|
Typ hajdamaki z rzezi Humanskiej. |
i stanowczo. Wodzowie i aktorowie ostatniego dramatu Ko- liszczyzny korzystali zręcznie z agitacji Melchizedeka, która miała tę dobrą dla nich stronę, że zaniepokoiła i rozbudziła ludność miejscową z ćwierćwiekowego prawie snu po rozbiciu się Kozaczyzny. Zobaczymy, jak się rozwijała ta akcja. Ażeby pociągnąć za sobą żywioły samowolne, trzeba było dać im hasło realne, zrozumiałe, dostępne, a takiem hasłem mogła być tylko zachęta do rabunku i rzezi.
Sprawami religijnemi Zaporożcy nie interesowali się. Chowani w obojętności religijnej, rozumieli i znali tylko zewnętrzną stronę religji, a na walkę, rozpoczętą przez Melchizedeka zapatrywali się tylko ze strony praktycznej, — ona podniecała lud i drażniła, ale pociągnąć za sobą wielkich mas nie mogła. Prowadzona przez czerńców i popów o lepszość tego lub innego obrządku, w życiu praktycznem miała charakter walki duchowieństwa o chleb powszedni. Pojmowanie religji z obu stron było zbyt materjalne, ażeby mogło rozbudzić wojnę religijną, ale agitacja religijna wywołała większe rozwłóczenie się ludności, która tłumnie odwiedzała różne monastery, a było ich kilka blisko od siebie. Mosznohorski, Motroneński, Smilański, skupione na niewielkim ale lesistym obszarze Czehryńszczyzny, który stał się pewnego rodzaju kotłem, gdzie się gotowała nienawiść i próżniactwo.
Od monasteru do monasteru włóczyły się gromady włościan. Duchowieństwo obu obrządków, zarówno wschodniego jak i unickiego, wyszło z równowagi, nie wiedziało na pewno w którą stronę pochylić się, bo wiara ich była nader chwiejną. Na miejsce usuwających się dobrowolnie lub usuwanych przemocą parochów i popów, przychodzili ludzie prości, wyświęcani na Wołoszczyźnie, pijacy i łotrzykowie. Wytworzyło się wśród tej warstwy jeszcze większe nieposzanowanie stanu duchownego, religji i obrządku. Za nic sobie miano zarówno obrządek grecki jak i unicki; z jednego przechodzono na drugi i odwrotnie z niesłychaną lekkomyślnością i łatwością, a włościanie urządzali sobie po prostu licytacje na popów— wypędzali ich lub mieniali według fantazji prawie. Ale i duchowieństwo zachowywało się nie lepiej—wyświęcało się z jednaką łatwością na obrządek wschodni lub unicki, a potem powtarzało to samo vice-versa — kilkakrotnie—w czasie swego zawodu duchownego.
Taka sama nierówność i niespokojność charakteru i ducha, rzucającego się od wiru hulaszczego życia do obłudnej pokory i pokuty, idącego od ołtarza i modlitwy na uczty hajdamackie, jedną ręką dającego jałmużnę, a drugą sprzedającego łupy hajdamackie cechowała ówczesny stan mnichów prawosławnych, tułających się po lesistych futorach mona- sterskich i monasterach. Ta niby „obrona prawosławja" rozluźniała doszczętnie stosunki monasterskie. Ludność miej
scowa, drażniona przez unitów i nic unitów, żyła w dziw- nem podnieceniu, śród której nienawiść do Lachów miała legendarny podkład i była wieczną zachętą do rozboju i rabunków.
Taki nastrój zużytkowało Zaporoże po swojemu. Szczególnie Mosznohorski i Motroneński monastery, odznaczające się agitacją i nastrojem antipaństwowym, doskonale nadawały się do skupiania się hajdamaków i pokrywania ich zamiarów. Melchizedek wiedział niewątpliwie, że czerńcy kijowskich
monasterów organizowali wyprawy hajdamackie do Polski, pozwalał tedy na skupianie się hajdamaków w lesic Motroneńskim, w pobliżu monasteru, ażeby ich użyć w danym razie, — jako protest przeciwko „prześladowaniu błahoczc- stija“, ale ruch przerósł jego zamiary i przybrał inne zabarwienie.
Człowiek współczesny tym ruchom, Zaporożec, opowiada genezę formowania się watahy Żeleźniaka w sposób nie ulegający zaprzeczeniu. Najprzód przyjść miało do Mo- troneńskiego monasteru tylko trzech Zaporożców z Siczy, niby na dobrowolne umartwienie i nabożeństwo. Udawali oni niedołęgów, ubierali się ubogo jak nędzarze, chodzili zgarbiwszy się. Jeden z nich, nazywający się Damian Gnida, poszedł do monasteru Łebedyńskiego, drugi Łuskonogiem zwany — do Moszeńskiego czyli Mosznohorskie- go, a trzeci Szełest, na dobrowolnej pokucie pozostał w Motroneńskim monasterze. Przesiedział tam dwa lata, gromadząc rozmaite zapasy, robił spisy, kupował żupany, szarawary, czapki, buty, a ciekawym, którzy go pytali poco to, odpowiadał, że wyszle w podarunku do Siczy, bo tam wszystko
drogo. Robiąc to, jednocześnie skupiał ludzi, namawiając, ażeby do hajdamactwa „przystali". Na miejscu otoczonem jarem, zrobili zasieki, zbudowali basztę, w sąsiednim bajraku urządzili „sklik", zawiesiwszy „kazań" na dębie, słowem zrobili maleńką Sicz. Nie brakło nawet ogrodzenia na konie hajdamackie. Trwało to blisko trzy lata. Stąd, upatrzywszy kogoś bogatego, (a Lachów tu nie było, tylko chłopi ruscy) napadali na niego w nocy i rabowali, po kilkunastu udając się na rabunek. W dnie świąteczne, gdy dużo ludności zbierało się w monasterze, werbowali ochotników. „A czerńcy siedzieli spokojnie po celach bo dawno o wszy- stkiem wiedzieli**. Gdy w każdym z trzech monasterów zebrało się po 300 hajdamaków, zjawił się w Motroneńskim monasterze Żeleźniak i wszyscy razem wyruszyli w głąb Ukrainy.
Władza polska mało o tern wiedziała, bo byłaby chyba przeszkadzała, ale wiedział jenerał-gubernator Kijowski, Wo- jejkow. Jemu nie o Polskę szło, lecz o Rosję. Lękał się niepokojów, pisał tedy do biskupa Perejesławskiego, że posiada „niezaprzeczone wiadomości", że w guberniach Humań- skiej, Smilańskiej, Kaniowskiej i Czehryńskiej są gromady hajdamackie, które skupiają się w lesie Motroneńskim, w pobliżu monasteru, o czem przełożeństwo monasteru nikogo nie zawiadomiło. Stąd urządzają się wycieczki rabownicze. Zawiadamiał, że dla zniszczenia tego gniazda wysłał pułk karabinierów z prowincji „Elisawetgrądzkiej" i komendy Kozaków Kompanijskich.
Już w lutym i na wiosnę 1767 roku zanosiło się na burzę hajdamacką, jak się zdaje, w porozumieniu z Zaporożem. W tym. czasie ihumen Motroneński posłał zbiega z katedry Perejasławskiej, djakona Sylwestra, na Sicz „na pokutę". Ojciec Sylwester pokutował bardzo krótko: ledwie mu czasu starczyło na przejazd tam i napowrót, ale przywiózł ze sobą jakiegoś Zaporożca Iwana. W tym czasie ojciec Hawryło z Prus, o. Antoni Rajgrodzki i Jan Kosuszewski także odsiadywali ppokutę". Litościwy Iwan powiada do nich: „po co wy, pobożni ojcowie, macie tu siedzieć i cierpieć z powodu obrzydliwych unitów? Gdybyście mnie tylko napisali list do Gardu (nad Bohem), aby hołota tutaj przybyła, jabym do Wielkiej Nocy wszystkich unitów wygnał1*. Gdy Hawryło in-
nemu popowi opowiedział o tem, ten dał krótką radą: „dobrze, napisz, tylko nie podpisuj siąu. Listy były popisane na zaciągi ochotników, a nawet jakaś wataha wyruszyła, aby „rizaty Lachiw", ale gubernator Żabotyński rozpędził ją, nie domyślając się, że gniazdo hajdamaków pozostało w lesie Motroneńskim.
Tym razem przeto zamach nie udał się. Przedwcześnie rozgłoszono tajemnicę.
Do wybuchu hajdamackiego przyczyniła się okoliczność, najmniej, zdaje się, mająca wspólnego z hajdamaczyzną, — była to Konfederacja Barska. Zawiązana przeciw wpływom politycznym Rosji, w obronie całości państwa i religji, przez to samo stała się aktem nienawiści ze strony Rosji. Stronnictwo Repnina, zanim ją mogło zniszczyć, próbowało zdyskredytować, przedstawiając Konfederatów, ze swego oczywiście stanowiska, jako buntowników. Do pomocy wzywano zwykłą towarzyszkę polityki rosyjskiej—intrygę. Ponieważ Konfederacja obejmowała przeważnie Podole i Ukrainę, rozpuszczano pogłoski, że konfederaci mają niszczyć ludność prawosławną. Była to woda na młyn Melchizedeka, który wiadomość tę zakomunikował swemu zastępcy w monasterze. To też gdy jacyś rabusie na początku maja 1768 zrabowali monaster, biskup Perejasławski prosił Wojejkowa, aby ludności i czerńców bronił od „Konfederatów". W kilka tygodni potem rabunek się powtórzył, hołota rozpędziła czerńców, a jako dowód, że to byli Konfederaci, przytaczano, iż byli „w polskiem ubraniu". Nie było tajemnicą kozacką, że haj- damacy ubierali się w ornaty i w chałaty żydowskie i w tem ubraniu wyprawiali orgje pijackie. Nic to nie pomogło, że w całej okolicy Konfederatów nie było. Oni byli potrzebni Melchizedekowi.
Próba sprowadzenia „hołoty" z Gardu nad Bohem, czyli właściwie z Bohogardowej polanki, z czem się Zaporożcy niby z dobrej woli narzucali, była niczem innem jak tylko chęcią zwiększenia watahy, formowanej już przez Żeleźniaka i innych. Nie udała się ona skutkiem wykrycia, bo inaczej już może o rok wcześniej rozpoczęłyby się te wypadki, które się zakończyły zdobyczą Humania i rzezią mieszkańców. Że to był zamach, na większą skalę zakrojony przez Zaporożców, świadczy ta okoliczność, że z wczesną wiosną roku 1768- zagony hajdamackie jak na komendę zjawiły się w powiatach Czerka9kim, Czehryńskim a nawet Wasylkowskim i Ta- raszczańskim i rozpoczęły od rabunku i mordowania szlachty, a watażkami tych band byli przeważnie Zaporożcy. Żadnych celów politycznych watażkowie ci nie wyjawiali, bo z pewnością na te hasła nie byliby pociągnęli za sobą ani włóczęgów szwendających się po pałankach zaporoskich, ani włościan, a nawet o tych celach sami nic nie wiedzieli. Hasło zaś rabowania od dłuższego czasu było już bardzo popular- nem, a cała polityka jego streszczała się w słowach: „rizaty i hrabowaty". Można z pewnem prawdopodobieństwem przypuścić, że cele polityczne, acz bardzo niejasno, ujawniły się dopiero w Humaniu, po zdobyciu miasta. Akcja zaporoska za pośrednictwem Żeleźniaka była prowadzoną równolegle do akcji Melchizedeka, opierała się zaś o nią o tyle, że — z początku tylko, w celu zjednania wielkiej masy ludności, posługiwała się hasłem „obrony prawosławja", które wkrótce zeszło zupełnie z pola jako czynnik agitacyjny.
Nie można było nigdy wywołać na Ukrainie większego ruchu antispołecznego i antipaństwowego jak tylko powołaniem ludności na swawolę, na „swobodę". Żyjąca od wieków w absolutnej niezależności, ludność ukraińska uważała wszelką władzę, wszelkie prawo, wszelkie zobowiązania za ucisk, za krępowanie „swobody", i przy pierwszej nadarzającej się sposobności, w imię tego hasła gotową była do walki, która ze stanowiska każdego państwa niczem innem nie była jak tylko buntem i anarcbją. Potrzebne było hasło popularne. Najdostępniejszem dla ludności, wychowanej w takich warunkach, było nawoływanie do rabunku. W ten sposób objawiała ona reakcję przeciwko narzuconemu jej porządkowi społecznemu. Hasło obrony religji było nietylko dla szerokich mas ukraińskiej ludności drugorzędnem, ale zrozumiałem o tyle, o ile łączyło się z hasłem bardziej realnem.
Kto stawał wobec ludu z hasłem zemsty i nienawiści, kto mu gadał o obronie jego nprawM, które były niczem innem jak bezprawiem i swawolą antispołeczną, ten mógł być zawsze pewnym sympatji mas, jakie dzięki swemu małemu stopniowi wykształcenia politycznego i państwowego, stoją zawsze na stanowisku skrajnie egoistycznem, klaso- wem, a często antinarodowem nieświadomie. Tę psychikę
Kozaczyzna ukralooa. 15
lada znają dobrze podżegacze różnego rodzaju i posługują się nią dla różnych celów. Nienawiść, którą wzywano do pomocy t o tyle odnosiła się do Polaków, że innej narodowości na kusi nie było, a jeśli mówiono o Żydach, którzy padali ofiarą zemsty ludowej, to wobec nich czynnik religijny, obok materialnego zysku, odgrywał największą rolę. Największą winą żydów było, że „Chrysta zamuczyły**. Szlachcic polski na Ukrainie posiadał ziemię i żył z ziemi, ale nie z frymarki, oszustwa i handlu jak żyd, który, jako wieczny tułacz i włóczęga, gromadził tylko pieniądze, bo za nie mógł kupić bezpieczeństwo i prawo dalszego bogacenia się. Jeżeli przeto w szlachcicu, w Lachu widziano pierwiastek władzy, która lud w jego pojęciach o swobodzie krępowała, to na żyda patrzono jak na worek pieniędzy, który przedewszystkiem rabowano.
Lud ruski od wieków posługiwał się jednakiem hasłem antispołecznem—nienawiścią i rabunkiem, i w ten sposób manifestował swoją opozycję, a tern chętniej stawał pod tym swoim sztandarem, gdy się mógł powołać na prawo, po swojemu rozumiane. Takie prawo stanęło przed nim na wiosnę 1768 w formie ukazu Katarzyny II. Miał to być ukaz wydany z datą 9—20 czerwca 1768 z Petersburga na imię Maksyma Żeleźniaka, pułkownika i atamana zaporoskiego, polecający wyrżnąć wszystkich Polaków i żydów, zabraniający jednak prześladowania i rabowania cudzoziemców, przebywających dla handlu. Ukaz był podpisany przez carowę i kontr- asygnowany przez „Piotra Kalniszewskiego ze świadkami*4. Zupełna nieznajomość formuły ukazu, ani tytułów świadczą najwymowniej o tern, że był fałszowany, czemu zresztą rząd rosyjski nie zaprzeczył. Watażkowie hajdamaccy, jak Maksym Szyło, Semen Nieżywy i inni, którzy dla rabunku włóczyli się w kilku powiatach Kijowszczyzoy, powoływali się na „Złotą hramotęu. 0 istnieniu jej mówili wszyscy, oglądało ją wielu. Niektórzy nawet utrzymywali, że drukowana była złotemi literami, stąd „Złotą*4 zwana. Dla poparcia swoich donosów o prześladowaniu prawosławja, Melchizedekowi potrzebny był akt zbrojnego wystąpienia ludu, co wydawało mu się tern łatwiejszem, że o gromadzeniu się hajdamaków wiedział. Pomysł napisania złotej hramoty był jego pomysłem. Świadkowie, ludzie współcześni i opinja publiczna
zgodnie twierdzą, że wyszła ona z kuźni Melchizedeka. Jedni utrzymują, że pisał jakiś Mołdowan, mnich Motroneński, na polecenie Melchizedeka, drudzy, że sam ihumen ją napisał (,,a pysaka buw dobryj"). Pisarz rosyjski Skalkowski, będąc w posiadaniu archiwum Siczy, twierdzi, że Melchizedek pokazał Kalniszewskiemu hramotę Katarzyny II, nakazującą Wojsku Zaporoskiemu dopomagać wszelkiemi środkami „cierpiącej" cerkwi. Pisarz Hłoba, przeczytawszy ją, odradzał Koszowemu brania udziału; gdyby Carowa życzyła sobie tego, przysłałaby ukaz bezpośrednio do Koszowego, nie posługując się pośrednictwem.
Nie wyglądało to wszystko jednak tak cnotliwie jak się wydaje. Zaporoże w owym czasie było mocno niezadowolone z rządów Rosji, która urwała mu część dawnych ziem pod swoje osadnictwo i stare zwyczaje zaporoskie niszczyła. Między Starszyzną zaporoską powstał plan zamachu, który miał na celu zamordowanie Kalniszewskiego, wybranie innego Koszowego, wymordowanie rosyjskiego garnizonu i „szukanie nowych panów". To wszystko mogło być w związku z wystąpieniem
Żeleźniaka, o czem oczywiście Melchizedek nie wiedział. 0 co innego chodziło jemu, a o co innego Zaporożcom. Należało przedewszystkiem wywołać większy ruch ludowy, co też udało się zrobić Żeleźniakowi przy pomocy pomniejszych watażków.
Przeszłość Żeleźniaka dość urozmaicona. Umiał czytać, pisać, służył przy artylerji zaporoskiej. Ale duch niespokojny nie trzymał go na miejscu. Wymykał się z Siczy i „arga- tował", czyli wynajmował się jako robotnik do rybołówstwa na Niżu Dnieprowym. Zaglądał także do Oczakowa, gdzie gorzałkę sprzedawał.
Wyszedł on ze swoją watahą z lasu Motroneóskiego w końcu kwietnia 1768, stamtąd przez Medwedówkę, Żabo-
tyn do Smiły i Czerkas. Do watahy przyłączali się z sąsiednich wsi hultaje, robotnicy gorzelniani i niespokojniejsze żywioły ze wsi. Zrabowano Smiłę, nie robiąc różnicy między panami, popami, chłopami, mieszczanami. Każdy był nieprzyjacielem, kto jakikolwiek majątek posiadał. Po zwycięstwie w Smile poszedł pod Czerkasy, gdzie zamordowano gubernatora, a zrabowano ludność. Padły ofiarą Korsuń, Moszny. Znęcano się w najokropniejszy sposób. Ubodzy parochowie uniccy postrzelani i okrwawieni na szubienicy świadczyli —
- prześladowaniu prawosławja. Pierwszem pytaniem tych obrońców było: gdzie są pieniądze? Potem—poczęto szukać: rozbijano komory chłopskie, dwory „pańskie44, piwnice, spiżarnie dworskie, rozbijano kłódki żelazne, wywalano drzwi, wiercono ziemię po piwnicach, szukając „hroszy44. Zabierali przedewszystkiem złote i srebrne rzeczy, ale nie gardzili ni- czem. Dążąc ku Łysiance, Żeleźniak w ten sposób wszędzie „bronił prawosławja".
Bezbrzeżna hulaszczość i swawola hajdamaków przechodziła wszelkie granice. Jeden z uczestników watahy, jakiś Hałaburda, wskoczył do beczki z wódką i chlał, aż się upił do nieprzytomności. W drugiej wsi, o kilkanaście wiorst odległej od pierwszej, znowu się upił „do należytości44
- w stanie nieprzytomnym zamordował żyda arendarza. Z takich ludzi składała się wataha Żeleźniaka.
Upojony zwycięstwami, zwiększywszy watahę swoją pijacką czernią, obryzgany krwią, zdążał Żeleźniak do Ły- sianki. Tu dopuszczano się najwstrętniejszych nadużyć. Gdy zdobyto zameczek, ludność chować się poczęła. Niektórzy na dachu szukali schronienia — tych z dachu strącano na podstawione spisy. Bawiono się hucznie i wesoło. W ten sam sposób zrabował Korsuń, Bohusław. Jeden z pomocników Żeleźniaka, Nieżywy, najbardziej dziki watażka, gdy mu Kaniowski zameczek poddać się nie chciał, podpalił domy podmiejskie, chociaż należały do ludności prawosławnej. Inny bohater, Szwaczka, którego unieśmiertelnił Goszczyński, haj- damaczył pod Fastowem, Bohusławiem, Wasylkowem, Woło- darką, nie przepuszczając ani klasztorom, ani kościołom. Inny bohater, Bondarenko prosił popa: „pobłogosław ojcze, abym się mógł zabawić w mojej wsi rodzinnej" — a pop krzyżem świętym żegnał łotra i błogosławił.
W krwawym tryumfie postępował Żeleźniak ku Humaniowi. Była to jedna z mocniejszych twierdz kresowych, stolica ogromnego obszaru ziemi, zwącego się Humańszczyzną, będąca własnością Szczęsnego Potockiego. Tu się mieścił główny zarząd dóbr Potockich, a rozruchy hajdamackie spędziły ludność z najdalszych okolic, szukającą bezpieczeństwa pod osłoną twierdzy. Zwieziono tu wszystko, co kto miał najdroższego. Przepełnienie było ogromne. Po za miastem utworzył się osobny obóz zbiegów, których miasto pomieścić nie mogło. Według rachunku ludzi współczesnych było tam około 8 tysięcy ludzi. Do obrony zameczku rządca i zastępca Potockiego, Mła- danowicz, posiadał garnizon, złożony z 600 ludzi, w którym było 300 dragonów. Oprócz tego była t. zw. milicja zielona, wybierana z ludności wiejskiej i przeznaczona dla konfederatów i milicja nadworna, na czele której stał pułk. Obuch. Oprócz tego komisarz ze Spiczy- niec przyprowadził 500 kozaków, a milicji zielonej było 200—tak, że siła obronna Humania była dość znaczną, jeśli zważymy, że niektóre miasteczka nadesłały swoje milicje. Naogół można przyjąć na Humań 2600—2700 żołnierzy pod dowództwem Obucha i Gonty. Żeleźniak miał pod sobą 30 chorągwi i 15 dział. Współcześni obliczali siły jego na 4000 zbrojnych i mających działa hajdamaków, a drugie tyle było na zagonach w najbliższej okolicy.
Gdy się Żeleźniak zbliżał do Humania, uprzedzono Mła- danowicza, że Gonta zdradza, że tajemnie porozumiewa się z hajdamakami! Gonta wypierał się. Miękki i niedołężny
Mładanowicz kazał mu przysięgać, że — nie zdradzi. Gonta trzy razy przysięgał: przed krucyfiksem, pod harmatą i przed wyjściem do obozu przeciwko hajdamakom, ale zdradził—raz tylko- Przed wyjściem w pole przyjął od żydów w podarunku półmisek złotych, podziękował, zaręczył, że będzie wiernym— i zdradził. Przed wyruszeniem Gonty do obozu jeszcze przestrzegano Mładanowicza, że łotr zdradzi. Trzeba go ująć i łeb uciąć. Na nic przestrogi, gdy człowiekowi brak siły.
Przez cztery dni nie było żadnej wiadomości od Obucha. Na Gontę przestano liczyć. Ale samo milczenie było złą wiadomością. Poczęto radzić, co robić. Ale panika i upadek ducha były tak wielkie, że inni woleli modlić się, niż radzić. Pod Papużyńcami Gonta połączył się z Żeleźniakiem. Obuch był już tylko pułkownikiem — bez wojska. Kozakom więcej uśmiechał się rabunek, niż wierność. W przykładnej zgodzie przeto obaj watażkowie poszli—,,Humań hrabowaty"— jak się wyrażała pieśń ludowa.
Najprzód rozpoczęła się rzeź obozu pod Grekowym laskiem. Zwycięstwo było łatwe, bo ludność bezbronna.
Po rzezi w obozie poczęło się miasto zbroić—czem kto mógł. Kobiety przeważnie rzuciły się do kościołów i modlitwy, urządzono procesje błagalne o miłosierdzie. Śród ciemnej nocy resztka kozaków, jaka jeszcze pozostała w Humaniu, uciekła do obozu hajdamackiego, gdzie odbywały się zabawy i pijatyka. W mieście zatem brakło żołnierza, amunicji, a nawet wody. Miodem, piwem, wiśniakicm gaszono pragnienie. Lenart, jeden z nielicznych ludzi, którzy nie stracili przytomności, prosił Mładanowicza, aby mu pozwolił zrobić wycieczkę i wyrżnąć pijanych hajdamaków — ale nadaremnie. Sprowadzeni na rozkaz Gonty włościanie ze wsi okolicznych pod rąby wali dębowy ostrokół zameczku. Gonta zdołał przekonać Mładanowicza, że działa z rozkazu Carowej, „gwarantki Uzpltej" i pokazał mu chorągiew z portretem Katarzyny II i ukazem. Wobec tego poddano się, ,,prosząc na chleb i na sól“ hajdamaków. Krwawe to było powitanie. Wyrządzono zapraszającym rzeź tak bestjalską, o jakiej nie słyszano nawet za czasów Chmielnickiego i Turków. Kobiety gwałcono publicznie w kościołach, księży zabijano przy ołtarzu, małe dzieci porywano na spisy i rzucano, żydów, zamkniętych w piwnicach, dymem duszono. Mładanowicza zarżnięto jak barana, obrządu chrztu dokonywali przemocą. Po takiej uczcie hajdamackiej, rozpoczęła się wesoła zabawa obozowa. Przed bramą bóżnicy ustawiono działa i strzelano do wnętrza. Gonta zażądał od żydów okupu, przyniesiono go, zabrał wszystko, a. żydów precz wyrzucił. W obozie grała muzyka—na trzech teorbanach, a Gonta z Obuchową tańcował. Wszyscy ocaleni—na znak wdzięczności zapewne — musieli tańcować. Z rzeczy zrabowanych ułożono wysokie ,,mogiły"— jak powiada współczesny człowiek, — sukna, bławaty, futra, odzienie. Połamanego srebra było sześć skrzyń. Z tego połowę zabrał ŻeleŹDiak i odprzedał jakiemuś kupcowi z Kijowa. Dwoje dzieci Mładanowicza ocalało przed mściwym nożem Gonty. Zlitował się nad niemi jakiś stary włościanin i prosił, aby mógł wziąć do siebie. Gonta ze złością rzekł do niego: „Zabierz sobie tych dwoje psiaków". „Podarowałeś panie wojewodo te dzieci? — spytał". Gonta odpowiedział: „niech idą do czorta!"
Repnin, dowiedziawszy się, że włościanie koło Białej Cerkwi i Humania zbuntowali się, kazał „łagodnemi środkami skłonić ich do powrotu do domu", ale, przekonawszy się, że ruch ma groźniejszy charakter, kazał „gasić siłą zbrojną".
To też wkrótce rozpoczęło się gaszenie.
Kreczetnikow wysłał pod Humań pułk. Kołogriwowa, a następnie Gurjewa. Kołogriwow zajął stanowisko wyczekujące, stosownie do pierwszej instrukcji. Stanął obozem obok hajdamaków i utrzymywał przyjacielski stosunek z Żeleźniakiem i Gontą. Porucznik powiadał, że po to przyszedł, ażeby cały kraj na Kozaczyznę przerobić, a króla przymusić, aby nie lackim, jeno kozackim królem nazywał się. Po zwycięstwie hajdamacy już się nie ukrywali ze swojemi planami. Plan Kołogriwowa zyskuje pochwały Gonty. Rozczulony zaprasza go do siebie do Rosuszek.
Nadzieje te popsuło przybycie Gurjewa z innemi już instrukcjami— „najśpieszniejszego rozbicia i pochwytania hajdamaków". Rano przyjechał Gonta, ażeby z Kołogriwowym do Rosuszek jechać, nie wiedząc o tern, że hajdamacy, upojeni gorzałką przez Dońców, śpią. Porucznik kazał podać herbatę, ale pił sam, Gonty nie prosił, a gdy ten oświadczył chęć napicia się, porwał się od stołu i w twarz parę razy^woje- wod^humańskiego uderzył. Było to znakiem dla służby, która, wszedłszy do namiotu Gontę w dyby zakuła. JDoócy i kara- binjerzy rzucili się na hajdamaków, poczęli ich wyłapywać, w dyby zakuwać i wiązać. Kto był trzeźwiejszy, zdołał uciec. Do południa już było po „panowaniu** hajdamaków. Przy pierwszem spotkaniu się Gonty i Żeleźniaka przy salwach
|
Plan Humania. |
armatnich i z rusznic, Maksyma Żeleźniaka obwołano hetmanem, Gontę — pułkownikiem i wojewodą, obaj zaś zostali obdarzeni przez czerń tytułem „książąt". Żeleźniak dostał tytuł „księcia Smilańskiego", Gonta zapewne — Humańskiego. Jakiś Ułasenko ustanowiony rządcą Humańszczyzny. Obdarzeni temi tytułami przez czerń hajdamacką, wyruszyli pod
Humań. Przedtem jeszcze rozpoczęła się pewnego rodzaju organizacja wojska bardziej prawidłowa. Żeleźniak wydzielił z szeregów czerń nieuzbrojoną i odesłał do domu, a kozaków nadwornych i innych nazwał „wojskiem zaporoskiem*.
Moskwa najnieoczekiwaniej przecięła te marzenia.
Branicki, który z garstką wojska także był wysłany na uspokojenie buntu, przyszedł już po ukończonej przez Moskali uczcie i nie zdążył nawet pokazać się pod Humaniem. On tylko dzielnie uspokajał „bunt Konfederatów". Stał pod Serbami.
Według raportu Gurjewa, zgodnego zresztą z zapiskami naszych pamiętnikarzy, z obozu hajdamackiego pochwycono i uwięziono 780 kozaków polskich i 65 zaporoskich, reszta zdołała umknąć. Oprócz tego wzięto 14 dział, ogromną liczbę broni, strzelb, tysiąc koni i wiele innych rzeczy. Toby dowodziło, że było o wiele więcej niż Gurjew wykazał, musieli to być wszakże chłopi lub ,,hołota", która, porzuciwszy broń, umykała piechotą. Hajdamaków wyłapywano jednak dalej. We dwa dni później, t. j. 24 czerwca schwytano jeszcze 900, 5 lipca 50 Zaporożców, 12 lipca 120 hajdamaków, 18 go 225. Kołogriwow przyprowadził 309 hajdamaków i 45 Zaporożoów. Liczba zatem zatrzymanych przekroczyła 2000 o wiele.
Gdy Gontę z pierwszą partją odprowadzono do Serbów, do obozu Branickiego, Żeleźniak z małym oddziałem zdołał umknąć. Miał przy sobie zaledwie 20 hajdamaków. Po drodze wataha ta zwiększała się. Umykali najprawdopodobniej w kierunku Wołoszczyzny, ku granicom Turcji, bo w kilka dni po katastrofie, Żeleźniak już hajdamaczył między Siną wodą a Kody mą. Ludność polska i żydowska przestraszona, uciekała do pobliskiej Bałty. Żeleźniak zażądał jej wydania, a gdy Kajmakan odmówił, zdobył miasteczko i w pień wyciął, zasłaniając się tern, że jest częścią Wojska Zaporoskiego, wysłanego przez Koszowego dla niszczenia Lachów i żydów pokazując dla swojej obrony znany już nam „ukaz". Wataha, zgromadzona po drodze przez Żeleźniaka składała się z najgorszych wyrzutków społecznych, którzy o wojskowości pojęcia nie mieli, nie umieli obchodzić się z bronią i działami. Gdy Żeleźniak „wypoczywał" pod Bałtą, nadeszła Kajmaka- nowi pomoc tatarska. Niedowierzając widocznie siłom swoim. Żeleźniak rozpuścił swoją watahę, a sam, tułając się na stepie, natknął się na huzarów pułkownika Czorby i został aresztowany. Jenerał-gubemator Wojejkow miał ukaz wysłania go do Nerczyńska, ale wkrótce przyszedł drugi ukaz, polecający sądzić hajdamaków. Miano ich odesłać do Bałty, gdzie na miejscu zbrodni powinna była mieć miejsce egzekucja. Miało się odbyć to „hańbiące widowisko" w końcu września. Żeleźniak nie został jednak stracony, prawdopodobnie knutowany tylko, gdyż dawny ukaz — wysłania go do Nerczyńska — utrzymał się. Żeleźniak w drodze, wraz z innymi, rozbroił konwój i umknął. Złapany jednak wkrótce i przyprowadzony do Moskwy, znowu knutami ukarany został. Dalsze jego losy już nieznane.
Gonta, jako poddany polski, wysłany został do obozu pod Serby, gdzie badany i zasądzony na barbarzyńską karę— darcia skóry pasami. Równie dzika kara spotkała innych hajdamaków, większość zaś rozesłano do rozmaitych miast na roboty forteczne.
Bunt Żeleźniaka nazwaliśmy ostatniem echem kozackich marzeń. Stłumione doszczętnie na Zadnieprzu, w Hetmań- szczyźnie, odbijały się one jeszcze głucho i niewyraźnie na Zaporożu. które, ograniczane w swoich prawach coraz bardziej przez Rosję, skorzystało z awantur, wywołanych na tle religijnem, aby ten ruch ludowy wyzyskać na swoją korzyść. Gdyby nie wmieszanie się Rosji, która lepiej i trafniej od rządu polskiego oceniała znaczenie tego ruchu, byłby on przybrał szersze rozmiary. Ale łudzili się Zaporożcy, przypuszczając, że może on dosięgnąć tego stopnia, do jakiego doszedł za Chmielnickiego, bo jeżeli w Rzpltej z braku wojska i przy rozluźnieniu wewnętrznem, możliwy był ruch ludowy bodaj na niewielkim obszarze, to na Zadnieprzu biurokracja moskiewska, wojskowa i cywilna, tak mocno zaważyła nad całem społeczeństwem, że o jakiejkolwiek poważnej opozycji, a tembardziej orężnej, mowy być nie mogło.
Echa swawoli kozackiej nie rozbiły się o huk dział Te- keliego, rujnującego Sicz zaporożną, nie zginęły z jękiem Gonty pod Serbami, z włóczęgą Żeleźniaka na Sybir; one długo jeszcze odzywały się tu i tam wśród ludności, ale już o innym charakterze.
Nie będziemy się interesować teraz losami rozbitków Siczowych po za granicami już państwa rosyjskiego, ale nie możemy pominąć tych ostatnich odgłosów 18*go wieku, jakie w roku 1789 niepokojem i hukiem napełniły prawie cały Wołyń i wywołały utworzenie osobnej Komisji do zbadania przyczyny i charakteru tych drgań niewyraźnych, jakie w życiu tamtejszego ludowego społeczeństwa spostrzegamy.
Jeśli w buncie hajdamackim, jaki się rozwinął na Ukrainie stepowej, nie można dopatrzyć żadnych przyczyn natury ekonomicznej, to na Wołyniu położenie chłopa było pod tym względem o wiele gorsze. System pańszczyźniany i folwarczny nie tylko oddawna wziął górę nad systemem czynszowym, ale w porównaniu z położeniem ekonomicznem ludności na Rusi stepowej,—wydawał się ciężarem i uciskiem. Nic dziwnego przeto, że burzyła się ludność wołyńska, która nie tylko wiedziała, co się działo przed dwudziestu laty w Humaniu, ale według pojęć której Gonta i Żeleźniak urastali do roli bohaterów dla tego jedynie, że „rizały paniw-, to jest tę samą warstwę społeczną, która ciążyła także nad losem ludu wiejskiego na Wołyniu. Gonta zatem i Żeleźniak otoczeni byli aureolą bohaterstwa i męczeństwa, uważani za ideowych obrońców ludu, a ultrademokratyczni historycy ruscy i rosyjscy do niedawna tylko z tego stanowiska idealistycznego oceniali Kozaczyznę i Hajdamaczyznę. W głębi duszy wołyńskiego chłopa żyło niejasne oczekiwanie przyjścia nowego Gonty lub Żeleźniaka i nieraz, w chwili odpowiedniego nastroju, wyrywało się groźbą lub życzeniem. O Żeleźniaku mniej mówiono, o Goncie często, może dla tego, że w brzmieniu jego nazwiska wyczuwało się raczej brzmienie wołyńskie, niż ukraińskie.
Humańskiego Gonty już nie było, ale marzenia ludu skupiły się koło jego syna, tak samo jak koło synajŻeleźniaka. Przyczynił się do tego niewątpliwie drogą pośrednią słynny pamflet polityczny przeciwko Ponińskiemu skierowany, a znany i rozpowszechniony jako „Suplika sukcesorów Gonty i Żeleźniaka*4. Syn Gonty nazwany w niej Wasylem, a Żeleźniaka Iwanem. O tej „Suplice- mówiono wszędzie, a dla prostego umysłu chłopskiego nie cele polityczne pamfletu, których nie rozumiał, lecz nazwiska same przypominały jego dolę i budziły nadzieje na krwawy odwet. Nadzieje te opierały się o Rosję. Rosja odgrywała rolę opiekunki Rzpltej, „gwarantki" jej wolności. Sieć intryg, rozrzucona przez nią, wichrzyła w dwojakim kierunku: przez płatnych agentów Repnina, obficie wyławianych śród szlachty i panów, i przez agentów śród duchowieństwa prawosławnego, jakimi byli Koniski i Sadkowski z mnóstwem swoich różnorodnych pomocników. Pierwsi agitowali od góry, drudzy od dołu, śród ludu. Pierwsi dla celów polityki używali złota, drudzy — posługiwali się ciemnotą ludu, rozgłaszając, że tylko Rosja wybawić może z niewoli lackiej, ale trzeba ażeby lud wyrżnął Lachów, jak to zrobiono na Ukrainie. Agitacja tego rodzaju korzystała z rozdwojenia religijnego, panującego na Rusi, a więc i na Wołyniu. Między kościół rzymski i grecki wbity został klin unji. Dotykał on wprawdzie obu stron ciała, ale rozsadzał jedność państwową, rozbudził nieufność, nienawiść narodową i w imię połączenia dusz ludzkich w niebie, rozdzielił je na ziemi.
Śród ludności wiejskiej szerzyły się pogłoski, że Carowa przyszłe wkrótce syna Gonty, ażeby znowu wywołać bunt przeciwko „panom“ i rzeź, a w tym celu przysyła już gotowe— może nawet poświęcane—noże. Pogłoski te szerzą i jakoby rozwożą noże osobni wysłańcy z Rosji—zwani „ofieni“ i „mar- kietanci", z rosyjska ,,korobiejniki“ —drobni handlarze, którzy swój towar dźwigają na plecach od wsi do wsi. We wsiach zatrzymują się przeważnie u popów unickich, to też dzięki tym pogłoskom duchowieństwo unickie padło przedewszyst- kiem ofiarą podejrzeń.
Impulsem do zbadania tej całej sprawy posłużył tragiczny wypadek jaki się stał w Niewierkowie, w pow. Łuckim w majętności Jana Welczyńskiego. Dwoje ze służby jego domowej z zemsty osobistej wymordowali całą rodzinę. Wypadek ten poruszył całe szlacheckie społeczeństwo Wołynia i dał początek do szukania głębszej, niż osobista, przyczyny. Zachowanie się Rosji wobec Rzpltej, jawne prawie dążenie już nie zagarnięcia państwa polskiego pod swój wpływ polityczny, lecz do oderwania od niego tych części, które z tytułu jedności religijnej z Rosją uważane było za słuszne, wywoływało śród szlachty wołyńskiej trwożliwe nastroje. Kilka pogróżek, w rodzaju tych, że „trzebaby sprowadzić syna Gonty", kilka może pijackich przechwałek, wybiły zupełnie z równowagi społeczeństwo wołyńskie. Przesuwało się przed jego oczyma krwawe widmo Koliszczyzny, ciągnął się długi orszak pomordowanych ofiar i nic dziwnego, że przerażał ludzi. Nauczeni przykładem bezbronności Ukrainy, mieszkańcy zażądali zorganizowania osobnej Komisji dla zbadania całej sprawy, a dla samoobrony, bodaj doraźnej, utworzyli milicję.
Ogromne wzburzenie wywołały zeznania parocha unickiego z Suska, Łukajewicza, który oświadczył, że nietylko na własne oczy oglądał wysłańców moskiewskich, namawiających do buntu i oświadczających, że Wołyń przejść ma wkrótce pod panowanie Rosji, ale widział nawet coś podobnego do ukazu carowej. Zeznania te pociągnęły za sobą nietylko większą czujność Komisji, ale i przerażenie. Skutki zdenerwowania były bardzo ciężkie, bo z jednej strony padło ofiarą przeważnie duchowieństwo unickie, jako utrzymujące niby potajemne stosunki z Rosją za pośrednictwem mitycznych prawie „ofeniów“, a z drugiej — pociągano do zbyt surowej odpowiedzialności te jednostki z ludu wiejskiego, które głośno wypowiadały swoje pogróżki lub niezadowolenie. Kilku księży unickich, a nawet chłopów ukarano bądź karą śmierci, bądź więzieniem.
Że zamachu zorganizowanego w tej całej sprawie nie było — to nie ulega najmniejszej wątpliwości, jak również i to, że agitacja Koniskiego i Sadkowskiego między duchowieństwem nie mogła pozostać bez skutku o tyle, że budziła jakieś niewyraźne nadzieje i również mało słuszne narzekania ludności wiejskiej. Brak przecież faktów, świadczących o wyraźnej organizacji, nie był jednak dowodem, że w razie lekceważenia i zaniechania ostrożności, mogłoby było przyjść do groźniejszego wybuchu.
Uderzającą w tej całej sprawie była jedna okoliczność: brakowało prawie zupełnie winy „ofeniów*, którzy byli po- prostu wędrownymi kupcami, posiadającymi sklepy swoje — na własnych plecach. Mówiono o nich, ale nie oni. Kilka noży kuchennych, sprzedanych chłopom, nie mogło stanowić zbyt alarmującego precedensu.
Przestrach zarówno komisarzy, jak i szlachty był wielki i objawiał się w wyrokach niekiedy zbyt surowych, ale na obronę Rzpltej trzeba i to podnieść, że Sejm, obradujący w Warszawie, zabronił komisarzom karać śmiercią.
Do żadnego antiszlacheckiego ruchu ludności ani w roku 1789, ani później nieco, gdy okoliczności były bardziej dla ludu sprzyjające, nie doszło. Z jednej strony objawiało się za wiele goryczy, z drugiej—za wiele lęku zbyt hałaśliwego. Polityka jednak Rosji nie zaniedbywała żadnego środka agitacyjnego, ażeby z jednej strony podburzyć i źle usposobić ludność ruską wobec „panów", a z drugiej budzić śród niej niewyraźne, mgliste nadzieje opieki i pomocy północnej Se- miramidy, która im raj na ziemi zgotuje. Takie mącenie wy* starczało prostym, bezkrytycznym umysłom ludu wiejskiego do samołudzenia się na te tematy.
Opieka ta wkrótce rzeczywiście przyszła w formie takiego przymocowania chłopa do ziemi, jakie już istniało w Rosji, to jest chłop stał się rzeczą, nieruchomością, którą można było kupić i sprzedać z ziemią, a często gorzej jeszcze, bo sam przez się, jako jednostka, mógł byćobjektem dowolnego, prawnie dozwolonego handlu.
Tak skonało na Wołyniu ostatnie echo hajdamaczyzny. Tu hajdamaczyzna zrodziła się i tu zakończyła swój żywot. Ale idea hajdamacka była wykwitem tatarskiego i tureckiego, wogóle turańskiego wychowania historycznego ludności ruskiej. Ona zniknąć tak prędko nie mogła i jeszcze długo w rozmaitej formie przeznaczone jej było wybuchać.
KONIKC.
Od autora.............................................................................
- Ruś—Rusini. Ukraina — Ukraińcy. - . . . .
- Geneza Kozactwa. Warunki fizyczne i etniczne
życia stepowego . .........................................................
- Pierwszy okres wystąpienia Kozaczyzny na arenę
dziejową...................................................................
- Początki walki o klasowość Kozaczyzny . . . .
- Walka Kozaczyzny z Rzpltą o wyodrębnienie się
klasowe i terytorjalne................................................
- Powrót do Polski......................................................
- Degeneracja walki o autonomię Ukrainy. . . .
- Zanik Kozaczyzny Kijowskiej...................................
- Sicze Zaporożne od początku aż do ostatecznego skasowania ich
- Hajdamaczyzna 18-go wieku.....................................
- Wybuchy Koliszczyzny............................................
NIEKTÓRE DZIEŁA HISTORYCZNE TEGOŻ AUTORA
Wydane osobno:
SKARBCZYK POLSKI. Krótka hiatorja dla dzieci (M. 1LN1CKA 1 Fr. RAWITA). Poznań 1895.
L'ST ROJ PANSTWOWO-SPOLECZNY RUSI xv XI i XII WIEKU W ZARYSIE. Lwów 1898.
ZORYAN DOŁĘGA CHODAKOWSKI. JEGO ŻYCIE I PRACA. Lwów 1898.
SADYK PASZA (Michał Czajkowski). Zarys biograflezno-literacki. Petersburg 1899.
H1ST0RJA RUCHÓW CHAJDAMACK1CH. 2 tomy. BRODY F. West. 2-g1e wydanie
ROK 1863 NA RUSI. I. Ruś Czerwona 1 Wschód. Lwów 1899.
- Ukraina, Wołyń 1 Podole. Lwów 1903.
STUDJA I SZKICE HISTORYCZNE. Serja I. Lwów 1003. Treść: Rzut oka na stosunki w Ks. Warszawskiem. Uposażenie rzymsko-katolickiego duchowieństwa na kresach ukraińskich. Ostatnie lata życia Sadyka Paszy. Kartki z hlstorjl szkolnictwa w Rosji. Rodzina Hurków. Uprawa wtna w Polsce. Adam Mickiewicz na Wschodzie. Wycieczki hlstoryczno-archeologiczne po Ukrainie. Józef Oleszklewlcz. Liberał l polityk ze szkoły rosyjskiej.
- Serja II, Lwów 1904. Trość: Losy wielkiej fortuny na kresach ukraińskich. Filip Orlik, nieznany hetman kozacki. Kartki z życia społeczeństwa kresowego. Prawo bartne XV w. Pogląd na hlstorję rolnictwa w Polsce. Siabrostwo, jako forma władania ziemią. Ludowe sądy kopne na Polesiu. Przygoda Imci Pana Sienkiewicza. Kilka słów o rodzinie 1 miejscu rodzlnnem Tarasa Szewczenki.
STUDJA I SZKICE HISTORYCZNE (Kijów, legendy, podania, dzieje) Warszawa—Kijów. 1915. Treść: Biskupstwo rzymsko-katolickie w Kijowie. Zakon O.O. Dominikanów w Kijowie. Zamek Kijowski. Złota Brama w Kijowie. Czy biskup Krakowski Stanisław był 9ynem Włodzimierza K-cla Kijowskiego. W Jakiem miejscu był Zameczek Rów, zrojnowany w czasie napadów tatarskich w połowie XV w.? 0 wygasłym rodzie Słuplców. Dzikie konie na ponlziu czarnomorskiem Fastów i Faszczowle.
BOHDAN CHMIELNICKI. T. I. Do elekcji Jana Kazimierza. Lwów 1906,
PRÓBA UGODY Z RUSIĄ (POSELSTWO B1ENIEWSK1KGO). Od śmierci Chmielnickiego do ugody Hadzlacklej. Lwów 1907.
KONFEDERACJA NARODU POLSKIEGO 1876 r.
HENRYKA PUSTOWOJTOWNA. Lwów 1911.
MATERJAŁY DO HIST0RJI POLSKIEJ XIX W. Działalność emigracji z r. 1831 na terenie Turcji. 1911.
WŁODZIMIERZ ANTONOWICZ. Zarys jego działalności społeczno-politycznej i historycznej. Lwów 1911.
EMIL 0L1V1ER. Ze wspomnień ministra. (R. 1863) Lwów 1911.
ANDRZEJ TOW1ANSKI I T. A. RAM. Kartka z hlstorji mistycyzmu religijnego w Polsce. Lwów 1911,
SPRAWY 1 RZECZY UKRAUNSKIE. Materjaly do hbtorjl kozaczyzny 1 hajdamaczyzny. Lwów. 1914.
WILK0ŁACY i WlLKOLACTWO. Próba oświetlenia genezy mitu. Warszawa 1914.
ZAKON 00. DOMINIKANÓW W KIJOWIE. 1913.
WYPKAWA WOŁYŃSKA. Epizod z roku 1863. WarszAwn. 1914.
STEFAN BOBROWSKI 1 DYKTATURA M. LANGIEWICZA W IŁ 1863. Warszawa 1914.
KONFISKATA ZIEMI POLSKIEJ PRZEZ ROSJĘ W R. 1831 1 1863. Kraków- WarszawA, Gebethner i Wolff.
WYDAWNICTWA CEBE
ASKENAZY Sz. — Wczaay hietor;
„ 000 313726-00-0
BALZER 0. — Konstytucja 3 maja. neiormy 6poieczne i polityczne nstawy rządowej z r. 1701. Wyd. 3.
- Z zagadnień ustrojowych Polski. Nowe spostrzeżenia 1 uwagi. Wyd. 2.
BARTOSZEWICZ K. — Dzieje Galicji, Jej stan przed wojną l „wyodrębnienie".
BIAŁKOWSKI A. —Pamiętniki starego żołnierza (1800-1814). Wyd. W. Tokarz.
BLUMTSCHLI L-Założenie Un.jl Amerykańskiej w 1787 r.
CHLEBOWSKI B. — Rozwój kultury polskiej w treściwym zarysie przodstawiony. Wyd. 2.
CHŁĘDOWSKI K. — Ostatni Walezjueze. Czasy Odrodzenia we Francji. Z liczneml ilustracjami.
CHOŁONIEWSKI A.— Duch dziejów Polski. Wyd. 3 rozszerzone.
- Istota walki polsko-rosyjskiej.
DIVEKY A. dr. — Węgrzy a Polacy w XIX stuleciu.
DUBIECKI M.—Kudak, twierdza kresowa i jej okolice. Mo-
nogralja historyczna.
HOESICK W. —Szkice i opowiadania historyczno-literackie.
JANKOWSKI C. — Na gruzach Turcji. Zarysy hlstoryczno- pobllcystyczne.
KONOPCZYŃSKI Wl. — Od Sobieskiego do Kościuszki. Szkice— drobiazgi — fraszki historyczne.
KOSKOWSKI B. — Niebezpieczeństwo niemieckie. Rozprawa.
KRAUSHAR A. — Burbonl na wygnaniu w Mltawie i w Warszawie. Szkic historyczny (1798—1805). Z Ilustracjami osób,miejscowości, gmachów, zamków i pałaców w dziele tem wzmiankowanych.
#
KUBALA L. — Szkice historyczne. Serja III. Wojna moskiow- ska (1054-1055).






