na „włość *. Nie zabrakłoby zapewne śród miesz­kańców wsi ochotników do kozackiego zaciągu. Co do łącz­ności z kozakami miejskimi, miał słuszność o tyle, że w cza­sie rozruchów Nalewayka i innych Zaporożcy dopomagali zbrojnie.

Liczebność kozaków zaporożnych nie była wielką: we­dług Lasoty mało co więcej można byłoby zwerbować mię­dzy ludnością Niżową nad trzy tysiące, a drugie tyle nabra­łoby się śród kozaków grodowych. W samej rzeczy było zdaje się o wiele więcej, skoro w okresie wojny 1596 roku brało udział około 10 tys. Zaporożców—liczba trochę przesa­dzona. Biskup kijowski, Wereszczyński, szedł jeszcze dalej, bo siły kozaków zaporożnych obliczał na 20 tysięcy. Na Si­czy była artylerja—niewiadomo ile i jaka,—która salutowała przyjazd cesarskiego posła, a muzyka witała go, bijąc w bę­bny i w szałamaje grając. „Wojsko*4, Batorowym trybem, podzielone na pułki po 500 kozaków, na czele każdego puł­ku—pułkownik. Chłopicki, który werbunkiem zajmował się, podpisywał się „pułkownik Wojska Zaporoskiego". Taki ty­tuł już nieco poprzednio przybrało sobie wojsko zorganizo­wane na Zaporożu. Przedtem używało tytułu „wolne wojsko Zaporoskie", w znaczeniu ochotnicze, niepodległe nikomu. Lasota wyliczył z pośród Starszyzny „hetmana", „oboźnego", „pisarza44 czterech pułkowników, 8-miu „asawułów" — niby adjutantów, 20 setników, 152 dziesiętników, 16-u chorążych, około 2 tysięcy pospolitych kozaków, 12 puszkarzy. Pułki na ogół były o wiele większe, niekiedy dwukrotnie, a nawet czterokrotnie przenosiły urzędowy rachunek.

Tytuł „wojska zaporoskiego", zwącego się także „ry­cerstwem zaporoskiem", z początku przysługiwał tylko Za­porożu. W miastach byli kozacy „posłuszni4' lub „niepo­słuszni"— hultaje,—później „rejestrowi" czyli najemni i płatni przez rząd polski. Moralna powaga była jednak po stronie Zaporożców, zarówno z powodu względnej ich niezależności, jak i oddalenia od regularnej kontroli Rzpltej. Wobec Lasoty tytułowali się „wolnem wojskiem" i to powagę ich podno­siło. Kozaczyzna grodowa, rejestrowa, a później jako war­stwa i całość klasowa, walczyła „o wolności i przywileje", gdy Zaporoże posiadało faktycznie wolność i prawie nieza­leżność, nie potrzebowało więc o nią walczyć, ale z walczą­cymi solidaryzowało się i pomagało orężnie. Jednaki duch i jednaki charakter ożywiał obie Kozaczyzny.


Organizacja Kozaczyzny zaporoskiej do końca 16-go Wicku wzorowała się zupełnie na wojsku polskiem, a objęła później całą Kozaczyznę bez wielkich różnic. Na czele stał hetman, przyboczną radę jego stanowiła Starszyzna (pułkownicy, oboźny, pisarz wojskowy). Hetman był wykonawcą postanowień Rady ogólnej, która z początku zwała się „kołem", później już w 17-m wieku „czarną radą". Decyzje jej, śród hałaśliwych wrzasków, powzięte bezładnie, objawiały się krzykiem i rzu­caniem j czapką do góry. Samowola takiej rady dochodziła do tego, że co roku po kilku hetmanów, po kolei wybierano i zrzucano. Wywoływało to nieład w wojsku i brak regular­nej dyscypliny.

Zaporoże i wojsko Zaporoskie, udzielając swego tytułu całej Kozaczyznie, tak samo prawobrzeżnej, jak później le­wobrzeżnej, Hetmańszczyznie, zachowywało się wobec niej z pewną niezależnością, salwując sobie prawo moralnego przewodnictwa, dając niejako honorowy patent na hetmań- stwo, uznając go lub wypowiadając swoje niezadowolenie. To nadawało Zaporożu pozory suwerenności.

Powaga Zaporoża wzmocniła się, gdy wzięło udział w walce Chmielnickiego z Rzpltą polską. Przyczyniła się do tego okoliczność, że Chmielnickiego hetmanem wybrano na Zaporożu, w Siczy otrzymał on sankcję swego tytułu. Na­czelnicy wojska Zaporoskiego, siczowego—nie używali tytułu hetmana, chociaż im także tytuł nadawano z grzeczności i niby dla powagi. Zwali się natomiast „Atamanami koszo- wemi", a siedzibę swoją Sicz nazywali, „koszem" z tatarska, obozem. Grupowali się według miejscowości, z których po­chodzili, w „kureniach" czyli koszarach. Nowicjusze sami so­bie wybierali „kureń", do którego wpisywali się, chociaż nie zawsze z tej, lecz z innej miejscowości pochodzili. „Wpisy­wali się" do wojska zawsze pod nazwiskiem przybranem lub imioniskiem i prawdziwego nazwiska nigdy nie wyjawiali — chyba przypadkowo. Tak naprzykład, Ataman koszowy, który wyprowadził kozaków z Mazepą, zwał się Hordijenko, gdy prawdziwe jego nazwisko było Hordyński.

Turcja, w czasie pochodu Kozaków czajkami na Trape- zunt, a potem prawie pod Carogród, wysłała Ibrabima Paszę w r. 1616 pod Oczaków, ażeby im drogę zagrodzić, ale ko­zacy minęli Oczaków, wpłynęli w Azowskie morze, a stam­tąd, zapewne nawłokiem, do rzeki Konki, wrócili do zrujno­wanej Siczy, którą Ibrahim Pasza zdobył, zastawszy tam nie­wielką załogę kozacką.

 

 

 

 

 

Wspomnieliśmy niejednokrotnie, że jakkolwiek Koza­czyzna Zaporożna miała wiele cech wspólnych z Kozaczyzną nkrainną i występowała niekiedy wspólnie z nią przeciwko Rzpltej polskiej, tworzyła jednak organizm niezależny od niej, prowadziła swoją politykę, a co ważniejsza, już w pierwszej ćwierci 17-go wieku posiadała swoje własne „Ziemie wojska Zaporoskiego14 czyli bardzo szczęśliwą podstawę geograficzną dla stworzenia własnego państwa. Ale kozacy ukrainni, za­jęci walką o wyodrębnienie się klasowe z Rzpltą polską, ideę tej klasowości doprowadzili do absurdu, bo w szczęśliwej chwili, gdy Kozaczyzna ukrainna stanęła w walce z Polską, jako obronicielka i przedstawicielka interesów narodu rus­kiego, zamiast przerzucić się do Zaporoźa i tam rozwijać zaczątek państwowy, zaprzedała się Moskwie za przywileje i autonomię, które wkrótce okazały się złudnemi i powoli doprowadziły Kozaczyznę ukrainną do zaniku idei państwo­wej, którą starał się urzeczywistnić Wybowski w Ugodzie Hadziackiej, a bronił Doroszenko w sposób warcholski.

Na Zaporożu jeszcze mniej było zrozumienia śród ko- zactwa idei państwowej, która wprost szczęśliwym zbiegiem okoliczności narzucała się sama przez się. Zapatrzeni w ideał niezależności indywidualnej, graniczącej ze swawolą, nie- rozumieli znaczenia niezależności państwowej i tego wiel­kiego atutu, jaki już posiadali — obszaru, terytorjum, jako fundamentu państwa — niedoceniali. Zyskawszy od czasów Chmielnickiego większą moralną powagę, z tytułu posiada­nie ziemi własnej i stolicy niejako w Siczy, zadawalniali się tem zupełnie, że z grona swego dawali hetmanów Kozaczy- źnie ukrainnej lub na ten wysoki urząd swoje placet. Dzięki odosobnieniu i warunkom życia wytworzyła się tam orygi­nalna odrębność — powstało bezżenne „towarzystwo*4, wy­łącznie nieomal wojenne, bo i ci, którzy w stepach w „zi- mowikach*4 — może rodzaj folwarków—i nad rzeczkami prze­siadywali, łowieniem r^b bawiąc się, w chwili potrzeby wra­cali do oręża. Początek gromadzenia się bezżennych ludzi na Zaporożu dali różni uchodnicy, którzy nie mogli przecie w pustyni przemieszkiwać z rodzinami. Dzięki temu odoso­bnieniu, wytworzyły się tam pewne zwyczaje i obyczaje, za­stosowane do prymitywnego życia, które tradycyjnie prze­chowywano. Społeczeństwo to, „towarzystwo** nie rządziło się

12

 

żadnemi pisanemi prawami, zadowalniając się pojmowaniem i stosowaniem „sprawiedliwości** według własnej logiki i sądu, „aby dwóch sądziło trzeciego*'.

Aż do roku 1667 Zaporoże zajmowało zupełnie odrębne i niezależne stanowisko polityczne wobec narodów, luźnie tylko będąc związane z Polską, Chmielnicki wciągnął je do wojny z Rzpltą, a w ten sposób uczynił pierwszy krok do jego upadku, który tkwił już w chwili największej, jak się zdawało, jego świetności. Widzieliśmy, że w walkach Pawiu* kowych i Ostrzaminowych Zaporoże występowało z czynną pomocą, ale nie wyłamywało się z pod protektoratu Rzpltej polskiej. Chmielnicki wplątał je w wir walk z sąsiadami, między Polską a Moskwą, później i Turcją, a w ten sposób stało się ono do pewnego stopnia czynnikiem międzynaro­dowej polityki, której nie umiano dla swojej niezależności wyzyskać. Odbiło się to na losach Zaporoża po ukończeniu długoletniej wojny polsko-moskiewskiej, zakończonej trakta­tem w Andruszowie w r. 1667. Traktat ten, dzieląc Ukrainę na dwie połowy: prawobrzeżną, polską i lewobrzeżną mo­skiewską, zachował jeszcze odrębność Zaporoża, ale już je poddał opiece dwóch ościennych sąsiednich państw: Moskwy i Rzpltej polskiej. Było to faktem uznania jeszcze niezależ­ności Zaporoża, ale też dowodem, że Moskwa po raz pierw­szy urzędowo położyła na Zaporożu swoją ciężką rękę. Jak­kolwiek to zdawało się nie zmieniać położenia rzeczy na Zaporożu, ale otwierało wrota dla wpływu Moskwy, która też dążyła do opanowania Zaporoża w całości.

Jakkolwiek traktat Andruszowski postawił Zaporoże na szczycie równi pochyłej, narazie nie dostrzeżono tego. Prze­ciwnie, zdawało się nawet, że znaczenie jego i siła wzrosły, gdy Ataman Koszowy Sirko w kilka lat po traktacie An- druszowskim rozbudował Sicz na Czortomłyckim Rogu (o. 1675 r.) i uczynił z niej prawdziwą stolicę Zaporoża. Zbu­dowana około roku 1652 stała się ogniskiem życia zaporo- żnego. Ledwie dwadzieścia lat minęło od traktatu Andru- szowskiego, gdy traktat Grzymułtowskiego, oddając Kijów w wieczne posiadanie Moskwy (1686), zrzekł się także swo­jej opieki nad Zaporożem. Można tedy do pewnego stopnia powiedzieć, że Polska, zrzekając się niebacznie swego wpły­wu na Zaporoże, przeszkodziła do pewnego stopnia do roz­woju zalążka przyszłego państwa Zaporoskiego, bo Moskwa, od chwili słynnej przysięgi w Perejasławiu w roku 1654 stale dążyła do niszczenia wszelkiej samodzielności Kozaczyzny, jako przedstawicielki Rusi ukrainnej.

Nie wiemy w jaki sposób, jaką drogą ewolucyjną orga­nizowały się „Ziemie Wojska Zaporoskiego*'. Już w okresie atamanowania Sirka spotykamy wyraz „pałanka“, na ozna­czenie pewnego obwodu lub okręgu administracyjnego. Go­dzi się zauważyć, że do życia Zaporoża weszło mnóstwo wy­razów tiurkskiego pochodzenia, jak ataman, kosz, kureń, pałanka i w. i. — jako następstwo zbyt bliskiego stykania się ze światem Muzułmańskim. Później nieco, już po śmierci Sirka ustalił się podział administracyjny na następujące pa- łanki: z prawej strony Dniepru — Kozacka, Boho-gardowa, Jngulska, z lewej — Protowczańska, Orelska, Samarska i Kal- mińska. Stałego rozgraniczenia między niemi nie było, a po­łożenie ich wskazują same nazwy. Leżały one albo w pobliżu znanych geograficznych punktów: Kudak, Gard—może straż­nica nad Bohem i Protowcz — może przeprawa na Dnieprze między ujściem rzeki Oreli i Samary, lub też od położenia swego nad rzekami, jak — Ingulska, Orelska, Samarska, Kal- mińska. Między pałanką Kudacką, a Rzpltą już się wparła Rosja i utworzyła tam m. w. od połowy 18-go wieku swoją prowincję Nowoserbję.

Siedem powyższych pałanek składały „Ziemie wojska Zaporoskiego**, i pozwalają nam określić bliżej granice Zapo­roża. Dotykały one rębem północnym woj-twa Kijowskiego, od północnego zachodu woj-twa Bracławskiego, od zachodu koczowisk różnych ord tatarskich Budżackięj, Nogajskiej, Jedysańskiej pobrzeżem morskiem aż do Dniepru. Na lewym zaś brzegu Dniepru—od północy graniczyły z hetmańszczyzną, od wschodu z zasiedlającą się „Słobodzką Ukrainą" i Ziemią Wojska Dońskiego, a następnie dotykały morza Azowskiego. Między rzeką Końskie wody, Dnieprem aż do ujścia i wy­brzeżem Azowskiem aż do rzeki Bcrdy. W te prawdopodobne granice ujęte Ziemie Wojska Zaporoskiego już słowiańskie i zrsłowiańszczone stanowiły pewnego rodzaju oazę, z trzech stron otoczoną ludnością turańską i muzułmańską.

Wzięcie udziału przez Sicz w t. z. „zdradzie" Mazepy i wreszcie przyłączenie się części Zaporożców do Karola XII było powodem zniszczenia doszczętnego Siczy Czortomłyckiej i rozproszenia się Zaporożców. Wspomnieliśmy już o tym wypadku w miejscu właściwem, wracać przeto do niego nie będziemy.

Zaporożcy nie zrezygnowali jednak z praw swoich i swo­jej połowicznej niezależności. Znając mściwość Moskwy, nie wrócili pod jej „opiekę", lecz w Benderach w r. 1710 poddali się pod protekcję sułtana Achmeta 111, który im wyznaczył siedzibę bliżej Perekopu. Część Zaporożców, po zburzeniu starej Czortomłyckiej Siczy, próbowała w r. 1711 zbudować nową przy ujściu rzeki Kamienki, powyżej Kyzyk-Kermenu, ale następca Mazepy Skoropadzki wraz z Buturlinem z polecenia carskiego zrujnowali ją. Wtenczas dopiero Zaporożcy zbu­dowali sobie Sicz na ziemi tatarskiej w Aleszach (Prognoje). Była to jednak emigracja kozacka, zupełne oderwanie się od starego Zaporoskiego pnia.

Po długich usiłowaniach, jut po śmierci Piotra I„ ca­rowa Anna pozwoliła Zaporożcom wrócić na dawne siedziby. Stało się to dopiero w roku 1734. Po powrocie założyli Sicz na Podpolnej, którą nazywali Nową Siczą. Mało wiadomo co się działo wówczas na „Ziemiach Wojska Zaporoskiego1', gdy Sicz rezydowała na Aleszach. W Rosji był to okres nieładu państwowego, rządów kobiecych i ich faworytów. W Rzpltej nie było komu także zająć się losem Zaporoża. Po śmierci Augusta II (1733) rozpoczęły się walki stronnictw, które po­chłaniały uwagę rządu, a potem niedołężne panowanie Au­gusta 111 otworzyło szeroko bramy Moskwie w głąb Rzpltej. W czasie wojny z Turcją Munich z wojskiem moskiewskiem przecinał bezkarnie całą Rzpltą aż do Dniestru, nic sobie nie robiąc ani z prawa międzynarodowego, ani z Polski, ani ze skarg ziemiaóstwa na zdzierstwa moskiewskie. Państwo polskie było bez wojska i bez głowy, a wpływ moskiewski demoralizował ludność ciągle rozpuszczanemi pogłoskami, że kraj cały —Ukraina prawobrzeżna— ma wkrótce przejść pod panowanie Moskwy. Naturalnie, zwiększało to tylko wichry i niepokoje wewnętrzne.

Powrót Siczy na dawne siedlisko, a właściwie założenie nowej Siczy na Podpolnej, dało ogromny impuls, jak już o tern mówiliśmy, do wzmożenia się hajdamaczyzny. W Zie­miach Wojska Zaporoskiego hajdamaczyzna znalazła wzglę­dny przytułek. Ale to już nie była Sicz ani Sirka ani Hor- dijenka. Na tem swojem niby wygnaniu na tatarskiem pobrzeżu, poczęły brać górę żywioły najbardziej hałaśliwe, najbardziej niespokojne i próżniacze i dawne urządzenia Si­czy, niby wynikające z ducha samorządu kozackiego, dopro­wadziły do absurdu i anarchji. Sicz, jako symbol, jako ideał kozackiego życia i porządków traciła coraz bardziej swój dawny, poniekąd surowy, poniekąd rycerski charakter, a sta­wała się zbiegowiskiem łotrzyków stepowych, którzy tu ukła­dali plany swoich zbójeckich najazdów, swoich rabunkowych wypraw. To już nie było „Wojsko Zaporoskie J. K. Mości*4 lub „Wierne wojsko Jego Carskiego Wieliczestwa", lecz banda rabuśników, którzy w bezpiecznem miejscu, w tajem­nicy—snuli swoje plany zbrodnicze. Nie gromadzili się już tu ludzie, których rycerski animusz wyrzucał z gniazd ro­dzinnych i pędził w Dzikie pola dla harców z Tatarami lub Turkami, nie ci nawet, którzy w płomieniach miast tureckich szukali „kozackiego chleba*4, lecz gromada ukrytych lub jaw­nych złoczyńców, która potajemnie z ukrycia wypadała dla pospolitego morderstwa i rabunku. Była ona zbiorowiskiem „czerni'1, wyrzutków społecznych, którzy pojęcie wolności kozackiej przekształcili w zupełną anarcbję i w swoje ręce ujęli prawo tworzenia rządu i władzy na Siczy.

Kozacy, rozpróżniaczeni i rozpijaczeni próżniaczem ży­ciem na Prognojach przez dwadzieścia lat prawie, przynieśli do Nowej Siczy tradycje próżniaczego i niezdrowego życia z lat emigracyjnych. W pierwszych latach ustalenia na No­wej Siczy, kozacy zachowywali się względnie spokojnie — było ich mało i obawiali się Moskwy, tak że w awanturach Werłanowych, o których mowa będzie, prawie nie brali udziału. W miarę jednak zwiększania się żywiołu-napływowego, ale w najgorszym gatunku, z Polski, próżniaczy element począł brać górę i pierwotne instytucje dawnej Siczy doprowadził do zupełnego bezładu, do demagogicznego idjotyzmu.

Moskwa do roku prawie 1750 zajmowała się Siczą mało, wglądała w jej życie wewnętrzne jeszcze mniej, ale już w pierwszej połowie 18-go wieku, w latach końcowych po­częły się tak mnożyć skargi na Sicz o rabunki i rozboje, że nareszcie rząd rosyjski postanowił zbadać i zreformować we­wnętrzne stosunki na Siczy.

Sicz, a za Qią Kozaczyzna, jako militarna przedstawi­cielka narodu ruskiego, za jaką się chciała uważać, a raczej za jaką ją przedstawiali nowożytni historycy ruscy, za źre­nicę swojej wolności uważała samorząd kozacki, to jest prawo wyboru wolnemi głosami — swojej władzy i przedstawicieli. Z jednej strony była to forma najprymitywniejsza—wyrażanie zgody lub protestu przez aklamację, z drugiej dawała powód do niesłychanych nadużyć i swawoli. W zasadzie mogłaby być usprawiedliwiona taka forma wyboru, że tak powiem,, rządu przy Wysokiem umiarkowaniu wyborców, przy wielkiej ich dojrzałości politycznej, przy wieikiem zrozumieniu przez masę wyborców praw obywatelskich. Tego wszystkiego nie tylko Kozaczyźnie brakło, ale — przeciwnie pierwszorzędną rolę odgrywał pierwiastek osobisty — zawiść, zazdrość, ze­msta i t. p. Jeżeli dodamy do tego. że czynnikiem decydu­jącym staje się tu tłum, masa, ilość, czerń, czyli żywioł naj­mniej oświecony, a najbardziej skłonny do bałamucenia się i do przekupstwa, łatwo zrozumieć, że zręczni ludzie umieli zawsze taki tłum wyzyskiwać dla siebie, dla swoich celów, a nieraz i pokierować nim w stanowczej chwili; często też tłum taki, jako niby zbiorowa wola narodu, stawał się nie­świadomym szkodnikiem. Dość przypomnieć sobie, że kilka głosów, najprawdopodobniej zgóry zapłaconych, jakie się wy­powiedziały na Radzie Perejasławskiej w r. 1654 za przyłą­czeniem wszystkiej Ukrainy do Rosji, wepchnęły naród ruski w jarzmo niewoli. .

Po raz pierwszy przedstawił nam dokładnie samorząd kozacki, zastosowany do wyboru Starszyzny, wysłaniec mo­skiewski do Siczy, Nikiforów, któremu polecono zbadać sto­sunki miejscowe i znaleźć radę na ukrócenie anarchji, panu­jącej w posiadłościach Wojska Zaporoskiego (1749). Skorzy­stamy z jego sprawozdania, gdyż daje nam ono jedyne pewne wiadomości o tern jak rozumiano i jak przeprowadzano „wolne wybory" na Siczy.

Wybory Starszyzny kozackiej, jakoteż atamanów kuren- nych, odbywały się dwa razy do roku: na Nowy Rok i na dzień Piotra i Pawła. Taka była reguła, ale atamanów ku- rennych wybierano prawie co miesiąca, nie z pośród najlep­szych, lecz przeciwnie — najgorszych ludzi, pijaków i hulta- jów, a zawsze tylko takich, którzy byli najskłonniejsi do po-

 

krywania wszelkich nadążyć. Będąc zależnym od czerni ko­zackiej, taki dygnitarz me mógł się narażać swoim wybor­com. Odnosiło się to, niestety, nie tylko do atamana ku- rennego, ale i koszowego. Gdy się zbliżało Boże Narodzenie, kozacy siedzący na zimowikach i nad rzeczkami dla rybołó- stwa, poczęli się zjeżdżać do Siczy. Łącznie z tymi, którzy stale w Siczy przebywali, około połowy 18-go wieku zgro­madzało się ich do pięciu tysięcy, śród których większość była nałogowych pijaków. Nazywano ich „Siromachami" — rodzaj proletarjuszy stepowych, którzy nie posiadali żadnej własności, nie tylko koni i bydła, ale często koszuli na grzbie­cie i przez całą zimę aż do wiosny wylegiwali się po ku­reniach.

Na Boże Narodzenie, po wysłuchaniu Mszy świętej, ka­żdy szedł do swego kurenia, a po obiedzie ataman koszowy kazał pomiędzy siromachów kurennych rozdzielić kilka be­czek wódki, a oprócz tego tych wszystkich, którzy przycho­dzili do niego, poił gorzałką i miodem. W ten sposób jednał sobie przyszłych wyborców. To samo robili sędzia wojskowy i pisarz, z mniejszą nieco hojnością. Trwała ta pijatyka aż do Nowego Roku, tak, że właściwie przez ten czas kozacy nie przetrzeźwiali się wcale. Z tym stanem pijaństwa połą­czone były bezustanne walki i zatargi siromachów między sobą i napaści na tych, którzy ich gorzałką i miodem trak­towali. Pijaństwo dochodziło do tego, że przed wyborami zawsze kilku kozaków nadużycie alkoholu śmiercią przy­płacało.

Ponieważ, oprócz traktamentu, istniały także wyszynki gorzałki i miodu, utrzymywane tuż w pobliżu Siczy przez żydów, gdzie kozacy upijali się do utraty zmysłów, zacho­dziła często potrzeba przymusowego zamykania wyszynków. W ciągu całego tygodnia siromachy, czyli mówiąc jaśniej pijacy i łajdaki, — świadczy naoczny uczestnik wyborów ko­zackich,—naradzają się potajemnie nad wyborem Starszyzny.

Po nabożeństwie na Nowy Rok wynoszono z cerkwi, gdzie leżały w przechowaniu t. zw. „klejnoty“ kozackie — chorągwie i buńczuk, jakoteż litawry, a gdy wszystko usta­wiono, wówczas ataman koszowy i sędzia ujęli w ręce wiel­kie okute srebrem laski, jako symbol władzy. Dawniej sym­bolem tym były zwykłe trzciny, zwane „komyszynami“. Ko­
szowy wziął także pieczęć wojskową, pisarz—wielki srebrny kałamarz, asawoła zwykłą laskę bez żadnych ozdób i usta­wili się obok chorągwi w jeden rząd według starszeństwa władzy bez nakrycia głowy. Atamanowie kurenni stanęli w pół- krąg za Starszyzną, a za atamanami kurennymi „czerń", bę­dąca w stanie zupełnego opjanienia*- Gdy.już się wszyscy zgromadzili, a było tego około trzech tysięcy — tyle tylko mógł pomieścić gródek Si­czowy — rozpoczęło się losowanie ja­kiemu kureniowi mają się dostać je­ziora rybne i rzeczki. Losowanie od­bywało się w sposób prymitywny: spisane na karteczce „uchody" wrzu­cano do czapki, a każdy kureń wy- Pieczęć palAnki Kud&ckiej. losowywał dla siebie.

Po wylosowaniu uderzono w lita- wry i bębny na „zbor“. Gdy się wszyscy zgromadzili i sta­nęli półkolem, ataman koszowy, sędzia, pisarz i asawuła kła­niali się „siromachom" na wszystkie strony i głośno dzię­kowali, każdy z osobna za swój urząd.

Potem dopiero odzywać się poczęły głosy wyborców, bardzo urozmaicone i nie zawsze dla starszyzny przychylne. Jedni krzy­czeli: „najedliście się kozackiego chleba już dosyć!" Drudzy łajali swoją starszyznę najwstrętniejszemi słowami; inni krzyczeli: „położyć! po­łożyć!" Miało to oznaczać, że czerń kozacka życzyła sobie, ażeby Starszy­zna zrzekła się swoich godności. Wó­wczas Starszyzna kładła swoje czapki

Pieczęć pataokl Samarskiej. na ziemi' a na nich oznaki swego do-

stojeństwa—buńczuk, Komyszyny, pie­częć i srebrny kałamarz i każdy uciekał, gdzie najbliżej, ażeby się schronić przed wybuchem gniewu czerni, który często kończył się zabójstwem. Każdy ataman koszowy miał także swoją partję, swoje stronnictwo, które pragnęło utrzy­mać go przy władzy. Sypali przeto piasek i ziemię na głowę tych, których pragnęli zatrzymać przy władzy, a niekiedy
na dowód życzliwości zapewne, wyciągali ich z ukrycia za włosy, krzycząc: „bądźcie znowu panami u nas“. Oczywi­ście, partja przeciwna, forytując swego kandydata, swoją opo­zycją wyrażała w sposób godny zwyczajów wyborczych: na­padała na przeciwników i rozpoczynała z nimi bitwą na pię­ści. Jeżeli zważymy, że obie strony wojujące były w sta­nie nietrzeźwym, nie trudno wyobrazić sobie, że na placu boju nie brakło krwi. Nie żałowano szturchańców Starszy- źnie, którą kułakowano i ciągano za włosy, tak, że zmią- toszona, obita, okrwawiona, chowając sią i zabarykadowa­wszy drzwi, ledwie z życiem uchodziła.

Ale to nie bywał jeszcze koniec wyborów, jeszcze nowa Starszyzna proklamowaną nie była. Zamknąwszy sią w swoich kryjówkach, Starszyzna do wieczora nie pokazywała sią wy­borcom, ażeby jednej lub drugiej strony nie zachącać do no­wych dowodów sympatji lub niełaski, które sią objawiały w jednaki sposób. Tak samo przy obopólnej bijatyce i hała­sach wybierano pułkowników, asawułów i atamanów ku- rennych.

Wybory Starszyzny były taką uroczystością kozacką, której inaczej nie rozumiano jak w połączeniu z pijatyką bezgraniczną. Wybór tego lub innego nie był zgoła czemś pewnem, był raczej tylko pretekstem do pijatyki, bo czerń piła na rachunek wybranego. Nowy dygnitarz, który jednak nazajutrz najcząściej tracił swój urząd na rzecz innego wy­brańca, musiał swoich wyborców raczyć gorzałką. Szynkarz z jego polecenia wydawał wódką konwiami, wiadrami, garn­cami — brał każdy w co kto mógł, a nazajutrz pozbawiano urządu chwilowego szczęśliwca.

Poprzednia Starszyzna zgromadzała się w izbie koszowego i w przestrachu przed zamordowaniem, zamknąwszy się, nie pokazywała się wyborcom. Nazajutrz zoowu wołano Star­szyznę „na Radę". Szli przerażeni, bo nie wiedzieli, czem się te wybory skończą. Gromada „siromachów" — przychylna starym władzom — zawracała koszowego do jego izby, nie żałując łajanki i poszturchiwań, gdy inni wołali: „bądź na­szym bat’kiem!" Gdy udało się wybrać sędziego i asawuła, prowadzono ich w tryumfie do izby koszowego. Manję wy­borczą posuwali nawet do tego stopnia, że wybierano pusz- karzy i doboszów.

Gdy nareszcie wybory kończyły się, nie było już po­woda do bezpłatnej pijatyki, rozbestwiony i niespokojny tłum rzucał się na przedgrodzie, gdzie były szynki miodne i gorzałczane, jakoteż kramy żydowskie, ażeby rabować co się da, wówczas kupcy zatarasowywali przed hołotą bramy i rozpoczynali formalną wojnę z wdzierającymi się siroma- chami, bo niekiedy i bez strzelby nie obeszło się.

Takie wypaczanie „wolności kozackich" doprowadziło nie tylko do anarchji przy wyborach Starszyzoy, ale pociągało za sobą anarchję administracyjną, bo niepodobieństwem było utrzymanie stałego porządku i kontroli zachowania się naj­

 

 

 

gorszych żywiołów z pośród ludności na Siczy, gdy ta sama ludność stała się kierowniczą siłą poniekąd rządu na Zaporożu. „Czerń" kozacka nie mogła wybierać starszyzny, któraby jej była niemiłą i sprężystą ręką chciała utrzymać porządek, a Star­szyzna bezwładna, bezsilna, niepewna władzy i życia przy najlepszej chęci nic nie mogła uczynić, ażeby zagnieżdżone rabownictwo śród hołoty siczowej wyplenić.

Garstce trzeźwych i rozsądnych ludzi narzucała się sama przez się konieczna potrzeba reform. Już w połowie i8*go wieku na skutek raportów wysłańca moskiewskiego do Siczy dla zbadania istniejącego stanu rzeczy, które z przerażającą plastyką malowały życie na Siczy w najgorszych barwach. Starszyzna, po naradzie ze „starynnymi" kozakami, postano­wiła przedstawić jenerał-gubernatorowi Lcontjewowi, rezy­dującemu w Kijowie i mającemu niejako zwierzchnią władzę nad Zaporóżem, jako rzecz najbardziej pożądaną - wyznaczenie na urząd Atamaoa koszowego i Starszyzny ludzi drogą ukazu, nie zaś obsadzanie najwyższych urzędów w Siczy przez wy­bory ,,wolnemi głosami". Żądano przytem, ażeby urzędy te były dożywotnie jak dawniej, przed Chmielnickim i jeszcze po nim. Byłaby to jednak tylko reforma od góry, że tak powiem, gdy całe życie Zaporoża wymagało innego trybu: prawidłowej kolonizacji rolniczej, wytępienia żywiołów nie­spokojnych i wprowadzenia indywidualnej własności nieru­chomej, gdyż tak luźny stosunek zależności, jaki istniał między niestałą, niespokojną, napływową zawsze ludnością na Siczy, a jej władzą najwyższą — Starszyzną,— nie dawał żadnych gwarancji prawidłowego porządku. Dla tej ludności nieporządek był najpożądańszym warunkiem istnienia.

Na razie przeto wszelkie reformy, dotyczące administracji „Ziem wojska Zaporoskiego4" utknęły, a gdy koszowym Ata- manem został Piotr Kalniszewski (Kałnysz), który też był ostatnim przedstawicielem „wolności44 Zaporoża, straciło ono wszelki charakter organizacji wojskowej, zachowując tylko pozory i tytuły, a stało się przytułkiem rabowniczych wa­tah, które dokoła Zaporoża rozsiewały postrach, niepokój i ściągały skargi dworów ościennych do Petersburga. Tam też wychowywali się owi Szwaczki, Nezywi, Bondarenki, Szelesty, Żeleźniaki, którzy w roku 1768 wyruszyli na „hu- lanie4'.

W końcu trzeciej ćwierci 18-go wieku polityka Kata­rzyny II, zwrócona ku zaokrągleniu swego państwa od pół­nocnego zachodu i od południa, zakończona pomyślnem dla niej urwaniem kawałka Polski, Już wyraźnie zdążała do opa­nowania Krymu i Pobrzeża Czarnomorskiego, gdyż na Czar- nem morzu mogła rozwinąć flotę swoją i zetknąć się z po­łudniem Europy dla handlu. Zaporożc było przeszkodą, bo w Petersburgu wiedziano dobrze, że Sicz w krytycznych chwilach opierała się o państwo hanów krymskich. Chcąc przeto zdobyć Krym, należało przedtem zniszczyć Sicz, jako tradycyjne siedlisko kozaków i rozpędzić stepową hołotę <hołul’ba). Nie było to rzeczą trudną, bo Sicz doszła do osta­tecznej granicy swego rozkładu, a włóczęgi zaporożni nie mogli przedstawiać poważnej siły obronnej. Stała się ona, nie jak dawniej ogniskiem życia junakierji kozackiej, która po­zorami walki ze światem muzułmańskim przykrywała przy­najmniej swoje najazdy na pobrzeża Turcji, nie pozbawionej bohaterstwa osobistego,—lecz przytułkiem włóczęgów i zbójów hajdamackich. Rabowali oni tak samo przy nadarzonej sposo­bności czabanów tatarskich i kupców tureckich, jak w Rzpltej szlachtę. W takim stanie moralnego i politycznego rozkładu, Sicz stała się źródłem bezustannych zatargów dyplomatycz­nych zarówno ze strony Rzpltej, jak i Turcji.

Wobec tego wszystkiego Rosja zdecydowała się znisz­czyć Sicz, to gniazdo hajdamackich szerszeni, nie w chęci przypodobania się „panom* polskim, jak twierdzą niektórzy, bo nie było potrzeby takiego przypochlebiania się wobec ukrytej, ale widocznej jednak myśli rozbicia państwa pol­skiego,—lecz poprostu zniszczenia ośrodka bezustannych nie­pokojów w celach dalszej polityki. Sicz w ostatnim okresie swego rozkładu nie była dla Rosji ani straszną, ani potrzebną, przeciwnie—w tem stadjum pierwotnego gospodarstwa, w ja­kiem się znajdowała, była przeszkodą do dalszej kolonizacji stepów aż do morza. Tworząc t. zw. Noworosyjską gubernję tuż nad granicą Polski, Rosja podjęła to cywilizacyjne zada­nie, które przypadło w udziale Rzpltej polskiej i przez nie­dołężną jej politykę zmarnowane zostało. Dla spełnienia tego zadania Sicz była tylką zawadą, którą należało usunąć.

Po skończeniu przeto wojny tureckiej w r. 1775 Rosja wysłała oddziały wojsk w głąb ziem Zaporoskich z polece­niem odbierania wszelkiej broni, znajdującej się w posiada­niu kozaków, siedzących po pałankach i zajętych przemy­słem rybołownym. Było to robione nie bez wiedzy zapewne Atamana koszowego w tym celu, ażeby włóczęgom hajda­mackim uniemożliwić zbrojne napady na posiadłości państw sąsiednich. Ale za plecami tej akcji krył się zamiar znisz­czenia Siczy i zupełnego zagarnięcia ziem Zaporożnych pod berło Carów moskiewskich. W lecie przeto roku 1775 jene­rał T^keli wkroczył z wojskiem w posiadłości Siczy, obsa­dził wszystkie pałanki zaporożne i obiegł Sicz. Na początku czerwca t, r. ustawił przeciwko niej działa i zawiadomił

 

znajdujących się tam kozaków, że z woli Carowej ma pole­cenie zdobyć ten wertep kozacki i zniszczyć. Wezwał koza­ków do dobrowolnego poddania się i do rozejścia się. Gada­nia na temat obrony było dużo, ale na gadaniu skończyło się. Zarówno ataman koszowy Kalniszewski, jak i Archiman- dryta cerkwi Siczowej namawiali do poddania się — poddano się zatem. Sicz zrujnowano, o sierpnia t. r. wyszedł ukaz, motywujący zniszczenie Siczy i kasujący na zawsze nazwę „kozaków zaporożnych44. Robiono kozakom słuszny zarzut, że odstąpili od dawnych reguł życia,—odnosiło się to zapewne do nieładu, jaki pod szumną nazwą „wolności44 panował na Siczy,—że utrzymują kraj w stanie półdzikim, który utrudnia rozwój gospodarstwa wiejskiego i handlu, że wreszcie bezien- ność „towarzystwa44 uniemożliwia osadnictwo kraju. Główna ta zasada wspólnego życia Zaporożców była obowiązującą do czasu zniszczenia Sirkowej Siczy, później zaś stała się teore­tyczną o tyle, że rzeczywiście, od powrotu Zaporożców z Ale- szy (Prognoje) i zbudowania Nowej Siczy, rozpoczęła się dzika kolonizacja po pałankach—coś podobnego do zakłada­nia folwarków dla uprawy zboża. Przeważało jednak gospo­darstwo pastwiskowe i rybołowne.

Najważniejszą jednak przyczyną zrujnowania Siczy i roz­pędzenia Zaporożców, była konieczność nadmiernego rozwoju terytorjalnego Rosji, która siłą warunków życia państwowego dążyła do opanowania morza ido zużytkowania bogatych, ale nieprodukcyjnych w administracji kozackiej ziem Zaporoża. Zagarnięcie przez Rosję tych olbrzymich obszarów przeszło bez wrażenia i bez echa w polityce międzynarodowej, co waż­niejsze—nawet Turcja, nawet Krym, którym zabór samowolny ziem Zaporożnych groził zbliżającą się katastrofą, nie oparły się zaborczej polityce Rosji.

Szczęśliwy los oddał w posiadanie kozaków kraj bo­gaty, żyzny, piękny, mający wszelkie warunki utworzenia własnego państwa, który Sicz, zaskorupiała w tradycyjnych, ale cywilizacyjnie spóźnionych zwyczajach, zmarnowała. Prze- wódcy Kozaczyzny postawili ideę klasową po nad ideę pań­stwową. Cywilizacyjny pochód ludzkości naprzód, któremu i Rosja poddać się musiała, łamał powoli jednostronność idea­łów kozackich, doprowadził je do absurdu i zniszczył, a wkrótce

 

potem zniszczył zarodki państwowości kozackiej na Zaporożu, także o klasowość oparte.

Moskwa, znając niestałość narodu ruskiego, z łona któ­rego Kozacy wybierali sobie hetmanów i w ciągu stu lat przeszło stwierdziwszy tę niestałość, nie ufała także Kali­szewskiemu i innej Starszyznie, która namawiała Kozaków do poddania Siczy bez walki. Zabrano też ostatniego ata- mana koszowego Kalniszewskiego i ostatniego pisarza Siczy Zaporożnej Głobę i wywieziono do Petersburga, skąd dopiero, jak się zdaje, rozesłano ich po różnych monasterach. Nikt nie wiedział nawet gdzie są i czy żyją. Dowiedziano-się do­piero po śmierci ich, że Kalniszewski umarł w Sołowickim monasterze w r. 1803, mając 112 lat, pisarz Głoba zmarł w r. 1790 także w jakimś północnym monasterze, a sędzia Paweł Hołowatyj zakończył życie w Tobolskim monasterze na Syberji.

Upadek Siczy znalazł rozgłośne echo w poezji ludowej, gdy wcześniejszy upadek Hetmańszczyzny przeszedł bez wra­żenia. W poezji ludowej odbiła się jednak cała naiwność polityczna Kozaczyzny—butna w czasie powodzenia, pokorna wobec siły brutalnej. Pieśń ludowa wkłada w usta ostatniego atamana koszowego „prośbę" do carowej, ażeby „ziemie, łąki i klejnoty zwróciła", a gdy carowa nie chce, koszowy—płacze. Wypadek zagarnięcia Ziem Zaporożnych wydobywa z duszy kozackiej nutę nie tragiczną, lecz sentymentalną.

Z Kozaków siczowych Potiomkin utworzył oddział „pi- kinierów", a ludność, mieszkającą na pałankach przeznaczył na osadnictwo. Mało jednak zostało na roli. Próżniacze włó- częgowskie życie przeważyło. Lękano się Moskwy. Znaczna ilość ludności wymykała się na stronę turecką, a z czasem poczęła osadzać się na polach Oczakowskich.

Dalsze losy Kozaczyzny ukrainnej już nie wchodzą w za­kres naszego szkicu. Część kozaków siczowych oparła się nad Kubaniem, część w Turcji na Dobrudży, a niektórzy, za pozwoleniem cesarza Józefa II, w Banacie założyli sobie Sicz. Było ich podobno kilka tysięcy. Ale i tu się im nie podo­bało — w krótkim czasie znikli bez śladu.

 

Kozaczyzna jako klasa i warstwa odrębna ruskiego spo­łeczeństwa, kształcąca się przez dwa wieki prawie w grani­cach Kzpltej polskiej, ku końcowi 17-go wieku doszła do ostatniego kresu swojej dezorganizacji militarnej i upadku. Z bałamutnych haseł kozackiej autonomji powstawał tylko zamęt wewnętrzny, który Ruś całą niszczył i ubożył. Koza­czyzna nie wydała z łona swego żadnego męża politycznego—

  • jasnej, wyraźnej linji wytycznej, któryby tą drogą szedł do celu. Ani w sobie, ani w Rzpltej nie szukała oparcia, tylko od jednego do drugiego potentata udawała się po „protekcję*'
  • z żadnego niezadowolona, wichrzyła bezustannie. To rzu­canie się na wszystkie strony nie wypływało zgoła z potrzeby i' interesu ludu, lecz z inicjatywy tak zwanej Starszyzny ko­zackiej, jej przewodników wojskowych, którzy ujęli w ręce swoje władzę polityczną, kierownictwo losem narodu. Z łona ich wszakże nie wyszła żadna polityczna idea pracy nad przyszłością własnego kraju. Z zawiścią patrzyli na pracę polskiego społeczeństwa na Ukrainie, zarówno na Zadnieprzu jak i na Ukrainie prawobrzeżnej, pracę osadniczą, spokojną, która ludność wzbogacała, przynosząc jej dobrobyt i opiekę, i na tej drodze wspólnej pracy byłoby się niewątpliwie wy­łoniło spokojne współżycie, prowadzące ku świetnej przy­szłości.

0 dźwignięciu się narodowem nikt z Rusinów nie my­ślał. Coś niecoś robiła cerkiew wschodnia i dla cerkwi wschodniej robiono. Wszystko, coby można nazwać wykształ­ceniem, było polskie. Język polski i kultura polska wci­skały się niewidzialnie prawie w ruskie społeczeństwo. Ru-

 

sini bywali najwyższymi dostojnikami w Rzpltej, najwierniej­szymi jej obywatelami, a o wyznanie religijne nikt ich nie pytał. W kościele wschodnim, śród najwyższych sfer ru­skiego społeczeństwa, jeszcze w okresie wojen Chmielnickiego panował niepodzielnie język polski. Była różnica wyznania religijnego, ale nie było prawie różnic etnicznych między lu­dem polskim a ruskim. Nosił on nazwę Rusinów tak samo jak polski nosił nazwę Mazurów, Mazowszan, Wielkopolan. Były różnice plemienne, ale nie było narodowych. Rozwijać się one poczęły dopiero z powstaniem organizującej się Ko- zaczyzny, która prowincjonalne elementy ludowe użytkowała jako siłę wojenną, budząc w nich krwiożercze instynkty, za­wiść społeczną i kopiąc przedział między państwem, a jego pokrewną gałęzią etniczną, której przed Kozaczyzną nie ma­rzyła się żadna odrębność, a tembardziej samodzielność po­lityczna.

Akcja kozacka, rozdwajająca państwo, pogłębiała prze­dział między ruskim prowincjonalizmem a narodem polskim, rozwijając w nim odrębność pod każdym względem aż do ję­zyka kształconego na wzorach języka cerkiewnego. Przyczy­niwszy się do rozwoju tej odrębności, nie potrafiła z odręb­ności szczepowej stworzyć organizmu państwowego, przeciw­nie, zmąciwszy jego życie wewnętrzne, skrzywiwszy życie polityczne bogatego darami natury kraju, nie potrafiła wy­zyskać przyrodzonych skarbów umysłowych i duchowych społeczeństwa, które wzięła pod swoją opiekę. Po długiej bezskutecznej walce z Rzpltą polską o iluzoryczne prawa i przywileje, tak samo jak po wiekowem prawie targaniu się z Moskwą, rzuciła własne społeczeństwo w objęcia anarchji społecznej i duchowej. Było to następstwo długowiekowej swawoli i wybujałego indywidualizmu tej warstwy przodur jącej, która na barki swoje wzięła przyszłość narodu. Za przykładem wodzów szedł lud, wynaturzając jeszcze bardziej ich wady.

Błyskotliwość orężnych zwycięstw Kozaczyzny i jej przymioty rycerskie, nawet wówczas niezaprzeczone, gdy brak im było wszelkiej cechy etycznej, olśniewała postronnych, a swoim, stojącym zbyt blisko wypadków, nie pozwalała doj­rzeć złych następstw fizycznego, że tak powiem, miotania się Kozaczyzny, która umiała niszczyć wszystko koło siebie, ale

 

nic budować nie umiała. Gdy nareszcie wypadki dziejowe wykazały całą błyskotliwą nicość polityki kozackiej, prze­wodnicy Kozaczyzny, Starszyzna, walczący niby o jakieś krzywdy, o niesprawiedliwość, popełnianą wobec ludu, wrócili nietylko do tego porządku społecznego, który zwalczali, ale stali się największymi obrońcami tego porządku — oso­bliwie na Zadnieprzu. Gdzie tylko Starszyzna kozacka oparła się o ziemię, rozpoczęła kolonizować ją nie dobro­wolnymi osadnikami na prawie wolnego użytkowania ziemi przez długie lata, lecz przymusowo, osadzając na roli tę samą czerń kozacką, która służyła do ich wyżywienia. Nie było większych zdzierców i łupieżców ludu wogóle jak Starszyzna kozacka na Zadnieprzu. Jak na prawobrzeżnej kijowskiej Ukrainie ludność wiejska, bałamucona obietnicami kozackiemi, uciekała na Niż, lub w kozactwo dla swawoli lab swobodnego, niezależnego życia, tak na Zadnieprzu uciekała w stepy, ku Dońcowi zbliżając się, szukając tam swobodnej i niezależnej pracy, chowając się przed wyzyskiem Starszy­zny. Obejmowała tam w posiadanie wolne stepowe obszary (Zajmańszczyzna), gdzie się później wytworzyła „Słobodzka Ukraina*4 i „słobodzkie pułki**. Nie było większych pańszczy­źnianych zdzierców i wyzyskiwaczy jaką się okazała Star­szyzna kozacka wobec ludu.

Po wojnach kozackich, które po poddaniu się Doroszenka Moskwie, uciszać się nieco poczęły, w bogatej i zaludnionej przed wojną Ukrainie pozostały tylko naawiska osad i zgli­szcze. Szlachta ukraińska, ziemianie, o ile nie mogła wy­kazać się „blahoczestijem44, miała dwie drogi do wyboru: albo wstępowała do wojska kozackiego, albo opuszczała dobro­wolnie swoje siedziby i uciekała z rodzinami w głąb Polski. Hasłem kozackiem było: wyrżnąć Lachów, albo wypędzić za Wisłę. Naturalnie posiadłości lackie dostawały się Starszy- znie, która opuszczała je tylko pod największym przymusem, bo one zabezpieczały jej niezależność materjalną. Mówiąc krótko i szczerze, wojnę z Rzpltą prowadziła Starszyzna we własnym interesie, a lud był dla niej nie celem, lecz środ­kiem wzbogacenia się. Jakkolwiek przesadą byłoby twier­dzić, że wszystka szlachta ukraińska jest ruskiego pochodze­nia, nie da się jednak zaprzeczyć, że znaczna jej część wy­rosła na pniu kozackim, a złączywszy się z Kościołem rzym­

 

sko-katolickim, złączyła się także z narodem polskim. Do takich rodzin należałoby zaliczyć Gołnchowskich—jeden był pisarzem kozackim, Borkowski — pułkownikiem kozackim, Krechowiecki — sędzią jeneralnym, Tański — pułkownikiem, Syroczyński — atamanem koszowym, Tretiak — pułkownikiem, z własnej pono nominacji, Hordyński—atamanem koszowym. Setki nazwisk możnaby wyliczyć skozaczonej „szlachty**, która, dorobiwszy sobie nazwisko i herb, sama się uszlach- cała, zmieniając nieraz tylko pisownię kozacką na polską, jak w okresie kwitnącej Kozaczyzny działo się odwrotnie.

Jak daleko była posunięta kolonizacja Ukrainy przed wojną Chmielnickiego, może dać niejakie pojęcie strata, jaką ponieśli sami tylko możnowładcy, bądź przez zniszczenie zu­pełne majętności lub przejście ich drogą gwałtu w ręce Star­szyzny kozackiej. Dla przykładu tylko przypomnijmy, że Wiszniowieccy stracili na Zadnieprzu 56 miasteczek, 40 siół, 423 młynów. Ilość młynów dawałaby pojęcie o zaludnieniu i jego gęstości — oczywiście względnej.

Koniecpolscy stracili 70 miasteczek i 50 siół, a przytem dochód z 6000 kamieni saletry i 2000 wołów jako dziesięcinę, opłacaną przez ludność. Niewielkie chyba musiało być prze­śladowanie tej ludności, skoro mogła taką dziesięcinę opła­cać. Zamoyscy stracili 33 miasteczka i 136 wiosek. Kali­nowscy — Humańszczyznę, w której było li tak zwanych „kluczów** po kilka i kilkanaście wiosek każdy. Tulczyniecki klucz, naprzykład, liczył 23 tysiące poddanych, Trościaniecki ]5 tysięcy i stado koni rasowych, złożone z 600 matek. Mie­ściły się w tych liczbach nie tylko dobra dziedziczne, lecz i dzierżawy dóbr królewskich.


Wszystko to trzeba było odbudowywać, a odbudowało się pracą polską i polskim wysiłkiem.

Taka była spuścizna po Kozaczyźnie, która wmawiała we własny naród i innym narzucała to przekonanie, że wal­czyła o „wolność ludu*', który zresztą oddała w niewolę, a na szyję własaą włożyła obrożę moskiewską.

Gdy na prawym brzegu Dniepru, w Rzpltej polskiej, Kozaczyzna dogorywała jako warstwa i klasa, a tylko duch jej, trucizna anarchji przeszła i przeniknęła całą stepową po­łać Ukrainy, żyjąc życiem niezadowolenia i próżniactwa; w tym samym pasie nadbrzeżnym, gdzie się zrodziła, — na

 

Zadnieprzu przybrała charakter ucisku społecznego i ekono­micznego ludu — przez Starszyznę i intryganckich walk tej Starszyzny ze sobą. Moskwa potrafiła jednak jej samowolę ograniczyć, a lud bronić, wszelkie zaś wybuchy swawoli zgnieść j terorem utrzymać w posłuszeństwie zarówno lud wiejski jak i Starszyznę. U nas działo się inaczej: miękkość rządu była podaietą swawoli. Panowanie Sasów, beztreściwe i głupie, wprowadzało Moskwę w granice Polski, a przez to samo otworzyło pole dla intryg moskiewskich. Pomimo trak­tatu Andruszowskiego, Moskwa ciągle pożądliwem okiem pa­trzyła na Ukrainę prawobrzeżną, przez swoich ajentów i woj­sko szerząc pogłoski, że kraj ten wkrótce przejdzie pod pa­nowanie carów, a w ten sposób oczywiście ludność wiejską ■utrzymywała w stanie ciągłego wrzenia, ciągłego oczekiwa­nia czegoś niewiadomego.

Do naprężenia stosunków wewnętrznych przyczyniły się próby Sobieskiego wskrzeszenia Kozaczyzny i kolonizowania kraju przy pomocy kozackich pułkowników. Wszystko to razem wziąwszy, przy zupełnej prawie bezbronności kraju, niepokoiło lud wiejski. Kozaczyzny w jej pierwotnej formie już nie było, ale żył jeszcze duch anarchji kozackiej, duch niezadowolenia ze wszystkiego, ciągle rwący się do czegoś nowego, innego, do tego stanu, który sam lud scharaktery­zował przysłowiem: „chot* hirsze, aby insze“ — niech będzie gorzej, byle co innego,

Dla upływu nadmiernych sił energji ludowej już nie było Kozaczyzny. Siły te trawiły się przeto własną gorączką i szukały ujścia w wichrach i rabunkach, a jedynym przytu­liskiem dla tych sił stała się ,,Nowa Sicz" na rzeczce Pod- polnej. Do roku m. w. 1734 kłębiły się te siły we własnej zawierusze, zanim szczęśliwy traf pozwolił im skupić się na- nowo w Zaporożu, gdzie założona Sicz i jej posiadłości stały •się przytułkiem dla wichrów wszelkiego rodzaju.

Wszystko to razem wziąwszy, wywołało tym razem nowy ruch, zupełnie ludowy, który możnaby nazwać swawolą spo­łeczną, wybujałą skutkiem bezwładności i bezsilności pań­stwowej, który jednak Rosja bardzo zręcznie wyzyskała dla swoich celów politycznych.

Ruch ten, który był krwawem zakończeniem „Ruiny44, otrzymał nazwę, pochodzącą z pnia tatarskiego, tak samo jak

 

była nazwa kozak,—Hajdamaczyzna. Trwał on prawie przez: pół wieku i niewiadomo, czy nie wydałby nowego Chmielni­ckiego — Krzywonosów mu nie brakło, — gdyby orężnie stłu­miony nie został.

Wyraz „hajdamaki“ zjawia się po raz pierwszy, o ile wiadomo, w roku 1717 (5 marca) w uniwersale Kegimentarza Jana Gałeckiego, wydanego na imię swego namiestnika Ol­szewskiego, któremu polecił znosić „swawolne kupy hultaj- stwa hajdamackiego". Znalazł się wprawdzie nowy wyraz, ale określał on dobrze znaną swawolę kozackiego posiewu. Ruch, wszczęty przez kupy hultajstwa hajdamackiego był dalszym ciągiem Palijowych ideałów, które najdalej wciskały się w głąb Wołynia. Zaszczyt ten nie tylko wszakże Pali- jowi się należy. „Wojska auxiliame'‘ Piotra I, nie posiały i nie rozbudziły wprawdzie hajdamaczyzny, ale dawały jej dużą pomoc i zachętę. Napadanie na dwory szlacheckie nie było wcale jedynym punktem, ku któremu siły swoje kiero­wała rozswawolona ludność, rabunek na drogach publicznych stał się także ulubionem rzemiosłem tych wszystkich, którzy wyrywali się radzi przy każdej sposobności z karbów prawa g’woli zadośćuczynienia swawolnym instynktom. Milicja nad­worna, z resztek kozackich złożona, albo patrzyła na to obo- jętnem okiem, albo sama brała udział w rabunkach. Zdarzało się nieraz, że takich „rotmagistrów“ chorągwi kozackich oskarżano wprost o współudział w rabunku.

Każdy, kto chciał, zbierał sobie watahę i próbował szczęścia, ruszając, że tak powiem, za wiatrem. Tacy ama- torowie „pohulania" długo nieraz wałęsali się po kraju, aż dopóki niespokojnej swojej głowy nie złożyli w utarczce lub pod topór kata. Zanim jednak do tego przyszło, dużo krwi upłynęło, dużo zmarnowało się pracy ludzkiej i mienia szło z dymem. Powoli jednak ruch zbójecki z Wołynia począł kierować się ku południowym granicom państwa, ku rębom ukrainnym, gdyż stamtąd coraz częściej dochodziły echa, na­wołujące ludność wiejską do swawoli.

Cóż właściwie oznaczał wyraz „hajdamaka* i czem byli hajdamacy w wyobrażeniu ludu?

W znaczeniu etymologicznem wyraz „hajdamaka* jest zapożyczony najprawdopodobniej z języka tureckiego, w któ­rym istnieje przyimek „hajdę", po tatarsku „chajda“ — precz,.

poszedł precz. Sufiks „mak" oznaczać ma w języka tureckim zakończenie trybu bezokolicznego. Za pomocą połączenia tego z przyimkicm „hajdę", otrzymuje się forma słowna — hajda­mak — pędzić.

W tureckim języku słowo to zapożyczone z arabskiego, w którym „hada" oznacza martwić, niepokoić, wprowadzać w ruch. W ten sposób może słowo arabskie, przyjąwszy zabarwienie tureckie, przeszło do Rusi południowej w zna­czeniu rzeczownika, lecz zatrzymało swoje zasadnicze zna­czenie, oznaczające człowieka, wywołującego zamieszanie, nie­pokojącego, goniącego innych, lub gonionego.

Wogóle można powiedzieć, że zajęciem hajdamaków było zbójnictwo. bardzo w niektórych rysach podobne do tego, ja­kie się rozwinęło w Karpatach, zarówno w południowej ich ruskiej części, jak w Tatrach i na Orawie z mniej może tylko szlachetnemi rysami junakierji, niż tatrzańskie i orawskie .zbójnictwo. Żaden Sabała nie urodził się pośród hajdamaków.

Nic zawsze tego rodzaju rycerze hajdamaccy zasiadali przy drogach i obławiali się mieniem kupców, częściej szu­kali „pożywy" we własnej lub sąsiedniej wsi, ale zawsze prawie, od czasu powrotu Siczy i odbudowania się na Pod- polnej pod kierunkiem jawnych lub ukrytych Zaporożców.

Hajdamaczenic rozpoczęło się wprawdzie przed usado­wieniem się Siczy na Podpolnej, ale rozwijać się poczęło do­piero od tego czasu, gdyż nie ulega najmniejszej wątpliwo­ści, że hajdamacy znaleźli w Siczy przyjazne przyjęcie i opar­cie. Jakkolwiek Atamani siczowi bronili się od wszelkiej wspólności z hajdamakami, jednak jednogłośnie, zarówno współcześni Moskale, jak i opinja powszechna w Polsce łą­czyła zawsze Zaporożców z hajdamakami. Zaporoże broniło się tern, że hajdamacy podszywają się tylko pod ich nazwi­sko, a gdy ten lub ów przyznał się, że jest Zaporożcem, od­powiadali, że takiego nazwiska w „spiskach" nie ma, cho­ciaż dobrze wiedzieli, że każdy Zaporożec „zapisywał się ob- cem nazwiskiem lub imioniskiem w koszu**, a inne nosił rze­czywiście, a nieraz, dla zatarcia śladów, mieniał je tak ła­two, jak koszulę lub swoje hajdawery.

Stosunek hajdamaków z Zaporożem nie przeszkadzał w niczem temu, że nie tworzyli osobnego „towarzystwa", jak Zaporożcy, że stałych siedzib na Zaporożu nie miewali

 

i że nie stanowili cząstki „Wojska Zaporoskiego*. „Włó­częgi i przybysze z różnych krajów słowiańskich — pisze*

  • nich człowiek, znający dobrze dzieje Zaporoża, — którzy schronili się na Zaporoże przed karzącem ich prawem, cho­ciaż pod zmienionemi nazwiskami, wpisywali się po kure­niach, składali przysięgę na wierność Moskwie i Wojsku Za­poroskiemu, nie chcąc pełnić ciężkiej służby wojskowej lnb pogranicznej, oddawali się w rzeczy samej hajdamaczeniu- Tacy Zaporożcy, dla korzyści osobistych lub z powodu zem­sty, stawali się watażkami zwykłej czerni kozackiej lub ta­kich samych włóczęgów, jak sami i, pod pozorem nienawiści do „katolików* lub „busurmanów*, trudnili się rabunkiem
  • rozbojem w Krymie, w Polsce lub na Wołoszczyznie. Skal- kowskij wprost ich nazywał „piratami lądowymi*.

Nadawanie bajdamaczyznie pozorów walki społecznej,, dopatrywanie w tym ruchu przyczyny jakiegoś ucisku ludu i stąd protesty w formie walki,—są to już domysły później­szych fabrykantów historji Kozaczyzny, tematy polityczne Rosji, której chodziło o to, ażeby znaleźć powody wkroczenia, do państwa i interwencji, okraszonej obroną religji prawo­sławnej. I ten ostatni temat ułożył się dopiero jaśniej już w drugiej połowie 18-go wieku, kiedy plany Rosji, Prus i Austrji rozbioru Polski, pod pozorem zrobienia w niej po­rządku, dojrzewać poczęły. Rozglądając się w akcji wschod­niego duchowieństwa w sprawie rozruchów w Kijowszczyz- nie, będziemy mogli na podstawie faktów stwierdzić, jak mało to duchowieństwo w wielkiej swojej masie intereso­wało się sprawą wyznania religijnego, a udział w hajdama- czyznie brało z powodów mało mających wspólności z religją zwykłą etyką.

Lud wiejski i twórczość ludowa oceniała hajdamaczyznę ze stanowiska realnego i nigdy słówkiem jednem nie wypo­wiedziała się w obronie hajdamaczyzny, przeciwnie—uważała ją za klęskę, ciążącą nad krajem. Wbrew zaprzeczeniom Si­czy lud ukraiński utożsamiał Zaporożców z hajdamakami. Wobec tego cośmy powiedzieli i co wypadnie niejednokrot­nie powtórzyć, jako fakty sprawdzone, nic dziwnego, że się taki pogląd ustalił. Mało mając zajęcia, Zaporożcy próżnia- czyli po kureniach, z próżniactwa wytworzyła się bezcelowa hulaszczość, powstawały projekty rozbójnicze. „Zaporożec

 

i hajdamaka,— powiadali współcześni ludzie — to wszystko jedno44. Świadkowie życia siczowego, ludzie, stojący zdaleka od polityki rosyjskiej i intryg garstki ukraińskiego ducho­wieństwa, mówili otwarcie: „hajdamacy byli to ludzie, któ­rzy żyli w rozkoszy — w próżniactwie, w bezczynności, na woli—czyli nie podlegali nikomu; wesoło, nikogo się nie bali, pili i hulali. Komu nie podobała się pańszczyzna, ciężarem stała się żona i dzieci, ten uciekał na Sicz, żył swobodnie, pił i hulał*4. Oczywiście pijatyka i hulanka odbywały się za zrabowane pieniądze. O hajdamakach współczesne źródła urzę­dowe nasze i rosyjskie nigdy inaczej nie mówiły, jak nazy­wając ich „złodziejami i rozbójnikami". Przepiwszy i prze­hulawszy wszystko, chodzili do Polski „podpomagać się". W jaki sposób odbywało się „podpomaganie się", opowiada człowiek współczesny: „wyjadą, bywało, w 10—15 chłopów, złapią kogo i nuże go męczyć, ażeby powiedział u kogo jest odzież dobra albo pieniądze. Potem w nocy przychodzą i ra­bują, tak że ludzie z całym swoim majątkiem chodzili spać w „burjany44. Wspólność celu, właściwa szajkom zbójeckim, fanatyzm zbrodni, nienawiść do rabowanych i mordowanych— oto były jedyne zaczątki organizacji hajdamackiej, w pierw­szym okresie jej istnienia, t. j. do Koliszczyzny.

Pieśń ludowa z Gonty nie robi także bohatera narodo­wego, ani z hajdamaków obrońców religji.

Hodi, hodl aotnyku Gonto u stepu stujftty,

Chody z namy kozakamy Humań hrabowaty.

Do roku 1734 hajdamaczyzna była tylko swawolą spo­łeczną, której państwo powściągnąć nie miało siły. W tym zaś, mniej więcej roku, nastąpił wybuch, który jak płomień błysnął i zgasł.

Żagiew podłożyła Moskwa.

W r. 1733 umarł August II. Rozpoczęła się wojna do­mowa między stronnikami Augusta III i Leszczyńskiego. Do Polski wkroczyły wojska moskiewskie. Znały już drogę.

Zanim do zapoznania się z następstwami wpływów i po­lityki rosyjskiej w okresie hajdamaczyzny przejdziemy, zau­ważyć należy, że hajdamaczyzna nie była zgoła ruchem jedno­litym, rozwijającym się konsekwentnie w imię idei, jak to na- przykład, czyniła Kozaczyzna, rozwijając ideę klasową, do­szła do absurda anarchji wewnętrznej, która ją nareszcie zni­szczyła,—lecz wybuchem sporadycznym zorganizowanej swa­woli, zwykłem rozbójniclwem dla rabunku, jak to już po­wiedzieliśmy i wypadnie stwierdzić niejednokrotnie. Wybu­chy miały charakter spontaniczny, powstawały tam gdzie się znalazł człowiek, który większą lub mniejszą kupę potrafił zgromadzić, gdzie w sposób przyjazny złożyły się okoliczności, tak czy inaczej dopomagające do wybuchu.

Tak samo jak nieokreślone były co do miejsca i czasu wybuchy hajdamackie, były również nieokreślone okresy wzmagania się i upadku ruchów hajdamackich.

Co do czasu, możnaby powiedzieć, że hajdamaczyzna miała trzy okresy: od rozwielmożnienia się jej,—którego po­czątek należy odnieść do chwili bardzo nieszczęśliwie po­wziętej myśli wskrzeszenia Kozaczyzny przez Sobieskiego,—aż do awantur Werłana. 0 tym początkowym okresie mówili­śmy, wracać przeto do niego nie będziemy. Drugim okre­sem była t. z. „rewolucja Werłana", trzecim i ostatnim — zbójnictwo nadgraniczne, zakończone krwawym epizodem Ko- liszczyzny w Humaniu.

Co do miejsca, widzieliśmy, że z początku powstawały tylko przy nadarzonej okoliczności, później przybrały cha­rakter większego ruchu w Bracławszczyznie, wreszcie sku­piły się, można powiedzieć w tych samych miejscach, gdzie przed wiekiem przeszło powstała i rozwinęła się Kozaczyzna, to jest na Podnieprzu prawobrzeżnem i w nieco dalszym od Dniepru promieniu. Obejmowała zatem późniejsze powiaty Kijowski, Wasylkowski, Kaniowski, Czerkaski, Czehryński, część Skwirskiego, Taraszczańskiego i Lipowieckiego.

Jeśli psychiczne przyczyny hajdamaczyzny, jako spadek po Kozaczyznie, która zrujnowała i zubożyła kraj bogaty, istniały wszędzie, gdzie był lud ruski, to jednak przyznać należy, że jako najbliższy powód niepokojów trzeba zaznaczyć bezbronność kraju i brak zorganizowanej samoobrony. Ten powód był zawsze widocznym impulsem. Po za kulisami psy­chiki ludowej i wewnętrznego rozstroju l niedołęstwa pań­stwa polskiego, działały tajemnie ale bardzo energicznie przy­czyny polityczne, wyłącznie ze strony Rosji.

W wojnę domową w Polsce, stając po stronie Augusta III, wmieszała się Anna Joanówna, „imperatorka" rosyjska. Była to kobieta bez żadnej inicjatywy politycznej, która sprawami państwa nie zajmowała się '/goła. Politykę rosyjską prowa­dził Niemiec Miinich, człowiek mocnego charakteru, umysłu, i patrzący w dalszą przyszłość Rosji niż współcześni mu Ro­sjanie. On dojrzał jak i Piotr I, że Polska bez rządu, bez siły militarnej i bez rozumnych kierowników państwowych łatwo wpaść może w orbitę polityki rosyjskiej, zanim stanie się jej cząstką. Niemiec — popierał niemiecką dynastję Sa­sów, bliższą mu i niedołężną wobec Leszczyńskiego, opartego o Francję, Szwecję i własny naród. Z Sasami łączyła Miini- cha krew, z Leszczyńskim— nic. Annie Joanównie chodziło nie o Rosję, lecz o kochanka swego Bi rena, który podszył się pod nazwisko Bironów — znanej szlacheckiej niemieckiej rodziny. — Dla niego pragnęła „imperatorka" zdobyć księ­stwo Kurlandzkie, przyobiecane przez Augusta III.

Gdy przeto Rosja — już nie W. X. Moskiewskie, lecz Rosja — wysłała gros sił swoich na północ z feldmarszał­kiem de Lassy a później Miinichem, nie zapomniała i o Ukrai­nie Kijowskiej. Pamiętał o tern Munich. Zagarnąwszy Ukrainę lewo-brzeżną, Rosja nigdy nie spuszczała z oczu całości, mó­wiąc inaczej — dążyła zawsze do zagarnięcia prawo-brzeżnej. Pod tym względem Munich posiadał szerokie plany: zdobycia Krymu, Carogrodu; nie mógł przeto patrzeć spokojnie na Pol­skę, która, acz biernie, stała jednak na drodze do urzeczy­wistnienia jego planów.

Nie bez porady Miinicha, carowa nie zadowoliła się zwo­łaniem wojska pomocniczego na Litwę i północ, lecz niewielki oddział wysłała także na Ukrainę, motywując ten krok w spo­sób oryginalny: ponieważ za czasów Piotra I mnóstwo prze­śladowanych „starowierów* uciekło z Rosji do Polski i osia­dało w południowych województwach jako „Piliponiu, przeto wojska rosyjskie mają wyłapywać tych Piliponów i odsyłać do Rosji. Tak wyglądała tolerancja religijna w Rosji. Nie przewidywano jeszcze wówczas, że sprawa prześladowania prawosławja w Rzpltej polskiej, nie mająca rzeczywiście żad­nych podstaw, stanie się kiedyś sprawą polityczną pierwszo­rzędnego znaczenia, i że Stanisław August otworzy szeroko wrota Rosji do Polski.

Z faktem wkroczenia „wojsk auxiliowych“ do południo­wych prowincji Rzpltej, niby dla wyłapywania Piliponów, w rzeczy zaś samej dla zwalczania stronników Leszczyńskiego, zbiegło się drugie zdarzenie, które wzmocniło hajdamaczyznę i dało jej oparcie — był to powrót Kozaków z pod opieki Turcji pod opiekę Rosji i założenie Nowej Siczy na Pod- polnej. Łaska carska Die była jednak bezinteresowną. Lę­kano się, że Sicz, leżąca po za granicami Rosji, może łatwo stać się narzędziem polityki Leszczyńskiego, a zatem stanąć przeciwko Rosji. Na to był dobry i wypróbowany przez Mo­skwę sposób — ofiarowanie powrotu Siczy na Zaporoże, jako łaska. Obawiano się przytem ażeby Sicz, siedząca na Ale- szach, nie szerzyła niepokojów na Zadnieprzu. Nasuwała się tedy potrzeba, za pomocą wmówienia „łaski" dla buntowni­ków, unieszkodliwienia ich, co było łatwiejsze pod opieką w Rosji i w jej granicach, niż Da dalekiem pobrzeżu Krym- skiem. Hordijenko byłby się może połapał na tej polityce, ale Koszowy Krymskiej Siczy, Małasiewicz, uległ namowom Kozaków, tęskniących do swoich ziem Zaporożskich „i znu­dzonych bezczynnością". Weisbacb, który całą sprawę prze­niesienia Siczy na ziemię zaporożne prowadził i przeprowa­dził, przecenia znaczenie Siczy i Zaporoża. Był to już wulkan wygasły. Jeszcze płynęła lawa, ale do wybuchu już Zapo­roże było niezdolne. Próba z Mazepą była ostatnim jego wy­siłkiem. Sicz była już w tym okresie Die moralną głową Kozaczyzny, nie czynnikiem praworządnym, lecz zbiorowi­skiem najgorszych żywiołów społecznych. Co było lepsze spokojniejsze osiadało na roli, korzystało ze „słobód" i oce­niało wartość spokojnego życia. Niedobitki kozackie i ży­wioł włóczęgowski, próżniaczy — zasilały kadry dawnego woj­ska ,,J. K. Mości" a później „Wiernego Wojska Zaporożskiego Jego Carskiego Wieliczestwa". Pozostały tytuły dawne, ale rdzeń już był mocno spróchniały.

Oddziały wojska rosyjskiego, rozkwaterowane na kre­sach, miały dwa zadania: uniemożliwić wszelką akcję Siczy, gdyby się Zaporoże na akcję zdobyło, i zmusić szlachtę wo* jewództw kresowych do uznania Augusta III. Wyszukiwanie i wyłapywanie Piliponów było tylko pozorem i manewrem.

Wojska, noszące tytuł „auxiliowych\ kierowane przez podpułkownika Polańskiego, pułkownika Riedkina, majora Synkiejewa i innych, miały niejako dwa ogniska: jedno w Hu­maniu, gdzie rezydował i skąd wydawał rozkazy najprzód podpułkownik, a potem pułkownik Polański, drugie w oko­lic. Szarogrodu. Właściwie Szarogród był dośrodkowym pun­ktem, pomniejsze zaś oddziały wojska rozlokowane były w Brahiłowie, Tulczynie, Niemirowie, Międzybożu, Morachwie i in., zatem przeważnie w Woj-dztwie Bracławskiem, na po­graniczu, a raczej w pobliżu ,,Ziemi Wojska Zaporoskiego4'.

Praca pułkowników rosyjskich była podzielona: pułkow­nik Światoj zajmował się niby ekspedycją Piliponów. Oczy­wiście byli i Piliponi, ale pod ich nazwiskiem, pod ochroną wojska rosyjskiego wysyłał za Dniepr ludność ruską już osiadłą. Miejscowi ludzie utrzymywali, że pod tym pozorem wysłał kilkadziesiąt tysięcy ludności wraz z dobytkiem. Polański zaś prowadził agitację polityczną. Rządowi rosyj­skiemu chodziło o to, ażeby Rzplta jak najrychlej uznała Augusta 111, który z tradycji ojca i nie bez wpływu Miinicha, jako król, torujący drogę wpływom petersburskim w Rzpltej, było bardzo pożądanym nabytkiem. Polański, przekonawszy się, że ze strony Zaporoża nie grozi Rosji żadne niebezpie­czeństwo, spróbował wywołać ruchawkę chłopską, któraby mogła napędzić strachu szlachcie, stojącej po stronie Lesz­czyńskiego i Rzpltej. Na kresach materjału palnego nie brakło nigdy. Rozhukany i samowolny żywioł, zarówno w sferze włościańskiej, jak miejskiej, a nawet szlacheckiej, do ruchawki i rabunku zawsze był skory. Była to, nieświadoma celu i drogi ale — gotowość do buntu, nieokiełznana krewkość, podsycana wspomnieniami i tradycjami swawoli, albo też osobistemi impulsami. Trudniej było o człowieka, któryby rozproszone i zawsze niezadowolone, a w żadne karby prawne nie dające się ująć żywioły, skupił i dał im zajęcie.

Człowieka takiego na razie Polański znalazł. Był to Werłan, pułkownik milicji narodowej w Szarogrodzie, ma­jętności księcia Jerzego Lubomirskiego, ale ojcem duchownym Werłanowej „rewolucji' był Polański, znany powszechnie jako płk. Polanko. Co by to był za jeden? Jakiej narodo­wości? Jeżeli uwzględnimy tę okoliczność, że jakiś Polański w czasie wojen Chmielnickiego wichrzył na Białej Rusi, to kto wie, czy płk. Polanko, pół Polak, a pół—Bóg wie co, nie był gałązką tego rodu. W Szarogrodczyźaie była to osobistość bardzo popularna, jeden z tych zręcznych agitatorów, którzy umieją wmówić w tłum o swojem wielkiem znaczeniu i powadze.

I Polanko rozgadywał, że z „Imperatorką" jest w bezpośred­nich stosunkach i że działa z jej polecenia. A rzeczywiście działał na własną rękę. Gdy jenerał rosyjski landgraf Hes- sen — Homburgski, kazał i pozwalał uniwersałem swoim włóczęgów, podszywających się pod kozaków, którzy „różne agrawacje“ czynią, łapać i odsyłać do swojej głównej kwa­tery, a gdyby się bronili — bić i kłóć,—płk. Polanko, chociaż podkomendny landgrafa, za jego plecami wywołał „rewolucję".

Rozpuścił pogłoski, że „cała Ukraina i Ruś aż po Zbrucz i Słucz Carowej Jejmości w cale należy". Pod hasłem służby dla Carowej gromadził pod chorągwią i dowództwem Werłana rozmaitych ludzi". Jedni przystawali dobrowolnie, drugich zabierano gwałtem" — utrzymywali uczestnicy tego buntu. Prawą ręką Polańskiego był płk. WerłaD, rozsiewający wszędzie wieści, że już „Imperatrycy cała Ukraina oddana i wszelkie z dóbr pożytki i arendy na nią idą. Zaciągowym żadnej płacy nie deklarowano, mówiono tylko, że Jak kró­lewicz ukoronuje się i budę korołem, to budete mały poża­łowanie". Była to bardzo jasna wskazówka, że — możecie żyć z rabunku.

Z tego widać jakie wogóle mętne pojęcie było śród ludności, gromadzącej się pod Werłanem, o celach i zada­niach ruchu. Niejasność ta wystąpi w sposób jeszcze bardziej bijący w oczy, gdy bodaj w kilku słowach zapoznamy się z ruchami watahy Werłana. Główny korpus, że tak powiem- tej watahy, kręcił się długo tu i ówdzie bez jasnego planu i wysyłał ze swego ramienia małe oddziały, niby podjazdy, niby zagony w celu rabunku mieszkańców i jednania sobie ludności. Przeważnie chodziło o zdobycie jak największej ilości koni.

Co do prawa rabunku, zakreślone były, prawdopodobnie przez Polańskiego, granice: „po Szarogród, — biorąc Humań za punkt wyjścia — nie kazano rabować i zabijać". W ten sposób Polański zlokalizował akcję hajdamacką na Pobereżu. Bardzo mu chodziło o to, ażeby ją, o ile możności, najdalej odsunąć od granic Moskwy, od Hetmańszczyzny, a nawet od Siczy, której nie był pewny i może się lękał. Ruch haj­damacki, orężny, w wielkiej kupie, zlokalizowany na Po­bereżu, rozszerzający się na Wołyń i Ruś, mógł być szko­dliwym tylko dla Rzpltej. Wojsko moskiewskie zatem, roz­kwaterowane w Humaniu, Berszadzie, Niemirowie, Szarogro- dzie i innych miastach, patrzyło na tę „rewolucję" obojętnie* przeciwnie, dopomagano poniekąd do jej wzmożenia się, roz­puszczając pogłoski, że wojska polskiego nigdzie nie ma, lub też, że jest rozbite przez Moskali, że w Niemirowie przebywa Samuś, który już oddawna nie żył.

Kim-że był właściwie Werłan, który na czele rewolucji hajdamackiej stanął?

W chwili wybuchu szarogrodzkiej ruchawki zajmował on takie same stanowisko, jakie we 34 lata po nim zajął setnik humański, Gonta. Niewiadomo skąd pochodził, gdzie się urodził, nawet ile‘miał lat w chwili rozpoczęcia „rewolucji1'. Prawem dzierżawy zapewne—posiadał wieś Kaczkówkę, nale­żącą do klucza Szarogrodzkiego, tak samo jak Gonta posiadał Rosuszki. Jakiej był narodowości? Niewiadomo. Wnosząc z brzmienia nazwiska, pochodził zapewne z Wołoszczyzny, a samo nazwisko powstało z przekręcenia imienia Warłaam, tak go też szlachta kresowa w skargach swoich do Weis- bacha nazywa. Wiadomości o watażce i jego planach i ru­chach dostarczył jeden z najbliższych jego współpracowników— Andrzej Szulak, jeden z tych, który z różnych pieców cbleb jadał; —był on djakiem, pisarzem, watażką, prawą ręką Wer- łana, jak za Chmielnickiego—Wyhowski.

Powiadał on, że widział i czytał „ordynans" carowej do, Werłana i treść jego pamięta, którą też powtarzamy według jego pisowni: „Jej Imperatorskoho Wełyczeństwa i proczaja, i proczaja i proczaja. Daju jemu komandu po ukazu Impe­ratorskoho Wełyczeństwa nad Wołocby, Kozaki i Serby, szczob służyli Jej Imperatorskiej Wełyczeństwu do smerty“. Dalszego brzmienia tego uniwersału nie pamiętał. Daje on wskazówkę, kto składał watahę Werłana.

Szulak nie umiał powtórzyć słów uniwersału czy ukazu dokładnie, ale treść jego była niewątpliwie taką, a nie inną. Werłan sam przy każdej sposobności powoływał się na to, że ,jest ukaz Imperatorowej i jej pułkownika humańskiego, że po sam Szarogród nie wolno rabować, zaś za Szarogrodem wszędzie wolno Żyda czy Lacha, napadłszy — zabić, miasta, wsie i dwory rabować".

Z takim ukazem w ręku mógł wystąpić z akcją wojskową bezpiecznie.

Werlan przed rozpoczęciem ruchu naradzał się z Polań­skim, od niego odbierał wskazówki postępowania i nawet otrzymał ordynans do „rewolucji". Musiało się to odbywać w końcu zimy lub na początku wiosny, bo z wiosną 1734 roku Werłan już otrzymał tytuł „nakażnego pułkownika" i „ordy­nans" od pułkownika Polanko. Ostrożny Werłan dopiero po otrzymaniu ordynansu do akcji przystąpił. Począł gro­madzić ludzi w najbliższem otoczeniu Szarogrodu. Tu znał wszystkich, był człowiekiem ustosunkowanym i w przyjaźni z urzędnikami zarządu dóbr Woj-dy Sędomirskiego. Do przy­jaciół swoich zaliczał setnika Komargrodzkiego Sawę, Rot­mistrza Stefana Kifę z Markówki i in. Był także poku- many z Wołkowiczem, jeneralnym zarządcą dóbr Jerzego Lubomirskiego. Wspomniany już Szulak miał spisany nawet rodzaj regulaminu. „Ktoby śmiał odłączyć się od wojska bez wiedzy setnika ma dostać pięćdziesiąt kijów, ma przed zna­kiem trzy dni piechotą iść i wypić garniec wody". Musiała to być chyba największa kara dla tych, którzy tylko wódkę garncami pijali.

Zebrawszy na razie 130 koni, poszedł do Humania — chyba dla zameldowania się Polance. Pokręcił się między Szarogrodem a Berszadą i nawrócił, już zwiększywszy sąsied­nimi chłopami i nadwornymi Kozakami swoją watahę,—znowu do Humania, gdzie wszyscy przysięgli „wojować na inoziem- ców t. j. na Lachów przy dostojeństwie lmperatorowej Jej Mości aż do śmierci żywota swego". Widocznie miał to być oddział w obronie Augusta III działający — pod rozkazami Moskwy. Wypocząwszy pod Humaniem kręcił się między Szarogrodem, Komargrodem a Popieluchami, zwiększając swoją watahę jak się dało—bądź ochotnikami, bądź branymi przymusem.

Nieoczekiwanie wyrósł mu pod bokiem z przyjaciela wróg. Był to Sawa, setnik Komargrodzki, nazwiskiem Czały, który odłączywszy się od Werłana, napadł i zrabował Szaro- gród i począł rabować okolicę. W ciągu dwóch miesięcy zwichrzyła się ogromna połać Bracławszczyzny. Wataha Wer­łana kręciła się na Pobereżu, rabując dwory i zabierając ko­nie. Oprócz Sawy, który poszedł inną drogą, odłączył się od Werłana jakiś Petro, na którego pod Zamiechowem napadł podjazd Kropiwnickiego i rozproszył watahę „grassatora", który tak samo rabował chłopów, popów, pasieczników—jak Lachów i żydów.

Wnikając głąbiej w istotę rucha wywołanego przez Wer- łana, był on niczem innem jak bałamutnem echem przebrzmia­łych kozackich wahań się między Moskwą. Polską a Turcją, które od pięćdziesięciu lat mąciły wewnętrzne życie Ukrainy, wydobywając te męty na wierzch przy każdej nadarzonej sposobności. Nie było na Ukrainie nikogo, ktoby ludność na­woływał ku Polsce, ale zawsze znalazł się ktoś, kto pod byle przejrzystym pozorem nawoływał w stronę Rosji. Ludność gotowa była*pójść za każdym kto jej pokaże, a często powie tylko, że ma carski „ukaz", nakazujący mordować żydów i La­chów. Ukaz taki rozgrzeszał swawolę i był tą chorągwią czerwoną, która powiewała nad krajem.

Wina tej całej zawieruchy, która nad Pobereżem prze­leciała, o tyle tylko dotyka Werłana, o ile on był wykonawcą, a po części inicjatorem jej, ale faktycznymi winowajcami była czerń ciemna, chciwa rabunku, dzika i niepohamowana w rozbujałej dzikości. Ona była materjałem, którego używał każdy, kto chciał—dla każdego celu.

Pod Perekoryńcami Werlan już miał przeszło dwa ty­siące ochotników, z którymi skierował się na Wołyń. Szedł w tem przeświadczeniu, że idzie na pomoc Augustowi III, nie dostrzegając wcale, że stał się narzędziem intrygi Polań­skiego, podtrzymującego zawieruchę domową w Polsce w celu przysposobienia gruntu dla wzmocnienia pretensji do oderwa­nia reszty Ukrainy do Rosji. W akcję Werłana wplątany był woj-da Sandomirski, którego głośno szlachta posądzała o wspól­ność. Dowodów na to bezpośrednich nie ma, to tylko pewne, że Werłan oszczędzał majętności księcia wojewody, może tylko dlatego, że był stronnikiem Augusta III. Gdy Werłan z pod Kerekoryniec ruszył przez Brody, które leżały na drodze do Przemieńca, już było rzeczą widoczną, że podąża na połącze­nie się z wojskami Augusta III. Tu zastąpiła mu drogę garstka zwolenników Leszczyńskiego, z którą Werłan stoczył bitwę, stracił obóz i ku Brodom cofnąć się musiał.

Gdy sprawa Leszczyńskiego została przegraną, Werłan znikł nagle z widowni wraz ze swoimi Kozakami, którzy roz­proszyli się.

„Rewolucja Werłanowa* jak kula ognista przeleciała przez Pobereże i zgasła.

Juz dobrze przed tą rewolucją, na kilka lat przed urzę­dowym ukazem, pozwalającym Siczowikom powrócić na dawne siedziby, rozpoczął się samowolny powrót, często zupełnie bez wiedzy rządu rosyjskiego, i poczęło się tworzyć stałe ognisko podsycające ruch hajdamacki.

Srcz. po powrocie z siedzib tatarskich na dawne obozo­wisko, już była utraciła swoją powagę moralną i stała się igraszką w ręku czerni kozackiej. Widzieliśmy jaki był jej stan i co się w niej działo. Opisał to świadek naoczny. Zbio­rowisko włóczęgów ze wszystkich stron, szukających łatwego życia z rozboju i rabunku, wywołało zaniepokojenie państw sąsiednich i do rządu rosyjskiego posypały się skargi ze strony Turcji, Krymu i Rzpltej polskiej na Zaporożców. Nadaremnie oni bronili się albo nieświadomością, albo niemożnością od­szukania rabowników, albo wreszcie podszywaniem się pod Zaporożców rozmaitego swawolnego motłochu. Wszystko to było stwierdzoną nieprawdą.

Na rozwój ruchu hajdamackiego, po za największą przy­czyną—bezbronnością i bezładnością w państwie, po za przy­czynami wewnętrznego charakteru, tkwiącego w psychice samej ludności ruskiej, a w szczególności kresowej, działały jeszcze przyczyny zewnętrzne o charakterze moralnym lub politycznym, które wytwarzały dwa zupełnie odrębne na po­zór ogniska agitacyjne. W roli tej występowało duchowień­stwo wschodniego obrządku. Zanim o tern kilka słów po­wiemy, musimy zwrócić uwagę na to, że ogromny materjał hajdamacki napływał z za-Dniepru, z Hetmańszczyzny, która wkrótce miała się przerobić na Małorosję. Wynikiem tego było rozpaczliwe położenie ludności wiejskiej i miejskiej, która, nie widząc wyjścia z tego położenia, wolała włóczyć się, próżniaczyć i hajdamaczyć, niż pracować. A że taki tryb życia niebezpieczny był na Zadnieprzu, ludność uciekała do Polski, gdzie mogła hulać swobodnie.

Rumiancow, jenerał-gubernator małorosyjski, w memo- rjale, złożonym Katarzynie 11, powiada, że ludność przez nadużywanie samowoli Starszyzny doprowadzona do ostatecz­nych granic obojętności na dobro własne, do lenistwa i de­moralizacji. Wielu z nich, zostawiwszy odłogiem swoje pola
orne, błądzą z miejsca na miejsce, żeby zaś łatwiej im było prowadzić życie w próżniactwie i niemoralności, nie chcą wcale osiadać na grantach, lecz pod nazwą robotników go­spodarskich (podsusiedki, podpomoszniki) leniwie pracują za pożywienie i gorzałkę. To wszystko razem wziąwszy, przy­czyniało się do ucieczki ludności za granicę,—oczywiście do Polski, — wcale nie dla pracy. To niepokoiło Moskwę, bo „wora“ Mazepę wyklinano po wszystkich cerkwiach, a żyli jeszcze ,,wory“ Hordijenko i Orlik.

W równie ciężkiem położeniu, jak ludność wiejska, była także ludność mieszczańska—uboga, ciemna, pogardzana na­wet przez chłopów, a lekceważona i znieważana przez urzęd­ników moskiewskich, doprowadzona do tego stanu, że nie­którzy „zapisywali się“ w kozaki, lub nawet w poddaństwo, mając nadzieję jakiej-takiej obrony przez dziedzica. Sądy moskiewskie były tak stronne, że nawet nie udawano się do nich po sprawiedliwość, a jako o największe dobrodziejstwo prosili o przywrócenie Statutu litewskiego i prawa Magde­burskiego, które w Rzpltej uważane były za „niewolę gorszą od agarańskiej“.

Te masy zbiedzonej próżniaczcj ludności rzadko emigro­wały w stronę Siczy lub Czehrynia, gdzie osobliwie w pierw­szej połowie 18-go wieku było—albo niebezpiecznie z powodu, choć nie wystarczającej, ale zawsze kontroli ze strony Siczy, albo były obszary mało zaludnione. Najdogodniejszym punk­tem zatem, ku któremu ściągały się niespokojne żywioły z Małorosji przeważnie był Kijów, a w Kijowie pewnym przytułkiem dla tej kategorji ludności były liczne mona- stery — Sofijowski (św. Zofji), Michajłowski (św. Michała), Pustynno-Mikojałowski, Frołowski, Kiryłowski, Meżyhorski, Kitajewski pustynny, Piotro-Pawłowski, wreszcie Ławra z niezliczoną mnogością próżnujących mnichów. Każdy z tych monasterów był pewnego rodzaju państwem niezależnem, które strzegło swej nietykalności i niezależności. Posiadały one własne więc folwarki, lasy, sianożęcie, jeziora rybne, a znaczna część tych posiadłości nadaną została lub potwier­dzoną przez królów polskich. Monastery te wzbogaciły się jeszcze bardziej darowizną majętności katedry biskupiej w Ki­jowie, Dominikanów, Bernardynów, Jezuitów, jakie hojnie

*14

rozdawał Chmielnicki, a potwierdzał bigoteryjnie nabożny car Aleksy Michajłowicz.

Zanim zapoznamy się z rolą tego duchowieństwa, mo­ralną i polityczną, powiemy słówko o tem jakiem ono było.

W każdem społeczeństwie stopień oświaty umysłowej i moralnej duchowieństwa daje skalę porównawczą do oce­nienia umysłowości i moralności całego społeczeństwa. Sty­kając się ustawicznie z ludem, przelewa w niego te same myśli i uczucia, jakiemi jest ożywione, daje mu taki pokarm duchowy, jakim odżywia się samo. „Umysły jaśniejsze, nie- zarażone duchem nietolerancji, widziały, że dla prostoty ru­skich plebanów, oba obrządki, zarówno rzymski jak i ruski; do wzgardy u pospólstwa przychodzą. Lud wiejski swoich plebanów ani się boi, ani szanuje, w cerkwiach na mszy nie bywa, nauk duchownych nie słucha —leżeniem i próżniactwem najczęściej się bawi44. Wszędzie działo się to samo. Z reje­stru złoczyńców grodu Sanockiego wiemy, że duchowieństwo ruskie brało czynny udział w zbójnictwic, w podmawianiu do zbrodni, w kradzieży bydła i koni — nie tylko osobiście, ale także przy współudziale własnych rodzin.

Na Ukrainie nie było zgoła lepiej. Wychowaniec poli­tyczny i uczeń biskupa białoruskiego Koniskiego, Sadkowski, w czasie wizyt monasterów ukraińskich, położonych w lasach Czchryńskich, Czcrkaskich, Smilańskich, przekonał się, że mnisi prowadzą rozpustne życie, mając przy sobie i mniszki. Sam tedy prosił o zlecenie gubernatorowi—do których jurys­dykcji, nawiasem powiedziawszy, monastery te nie należały— ścigać te próżniacze gromady, a tych, których monastery przyjąćby nie chciały, zdjąwszy habit i ogoliwszy głowę, do robót publicznych używać. Tenże sam Sadkowski pisał do dziekana Lewandy w Kijowie: „radzę ci ani łzom, ani prośbom ukraińskiego duchowieństwa nie wierzyć; rzadko ja w nich widzę poczciwego człowieka4*.

Każdy z licznych monasterów, otaczających Kijów, po­siadał przywileje do szerzenia demoralizacji. Takim przywi­lejem było prawo wyszynku gorzałki i miodów. Fakt ów niemoralny ze stanowiska zadań i celów duchowieństwa, miał najfatalniejsze następstwa nie tylko dla ludności, lecz i dla nas. W szynkach, do duchowieństwa wschodniego należą­cych, pod jego opieką gromadziły się najgorsze i najrozpust-
nięjsze żywioły. Szynkownie monasterskie stały się przytu­liskiem włóczęgów, złoczyńców, złodziejów, a monachowie występowali w roli namawiaczy i paserów. Koło monastcrów, w celach, na folwarkach skupiały się szumowiny społeczne; tu, wspólnie z mnichami odbywały się narady nad wypra­wami do Polski, ku­powano proch i kule, aprzechowywano zra­bowane rzeczy.

Zamiast umoral- niać ludność, czerńcy prowadzili ze sobą formalne wojny—za­jazdy i procesy o han­del gorzałką, które się nieraz krwawo kończyły. Taką woj­nę o prawo wyszynku wódki stoczył z magistratem kijowskim ihumen Piotro-Pawłow- skiego monasteru, Antonjusz. 0 jezioro łowne urządził monaster Meżyhorski wyprawę hajdamacką na Ławrę Peczerską. Za przykładem czerńców szła służba monasterska i „posłusznicy".

Nie będziemy i nie mo­żemy zaglądać do celi li* cznych kijowskich mona- sterów i badać ich życia, ale nie możemy ukrywać niezaprzeczonych faktów, że z tych monasterów u­ciekali mnisi,już wysokie godności klasztorne po- siadająoy,zrzucali suknie zakonne i tonęli w wirze pospolitej rozpusty—po­za kratami zakonnemi.

Greko-unickie duchowieństwo na Ukrainie nie o wiele było lepsze. Popi czyli parochowie—powiada człowiek współ­czesny—ledwie umieli czytać psałterz i mszał. Ani tcologji moralnej, ani nawet zasad wiary bynajmniej nie znali. Pełni zabobonności i przesądów, do szkół jezuickich nie chodzili,
bo tam po ruska nie uczyli,—i mało ich było. Obowiązani byli to czynić Razyljanie, ale nie czynili.

Ortodoksalne duchowieństwo rekrutowało się najczęściej z niższej służby cerkiewnej lub popowiczów, którzy pod­uczywszy się psałterza, wyświęcali się w Perejasławiu, Kijo­wie lub na Wołoszczyźnie. Między popem, dziekanem a chło­pem w nauce religijnej i w obyczajach—zwykle widomej ró­żnicy nie było. Nic też dziwnego, że duchowieństwo kijowskie— nie zawsze — żywy bardzo udział wzięło w hajdamaczyznie. Mnisi monasterów Michajłowskiego, Sofijskiego i innych, we­dług niezaprzeczonych sądowych dokumentów brali gorący udział w organizacji watah hajdamackich, pili razem z niemi, brali na przechowanie rzeczy zrabowane, na których może jeszcze ślady krwi nie skrzepły, a nawet dzielili się zrabo- wanemi pieniędzmi.

Nie były to wcale wypadki pojedyncze. Nigdy i ni­gdzie w stosunkach hajdamaków z duchowieństwem wogóle, a z czerńcami w szczególności nie było mowy o religji, o ucisku, o potrzebie obrony, ale zawsze tylko o rabunkach,

  • środkach jak najlepszego ukrycia śladów rabunku i zbro­dni, jakoteż o współdziałaniu, mającem na celu zyski mate- rjalne 1 chciwość. Jeden z pokrzywdzonych wniósł skargę przeciwko czerńcom Sofijskiego monasteru, że „mimo prawa boskie i świeckie postępując, ludzi swawolnych, rozpustnych, na wszystko złe wyuzdanych hajdamaków, pod pokrywką
  • kolorem niby na dewocji, jednych w monasterze, drugich po futorach i wsiach trzymają; żadnej z excesantów sprawie­dliwości nie czynią, ale dla zysku hajdamakom protekcję dają". Dzieje się to wszystko non propter Jesum, sed propter esum, co po rusku oznacza: „ne dla Isusa, a dla chliba kusa".

Hajdamacy mieli w Kijowie protektora w osobie polic­majstra Kononowicza, który za pieniądze dawał im „oczy­szczenie".

Nie tylko Werłanowe bunty, ale i późniejsze szerzenie się hajdamaczyzny tkwiło w znacznej mierze, na co już zwró­ciliśmy uwagę, w bezbronności kraju. Dobro i spokój Oj­czyzny, powaga Rzpltej ustąpiły miejsca sobkostwu. Jedyna prawie, jaka istniała, acz niepewna siła obronna kraju, skła­dająca się z nadwornej milicji, była bezczynną. Niektórzy

Starostowie obowiązani do utrzymywania dla obrony Króle- wszczyzn kozaków horodowycb — wręcz wszelkiego współ­udziału w obronie kraju odmówili. Jabłonowski, s-ta Biało- cerkiewski, zabronił dawać kozaków nadwornych do gaszenia pożaru hajdamackiego, ale używać jedynie do obrony swoich posiadłości. nJa S-ta, a waść sługa*'—pisał groźnie do swoich podwładnych, nakazując posłuszeństwo. Tak samo postąpił Kalinowski, s-ta Winnicki. To też przez dziesięć lat prawie— około połowy 18-go wieku—w najstraszniejszy sposób graso­wało hajdamactwo, niszcząc kraj bezlitośnie. Jak w końcu 16-go, a na początku 17-go wieku Kozaczyzna niszczyła pobrzeża tureckie, miasta i ludność, tak jej córka z nieprawego łoża— hajdamaczyzna niszczyła Polskę. Mamy tylko ułamek szkód, poczynionych jedynie w woj-dztwie Bracławskiem, który zo­stał złożony Komisji sądów pogranicznych. Z tego ułamku jednak wnioskować możemy, jakie olbrzymie spustoszenia poczynili hajdamacy. Dodać musimy, że zgłosili tylko mo- żuowładcy ukraińscy swoje pretensje, ale szlacheckich i ży­dowskich nie było. W roku zatem 1750 straty wynosiły 3.141.747 złotych poi.; w roku 1751—777.000 zł. p.; od 1750— 1757 wynosiły one 4.212.013 zł. p.; od 1750 do 1760 wyniosły 1.410.450. Co czyni razem olbrzymią jak na owe czasy sumę 10.141.200 zł. p., a była to tylko cząstka strat jednego woje­wództwa. Do obrony jednak trzech województw było do 2 tysięcy nominalnego żołnierza w „partji ukraińskiej**, któ­rej regimentarze, jak Nitosławski, częściej dbali o zysk wła­sny, niż o spokój Ojczyzny. Zapowiadał on, że tam i tam zjawi się z wojskiem i kazał dla niego furaż zwozić. Zwie­ziono obficie owsa i siana, ale hajdamaków nie było. I by­liby bardzo naiwni, gdyby przyszli — oni wcale nie szukali sposobności stykania się z wojskiem. P. Nitosławski, pokrę­ciwszy się trochę, sprzedawał zapasy — i szedł dalej, gdzie się powtarzało to samo.

Od chwili wstąpienia na tron Stanisława Augusta, fa­woryta niegdyś carowej Katarzyny II, sytuacja w Polsce zmieniła się na gorsze jeszcze skutkiem tego, że Katarzyna, poczęła występować wobec Rzpltej w sposób bardziej agresy­wny i bardziej politycznie zdecydowany, niż to czyniły jej rozwiązłe i niedołężne poprzedniczki. Opanowana pychą za­borczości niemieckiej, polityce swojej wobec Polski nadała
charakter niby lojalnego, przyjaznego stosunku sąsiedzkiego. Poczęła szerzyć mniemanie, że Rzplta jest rewolucyjne uspo­sobiona, że panują w niej ciągłe niepokoje, groźne jako za­rzewie anarchji dla całej Europy, że wreszcie szerzy się w niej jakaś straszna nietolerancja wobec obrządku wschodniego religji i że ludność jest tam okropnie uciemiężona. Za po­mocą swoich grubo płatnych przyjaciół Encyklopedystów sze­rzyła te opinje w kołach politycznych Europy, jak gdyby py­tała naiwnie: co mam z tą Polską robić? Pro­szę poradzić. Chciała­bym ją uspokoić, dopo­móc do wyjścia z tego położenia.

Zręczna i przebiegła Niemka na tronie carów moskiewskich pierwsza wpadła na pomysł uży­cia religii za narzędzie polityczne przeciw Pol­sce, dzięki temu, że zna­czna część obywateli polskich była wyznania grecko wschodniegolub grecko-rzymskiego. Zi­mna, sztywna wycho- wanica protestantyzmu, Katarzyna II, pomimo przyjęcia obrządku wschodniego, nie zatra­ciła w sobie, bo to było niemożliwe, ducha pro­testanckiej nienawiści do rzymskiego katolicyzmu, który swoją, że tak powiem poezją, drażni zawsze rozmiłowany w forma- listyce protestantyzm. Wysunięcie przeto przez nią. jako cięż­kiego działa, nietolerancji religijnej w Polsce, było tylko zło­śliwą walką protestantki ze światem katolickim polskim, po­krytą powłoką przekonań „oświeconego wieku" i prowadzoną pod sztandarem prawosławja. Hasło takie,—zapomocą prze­kupstwa biskupów prawosławnych w Polsce, wkrótce zrobiła

bardzo popularnem. Celów politycznych może nawet Rzplta nie dostrzegała. Pod przykryciem tolerancji religijnej ukry­wała się drapieżna chciwość niemieckiej duszy, dla której Pol­ska była ponętą, jako obok Rosji, jedyne państwo słowiańskie.

Awanturniczość kozackich watażków, atamanów, hetma­nów, przesadnem łączeniem wolności ze swawolą pociągała ludność wiejską za sobą, a wmawiając w nią, że jest krzyw­dzona przez Polaków, rozjątrzała przeciwko każdej władzy; każdy porządek i prawo nazywała niewolą, każdą pracę ludu, hojnie wynagrodzoną, nazywała wyzyskiem. Polskim stara­niem i trudem zdołano w pustyniach ukrainnych, gdzie jeszcze w połowie 16-go wieku były puszcze leśne i dzikie stepy, pełne zwierząt, ale brakło ludzi i śladów ich pracy, stworzyć tysiące miasteczek, dziesiątki tysięcy wsi i zaludnić je pol­skimi i ruskimi osadnikami z północnych woj-tw.

Mimo słabą obronność kraju przed najazdami Tatarów, zdołano go jednak bronić o tyle, że osadnictwo rozwijało się szeroko, miasteczka ożywiły się handlem, a ludność wzrastać poczęła. Gdy w chwili utworzenia woj-stwa Kijowskiego, było zaledwie nad Dnieprem i w pobliżu kilkanaście punktów za­ludnionych, a dawne stepy Połowieckie za Perejasławiem były tylko siedliskiem dzikich zwierząt i koczowiskiem Tatarów, we sto lat przeszło powstało tam nowe, nieznane życie, wci­skała się nowa, nieznana kultura. Obok Kościoła, który wzno­sił się w Czernihowie, Perejasławiu, Lubniach, Kijowie, Fa- stowie, Winnicy, Bracławiu, Barze zjawiała się szkoła polska, która ludowi przynosiła oświatę. Wszystko, coby można na­zwać kulturą i oświatą w sferach pańskich i ziemiańskich było polskie, nie dlatego, że było narzucone, ale że było jedyne.

 

  1. WYBUCHY KOLISZCZYZNY.

Walki, zatargi, waśnie dwóch obrządków ze sobą, pod trzymywane i rozniecane przez Melchizedeka, były przygoto­waniem gruntu do niedalekich występów hajdamackich, które mogły łatwo wywołać nową wojnę domową, jak za Chmiel­nickiego. Ludność, drażniona przez obie strony, unitów i pra­wosławnych, utrzymywana ciągle w naprężeniu nienawiści, gotową była do wybuchu. Czerńcy czehryńskich i smilańskich monasterów, ciągle zachęcali ludność: „zbuntujcie się — po­wiadano — dobijajcie się do Jego Świętobliw-ości — biskupa perejasławskiego,—to i u was będzie prawosławjeu. Z tego podniecania korzystali Zaporożcy, którzy ruch hajdamacki po­woli brać poczęli pod swoje kierownictwo — zapewne bez wiedzy czerńców, którzy w tym wypadku sami służyli jako nieświadome narzędzie. Istniały ogniska wylotowe, że tak powiem, hajdamaczyzny, ale brakło ogniska, skupiającego roz­proszone i marnujące się na odosobnionych wyprawach ele­menty hajdamackie, ogniska, w którem mogłyby się skupić, a poniekąd zorganizować dla podjęcia większej akcji. Na razie hasło rabunku było najbardziej zachęcającem i ponętnem. Ta- kiem ogniskiem stały się, może nawet nieświadomie, mona- stery Czehryńszczyzny i Smilańszczyzny, położone śród lasów, które, jako ciągle odwiedzane przez ludność najdalszych okolic, najmniej zwracały na siebie uwagę. Okolice te, ogołocone prawie zupełnie z wojska, nadawały się z tego powodu do organizowania sił hajdamackich.

Urzędowym niejako agitatorem ze strony Katarzyny II był biskup Białoruski, który zmuszał popów do przysięgi, że będą carowej i jej synowi „nieobłudnie służyć", a o „przyłą­

 

czenie do Rosji wszelkiemi środkami starać się będą pismem i słowem". Było to jawne i bezkarne namawianie do buntu przeciw władzy Rzpltej. Koniski zatem na północy występo­wał w roli politycznego agenta Rosji. Ale dla upozorowania nietolerancji religijnej, która miała otworzyć bramę do za­boru, potrzebny był jeszcze taki agent na południu. Znalazł się on bez trudu w osobie Melchizedeka Znaczko-Jaworskiego, ihumena monasteru Motroneńskiego.

Melchizedek JAworski.

 

Do połowy 18-go wieku kresowe prowincje Rzpltej wolne były od zaczynu zatargów religijnych, które fanatyzm i ciem­nota, połączone z celami osobistemi, w ciągu kilku lat zdo­łały rozdmuchać w pożar społeczny. Po unji Brzeskiej były walki polemiczno-religijae nie bez pożytku dla obu stron i miały one charakter dogmatyczny, ale nie społeczny. Melchizedek pochodził z Zadnieprza. Człowiek wielkiej ambicji i energji, rozwinął nadzwyczajną działalność, stawszy się pożądanym pomocnikiem Repnina. Na Sejmie toczyła się właśnie sprawa dysydentów. Zaliczono do nich także ortodoksów greckiego wyznania. W obronie ich wystąpiła Katarzyna II, upatrując w tem doskonały powód do wmieszania się w wewnętrzne sprawy Rzpltej polskiej. Już zaczynała się była w owym czasie tworzyć legenda, że prześladowani są — Rosjanie. Pomysł ten nie był jeszcze ani sformułowany wyraźnie, ani tembar- dziej wysuwany na czoło jako poważny akt. Ale myśl sama dojrzewała. Dopomagali do tego uczeni niemieccy, sprowa­dzeni do Akademji nauk w Petersburgu, gdyż Rosja nie po­siadała jeszcze ani nauk, ani uczonych. Dojrzała ona prędko. Jako pierwszorzędny powód wmieszania się powstała sprawa rzekomego prześladowania prawosławja na rzecz unji. Ażeby prześladowanie umotywować, potrzebne były koniecznie do­wody. Z jednej strony dostarczał ich Koniski, z drugiej —■ Melchizedek. Uzyskawszy od biskupa Perejasławskiego, Lin- cewskiego, prawo wizytacji cerkwi „błahoczestywych", Mel­chizedek począł kierować do biskupa prośby o instalację w pa- rafjacb, gdzie już była unja, popów prawosławnych, wpisy­wał jakie chciał nazwiska chłopów, a nieumiejących pisać — podpisywał Krzyżem świętym. Podpisy były fałszywe naj­częściej. W ten sposób wprowadzał rozdwojenie w gminie i walkę popa z parochem unickim. Popi uniccy nie chcieli odstępować bogatych prebend, stąd dochodziło do kłótni, do starć, skarg, bijatyk. Nie brakło fanatyków z jednej i dru­giej strony, co wywoływało ekscesy, potrzebę wmieszania się władzy i sądu — a stąd nowe skargi na ucisk. Charaktery­styczny przykład takiego zatargu miał miejsce w Mblijowie, gdzie jeden, podobno fanatyczny wyznawca Kościoła wschod­niego, Kusznir, porwał skrzynię z aparatami kościelnemi i saD- ctissimum i zabrał do siebie. Oskarżony o świętokradztwo, przekonany na sądzie, że ubrany w szaty kościelne pił w karcz­mie, a wyrzuciwszy sanctissimum, deptał je nogami, skazany został na powieszenie. Melchizedek zrobił z niego męczen­nika, gdy to był zwykły przestępca.

Ihumen Motroneński jeździł razem z Koniskim do Pe­tersburga ze skargą na prześladowanie, chociaż była to tylko walka parochów dwóch obrządków, najczęściej o bogate pro­bostwa, a Carowa korzystała z tego i wysyłała do Repnina reskrypty, żądające od dworu polskiego zaprzestania prześla­dowań, chociaż wiadomo było, że ze strony rządu polskiego pod tym względem żadnego kroku nie uczyniono. Bywała zbytnia gorliwość ze strony duchowieństwa unickiego, ale jeszcze bardziej gorliwem okazywało się duchowieństwo orto* doksalne, a pewne opieki Carowej, zachowywało się bardziej zaczepnie.

Repnin, który wykonywał ukazy Carowej, znał jednak wartość tych figur, któremi rząd rosyjski posługiwał się. Do jednego ze swoich przyjaciół pisał: „Dołączam list własno­ręczny naszego blagiera (wrala), biskupa Białoruskiego (Ko- niskiego), który nigdy z nikim zgodnie żyć nie może, ze wszystkiego niezadowolony, a z każdym popem, byle tylko nieprawosławnym, gotów jest za łeb się wodzić. Nie ma po­trzeby dużo o nim pisać, znasz go dobrze.u Dowody „prze­śladowania* fałszowane lub wymyślane, zbierane obficie przez Koniskiego i Melchizedeka, dopomagały jednak Repninowi w jego dyplomatycznej robocie. A naiwny Stanisław August, może jeszcze niezupełnie wyleczony z amorów dla ukorono­wanej nierządnicy, nie orjentując się w tej grze dyploma­tycznej, skierowanej do rozbicia Polski, wydał manifest (19 lu­tego 1766 r.) do metropolity i biskupów unickich z polece­niem zaprzestania prześladowania, powtarzając te same żale i fakty, któremi operowali Koniski i Melchizedek. W ten spo­sób uznawał niejako fakt prześladowania, które w rzeczywi­stości wyglądało zupełnie inaczej.

Nie przewidywano końca tej igraszki agitacyjnej. Rząd rosyjski po roku 1768 także się trochę ocknął. Repnin bez ogródek a słusznie twierdził w liście do Panina, że „przy­czyną niepokojów na Rusi jestnietylko archirej Perejasławski (Gerwazjusz Lincewski), ale także jego podwładny, ihumen Motroneński Melchizedek, którego ja sam znam i wiem, że jest to zupełny oszust (płut), człowiek bardzo niespokojny, zdolny do wszystkiego. Śmiem powiedzieć Waszej Eicelencji, że temu archirejowi należałoby już dawno ogonek uciąć, gdyż od tych podbechtywań jego mogą być złe następstwa. A za­spokoić go nie można będzie inaczej, jak tylko zamknąć pod klucz". Rezultatem tego było przeniesienie jego nareszcie z Motroneńskiego monasteru do Perejasławia, to jest w gra­nice Rosji.

Prowadził on dalej agitację anti-unicką, nie dostrzegając z pewnością, że za plecami tej agitacji prowadzi się inna, to jest organizacja hajdamaczyzny, oparta o siłę militarną Zaporoża. Akcja ta nasuwała się jako wniosek, wynikający z czynności skupiania się sił zbrojnych. Sicz nie występo* wała jawnie, lękając się Moskwy, dawała tylko temu ruchowi swoich Zaporożców, jako watażków, wyczekując niewątpliwie rezultatu, ażeby się do tego ruchu przyłączyć w razie powo­dzenia. Spółudziału w popieraniu go wyrzekała się zawsze


Typ hajdamaki z rzezi Humanskiej.

i stanowczo. Wodzowie i aktorowie ostatniego dramatu Ko- liszczyzny korzystali zręcznie z agitacji Melchizedeka, która miała tę dobrą dla nich stronę, że zaniepokoiła i rozbudziła ludność miejscową z ćwierćwiekowego prawie snu po rozbiciu się Kozaczyzny. Zobaczymy, jak się rozwijała ta akcja. Ażeby pociągnąć za sobą żywioły samowolne, trzeba było dać im hasło realne, zrozumiałe, dostępne, a takiem hasłem mogła być tylko zachęta do rabunku i rzezi.

Sprawami religijnemi Zaporożcy nie interesowali się. Chowani w obojętności religijnej, rozumieli i znali tylko zewnętrzną stronę religji, a na walkę, rozpoczętą przez Mel­chizedeka zapatrywali się tylko ze strony praktycznej, — ona podniecała lud i drażniła, ale pociągnąć za sobą wielkich mas nie mogła. Prowadzona przez czerńców i popów o lepszość tego lub innego obrządku, w życiu praktycznem miała cha­rakter walki duchowieństwa o chleb powszedni. Pojmowanie religji z obu stron było zbyt materjalne, ażeby mogło rozbu­dzić wojnę religijną, ale agitacja religijna wywołała większe rozwłóczenie się ludności, która tłumnie odwiedzała różne monastery, a było ich kilka blisko od siebie. Mosznohorski, Motroneński, Smilański, skupione na niewielkim ale lesistym obszarze Czehryńszczyzny, który stał się pewnego rodzaju kotłem, gdzie się gotowała nienawiść i próżniactwo.

Od monasteru do monasteru włóczyły się gromady wło­ścian. Duchowieństwo obu obrządków, zarówno wschodniego jak i unickiego, wyszło z równowagi, nie wiedziało na pewno w którą stronę pochylić się, bo wiara ich była nader chwiejną. Na miejsce usuwających się dobrowolnie lub usuwanych przemocą parochów i popów, przychodzili ludzie prości, wy­święcani na Wołoszczyźnie, pijacy i łotrzykowie. Wytworzyło się wśród tej warstwy jeszcze większe nieposzanowanie stanu duchownego, religji i obrządku. Za nic sobie miano zarówno obrządek grecki jak i unicki; z jednego przechodzono na drugi i odwrotnie z niesłychaną lekkomyślnością i łatwością, a włościanie urządzali sobie po prostu licytacje na popów— wypędzali ich lub mieniali według fantazji prawie. Ale i duchowieństwo zachowywało się nie lepiej—wyświęcało się z jednaką łatwością na obrządek wschodni lub unicki, a po­tem powtarzało to samo vice-versa — kilkakrotnie—w czasie swego zawodu duchownego.

Taka sama nierówność i niespokojność charakteru i du­cha, rzucającego się od wiru hulaszczego życia do obłudnej pokory i pokuty, idącego od ołtarza i modlitwy na uczty hajdamackie, jedną ręką dającego jałmużnę, a drugą sprze­dającego łupy hajdamackie cechowała ówczesny stan mnichów prawosławnych, tułających się po lesistych futorach mona- sterskich i monasterach. Ta niby „obrona prawosławja" rozluźniała doszczętnie stosunki monasterskie. Ludność miej­
scowa, drażniona przez unitów i nic unitów, żyła w dziw- nem podnieceniu, śród której nienawiść do Lachów miała legendarny podkład i była wieczną zachętą do rozboju i ra­bunków.

Taki nastrój zużytkowało Zaporoże po swojemu. Szczegól­nie Mosznohorski i Motroneński monastery, odznaczające się agitacją i nastrojem antipaństwowym, doskonale nadawały się do skupiania się hajdamaków i pokrywania ich zamiarów. Melchizedek wiedział niewątpliwie, że czerńcy kijowskich

monasterów organizowali wyprawy hajdamackie do Polski, pozwalał tedy na skupianie się hajdamaków w lesic Motroneńskim, w pobliżu monasteru, ażeby ich użyć w danym razie, — jako protest przeciwko „prześladowaniu błahoczc- stija“, ale ruch przerósł jego zamiary i przybrał inne zabarwienie.

Człowiek współczesny tym ruchom, Zaporożec, opowiada genezę formo­wania się watahy Żeleź­niaka w sposób nie ule­gający zaprzeczeniu. Naj­przód przyjść miało do Mo- troneńskiego monasteru tylko trzech Zaporożców z Siczy, niby na dobrowolne umartwienie i nabożeństwo. Udawali oni niedołęgów, ubierali się ubogo jak nędzarze, chodzili zgarbiwszy się. Jeden z nich, nazywający się Da­mian Gnida, poszedł do monasteru Łebedyńskiego, drugi Łuskonogiem zwany — do Moszeńskiego czyli Mosznohorskie- go, a trzeci Szełest, na dobrowolnej pokucie pozostał w Mo­troneńskim monasterze. Przesiedział tam dwa lata, groma­dząc rozmaite zapasy, robił spisy, kupował żupany, szarawa­ry, czapki, buty, a ciekawym, którzy go pytali poco to, odpo­wiadał, że wyszle w podarunku do Siczy, bo tam wszystko
drogo. Robiąc to, jednocześnie skupiał ludzi, namawiając, ażeby do hajdamactwa „przystali". Na miejscu otoczonem jarem, zrobili zasieki, zbudowali basztę, w sąsiednim bajraku urządzili „sklik", zawiesiwszy „kazań" na dębie, słowem zrobili maleńką Sicz. Nie brakło nawet ogrodzenia na ko­nie hajdamackie. Trwało to blisko trzy lata. Stąd, upa­trzywszy kogoś bogatego, (a Lachów tu nie było, tylko chłopi ruscy) napadali na niego w nocy i rabowali, po kilkunastu udając się na rabunek. W dnie świąteczne, gdy dużo lu­dności zbierało się w monasterze, werbowali ochotników. „A czerńcy siedzieli spokojnie po celach bo dawno o wszy- stkiem wiedzieli**. Gdy w każdym z trzech monasterów ze­brało się po 300 hajdamaków, zjawił się w Motroneńskim monasterze Żeleźniak i wszyscy razem wyruszyli w głąb Ukrainy.

Władza polska mało o tern wiedziała, bo byłaby chyba przeszkadzała, ale wiedział jenerał-gubernator Kijowski, Wo- jejkow. Jemu nie o Polskę szło, lecz o Rosję. Lękał się niepokojów, pisał tedy do biskupa Perejesławskiego, że po­siada „niezaprzeczone wiadomości", że w guberniach Humań- skiej, Smilańskiej, Kaniowskiej i Czehryńskiej są gromady hajdamackie, które skupiają się w lesie Motroneńskim, w pobliżu monasteru, o czem przełożeństwo monasteru nikogo nie zawiadomiło. Stąd urządzają się wycieczki rabownicze. Zawiadamiał, że dla zniszczenia tego gniazda wysłał pułk karabinierów z prowincji „Elisawetgrądzkiej" i komendy Ko­zaków Kompanijskich.

Już w lutym i na wiosnę 1767 roku zanosiło się na bu­rzę hajdamacką, jak się zdaje, w porozumieniu z Zaporożem. W tym. czasie ihumen Motroneński posłał zbiega z katedry Perejasławskiej, djakona Sylwestra, na Sicz „na pokutę". Ojciec Sylwester pokutował bardzo krótko: ledwie mu czasu starczyło na przejazd tam i napowrót, ale przywiózł ze sobą jakiegoś Zaporożca Iwana. W tym czasie ojciec Hawryło z Prus, o. Antoni Rajgrodzki i Jan Kosuszewski także od­siadywali ppokutę". Litościwy Iwan powiada do nich: „po co wy, pobożni ojcowie, macie tu siedzieć i cierpieć z powodu obrzydliwych unitów? Gdybyście mnie tylko napisali list do Gardu (nad Bohem), aby hołota tutaj przybyła, jabym do Wielkiej Nocy wszystkich unitów wygnał1*. Gdy Hawryło in-

nemu popowi opowiedział o tem, ten dał krótką radą: „do­brze, napisz, tylko nie podpisuj siąu. Listy były popisane na zaciągi ochotników, a nawet jakaś wataha wyruszyła, aby „rizaty Lachiw", ale gubernator Żabotyński rozpędził ją, nie domyślając się, że gniazdo hajdamaków pozostało w lesie Motroneńskim.

Tym razem przeto zamach nie udał się. Przedwcześnie rozgłoszono tajemnicę.

Do wybuchu hajdamackiego przyczyniła się okoliczność, najmniej, zdaje się, mająca wspólnego z hajdamaczyzną, — była to Konfederacja Barska. Zawiązana przeciw wpływom politycznym Rosji, w obronie całości państwa i religji, przez to samo stała się aktem nienawiści ze strony Rosji. Stron­nictwo Repnina, zanim ją mogło zniszczyć, próbowało zdy­skredytować, przedstawiając Konfederatów, ze swego oczy­wiście stanowiska, jako buntowników. Do pomocy wzywano zwykłą towarzyszkę polityki rosyjskiej—intrygę. Ponieważ Konfederacja obejmowała przeważnie Podole i Ukrainę, roz­puszczano pogłoski, że konfederaci mają niszczyć ludność prawosławną. Była to woda na młyn Melchizedeka, który wiadomość tę zakomunikował swemu zastępcy w monasterze. To też gdy jacyś rabusie na początku maja 1768 zrabowali monaster, biskup Perejasławski prosił Wojejkowa, aby lu­dności i czerńców bronił od „Konfederatów". W kilka tygo­dni potem rabunek się powtórzył, hołota rozpędziła czerńców, a jako dowód, że to byli Konfederaci, przytaczano, iż byli „w polskiem ubraniu". Nie było tajemnicą kozacką, że haj- damacy ubierali się w ornaty i w chałaty żydowskie i w tem ubraniu wyprawiali orgje pijackie. Nic to nie pomogło, że w całej okolicy Konfederatów nie było. Oni byli potrzebni Melchizedekowi.

Próba sprowadzenia „hołoty" z Gardu nad Bohem, czyli właściwie z Bohogardowej polanki, z czem się Zaporożcy niby z dobrej woli narzucali, była niczem innem jak tylko chęcią zwiększenia watahy, formowanej już przez Żeleźniaka i innych. Nie udała się ona skutkiem wykrycia, bo inaczej już może o rok wcześniej rozpoczęłyby się te wypadki, które się zakończyły zdobyczą Humania i rzezią mieszkańców. Że to był zamach, na większą skalę zakrojony przez Zaporoż­ców, świadczy ta okoliczność, że z wczesną wiosną roku 1768- zagony hajdamackie jak na komendę zjawiły się w powia­tach Czerka9kim, Czehryńskim a nawet Wasylkowskim i Ta- raszczańskim i rozpoczęły od rabunku i mordowania szlachty, a watażkami tych band byli przeważnie Zaporożcy. Żadnych celów politycznych watażkowie ci nie wyjawiali, bo z pewno­ścią na te hasła nie byliby pociągnęli za sobą ani włóczę­gów szwendających się po pałankach zaporoskich, ani wło­ścian, a nawet o tych celach sami nic nie wiedzieli. Hasło zaś rabowania od dłuższego czasu było już bardzo popular- nem, a cała polityka jego streszczała się w słowach: „rizaty i hrabowaty". Można z pewnem prawdopodobieństwem przy­puścić, że cele polityczne, acz bardzo niejasno, ujawniły się dopiero w Humaniu, po zdobyciu miasta. Akcja zaporoska za pośrednictwem Żeleźniaka była prowadzoną równolegle do akcji Melchizedeka, opierała się zaś o nią o tyle, że — z po­czątku tylko, w celu zjednania wielkiej masy ludności, po­sługiwała się hasłem „obrony prawosławja", które wkrótce zeszło zupełnie z pola jako czynnik agitacyjny.

Nie można było nigdy wywołać na Ukrainie większego ruchu antispołecznego i antipaństwowego jak tylko powoła­niem ludności na swawolę, na „swobodę". Żyjąca od wieków w absolutnej niezależności, ludność ukraińska uważała wszelką władzę, wszelkie prawo, wszelkie zobowiązania za ucisk, za krępowanie „swobody", i przy pierwszej nadarzającej się spo­sobności, w imię tego hasła gotową była do walki, która ze stanowiska każdego państwa niczem innem nie była jak tylko buntem i anarcbją. Potrzebne było hasło popularne. Najdostępniejszem dla ludności, wychowanej w takich warun­kach, było nawoływanie do rabunku. W ten sposób objawiała ona reakcję przeciwko narzuconemu jej porządkowi społe­cznemu. Hasło obrony religji było nietylko dla szerokich mas ukraińskiej ludności drugorzędnem, ale zrozumiałem o tyle, o ile łączyło się z hasłem bardziej realnem.

Kto stawał wobec ludu z hasłem zemsty i nienawiści, kto mu gadał o obronie jego nprawM, które były niczem innem jak bezprawiem i swawolą antispołeczną, ten mógł być zawsze pewnym sympatji mas, jakie dzięki swemu ma­łemu stopniowi wykształcenia politycznego i państwowego, stoją zawsze na stanowisku skrajnie egoistycznem, klaso- wem, a często antinarodowem nieświadomie. Tę psychikę

Kozaczyzna ukralooa.                                                                                             15

lada znają dobrze podżegacze różnego rodzaju i posługują się nią dla różnych celów. Nienawiść, którą wzywano do pomocy t o tyle odnosiła się do Polaków, że innej narodowości na kusi nie było, a jeśli mówiono o Żydach, którzy padali ofiarą zemsty ludowej, to wobec nich czynnik religijny, obok ma­terialnego zysku, odgrywał największą rolę. Największą winą żydów było, że „Chrysta zamuczyły**. Szlachcic polski na Ukrainie posiadał ziemię i żył z ziemi, ale nie z frymarki, oszustwa i handlu jak żyd, który, jako wieczny tułacz i włó­częga, gromadził tylko pieniądze, bo za nie mógł kupić bez­pieczeństwo i prawo dalszego bogacenia się. Jeżeli przeto w szlachcicu, w Lachu widziano pierwiastek władzy, która lud w jego pojęciach o swobodzie krępowała, to na żyda patrzono jak na worek pieniędzy, który przedewszystkiem rabowano.

Lud ruski od wieków posługiwał się jednakiem hasłem antispołecznem—nienawiścią i rabunkiem, i w ten sposób ma­nifestował swoją opozycję, a tern chętniej stawał pod tym swoim sztandarem, gdy się mógł powołać na prawo, po swo­jemu rozumiane. Takie prawo stanęło przed nim na wiosnę 1768 w formie ukazu Katarzyny II. Miał to być ukaz wy­dany z datą 9—20 czerwca 1768 z Petersburga na imię Ma­ksyma Żeleźniaka, pułkownika i atamana zaporoskiego, pole­cający wyrżnąć wszystkich Polaków i żydów, zabraniający jednak prześladowania i rabowania cudzoziemców, przebywa­jących dla handlu. Ukaz był podpisany przez carowę i kontr- asygnowany przez „Piotra Kalniszewskiego ze świadkami*4. Zupełna nieznajomość formuły ukazu, ani tytułów świadczą najwymowniej o tern, że był fałszowany, czemu zresztą rząd rosyjski nie zaprzeczył. Watażkowie hajdamaccy, jak Maksym Szyło, Semen Nieżywy i inni, którzy dla rabunku włóczyli się w kilku powiatach Kijowszczyzoy, powoływali się na „Złotą hramotęu. 0 istnieniu jej mówili wszyscy, oglądało ją wielu. Niektórzy nawet utrzymywali, że drukowana była złotemi literami, stąd „Złotą*4 zwana. Dla poparcia swoich donosów o prześladowaniu prawosławja, Melchizedekowi po­trzebny był akt zbrojnego wystąpienia ludu, co wydawało mu się tern łatwiejszem, że o gromadzeniu się hajdamaków wiedział. Pomysł napisania złotej hramoty był jego pomy­słem. Świadkowie, ludzie współcześni i opinja publiczna
zgodnie twierdzą, że wyszła ona z kuźni Melchizedeka. Jedni utrzymują, że pisał jakiś Mołdowan, mnich Motroneński, na polecenie Melchizedeka, drudzy, że sam ihumen ją napisał (,,a pysaka buw dobryj"). Pisarz rosyjski Skalkowski, będąc w posiadaniu archiwum Siczy, twierdzi, że Melchizedek po­kazał Kalniszewskiemu hramotę Katarzyny II, nakazującą Wojsku Zaporoskiemu dopomagać wszelkiemi środkami „cier­piącej" cerkwi. Pisarz Hłoba, przeczytawszy ją, odradzał Koszowemu brania udziału; gdyby Carowa życzyła sobie tego, przysłałaby ukaz bezpośrednio do Koszowego, nie po­sługując się pośrednictwem.

Nie wyglądało to wszyst­ko jednak tak cnotliwie jak się wydaje. Zaporoże w owym czasie było mocno niezadowo­lone z rządów Rosji, która urwała mu część dawnych ziem pod swoje osadnictwo i stare zwyczaje zaporoskie niszczyła. Między Starszyzną zaporoską powstał plan zama­chu, który miał na celu za­mordowanie Kalniszewskiego, wybranie innego Koszowe­go, wymordowanie rosyjskiego garnizonu i „szukanie nowych panów". To wszystko mogło być w związku z wystąpieniem

Żeleźniaka, o czem oczywiście Melchizedek nie wiedział. 0 co innego chodziło jemu, a o co innego Zaporożcom. Należało przedewszystkiem wywołać większy ruch ludowy, co też udało się zrobić Żeleźniakowi przy pomocy pomniejszych watażków.

Przeszłość Żeleźniaka dość urozmaicona. Umiał czytać, pisać, służył przy artylerji zaporoskiej. Ale duch niespokojny nie trzymał go na miejscu. Wymykał się z Siczy i „arga- tował", czyli wynajmował się jako robotnik do rybołówstwa na Niżu Dnieprowym. Zaglądał także do Oczakowa, gdzie gorzałkę sprzedawał.

Wyszedł on ze swoją watahą z lasu Motroneóskiego w końcu kwietnia 1768, stamtąd przez Medwedówkę, Żabo-
tyn do Smiły i Czerkas. Do watahy przyłączali się z sąsied­nich wsi hultaje, robotnicy gorzelniani i niespokojniejsze ży­wioły ze wsi. Zrabowano Smiłę, nie robiąc różnicy między panami, popami, chłopami, mieszczanami. Każdy był nieprzy­jacielem, kto jakikolwiek majątek posiadał. Po zwycięstwie w Smile poszedł pod Czerkasy, gdzie zamordowano guberna­tora, a zrabowano ludność. Padły ofiarą Korsuń, Moszny. Znęcano się w najokropniejszy sposób. Ubodzy parochowie uniccy postrzelani i okrwawieni na szubienicy świadczyli —

  • prześladowaniu prawosławja. Pierwszem pytaniem tych obrońców było: gdzie są pieniądze? Potem—poczęto szukać: rozbijano komory chłopskie, dwory „pańskie44, piwnice, spi­żarnie dworskie, rozbijano kłódki żelazne, wywalano drzwi, wiercono ziemię po piwnicach, szukając „hroszy44. Zabierali przedewszystkiem złote i srebrne rzeczy, ale nie gardzili ni- czem. Dążąc ku Łysiance, Żeleźniak w ten sposób wszędzie „bronił prawosławja".

Bezbrzeżna hulaszczość i swawola hajdamaków przecho­dziła wszelkie granice. Jeden z uczestników watahy, jakiś Hałaburda, wskoczył do beczki z wódką i chlał, aż się upił do nieprzytomności. W drugiej wsi, o kilkanaście wiorst odległej od pierwszej, znowu się upił „do należytości44

  • w stanie nieprzytomnym zamordował żyda arendarza. Z ta­kich ludzi składała się wataha Żeleźniaka.

Upojony zwycięstwami, zwiększywszy watahę swoją pi­jacką czernią, obryzgany krwią, zdążał Żeleźniak do Ły- sianki. Tu dopuszczano się najwstrętniejszych nadużyć. Gdy zdobyto zameczek, ludność chować się poczęła. Niektórzy na dachu szukali schronienia — tych z dachu strącano na pod­stawione spisy. Bawiono się hucznie i wesoło. W ten sam sposób zrabował Korsuń, Bohusław. Jeden z pomocników Żeleźniaka, Nieżywy, najbardziej dziki watażka, gdy mu Ka­niowski zameczek poddać się nie chciał, podpalił domy pod­miejskie, chociaż należały do ludności prawosławnej. Inny bohater, Szwaczka, którego unieśmiertelnił Goszczyński, haj- damaczył pod Fastowem, Bohusławiem, Wasylkowem, Woło- darką, nie przepuszczając ani klasztorom, ani kościołom. Inny bohater, Bondarenko prosił popa: „pobłogosław ojcze, abym się mógł zabawić w mojej wsi rodzinnej" — a pop krzyżem świętym żegnał łotra i błogosławił.

W krwawym tryumfie postępował Żeleźniak ku Huma­niowi. Była to jedna z mocniejszych twierdz kresowych, sto­lica ogromnego obszaru ziemi, zwącego się Humańszczyzną, będąca własnością Szczęsnego Potockiego. Tu się mieścił główny zarząd dóbr Potockich, a rozruchy hajdamackie spę­dziły ludność z najdalszych okolic, szukającą bezpieczeństwa pod osłoną twierdzy. Zwieziono tu wszystko, co kto miał najdroższego. Przepełnienie było ogromne. Po za miastem utworzył się osobny obóz zbiegów, których miasto pomieścić nie mogło. Według ra­chunku ludzi współcze­snych było tam około 8 tysięcy ludzi. Do obrony zameczku rządca i za­stępca Potockiego, Mła- danowicz, posiadał gar­nizon, złożony z 600 lu­dzi, w którym było 300 dragonów. Oprócz tego była t. zw. milicja zie­lona, wybierana z lud­ności wiejskiej i prze­znaczona dla konfedera­tów i milicja nadwor­na, na czele której stał pułk. Obuch. Oprócz te­go komisarz ze Spiczy- niec przyprowadził 500 kozaków, a milicji zie­lonej było 200—tak, że siła obronna Humania była dość znaczną, jeśli zważymy, że niektóre miasteczka nadesłały swoje milicje. Naogół można przyjąć na Humań 2600—2700 żołnierzy pod dowództwem Obucha i Gonty. Żeleźniak miał pod sobą 30 chorągwi i 15 dział. Współcześni obliczali siły jego na 4000 zbrojnych i mających działa hajdamaków, a drugie tyle było na zago­nach w najbliższej okolicy.

Gdy się Żeleźniak zbliżał do Humania, uprzedzono Mła- danowicza, że Gonta zdradza, że tajemnie porozumiewa się z hajdamakami! Gonta wypierał się. Miękki i niedołężny

Mładanowicz kazał mu przysięgać, że — nie zdradzi. Gonta trzy razy przysięgał: przed krucyfiksem, pod harmatą i przed wyjściem do obozu przeciwko hajdamakom, ale zdradził—raz tylko- Przed wyjściem w pole przyjął od żydów w podarunku półmisek złotych, podziękował, zaręczył, że będzie wiernym— i zdradził. Przed wyruszeniem Gonty do obozu jeszcze prze­strzegano Mładanowicza, że łotr zdradzi. Trzeba go ująć i łeb uciąć. Na nic przestrogi, gdy człowiekowi brak siły.

Przez cztery dni nie było żadnej wiadomości od Obu­cha. Na Gontę przestano liczyć. Ale samo milczenie było złą wiadomością. Poczęto radzić, co robić. Ale panika i upa­dek ducha były tak wielkie, że inni woleli modlić się, niż radzić. Pod Papużyńcami Gonta połączył się z Żeleźniakiem. Obuch był już tylko pułkownikiem — bez wojska. Kozakom więcej uśmiechał się rabunek, niż wierność. W przykładnej zgodzie przeto obaj watażkowie poszli—,,Humań hrabowaty"— jak się wyrażała pieśń ludowa.

Najprzód rozpoczęła się rzeź obozu pod Grekowym la­skiem. Zwycięstwo było łatwe, bo ludność bezbronna.

Po rzezi w obozie poczęło się miasto zbroić—czem kto mógł. Kobiety przeważnie rzuciły się do kościołów i modli­twy, urządzono procesje błagalne o miłosierdzie. Śród ciem­nej nocy resztka kozaków, jaka jeszcze pozostała w Huma­niu, uciekła do obozu hajdamackiego, gdzie odbywały się zabawy i pijatyka. W mieście zatem brakło żołnierza, amu­nicji, a nawet wody. Miodem, piwem, wiśniakicm gaszono pragnienie. Lenart, jeden z nielicznych ludzi, którzy nie stracili przytomności, prosił Mładanowicza, aby mu pozwolił zrobić wycieczkę i wyrżnąć pijanych hajdamaków — ale na­daremnie. Sprowadzeni na rozkaz Gonty włościanie ze wsi okolicznych pod rąby wali dębowy ostrokół zameczku. Gonta zdołał przekonać Mładanowicza, że działa z rozkazu Carowej, „gwarantki Uzpltej" i pokazał mu chorągiew z portretem Katarzyny II i ukazem. Wobec tego poddano się, ,,prosząc na chleb i na sól“ hajdamaków. Krwawe to było powitanie. Wyrządzono zapraszającym rzeź tak bestjalską, o jakiej nie słyszano nawet za czasów Chmielnickiego i Turków. Kobiety gwałcono publicznie w kościołach, księży zabijano przy ołta­rzu, małe dzieci porywano na spisy i rzucano, żydów, zam­kniętych w piwnicach, dymem duszono. Mładanowicza za­rżnięto jak barana, obrządu chrztu dokonywali przemocą. Po takiej uczcie hajdamackiej, rozpoczęła się wesoła zabawa obozowa. Przed bramą bóżnicy ustawiono działa i strzelano do wnętrza. Gonta zażądał od żydów okupu, przyniesiono go, zabrał wszystko, a. żydów precz wyrzucił. W obozie grała muzyka—na trzech teorbanach, a Gonta z Obuchową tańcował. Wszyscy ocaleni—na znak wdzięczności zapewne — musieli tańcować. Z rzeczy zrabowanych ułożono wysokie ,,mogiły"— jak powiada współczesny człowiek, — sukna, bławaty, futra, odzienie. Połamanego srebra było sześć skrzyń. Z tego po­łowę zabrał ŻeleŹDiak i odprzedał jakiemuś kupcowi z Ki­jowa. Dwoje dzieci Mładanowicza ocalało przed mściwym nożem Gonty. Zlitował się nad niemi jakiś stary włościanin i prosił, aby mógł wziąć do siebie. Gonta ze złością rzekł do niego: „Zabierz sobie tych dwoje psiaków". „Podarowałeś panie wojewodo te dzieci? — spytał". Gonta odpowiedział: „niech idą do czorta!"

Repnin, dowiedziawszy się, że włościanie koło Białej Cerkwi i Humania zbuntowali się, kazał „łagodnemi środkami skłonić ich do powrotu do domu", ale, przekonawszy się, że ruch ma groźniejszy charakter, kazał „gasić siłą zbrojną".

To też wkrótce rozpoczęło się gaszenie.

Kreczetnikow wysłał pod Humań pułk. Kołogriwowa, a następnie Gurjewa. Kołogriwow zajął stanowisko wycze­kujące, stosownie do pierwszej instrukcji. Stanął obozem obok hajdamaków i utrzymywał przyjacielski stosunek z Że­leźniakiem i Gontą. Porucznik powiadał, że po to przyszedł, ażeby cały kraj na Kozaczyznę przerobić, a króla przymusić, aby nie lackim, jeno kozackim królem nazywał się. Po zwy­cięstwie hajdamacy już się nie ukrywali ze swojemi planami. Plan Kołogriwowa zyskuje pochwały Gonty. Rozczulony za­prasza go do siebie do Rosuszek.

Nadzieje te popsuło przybycie Gurjewa z innemi już in­strukcjami— „najśpieszniejszego rozbicia i pochwytania haj­damaków". Rano przyjechał Gonta, ażeby z Kołogriwowym do Rosuszek jechać, nie wiedząc o tern, że hajdamacy, upo­jeni gorzałką przez Dońców, śpią. Porucznik kazał podać her­batę, ale pił sam, Gonty nie prosił, a gdy ten oświadczył chęć napicia się, porwał się od stołu i w twarz parę razy^woje- wod^humańskiego uderzył. Było to znakiem dla służby, która, wszedłszy do namiotu Gontę w dyby zakuła. JDoócy i kara- binjerzy rzucili się na hajdamaków, poczęli ich wyłapywać, w dyby zakuwać i wiązać. Kto był trzeźwiejszy, zdołał uciec. Do południa już było po „panowaniu** hajdamaków. Przy pierwszem spotkaniu się Gonty i Żeleźniaka przy salwach

Plan Humania.

 

armatnich i z rusznic, Maksyma Żeleźniaka obwołano hetma­nem, Gontę — pułkownikiem i wojewodą, obaj zaś zostali obdarzeni przez czerń tytułem „książąt". Żeleźniak dostał ty­tuł „księcia Smilańskiego", Gonta zapewne — Humańskiego. Jakiś Ułasenko ustanowiony rządcą Humańszczyzny. Obda­rzeni temi tytułami przez czerń hajdamacką, wyruszyli pod

Humań. Przedtem jeszcze rozpoczęła się pewnego rodzaju organizacja wojska bardziej prawidłowa. Żeleźniak wydzielił z szeregów czerń nieuzbrojoną i odesłał do domu, a koza­ków nadwornych i innych nazwał „wojskiem zaporoskiem*.

Moskwa najnieoczekiwaniej przecięła te marzenia.

Branicki, który z garstką wojska także był wysłany na uspokojenie buntu, przyszedł już po ukończonej przez Moskali uczcie i nie zdążył nawet pokazać się pod Humaniem. On tylko dzielnie uspokajał „bunt Konfederatów". Stał pod Serbami.

Według raportu Gurjewa, zgodnego zresztą z zapiskami naszych pamiętnikarzy, z obozu hajdamackiego pochwycono i uwięziono 780 kozaków polskich i 65 zaporoskich, reszta zdołała umknąć. Oprócz tego wzięto 14 dział, ogromną liczbę broni, strzelb, tysiąc koni i wiele innych rzeczy. Toby do­wodziło, że było o wiele więcej niż Gurjew wykazał, musieli to być wszakże chłopi lub ,,hołota", która, porzuciwszy broń, umykała piechotą. Hajdamaków wyłapywano jednak dalej. We dwa dni później, t. j. 24 czerwca schwytano jeszcze 900, 5 lipca 50 Zaporożców, 12 lipca 120 hajdamaków, 18 go 225. Kołogriwow przyprowadził 309 hajdamaków i 45 Zaporożoów. Liczba zatem zatrzymanych przekroczyła 2000 o wiele.

Gdy Gontę z pierwszą partją odprowadzono do Serbów, do obozu Branickiego, Żeleźniak z małym oddziałem zdołał umknąć. Miał przy sobie zaledwie 20 hajdamaków. Po dro­dze wataha ta zwiększała się. Umykali najprawdopodobniej w kierunku Wołoszczyzny, ku granicom Turcji, bo w kilka dni po katastrofie, Żeleźniak już hajdamaczył między Siną wodą a Kody mą. Ludność polska i żydowska przestraszona, uciekała do pobliskiej Bałty. Żeleźniak zażądał jej wydania, a gdy Kajmakan odmówił, zdobył miasteczko i w pień wy­ciął, zasłaniając się tern, że jest częścią Wojska Zaporoskiego, wysłanego przez Koszowego dla niszczenia Lachów i żydów pokazując dla swojej obrony znany już nam „ukaz". Wataha, zgromadzona po drodze przez Żeleźniaka składała się z naj­gorszych wyrzutków społecznych, którzy o wojskowości po­jęcia nie mieli, nie umieli obchodzić się z bronią i działami. Gdy Żeleźniak „wypoczywał" pod Bałtą, nadeszła Kajmaka- nowi pomoc tatarska. Niedowierzając widocznie siłom swoim. Żeleźniak rozpuścił swoją watahę, a sam, tułając się na ste­pie, natknął się na huzarów pułkownika Czorby i został aresztowany. Jenerał-gubemator Wojejkow miał ukaz wy­słania go do Nerczyńska, ale wkrótce przyszedł drugi ukaz, polecający sądzić hajdamaków. Miano ich odesłać do Bałty, gdzie na miejscu zbrodni powinna była mieć miejsce egze­kucja. Miało się odbyć to „hańbiące widowisko" w końcu września. Żeleźniak nie został jednak stracony, prawdopo­dobnie knutowany tylko, gdyż dawny ukaz — wysłania go do Nerczyńska — utrzymał się. Żeleźniak w drodze, wraz z innymi, rozbroił konwój i umknął. Złapany jednak wkrótce i przyprowadzony do Moskwy, znowu knutami ukarany został. Dalsze jego losy już nieznane.

Gonta, jako poddany polski, wysłany został do obozu pod Serby, gdzie badany i zasądzony na barbarzyńską karę— darcia skóry pasami. Równie dzika kara spotkała innych hajdamaków, większość zaś rozesłano do rozmaitych miast na roboty forteczne.

Bunt Żeleźniaka nazwaliśmy ostatniem echem kozackich marzeń. Stłumione doszczętnie na Zadnieprzu, w Hetmań- szczyźnie, odbijały się one jeszcze głucho i niewyraźnie na Zaporożu. które, ograniczane w swoich prawach coraz bar­dziej przez Rosję, skorzystało z awantur, wywołanych na tle religijnem, aby ten ruch ludowy wyzyskać na swoją korzyść. Gdyby nie wmieszanie się Rosji, która lepiej i trafniej od rządu polskiego oceniała znaczenie tego ruchu, byłby on przybrał szersze rozmiary. Ale łudzili się Zaporożcy, przy­puszczając, że może on dosięgnąć tego stopnia, do jakiego doszedł za Chmielnickiego, bo jeżeli w Rzpltej z braku woj­ska i przy rozluźnieniu wewnętrznem, możliwy był ruch lu­dowy bodaj na niewielkim obszarze, to na Zadnieprzu biu­rokracja moskiewska, wojskowa i cywilna, tak mocno za­ważyła nad całem społeczeństwem, że o jakiejkolwiek po­ważnej opozycji, a tembardziej orężnej, mowy być nie mogło.

Echa swawoli kozackiej nie rozbiły się o huk dział Te- keliego, rujnującego Sicz zaporożną, nie zginęły z jękiem Gonty pod Serbami, z włóczęgą Żeleźniaka na Sybir; one długo jeszcze odzywały się tu i tam wśród ludności, ale już o in­nym charakterze.

Nie będziemy się interesować teraz losami rozbitków Siczowych po za granicami już państwa rosyjskiego, ale nie możemy pominąć tych ostatnich odgłosów 18*go wieku, ja­kie w roku 1789 niepokojem i hukiem napełniły prawie cały Wołyń i wywołały utworzenie osobnej Komisji do zbadania przyczyny i charakteru tych drgań niewyraźnych, jakie w ży­ciu tamtejszego ludowego społeczeństwa spostrzegamy.

Jeśli w buncie hajdamackim, jaki się rozwinął na Ukrai­nie stepowej, nie można dopatrzyć żadnych przyczyn natury ekonomicznej, to na Wołyniu położenie chłopa było pod tym względem o wiele gorsze. System pańszczyźniany i fol­warczny nie tylko oddawna wziął górę nad systemem czyn­szowym, ale w porównaniu z położeniem ekonomicznem lud­ności na Rusi stepowej,—wydawał się ciężarem i uciskiem. Nic dziwnego przeto, że burzyła się ludność wołyńska, która nie tylko wiedziała, co się działo przed dwudziestu laty w Humaniu, ale według pojęć której Gonta i Żeleźniak urastali do roli bohaterów dla tego jedynie, że „rizały paniw-, to jest tę samą warstwę społeczną, która ciążyła także nad losem ludu wiejskiego na Wołyniu. Gonta zatem i Żeleźniak otoczeni byli aureolą bohaterstwa i męczeństwa, uważani za ideowych obrońców ludu, a ultrademokratyczni historycy ruscy i rosyj­scy do niedawna tylko z tego stanowiska idealistycznego oceniali Kozaczyznę i Hajdamaczyznę. W głębi duszy wołyń­skiego chłopa żyło niejasne oczekiwanie przyjścia nowego Gonty lub Żeleźniaka i nieraz, w chwili odpowiedniego na­stroju, wyrywało się groźbą lub życzeniem. O Żeleźniaku mniej mówiono, o Goncie często, może dla tego, że w brzmie­niu jego nazwiska wyczuwało się raczej brzmienie wołyńskie, niż ukraińskie.

Humańskiego Gonty już nie było, ale marzenia ludu skupiły się koło jego syna, tak samo jak koło synajŻeleźniaka. Przyczynił się do tego niewątpliwie drogą pośrednią słynny pamflet polityczny przeciwko Ponińskiemu skierowany, a znany i rozpowszechniony jako „Suplika sukcesorów Gonty i Żele­źniaka*4. Syn Gonty nazwany w niej Wasylem, a Żeleźniaka Iwanem. O tej „Suplice- mówiono wszędzie, a dla prostego umysłu chłopskiego nie cele polityczne pamfletu, których nie rozumiał, lecz nazwiska same przypominały jego dolę i budziły nadzieje na krwawy odwet. Nadzieje te opierały się o Rosję. Rosja odgrywała rolę opiekunki Rzpltej, „gwarantki" jej wolności. Sieć intryg, rozrzucona przez nią, wichrzyła w dwo­jakim kierunku: przez płatnych agentów Repnina, obficie wyławianych śród szlachty i panów, i przez agentów śród duchowieństwa prawosławnego, jakimi byli Koniski i Sad­kowski z mnóstwem swoich różnorodnych pomocników. Pierwsi agitowali od góry, drudzy od dołu, śród ludu. Pierwsi dla celów polityki używali złota, drudzy — posługiwali się ciemnotą ludu, rozgłaszając, że tylko Rosja wybawić może z niewoli lackiej, ale trzeba ażeby lud wyrżnął Lachów, jak to zrobiono na Ukrainie. Agitacja tego rodzaju korzystała z rozdwojenia religijnego, panującego na Rusi, a więc i na Wołyniu. Między kościół rzymski i grecki wbity został klin unji. Dotykał on wprawdzie obu stron ciała, ale rozsadzał jedność państwową, rozbudził nieufność, nienawiść narodową i w imię połączenia dusz ludzkich w niebie, rozdzielił je na ziemi.

Śród ludności wiejskiej szerzyły się pogłoski, że Carowa przyszłe wkrótce syna Gonty, ażeby znowu wywołać bunt przeciwko „panom“ i rzeź, a w tym celu przysyła już gotowe— może nawet poświęcane—noże. Pogłoski te szerzą i jakoby rozwożą noże osobni wysłańcy z Rosji—zwani „ofieni“ i „mar- kietanci", z rosyjska ,,korobiejniki“ —drobni handlarze, którzy swój towar dźwigają na plecach od wsi do wsi. We wsiach zatrzymują się przeważnie u popów unickich, to też dzięki tym pogłoskom duchowieństwo unickie padło przedewszyst- kiem ofiarą podejrzeń.

Impulsem do zbadania tej całej sprawy posłużył tra­giczny wypadek jaki się stał w Niewierkowie, w pow. Łuckim w majętności Jana Welczyńskiego. Dwoje ze służby jego domowej z zemsty osobistej wymordowali całą rodzinę. Wy­padek ten poruszył całe szlacheckie społeczeństwo Wołynia i dał początek do szukania głębszej, niż osobista, przyczyny. Zachowanie się Rosji wobec Rzpltej, jawne prawie dążenie już nie zagarnięcia państwa polskiego pod swój wpływ po­lityczny, lecz do oderwania od niego tych części, które z ty­tułu jedności religijnej z Rosją uważane było za słuszne, wywoływało śród szlachty wołyńskiej trwożliwe nastroje. Kilka pogróżek, w rodzaju tych, że „trzebaby sprowadzić syna Gonty", kilka może pijackich przechwałek, wybiły zupełnie z równowagi społeczeństwo wołyńskie. Przesuwało się przed jego oczyma krwawe widmo Koliszczyzny, ciągnął się długi orszak pomordowanych ofiar i nic dziwnego, że przerażał ludzi. Nauczeni przykładem bezbronności Ukrainy, mie­szkańcy zażądali zorganizowania osobnej Komisji dla zbada­nia całej sprawy, a dla samoobrony, bodaj doraźnej, utworzyli milicję.

Ogromne wzburzenie wywołały zeznania parocha uni­ckiego z Suska, Łukajewicza, który oświadczył, że nietylko na własne oczy oglądał wysłańców moskiewskich, namawia­jących do buntu i oświadczających, że Wołyń przejść ma wkrótce pod panowanie Rosji, ale widział nawet coś podob­nego do ukazu carowej. Zeznania te pociągnęły za sobą nie­tylko większą czujność Komisji, ale i przerażenie. Skutki zde­nerwowania były bardzo ciężkie, bo z jednej strony padło ofiarą przeważnie duchowieństwo unickie, jako utrzymujące niby potajemne stosunki z Rosją za pośrednictwem mitycz­nych prawie „ofeniów“, a z drugiej — pociągano do zbyt su­rowej odpowiedzialności te jednostki z ludu wiejskiego, które głośno wypowiadały swoje pogróżki lub niezadowolenie. Kilku księży unickich, a nawet chłopów ukarano bądź karą śmierci, bądź więzieniem.

Że zamachu zorganizowanego w tej całej sprawie nie było — to nie ulega najmniejszej wątpliwości, jak również i to, że agitacja Koniskiego i Sadkowskiego między ducho­wieństwem nie mogła pozostać bez skutku o tyle, że budziła jakieś niewyraźne nadzieje i również mało słuszne narzekania ludności wiejskiej. Brak przecież faktów, świadczących o wy­raźnej organizacji, nie był jednak dowodem, że w razie lek­ceważenia i zaniechania ostrożności, mogłoby było przyjść do groźniejszego wybuchu.

Uderzającą w tej całej sprawie była jedna okoliczność: brakowało prawie zupełnie winy „ofeniów*, którzy byli po- prostu wędrownymi kupcami, posiadającymi sklepy swoje — na własnych plecach. Mówiono o nich, ale nie oni. Kilka noży kuchennych, sprzedanych chłopom, nie mogło stanowić zbyt alarmującego precedensu.

Przestrach zarówno komisarzy, jak i szlachty był wielki i objawiał się w wyrokach niekiedy zbyt surowych, ale na obronę Rzpltej trzeba i to podnieść, że Sejm, obradujący w Warszawie, zabronił komisarzom karać śmiercią.

Do żadnego antiszlacheckiego ruchu ludności ani w ro­ku 1789, ani później nieco, gdy okoliczności były bardziej dla ludu sprzyjające, nie doszło. Z jednej strony objawiało się za wiele goryczy, z drugiej—za wiele lęku zbyt hałaśliwego. Polityka jednak Rosji nie zaniedbywała żadnego środka agi­tacyjnego, ażeby z jednej strony podburzyć i źle usposobić ludność ruską wobec „panów", a z drugiej budzić śród niej niewyraźne, mgliste nadzieje opieki i pomocy północnej Se- miramidy, która im raj na ziemi zgotuje. Takie mącenie wy* starczało prostym, bezkrytycznym umysłom ludu wiejskiego do samołudzenia się na te tematy.

Opieka ta wkrótce rzeczywiście przyszła w formie ta­kiego przymocowania chłopa do ziemi, jakie już istniało w Ro­sji, to jest chłop stał się rzeczą, nieruchomością, którą można było kupić i sprzedać z ziemią, a często gorzej jeszcze, bo sam przez się, jako jednostka, mógł byćobjektem dowolnego, prawnie dozwolonego handlu.

Tak skonało na Wołyniu ostatnie echo hajdamaczyzny. Tu hajdamaczyzna zrodziła się i tu zakończyła swój żywot. Ale idea hajdamacka była wykwitem tatarskiego i tureckiego, wogóle turańskiego wychowania historycznego ludności ru­skiej. Ona zniknąć tak prędko nie mogła i jeszcze długo w rozmaitej formie przeznaczone jej było wybuchać.

KONIKC.

 

Od autora.............................................................................

  1. Ruś—Rusini. Ukraina — Ukraińcy. - . .    .  .
  2. Geneza Kozactwa. Warunki fizyczne i etniczne

życia stepowego . .........................................................

  • Pierwszy okres wystąpienia Kozaczyzny na arenę

dziejową...................................................................

  1. Początki walki o klasowość Kozaczyzny . .    .  .
  2. Walka Kozaczyzny z Rzpltą o wyodrębnienie się

klasowe i terytorjalne................................................

  1. Powrót do Polski......................................................
  • Degeneracja walki o autonomię Ukrainy. . .    .
  • Zanik Kozaczyzny Kijowskiej...................................
  1. Sicze Zaporożne od początku aż do ostatecz­nego skasowania ich
  2. Hajdamaczyzna 18-go wieku.....................................
  3. Wybuchy Koliszczyzny............................................

 

NIEKTÓRE DZIEŁA HISTORYCZNE TEGOŻ AUTORA

Wydane osobno:

SKARBCZYK POLSKI. Krótka hiatorja dla dzieci (M. 1LN1CKA 1 Fr. RAWITA). Poznań 1895.

L'ST ROJ PANSTWOWO-SPOLECZNY RUSI xv XI i XII WIEKU W ZARYSIE. Lwów 1898.

ZORYAN DOŁĘGA CHODAKOWSKI. JEGO ŻYCIE I PRACA. Lwów 1898.

SADYK PASZA (Michał Czajkowski). Zarys biograflezno-literacki. Pe­tersburg 1899.

H1ST0RJA RUCHÓW CHAJDAMACK1CH. 2 tomy. BRODY F. West. 2-g1e wydanie

ROK 1863 NA RUSI. I. Ruś Czerwona 1 Wschód. Lwów 1899.

  • Ukraina, Wołyń 1 Podole. Lwów 1903.

STUDJA I SZKICE HISTORYCZNE. Serja I. Lwów 1003. Treść: Rzut oka na stosunki w Ks. Warszawskiem. Uposażenie rzymsko-katolickiego duchowieństwa na kresach ukraińskich. Ostatnie lata życia Sadyka Paszy. Kartki z hlstorjl szkolnictwa w Rosji. Rodzina Hurków. Uprawa wtna w Polsce. Adam Mickiewicz na Wschodzie. Wycie­czki hlstoryczno-archeologiczne po Ukrainie. Józef Oleszklewlcz. Liberał l polityk ze szkoły rosyjskiej.

  • Serja II, Lwów 1904. Trość: Losy wielkiej fortuny na kresach ukraińskich. Filip Orlik, nieznany hetman kozacki. Kartki z życia społeczeństwa kresowego. Prawo bartne XV w. Pogląd na hlstorję rolnictwa w Polsce. Siabrostwo, jako forma władania ziemią. Ludowe sądy kopne na Polesiu. Przygoda Imci Pana Sienkiewicza. Kilka słów o rodzinie 1 miejscu rodzlnnem Tarasa Szewczenki.

STUDJA I SZKICE HISTORYCZNE (Kijów, legendy, podania, dzieje) War­szawa—Kijów. 1915. Treść: Biskupstwo rzymsko-katolickie w Ki­jowie. Zakon O.O. Dominikanów w Kijowie. Zamek Kijowski. Złota Brama w Kijowie. Czy biskup Krakowski Stanisław był 9ynem Wło­dzimierza K-cla Kijowskiego. W Jakiem miejscu był Zameczek Rów, zrojnowany w czasie napadów tatarskich w połowie XV w.? 0 wy­gasłym rodzie Słuplców. Dzikie konie na ponlziu czarnomorskiem Fastów i Faszczowle.

BOHDAN CHMIELNICKI. T. I. Do elekcji Jana Kazimierza. Lwów 1906,

PRÓBA UGODY Z RUSIĄ (POSELSTWO B1ENIEWSK1KGO). Od śmierci Chmielnickiego do ugody Hadzlacklej. Lwów 1907.

KONFEDERACJA NARODU POLSKIEGO 1876 r.

HENRYKA PUSTOWOJTOWNA. Lwów 1911.

MATERJAŁY DO HIST0RJI POLSKIEJ XIX W. Działalność emigracji z r. 1831 na terenie Turcji. 1911.

WŁODZIMIERZ ANTONOWICZ. Zarys jego działalności społeczno-polity­cznej i historycznej. Lwów 1911.

EMIL 0L1V1ER. Ze wspomnień ministra. (R. 1863) Lwów 1911.

ANDRZEJ TOW1ANSKI I T. A. RAM. Kartka z hlstorji mistycyzmu reli­gijnego w Polsce. Lwów 1911,

SPRAWY 1 RZECZY UKRAUNSKIE. Materjaly do hbtorjl kozaczyzny 1 hajdamaczyzny. Lwów. 1914.

WILK0ŁACY i WlLKOLACTWO. Próba oświetlenia genezy mitu. War­szawa 1914.

ZAKON 00. DOMINIKANÓW W KIJOWIE. 1913.

WYPKAWA WOŁYŃSKA. Epizod z roku 1863. WarszAwn. 1914.

STEFAN BOBROWSKI 1 DYKTATURA M. LANGIEWICZA W IŁ 1863. War­szawa 1914.

KONFISKATA ZIEMI POLSKIEJ PRZEZ ROSJĘ W R. 1831 1 1863. Kraków- WarszawA, Gebethner i Wolff.

WYDAWNICTWA CEBE

ASKENAZY Sz. — Wczaay hietor;

„          000 313726-00-0

BALZER 0. — Konstytucja 3 maja. neiormy 6poieczne i poli­tyczne nstawy rządowej z r. 1701. Wyd. 3.

  • Z zagadnień ustrojowych Polski. Nowe spostrzeżenia 1 uwagi. Wyd. 2.

BARTOSZEWICZ K. — Dzieje Galicji, Jej stan przed wojną l „wyodrębnienie".

BIAŁKOWSKI A. —Pamiętniki starego żołnierza (1800-1814). Wyd. W. Tokarz.

BLUMTSCHLI L-Założenie Un.jl Amerykańskiej w 1787 r.

CHLEBOWSKI B. — Rozwój kultury polskiej w treściwym za­rysie przodstawiony. Wyd. 2.

CHŁĘDOWSKI K. — Ostatni Walezjueze. Czasy Odrodzenia we Francji. Z liczneml ilustracjami.

CHOŁONIEWSKI A.— Duch dziejów Polski. Wyd. 3 rozszerzone.

  • Istota walki polsko-rosyjskiej.

DIVEKY A. dr. — Węgrzy a Polacy w XIX stuleciu.

DUBIECKI M.—Kudak, twierdza kresowa i jej okolice. Mo-

nogralja historyczna.

HOESICK W. —Szkice i opowiadania historyczno-literackie.

JANKOWSKI C. — Na gruzach Turcji. Zarysy hlstoryczno- pobllcystyczne.

KONOPCZYŃSKI Wl. — Od Sobieskiego do Kościuszki. Szkice— drobiazgi — fraszki historyczne.

KOSKOWSKI B. — Niebezpieczeństwo niemieckie. Rozprawa.

KRAUSHAR A. — Burbonl na wygnaniu w Mltawie i w War­szawie. Szkic historyczny (1798—1805). Z Ilustracjami osób,miejscowości, gmachów, zamków i pałaców w dziele tem wzmiankowanych.        

 

#

 
   


KUBALA L. — Szkice historyczne. Serja III. Wojna moskiow- ska (1054-1055).

 

 

 

 


Comments (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location