FR. RAWITA-GAWROŃSKI KOZACZYZNA UKRAINNA W RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ DO KOŃCA XV||| WIEKU

Article Index

Wszystko to trzeba było odbudowywać, a odbudowało się pracą polską i polskim wysiłkiem.

Taka była spuścizna po Kozaczyźnie, która wmawiała we własny naród i innym narzucała to przekonanie, że wal­czyła o „wolność ludu*', który zresztą oddała w niewolę, a na szyję własaą włożyła obrożę moskiewską.

Gdy na prawym brzegu Dniepru, w Rzpltej polskiej, Kozaczyzna dogorywała jako warstwa i klasa, a tylko duch jej, trucizna anarchji przeszła i przeniknęła całą stepową po­łać Ukrainy, żyjąc życiem niezadowolenia i próżniactwa; w tym samym pasie nadbrzeżnym, gdzie się zrodziła, — na

 

Zadnieprzu przybrała charakter ucisku społecznego i ekono­micznego ludu — przez Starszyznę i intryganckich walk tej Starszyzny ze sobą. Moskwa potrafiła jednak jej samowolę ograniczyć, a lud bronić, wszelkie zaś wybuchy swawoli zgnieść j terorem utrzymać w posłuszeństwie zarówno lud wiejski jak i Starszyznę. U nas działo się inaczej: miękkość rządu była podaietą swawoli. Panowanie Sasów, beztreściwe i głupie, wprowadzało Moskwę w granice Polski, a przez to samo otworzyło pole dla intryg moskiewskich. Pomimo trak­tatu Andruszowskiego, Moskwa ciągle pożądliwem okiem pa­trzyła na Ukrainę prawobrzeżną, przez swoich ajentów i woj­sko szerząc pogłoski, że kraj ten wkrótce przejdzie pod pa­nowanie carów, a w ten sposób oczywiście ludność wiejską ■utrzymywała w stanie ciągłego wrzenia, ciągłego oczekiwa­nia czegoś niewiadomego.

Do naprężenia stosunków wewnętrznych przyczyniły się próby Sobieskiego wskrzeszenia Kozaczyzny i kolonizowania kraju przy pomocy kozackich pułkowników. Wszystko to razem wziąwszy, przy zupełnej prawie bezbronności kraju, niepokoiło lud wiejski. Kozaczyzny w jej pierwotnej formie już nie było, ale żył jeszcze duch anarchji kozackiej, duch niezadowolenia ze wszystkiego, ciągle rwący się do czegoś nowego, innego, do tego stanu, który sam lud scharaktery­zował przysłowiem: „chot* hirsze, aby insze“ — niech będzie gorzej, byle co innego,

Dla upływu nadmiernych sił energji ludowej już nie było Kozaczyzny. Siły te trawiły się przeto własną gorączką i szukały ujścia w wichrach i rabunkach, a jedynym przytu­liskiem dla tych sił stała się ,,Nowa Sicz" na rzeczce Pod- polnej. Do roku m. w. 1734 kłębiły się te siły we własnej zawierusze, zanim szczęśliwy traf pozwolił im skupić się na- nowo w Zaporożu, gdzie założona Sicz i jej posiadłości stały •się przytułkiem dla wichrów wszelkiego rodzaju.

Wszystko to razem wziąwszy, wywołało tym razem nowy ruch, zupełnie ludowy, który możnaby nazwać swawolą spo­łeczną, wybujałą skutkiem bezwładności i bezsilności pań­stwowej, który jednak Rosja bardzo zręcznie wyzyskała dla swoich celów politycznych.

Ruch ten, który był krwawem zakończeniem „Ruiny44, otrzymał nazwę, pochodzącą z pnia tatarskiego, tak samo jak

 

była nazwa kozak,—Hajdamaczyzna. Trwał on prawie przez: pół wieku i niewiadomo, czy nie wydałby nowego Chmielni­ckiego — Krzywonosów mu nie brakło, — gdyby orężnie stłu­miony nie został.

Wyraz „hajdamaki“ zjawia się po raz pierwszy, o ile wiadomo, w roku 1717 (5 marca) w uniwersale Kegimentarza Jana Gałeckiego, wydanego na imię swego namiestnika Ol­szewskiego, któremu polecił znosić „swawolne kupy hultaj- stwa hajdamackiego". Znalazł się wprawdzie nowy wyraz, ale określał on dobrze znaną swawolę kozackiego posiewu. Ruch, wszczęty przez kupy hultajstwa hajdamackiego był dalszym ciągiem Palijowych ideałów, które najdalej wciskały się w głąb Wołynia. Zaszczyt ten nie tylko wszakże Pali- jowi się należy. „Wojska auxiliame'‘ Piotra I, nie posiały i nie rozbudziły wprawdzie hajdamaczyzny, ale dawały jej dużą pomoc i zachętę. Napadanie na dwory szlacheckie nie było wcale jedynym punktem, ku któremu siły swoje kiero­wała rozswawolona ludność, rabunek na drogach publicznych stał się także ulubionem rzemiosłem tych wszystkich, którzy wyrywali się radzi przy każdej sposobności z karbów prawa g’woli zadośćuczynienia swawolnym instynktom. Milicja nad­worna, z resztek kozackich złożona, albo patrzyła na to obo- jętnem okiem, albo sama brała udział w rabunkach. Zdarzało się nieraz, że takich „rotmagistrów“ chorągwi kozackich oskarżano wprost o współudział w rabunku.

Każdy, kto chciał, zbierał sobie watahę i próbował szczęścia, ruszając, że tak powiem, za wiatrem. Tacy ama- torowie „pohulania" długo nieraz wałęsali się po kraju, aż dopóki niespokojnej swojej głowy nie złożyli w utarczce lub pod topór kata. Zanim jednak do tego przyszło, dużo krwi upłynęło, dużo zmarnowało się pracy ludzkiej i mienia szło z dymem. Powoli jednak ruch zbójecki z Wołynia począł kierować się ku południowym granicom państwa, ku rębom ukrainnym, gdyż stamtąd coraz częściej dochodziły echa, na­wołujące ludność wiejską do swawoli.

Cóż właściwie oznaczał wyraz „hajdamaka* i czem byli hajdamacy w wyobrażeniu ludu?

W znaczeniu etymologicznem wyraz „hajdamaka* jest zapożyczony najprawdopodobniej z języka tureckiego, w któ­rym istnieje przyimek „hajdę", po tatarsku „chajda“ — precz,.

poszedł precz. Sufiks „mak" oznaczać ma w języka tureckim zakończenie trybu bezokolicznego. Za pomocą połączenia tego z przyimkicm „hajdę", otrzymuje się forma słowna — hajda­mak — pędzić.

W tureckim języku słowo to zapożyczone z arabskiego, w którym „hada" oznacza martwić, niepokoić, wprowadzać w ruch. W ten sposób może słowo arabskie, przyjąwszy zabarwienie tureckie, przeszło do Rusi południowej w zna­czeniu rzeczownika, lecz zatrzymało swoje zasadnicze zna­czenie, oznaczające człowieka, wywołującego zamieszanie, nie­pokojącego, goniącego innych, lub gonionego.

Wogóle można powiedzieć, że zajęciem hajdamaków było zbójnictwo. bardzo w niektórych rysach podobne do tego, ja­kie się rozwinęło w Karpatach, zarówno w południowej ich ruskiej części, jak w Tatrach i na Orawie z mniej może tylko szlachetnemi rysami junakierji, niż tatrzańskie i orawskie .zbójnictwo. Żaden Sabała nie urodził się pośród hajdamaków.

Nic zawsze tego rodzaju rycerze hajdamaccy zasiadali przy drogach i obławiali się mieniem kupców, częściej szu­kali „pożywy" we własnej lub sąsiedniej wsi, ale zawsze prawie, od czasu powrotu Siczy i odbudowania się na Pod- polnej pod kierunkiem jawnych lub ukrytych Zaporożców.

Hajdamaczenic rozpoczęło się wprawdzie przed usado­wieniem się Siczy na Podpolnej, ale rozwijać się poczęło do­piero od tego czasu, gdyż nie ulega najmniejszej wątpliwo­ści, że hajdamacy znaleźli w Siczy przyjazne przyjęcie i opar­cie. Jakkolwiek Atamani siczowi bronili się od wszelkiej wspólności z hajdamakami, jednak jednogłośnie, zarówno współcześni Moskale, jak i opinja powszechna w Polsce łą­czyła zawsze Zaporożców z hajdamakami. Zaporoże broniło się tern, że hajdamacy podszywają się tylko pod ich nazwi­sko, a gdy ten lub ów przyznał się, że jest Zaporożcem, od­powiadali, że takiego nazwiska w „spiskach" nie ma, cho­ciaż dobrze wiedzieli, że każdy Zaporożec „zapisywał się ob- cem nazwiskiem lub imioniskiem w koszu**, a inne nosił rze­czywiście, a nieraz, dla zatarcia śladów, mieniał je tak ła­two, jak koszulę lub swoje hajdawery.

Stosunek hajdamaków z Zaporożem nie przeszkadzał w niczem temu, że nie tworzyli osobnego „towarzystwa", jak Zaporożcy, że stałych siedzib na Zaporożu nie miewali

 

i że nie stanowili cząstki „Wojska Zaporoskiego*. „Włó­częgi i przybysze z różnych krajów słowiańskich — pisze*

  • nich człowiek, znający dobrze dzieje Zaporoża, — którzy schronili się na Zaporoże przed karzącem ich prawem, cho­ciaż pod zmienionemi nazwiskami, wpisywali się po kure­niach, składali przysięgę na wierność Moskwie i Wojsku Za­poroskiemu, nie chcąc pełnić ciężkiej służby wojskowej lnb pogranicznej, oddawali się w rzeczy samej hajdamaczeniu- Tacy Zaporożcy, dla korzyści osobistych lub z powodu zem­sty, stawali się watażkami zwykłej czerni kozackiej lub ta­kich samych włóczęgów, jak sami i, pod pozorem nienawiści do „katolików* lub „busurmanów*, trudnili się rabunkiem
  • rozbojem w Krymie, w Polsce lub na Wołoszczyznie. Skal- kowskij wprost ich nazywał „piratami lądowymi*.

Nadawanie bajdamaczyznie pozorów walki społecznej,, dopatrywanie w tym ruchu przyczyny jakiegoś ucisku ludu i stąd protesty w formie walki,—są to już domysły później­szych fabrykantów historji Kozaczyzny, tematy polityczne Rosji, której chodziło o to, ażeby znaleźć powody wkroczenia, do państwa i interwencji, okraszonej obroną religji prawo­sławnej. I ten ostatni temat ułożył się dopiero jaśniej już w drugiej połowie 18-go wieku, kiedy plany Rosji, Prus i Austrji rozbioru Polski, pod pozorem zrobienia w niej po­rządku, dojrzewać poczęły. Rozglądając się w akcji wschod­niego duchowieństwa w sprawie rozruchów w Kijowszczyz- nie, będziemy mogli na podstawie faktów stwierdzić, jak mało to duchowieństwo w wielkiej swojej masie intereso­wało się sprawą wyznania religijnego, a udział w hajdama- czyznie brało z powodów mało mających wspólności z religją zwykłą etyką.

Lud wiejski i twórczość ludowa oceniała hajdamaczyznę ze stanowiska realnego i nigdy słówkiem jednem nie wypo­wiedziała się w obronie hajdamaczyzny, przeciwnie—uważała ją za klęskę, ciążącą nad krajem. Wbrew zaprzeczeniom Si­czy lud ukraiński utożsamiał Zaporożców z hajdamakami. Wobec tego cośmy powiedzieli i co wypadnie niejednokrot­nie powtórzyć, jako fakty sprawdzone, nic dziwnego, że się taki pogląd ustalił. Mało mając zajęcia, Zaporożcy próżnia- czyli po kureniach, z próżniactwa wytworzyła się bezcelowa hulaszczość, powstawały projekty rozbójnicze. „Zaporożec

 

i hajdamaka,— powiadali współcześni ludzie — to wszystko jedno44. Świadkowie życia siczowego, ludzie, stojący zdaleka od polityki rosyjskiej i intryg garstki ukraińskiego ducho­wieństwa, mówili otwarcie: „hajdamacy byli to ludzie, któ­rzy żyli w rozkoszy — w próżniactwie, w bezczynności, na woli—czyli nie podlegali nikomu; wesoło, nikogo się nie bali, pili i hulali. Komu nie podobała się pańszczyzna, ciężarem stała się żona i dzieci, ten uciekał na Sicz, żył swobodnie, pił i hulał*4. Oczywiście pijatyka i hulanka odbywały się za zrabowane pieniądze. O hajdamakach współczesne źródła urzę­dowe nasze i rosyjskie nigdy inaczej nie mówiły, jak nazy­wając ich „złodziejami i rozbójnikami". Przepiwszy i prze­hulawszy wszystko, chodzili do Polski „podpomagać się". W jaki sposób odbywało się „podpomaganie się", opowiada człowiek współczesny: „wyjadą, bywało, w 10—15 chłopów, złapią kogo i nuże go męczyć, ażeby powiedział u kogo jest odzież dobra albo pieniądze. Potem w nocy przychodzą i ra­bują, tak że ludzie z całym swoim majątkiem chodzili spać w „burjany44. Wspólność celu, właściwa szajkom zbójeckim, fanatyzm zbrodni, nienawiść do rabowanych i mordowanych— oto były jedyne zaczątki organizacji hajdamackiej, w pierw­szym okresie jej istnienia, t. j. do Koliszczyzny.

Pieśń ludowa z Gonty nie robi także bohatera narodo­wego, ani z hajdamaków obrońców religji.

Hodi, hodl aotnyku Gonto u stepu stujftty,

Chody z namy kozakamy Humań hrabowaty.

Do roku 1734 hajdamaczyzna była tylko swawolą spo­łeczną, której państwo powściągnąć nie miało siły. W tym zaś, mniej więcej roku, nastąpił wybuch, który jak płomień błysnął i zgasł.

Żagiew podłożyła Moskwa.

W r. 1733 umarł August II. Rozpoczęła się wojna do­mowa między stronnikami Augusta III i Leszczyńskiego. Do Polski wkroczyły wojska moskiewskie. Znały już drogę.

Zanim do zapoznania się z następstwami wpływów i po­lityki rosyjskiej w okresie hajdamaczyzny przejdziemy, zau­ważyć należy, że hajdamaczyzna nie była zgoła ruchem jedno­litym, rozwijającym się konsekwentnie w imię idei, jak to na- przykład, czyniła Kozaczyzna, rozwijając ideę klasową, do­szła do absurda anarchji wewnętrznej, która ją nareszcie zni­szczyła,—lecz wybuchem sporadycznym zorganizowanej swa­woli, zwykłem rozbójniclwem dla rabunku, jak to już po­wiedzieliśmy i wypadnie stwierdzić niejednokrotnie. Wybu­chy miały charakter spontaniczny, powstawały tam gdzie się znalazł człowiek, który większą lub mniejszą kupę potrafił zgromadzić, gdzie w sposób przyjazny złożyły się okoliczności, tak czy inaczej dopomagające do wybuchu.

Tak samo jak nieokreślone były co do miejsca i czasu wybuchy hajdamackie, były również nieokreślone okresy wzmagania się i upadku ruchów hajdamackich.

Co do czasu, możnaby powiedzieć, że hajdamaczyzna miała trzy okresy: od rozwielmożnienia się jej,—którego po­czątek należy odnieść do chwili bardzo nieszczęśliwie po­wziętej myśli wskrzeszenia Kozaczyzny przez Sobieskiego,—aż do awantur Werłana. 0 tym początkowym okresie mówili­śmy, wracać przeto do niego nie będziemy. Drugim okre­sem była t. z. „rewolucja Werłana", trzecim i ostatnim — zbójnictwo nadgraniczne, zakończone krwawym epizodem Ko- liszczyzny w Humaniu.

Co do miejsca, widzieliśmy, że z początku powstawały tylko przy nadarzonej okoliczności, później przybrały cha­rakter większego ruchu w Bracławszczyznie, wreszcie sku­piły się, można powiedzieć w tych samych miejscach, gdzie przed wiekiem przeszło powstała i rozwinęła się Kozaczyzna, to jest na Podnieprzu prawobrzeżnem i w nieco dalszym od Dniepru promieniu. Obejmowała zatem późniejsze powiaty Kijowski, Wasylkowski, Kaniowski, Czerkaski, Czehryński, część Skwirskiego, Taraszczańskiego i Lipowieckiego.

Jeśli psychiczne przyczyny hajdamaczyzny, jako spadek po Kozaczyznie, która zrujnowała i zubożyła kraj bogaty, istniały wszędzie, gdzie był lud ruski, to jednak przyznać należy, że jako najbliższy powód niepokojów trzeba zaznaczyć bezbronność kraju i brak zorganizowanej samoobrony. Ten powód był zawsze widocznym impulsem. Po za kulisami psy­chiki ludowej i wewnętrznego rozstroju l niedołęstwa pań­stwa polskiego, działały tajemnie ale bardzo energicznie przy­czyny polityczne, wyłącznie ze strony Rosji.

W wojnę domową w Polsce, stając po stronie Augusta III, wmieszała się Anna Joanówna, „imperatorka" rosyjska. Była to kobieta bez żadnej inicjatywy politycznej, która sprawami państwa nie zajmowała się '/goła. Politykę rosyjską prowa­dził Niemiec Miinich, człowiek mocnego charakteru, umysłu, i patrzący w dalszą przyszłość Rosji niż współcześni mu Ro­sjanie. On dojrzał jak i Piotr I, że Polska bez rządu, bez siły militarnej i bez rozumnych kierowników państwowych łatwo wpaść może w orbitę polityki rosyjskiej, zanim stanie się jej cząstką. Niemiec — popierał niemiecką dynastję Sa­sów, bliższą mu i niedołężną wobec Leszczyńskiego, opartego o Francję, Szwecję i własny naród. Z Sasami łączyła Miini- cha krew, z Leszczyńskim— nic. Annie Joanównie chodziło nie o Rosję, lecz o kochanka swego Bi rena, który podszył się pod nazwisko Bironów — znanej szlacheckiej niemieckiej rodziny. — Dla niego pragnęła „imperatorka" zdobyć księ­stwo Kurlandzkie, przyobiecane przez Augusta III.

Gdy przeto Rosja — już nie W. X. Moskiewskie, lecz Rosja — wysłała gros sił swoich na północ z feldmarszał­kiem de Lassy a później Miinichem, nie zapomniała i o Ukrai­nie Kijowskiej. Pamiętał o tern Munich. Zagarnąwszy Ukrainę lewo-brzeżną, Rosja nigdy nie spuszczała z oczu całości, mó­wiąc inaczej — dążyła zawsze do zagarnięcia prawo-brzeżnej. Pod tym względem Munich posiadał szerokie plany: zdobycia Krymu, Carogrodu; nie mógł przeto patrzeć spokojnie na Pol­skę, która, acz biernie, stała jednak na drodze do urzeczy­wistnienia jego planów.

Nie bez porady Miinicha, carowa nie zadowoliła się zwo­łaniem wojska pomocniczego na Litwę i północ, lecz niewielki oddział wysłała także na Ukrainę, motywując ten krok w spo­sób oryginalny: ponieważ za czasów Piotra I mnóstwo prze­śladowanych „starowierów* uciekło z Rosji do Polski i osia­dało w południowych województwach jako „Piliponiu, przeto wojska rosyjskie mają wyłapywać tych Piliponów i odsyłać do Rosji. Tak wyglądała tolerancja religijna w Rosji. Nie przewidywano jeszcze wówczas, że sprawa prześladowania prawosławja w Rzpltej polskiej, nie mająca rzeczywiście żad­nych podstaw, stanie się kiedyś sprawą polityczną pierwszo­rzędnego znaczenia, i że Stanisław August otworzy szeroko wrota Rosji do Polski.

Z faktem wkroczenia „wojsk auxiliowych“ do południo­wych prowincji Rzpltej, niby dla wyłapywania Piliponów, w rzeczy zaś samej dla zwalczania stronników Leszczyńskiego, zbiegło się drugie zdarzenie, które wzmocniło hajdamaczyznę i dało jej oparcie — był to powrót Kozaków z pod opieki Turcji pod opiekę Rosji i założenie Nowej Siczy na Pod- polnej. Łaska carska Die była jednak bezinteresowną. Lę­kano się, że Sicz, leżąca po za granicami Rosji, może łatwo stać się narzędziem polityki Leszczyńskiego, a zatem stanąć przeciwko Rosji. Na to był dobry i wypróbowany przez Mo­skwę sposób — ofiarowanie powrotu Siczy na Zaporoże, jako łaska. Obawiano się przytem ażeby Sicz, siedząca na Ale- szach, nie szerzyła niepokojów na Zadnieprzu. Nasuwała się tedy potrzeba, za pomocą wmówienia „łaski" dla buntowni­ków, unieszkodliwienia ich, co było łatwiejsze pod opieką w Rosji i w jej granicach, niż Da dalekiem pobrzeżu Krym- skiem. Hordijenko byłby się może połapał na tej polityce, ale Koszowy Krymskiej Siczy, Małasiewicz, uległ namowom Kozaków, tęskniących do swoich ziem Zaporożskich „i znu­dzonych bezczynnością". Weisbacb, który całą sprawę prze­niesienia Siczy na ziemię zaporożne prowadził i przeprowa­dził, przecenia znaczenie Siczy i Zaporoża. Był to już wulkan wygasły. Jeszcze płynęła lawa, ale do wybuchu już Zapo­roże było niezdolne. Próba z Mazepą była ostatnim jego wy­siłkiem. Sicz była już w tym okresie Die moralną głową Kozaczyzny, nie czynnikiem praworządnym, lecz zbiorowi­skiem najgorszych żywiołów społecznych. Co było lepsze spokojniejsze osiadało na roli, korzystało ze „słobód" i oce­niało wartość spokojnego życia. Niedobitki kozackie i ży­wioł włóczęgowski, próżniaczy — zasilały kadry dawnego woj­ska ,,J. K. Mości" a później „Wiernego Wojska Zaporożskiego Jego Carskiego Wieliczestwa". Pozostały tytuły dawne, ale rdzeń już był mocno spróchniały.

Oddziały wojska rosyjskiego, rozkwaterowane na kre­sach, miały dwa zadania: uniemożliwić wszelką akcję Siczy, gdyby się Zaporoże na akcję zdobyło, i zmusić szlachtę wo* jewództw kresowych do uznania Augusta III. Wyszukiwanie i wyłapywanie Piliponów było tylko pozorem i manewrem.

Wojska, noszące tytuł „auxiliowych\ kierowane przez podpułkownika Polańskiego, pułkownika Riedkina, majora Synkiejewa i innych, miały niejako dwa ogniska: jedno w Hu­maniu, gdzie rezydował i skąd wydawał rozkazy najprzód podpułkownik, a potem pułkownik Polański, drugie w oko­lic. Szarogrodu. Właściwie Szarogród był dośrodkowym pun­ktem, pomniejsze zaś oddziały wojska rozlokowane były w Brahiłowie, Tulczynie, Niemirowie, Międzybożu, Morachwie i in., zatem przeważnie w Woj-dztwie Bracławskiem, na po­graniczu, a raczej w pobliżu ,,Ziemi Wojska Zaporoskiego4'.

Praca pułkowników rosyjskich była podzielona: pułkow­nik Światoj zajmował się niby ekspedycją Piliponów. Oczy­wiście byli i Piliponi, ale pod ich nazwiskiem, pod ochroną wojska rosyjskiego wysyłał za Dniepr ludność ruską już osiadłą. Miejscowi ludzie utrzymywali, że pod tym pozorem wysłał kilkadziesiąt tysięcy ludności wraz z dobytkiem. Polański zaś prowadził agitację polityczną. Rządowi rosyj­skiemu chodziło o to, ażeby Rzplta jak najrychlej uznała Augusta 111, który z tradycji ojca i nie bez wpływu Miinicha, jako król, torujący drogę wpływom petersburskim w Rzpltej, było bardzo pożądanym nabytkiem. Polański, przekonawszy się, że ze strony Zaporoża nie grozi Rosji żadne niebezpie­czeństwo, spróbował wywołać ruchawkę chłopską, któraby mogła napędzić strachu szlachcie, stojącej po stronie Lesz­czyńskiego i Rzpltej. Na kresach materjału palnego nie brakło nigdy. Rozhukany i samowolny żywioł, zarówno w sferze włościańskiej, jak miejskiej, a nawet szlacheckiej, do ruchawki i rabunku zawsze był skory. Była to, nieświadoma celu i drogi ale — gotowość do buntu, nieokiełznana krewkość, podsycana wspomnieniami i tradycjami swawoli, albo też osobistemi impulsami. Trudniej było o człowieka, któryby rozproszone i zawsze niezadowolone, a w żadne karby prawne nie dające się ująć żywioły, skupił i dał im zajęcie.

Człowieka takiego na razie Polański znalazł. Był to Werłan, pułkownik milicji narodowej w Szarogrodzie, ma­jętności księcia Jerzego Lubomirskiego, ale ojcem duchownym Werłanowej „rewolucji' był Polański, znany powszechnie jako płk. Polanko. Co by to był za jeden? Jakiej narodo­wości? Jeżeli uwzględnimy tę okoliczność, że jakiś Polański w czasie wojen Chmielnickiego wichrzył na Białej Rusi, to kto wie, czy płk. Polanko, pół Polak, a pół—Bóg wie co, nie był gałązką tego rodu. W Szarogrodczyźaie była to osobistość bardzo popularna, jeden z tych zręcznych agitatorów, którzy umieją wmówić w tłum o swojem wielkiem znaczeniu i powadze.

I Polanko rozgadywał, że z „Imperatorką" jest w bezpośred­nich stosunkach i że działa z jej polecenia. A rzeczywiście działał na własną rękę. Gdy jenerał rosyjski landgraf Hes- sen — Homburgski, kazał i pozwalał uniwersałem swoim włóczęgów, podszywających się pod kozaków, którzy „różne agrawacje“ czynią, łapać i odsyłać do swojej głównej kwa­tery, a gdyby się bronili — bić i kłóć,—płk. Polanko, chociaż podkomendny landgrafa, za jego plecami wywołał „rewolucję".

Rozpuścił pogłoski, że „cała Ukraina i Ruś aż po Zbrucz i Słucz Carowej Jejmości w cale należy". Pod hasłem służby dla Carowej gromadził pod chorągwią i dowództwem Werłana rozmaitych ludzi". Jedni przystawali dobrowolnie, drugich zabierano gwałtem" — utrzymywali uczestnicy tego buntu. Prawą ręką Polańskiego był płk. WerłaD, rozsiewający wszędzie wieści, że już „Imperatrycy cała Ukraina oddana i wszelkie z dóbr pożytki i arendy na nią idą. Zaciągowym żadnej płacy nie deklarowano, mówiono tylko, że Jak kró­lewicz ukoronuje się i budę korołem, to budete mały poża­łowanie". Była to bardzo jasna wskazówka, że — możecie żyć z rabunku.

Z tego widać jakie wogóle mętne pojęcie było śród ludności, gromadzącej się pod Werłanem, o celach i zada­niach ruchu. Niejasność ta wystąpi w sposób jeszcze bardziej bijący w oczy, gdy bodaj w kilku słowach zapoznamy się z ruchami watahy Werłana. Główny korpus, że tak powiem- tej watahy, kręcił się długo tu i ówdzie bez jasnego planu i wysyłał ze swego ramienia małe oddziały, niby podjazdy, niby zagony w celu rabunku mieszkańców i jednania sobie ludności. Przeważnie chodziło o zdobycie jak największej ilości koni.

Co do prawa rabunku, zakreślone były, prawdopodobnie przez Polańskiego, granice: „po Szarogród, — biorąc Humań za punkt wyjścia — nie kazano rabować i zabijać". W ten sposób Polański zlokalizował akcję hajdamacką na Pobereżu. Bardzo mu chodziło o to, ażeby ją, o ile możności, najdalej odsunąć od granic Moskwy, od Hetmańszczyzny, a nawet od Siczy, której nie był pewny i może się lękał. Ruch haj­damacki, orężny, w wielkiej kupie, zlokalizowany na Po­bereżu, rozszerzający się na Wołyń i Ruś, mógł być szko­dliwym tylko dla Rzpltej. Wojsko moskiewskie zatem, roz­kwaterowane w Humaniu, Berszadzie, Niemirowie, Szarogro- dzie i innych miastach, patrzyło na tę „rewolucję" obojętnie* przeciwnie, dopomagano poniekąd do jej wzmożenia się, roz­puszczając pogłoski, że wojska polskiego nigdzie nie ma, lub też, że jest rozbite przez Moskali, że w Niemirowie przebywa Samuś, który już oddawna nie żył.

Kim-że był właściwie Werłan, który na czele rewolucji hajdamackiej stanął?

W chwili wybuchu szarogrodzkiej ruchawki zajmował on takie same stanowisko, jakie we 34 lata po nim zajął setnik humański, Gonta. Niewiadomo skąd pochodził, gdzie się urodził, nawet ile‘miał lat w chwili rozpoczęcia „rewolucji1'. Prawem dzierżawy zapewne—posiadał wieś Kaczkówkę, nale­żącą do klucza Szarogrodzkiego, tak samo jak Gonta posiadał Rosuszki. Jakiej był narodowości? Niewiadomo. Wnosząc z brzmienia nazwiska, pochodził zapewne z Wołoszczyzny, a samo nazwisko powstało z przekręcenia imienia Warłaam, tak go też szlachta kresowa w skargach swoich do Weis- bacha nazywa. Wiadomości o watażce i jego planach i ru­chach dostarczył jeden z najbliższych jego współpracowników— Andrzej Szulak, jeden z tych, który z różnych pieców cbleb jadał; —był on djakiem, pisarzem, watażką, prawą ręką Wer- łana, jak za Chmielnickiego—Wyhowski.

Powiadał on, że widział i czytał „ordynans" carowej do, Werłana i treść jego pamięta, którą też powtarzamy według jego pisowni: „Jej Imperatorskoho Wełyczeństwa i proczaja, i proczaja i proczaja. Daju jemu komandu po ukazu Impe­ratorskoho Wełyczeństwa nad Wołocby, Kozaki i Serby, szczob służyli Jej Imperatorskiej Wełyczeństwu do smerty“. Dalszego brzmienia tego uniwersału nie pamiętał. Daje on wskazówkę, kto składał watahę Werłana.

Szulak nie umiał powtórzyć słów uniwersału czy ukazu dokładnie, ale treść jego była niewątpliwie taką, a nie inną. Werłan sam przy każdej sposobności powoływał się na to, że ,jest ukaz Imperatorowej i jej pułkownika humańskiego, że po sam Szarogród nie wolno rabować, zaś za Szarogrodem wszędzie wolno Żyda czy Lacha, napadłszy — zabić, miasta, wsie i dwory rabować".

Z takim ukazem w ręku mógł wystąpić z akcją wojskową bezpiecznie.

Werlan przed rozpoczęciem ruchu naradzał się z Polań­skim, od niego odbierał wskazówki postępowania i nawet otrzymał ordynans do „rewolucji". Musiało się to odbywać w końcu zimy lub na początku wiosny, bo z wiosną 1734 roku Werłan już otrzymał tytuł „nakażnego pułkownika" i „ordy­nans" od pułkownika Polanko. Ostrożny Werłan dopiero po otrzymaniu ordynansu do akcji przystąpił. Począł gro­madzić ludzi w najbliższem otoczeniu Szarogrodu. Tu znał wszystkich, był człowiekiem ustosunkowanym i w przyjaźni z urzędnikami zarządu dóbr Woj-dy Sędomirskiego. Do przy­jaciół swoich zaliczał setnika Komargrodzkiego Sawę, Rot­mistrza Stefana Kifę z Markówki i in. Był także poku- many z Wołkowiczem, jeneralnym zarządcą dóbr Jerzego Lubomirskiego. Wspomniany już Szulak miał spisany nawet rodzaj regulaminu. „Ktoby śmiał odłączyć się od wojska bez wiedzy setnika ma dostać pięćdziesiąt kijów, ma przed zna­kiem trzy dni piechotą iść i wypić garniec wody". Musiała to być chyba największa kara dla tych, którzy tylko wódkę garncami pijali.

Zebrawszy na razie 130 koni, poszedł do Humania — chyba dla zameldowania się Polance. Pokręcił się między Szarogrodem a Berszadą i nawrócił, już zwiększywszy sąsied­nimi chłopami i nadwornymi Kozakami swoją watahę,—znowu do Humania, gdzie wszyscy przysięgli „wojować na inoziem- ców t. j. na Lachów przy dostojeństwie lmperatorowej Jej Mości aż do śmierci żywota swego". Widocznie miał to być oddział w obronie Augusta III działający — pod rozkazami Moskwy. Wypocząwszy pod Humaniem kręcił się między Szarogrodem, Komargrodem a Popieluchami, zwiększając swoją watahę jak się dało—bądź ochotnikami, bądź branymi przymusem.

Nieoczekiwanie wyrósł mu pod bokiem z przyjaciela wróg. Był to Sawa, setnik Komargrodzki, nazwiskiem Czały, który odłączywszy się od Werłana, napadł i zrabował Szaro- gród i począł rabować okolicę. W ciągu dwóch miesięcy zwichrzyła się ogromna połać Bracławszczyzny. Wataha Wer­łana kręciła się na Pobereżu, rabując dwory i zabierając ko­nie. Oprócz Sawy, który poszedł inną drogą, odłączył się od Werłana jakiś Petro, na którego pod Zamiechowem napadł podjazd Kropiwnickiego i rozproszył watahę „grassatora", który tak samo rabował chłopów, popów, pasieczników—jak Lachów i żydów.

Wnikając głąbiej w istotę rucha wywołanego przez Wer- łana, był on niczem innem jak bałamutnem echem przebrzmia­łych kozackich wahań się między Moskwą. Polską a Turcją, które od pięćdziesięciu lat mąciły wewnętrzne życie Ukrainy, wydobywając te męty na wierzch przy każdej nadarzonej sposobności. Nie było na Ukrainie nikogo, ktoby ludność na­woływał ku Polsce, ale zawsze znalazł się ktoś, kto pod byle przejrzystym pozorem nawoływał w stronę Rosji. Ludność gotowa była*pójść za każdym kto jej pokaże, a często powie tylko, że ma carski „ukaz", nakazujący mordować żydów i La­chów. Ukaz taki rozgrzeszał swawolę i był tą chorągwią czerwoną, która powiewała nad krajem.

Wina tej całej zawieruchy, która nad Pobereżem prze­leciała, o tyle tylko dotyka Werłana, o ile on był wykonawcą, a po części inicjatorem jej, ale faktycznymi winowajcami była czerń ciemna, chciwa rabunku, dzika i niepohamowana w rozbujałej dzikości. Ona była materjałem, którego używał każdy, kto chciał—dla każdego celu.

Pod Perekoryńcami Werlan już miał przeszło dwa ty­siące ochotników, z którymi skierował się na Wołyń. Szedł w tem przeświadczeniu, że idzie na pomoc Augustowi III, nie dostrzegając wcale, że stał się narzędziem intrygi Polań­skiego, podtrzymującego zawieruchę domową w Polsce w celu przysposobienia gruntu dla wzmocnienia pretensji do oderwa­nia reszty Ukrainy do Rosji. W akcję Werłana wplątany był woj-da Sandomirski, którego głośno szlachta posądzała o wspól­ność. Dowodów na to bezpośrednich nie ma, to tylko pewne, że Werłan oszczędzał majętności księcia wojewody, może tylko dlatego, że był stronnikiem Augusta III. Gdy Werłan z pod Kerekoryniec ruszył przez Brody, które leżały na drodze do Przemieńca, już było rzeczą widoczną, że podąża na połącze­nie się z wojskami Augusta III. Tu zastąpiła mu drogę garstka zwolenników Leszczyńskiego, z którą Werłan stoczył bitwę, stracił obóz i ku Brodom cofnąć się musiał.

Gdy sprawa Leszczyńskiego została przegraną, Werłan znikł nagle z widowni wraz ze swoimi Kozakami, którzy roz­proszyli się.

„Rewolucja Werłanowa* jak kula ognista przeleciała przez Pobereże i zgasła.

Juz dobrze przed tą rewolucją, na kilka lat przed urzę­dowym ukazem, pozwalającym Siczowikom powrócić na dawne siedziby, rozpoczął się samowolny powrót, często zupełnie bez wiedzy rządu rosyjskiego, i poczęło się tworzyć stałe ognisko podsycające ruch hajdamacki.

Srcz. po powrocie z siedzib tatarskich na dawne obozo­wisko, już była utraciła swoją powagę moralną i stała się igraszką w ręku czerni kozackiej. Widzieliśmy jaki był jej stan i co się w niej działo. Opisał to świadek naoczny. Zbio­rowisko włóczęgów ze wszystkich stron, szukających łatwego życia z rozboju i rabunku, wywołało zaniepokojenie państw sąsiednich i do rządu rosyjskiego posypały się skargi ze strony Turcji, Krymu i Rzpltej polskiej na Zaporożców. Nadaremnie oni bronili się albo nieświadomością, albo niemożnością od­szukania rabowników, albo wreszcie podszywaniem się pod Zaporożców rozmaitego swawolnego motłochu. Wszystko to było stwierdzoną nieprawdą.

Na rozwój ruchu hajdamackiego, po za największą przy­czyną—bezbronnością i bezładnością w państwie, po za przy­czynami wewnętrznego charakteru, tkwiącego w psychice samej ludności ruskiej, a w szczególności kresowej, działały jeszcze przyczyny zewnętrzne o charakterze moralnym lub politycznym, które wytwarzały dwa zupełnie odrębne na po­zór ogniska agitacyjne. W roli tej występowało duchowień­stwo wschodniego obrządku. Zanim o tern kilka słów po­wiemy, musimy zwrócić uwagę na to, że ogromny materjał hajdamacki napływał z za-Dniepru, z Hetmańszczyzny, która wkrótce miała się przerobić na Małorosję. Wynikiem tego było rozpaczliwe położenie ludności wiejskiej i miejskiej, która, nie widząc wyjścia z tego położenia, wolała włóczyć się, próżniaczyć i hajdamaczyć, niż pracować. A że taki tryb życia niebezpieczny był na Zadnieprzu, ludność uciekała do Polski, gdzie mogła hulać swobodnie.

Rumiancow, jenerał-gubernator małorosyjski, w memo- rjale, złożonym Katarzynie 11, powiada, że ludność przez nadużywanie samowoli Starszyzny doprowadzona do ostatecz­nych granic obojętności na dobro własne, do lenistwa i de­moralizacji. Wielu z nich, zostawiwszy odłogiem swoje pola
orne, błądzą z miejsca na miejsce, żeby zaś łatwiej im było prowadzić życie w próżniactwie i niemoralności, nie chcą wcale osiadać na grantach, lecz pod nazwą robotników go­spodarskich (podsusiedki, podpomoszniki) leniwie pracują za pożywienie i gorzałkę. To wszystko razem wziąwszy, przy­czyniało się do ucieczki ludności za granicę,—oczywiście do Polski, — wcale nie dla pracy. To niepokoiło Moskwę, bo „wora“ Mazepę wyklinano po wszystkich cerkwiach, a żyli jeszcze ,,wory“ Hordijenko i Orlik.

W równie ciężkiem położeniu, jak ludność wiejska, była także ludność mieszczańska—uboga, ciemna, pogardzana na­wet przez chłopów, a lekceważona i znieważana przez urzęd­ników moskiewskich, doprowadzona do tego stanu, że nie­którzy „zapisywali się“ w kozaki, lub nawet w poddaństwo, mając nadzieję jakiej-takiej obrony przez dziedzica. Sądy moskiewskie były tak stronne, że nawet nie udawano się do nich po sprawiedliwość, a jako o największe dobrodziejstwo prosili o przywrócenie Statutu litewskiego i prawa Magde­burskiego, które w Rzpltej uważane były za „niewolę gorszą od agarańskiej“.

Te masy zbiedzonej próżniaczcj ludności rzadko emigro­wały w stronę Siczy lub Czehrynia, gdzie osobliwie w pierw­szej połowie 18-go wieku było—albo niebezpiecznie z powodu, choć nie wystarczającej, ale zawsze kontroli ze strony Siczy, albo były obszary mało zaludnione. Najdogodniejszym punk­tem zatem, ku któremu ściągały się niespokojne żywioły z Małorosji przeważnie był Kijów, a w Kijowie pewnym przytułkiem dla tej kategorji ludności były liczne mona- stery — Sofijowski (św. Zofji), Michajłowski (św. Michała), Pustynno-Mikojałowski, Frołowski, Kiryłowski, Meżyhorski, Kitajewski pustynny, Piotro-Pawłowski, wreszcie Ławra z niezliczoną mnogością próżnujących mnichów. Każdy z tych monasterów był pewnego rodzaju państwem niezależnem, które strzegło swej nietykalności i niezależności. Posiadały one własne więc folwarki, lasy, sianożęcie, jeziora rybne, a znaczna część tych posiadłości nadaną została lub potwier­dzoną przez królów polskich. Monastery te wzbogaciły się jeszcze bardziej darowizną majętności katedry biskupiej w Ki­jowie, Dominikanów, Bernardynów, Jezuitów, jakie hojnie

*14

rozdawał Chmielnicki, a potwierdzał bigoteryjnie nabożny car Aleksy Michajłowicz.

Zanim zapoznamy się z rolą tego duchowieństwa, mo­ralną i polityczną, powiemy słówko o tem jakiem ono było.

W każdem społeczeństwie stopień oświaty umysłowej i moralnej duchowieństwa daje skalę porównawczą do oce­nienia umysłowości i moralności całego społeczeństwa. Sty­kając się ustawicznie z ludem, przelewa w niego te same myśli i uczucia, jakiemi jest ożywione, daje mu taki pokarm duchowy, jakim odżywia się samo. „Umysły jaśniejsze, nie- zarażone duchem nietolerancji, widziały, że dla prostoty ru­skich plebanów, oba obrządki, zarówno rzymski jak i ruski; do wzgardy u pospólstwa przychodzą. Lud wiejski swoich plebanów ani się boi, ani szanuje, w cerkwiach na mszy nie bywa, nauk duchownych nie słucha —leżeniem i próżniactwem najczęściej się bawi44. Wszędzie działo się to samo. Z reje­stru złoczyńców grodu Sanockiego wiemy, że duchowieństwo ruskie brało czynny udział w zbójnictwic, w podmawianiu do zbrodni, w kradzieży bydła i koni — nie tylko osobiście, ale także przy współudziale własnych rodzin.

Na Ukrainie nie było zgoła lepiej. Wychowaniec poli­tyczny i uczeń biskupa białoruskiego Koniskiego, Sadkowski, w czasie wizyt monasterów ukraińskich, położonych w lasach Czchryńskich, Czcrkaskich, Smilańskich, przekonał się, że mnisi prowadzą rozpustne życie, mając przy sobie i mniszki. Sam tedy prosił o zlecenie gubernatorowi—do których jurys­dykcji, nawiasem powiedziawszy, monastery te nie należały— ścigać te próżniacze gromady, a tych, których monastery przyjąćby nie chciały, zdjąwszy habit i ogoliwszy głowę, do robót publicznych używać. Tenże sam Sadkowski pisał do dziekana Lewandy w Kijowie: „radzę ci ani łzom, ani prośbom ukraińskiego duchowieństwa nie wierzyć; rzadko ja w nich widzę poczciwego człowieka4*.

Każdy z licznych monasterów, otaczających Kijów, po­siadał przywileje do szerzenia demoralizacji. Takim przywi­lejem było prawo wyszynku gorzałki i miodów. Fakt ów niemoralny ze stanowiska zadań i celów duchowieństwa, miał najfatalniejsze następstwa nie tylko dla ludności, lecz i dla nas. W szynkach, do duchowieństwa wschodniego należą­cych, pod jego opieką gromadziły się najgorsze i najrozpust-
nięjsze żywioły. Szynkownie monasterskie stały się przytu­liskiem włóczęgów, złoczyńców, złodziejów, a monachowie występowali w roli namawiaczy i paserów. Koło monastcrów, w celach, na folwarkach skupiały się szumowiny społeczne; tu, wspólnie z mnichami odbywały się narady nad wypra­wami do Polski, ku­powano proch i kule, aprzechowywano zra­bowane rzeczy.

Zamiast umoral- niać ludność, czerńcy prowadzili ze sobą formalne wojny—za­jazdy i procesy o han­del gorzałką, które się nieraz krwawo kończyły. Taką woj­nę o prawo wyszynku wódki stoczył z magistratem kijowskim ihumen Piotro-Pawłow- skiego monasteru, Antonjusz. 0 jezioro łowne urządził monaster Meżyhorski wyprawę hajdamacką na Ławrę Peczerską. Za przykładem czerńców szła służba monasterska i „posłusznicy".

Nie będziemy i nie mo­żemy zaglądać do celi li* cznych kijowskich mona- sterów i badać ich życia, ale nie możemy ukrywać niezaprzeczonych faktów, że z tych monasterów u­ciekali mnisi,już wysokie godności klasztorne po- siadająoy,zrzucali suknie zakonne i tonęli w wirze pospolitej rozpusty—po­za kratami zakonnemi.

Greko-unickie duchowieństwo na Ukrainie nie o wiele było lepsze. Popi czyli parochowie—powiada człowiek współ­czesny—ledwie umieli czytać psałterz i mszał. Ani tcologji moralnej, ani nawet zasad wiary bynajmniej nie znali. Pełni zabobonności i przesądów, do szkół jezuickich nie chodzili,
bo tam po ruska nie uczyli,—i mało ich było. Obowiązani byli to czynić Razyljanie, ale nie czynili.

Ortodoksalne duchowieństwo rekrutowało się najczęściej z niższej służby cerkiewnej lub popowiczów, którzy pod­uczywszy się psałterza, wyświęcali się w Perejasławiu, Kijo­wie lub na Wołoszczyźnie. Między popem, dziekanem a chło­pem w nauce religijnej i w obyczajach—zwykle widomej ró­żnicy nie było. Nic też dziwnego, że duchowieństwo kijowskie— nie zawsze — żywy bardzo udział wzięło w hajdamaczyznie. Mnisi monasterów Michajłowskiego, Sofijskiego i innych, we­dług niezaprzeczonych sądowych dokumentów brali gorący udział w organizacji watah hajdamackich, pili razem z niemi, brali na przechowanie rzeczy zrabowane, na których może jeszcze ślady krwi nie skrzepły, a nawet dzielili się zrabo- wanemi pieniędzmi.

Nie były to wcale wypadki pojedyncze. Nigdy i ni­gdzie w stosunkach hajdamaków z duchowieństwem wogóle, a z czerńcami w szczególności nie było mowy o religji, o ucisku, o potrzebie obrony, ale zawsze tylko o rabunkach,

  • środkach jak najlepszego ukrycia śladów rabunku i zbro­dni, jakoteż o współdziałaniu, mającem na celu zyski mate- rjalne 1 chciwość. Jeden z pokrzywdzonych wniósł skargę przeciwko czerńcom Sofijskiego monasteru, że „mimo prawa boskie i świeckie postępując, ludzi swawolnych, rozpustnych, na wszystko złe wyuzdanych hajdamaków, pod pokrywką
  • kolorem niby na dewocji, jednych w monasterze, drugich po futorach i wsiach trzymają; żadnej z excesantów sprawie­dliwości nie czynią, ale dla zysku hajdamakom protekcję dają". Dzieje się to wszystko non propter Jesum, sed propter esum, co po rusku oznacza: „ne dla Isusa, a dla chliba kusa".

Hajdamacy mieli w Kijowie protektora w osobie polic­majstra Kononowicza, który za pieniądze dawał im „oczy­szczenie".

Nie tylko Werłanowe bunty, ale i późniejsze szerzenie się hajdamaczyzny tkwiło w znacznej mierze, na co już zwró­ciliśmy uwagę, w bezbronności kraju. Dobro i spokój Oj­czyzny, powaga Rzpltej ustąpiły miejsca sobkostwu. Jedyna prawie, jaka istniała, acz niepewna siła obronna kraju, skła­dająca się z nadwornej milicji, była bezczynną. Niektórzy

Starostowie obowiązani do utrzymywania dla obrony Króle- wszczyzn kozaków horodowycb — wręcz wszelkiego współ­udziału w obronie kraju odmówili. Jabłonowski, s-ta Biało- cerkiewski, zabronił dawać kozaków nadwornych do gaszenia pożaru hajdamackiego, ale używać jedynie do obrony swoich posiadłości. nJa S-ta, a waść sługa*'—pisał groźnie do swoich podwładnych, nakazując posłuszeństwo. Tak samo postąpił Kalinowski, s-ta Winnicki. To też przez dziesięć lat prawie— około połowy 18-go wieku—w najstraszniejszy sposób graso­wało hajdamactwo, niszcząc kraj bezlitośnie. Jak w końcu 16-go, a na początku 17-go wieku Kozaczyzna niszczyła pobrzeża tureckie, miasta i ludność, tak jej córka z nieprawego łoża— hajdamaczyzna niszczyła Polskę. Mamy tylko ułamek szkód, poczynionych jedynie w woj-dztwie Bracławskiem, który zo­stał złożony Komisji sądów pogranicznych. Z tego ułamku jednak wnioskować możemy, jakie olbrzymie spustoszenia poczynili hajdamacy. Dodać musimy, że zgłosili tylko mo- żuowładcy ukraińscy swoje pretensje, ale szlacheckich i ży­dowskich nie było. W roku zatem 1750 straty wynosiły 3.141.747 złotych poi.; w roku 1751—777.000 zł. p.; od 1750— 1757 wynosiły one 4.212.013 zł. p.; od 1750 do 1760 wyniosły 1.410.450. Co czyni razem olbrzymią jak na owe czasy sumę 10.141.200 zł. p., a była to tylko cząstka strat jednego woje­wództwa. Do obrony jednak trzech województw było do 2 tysięcy nominalnego żołnierza w „partji ukraińskiej**, któ­rej regimentarze, jak Nitosławski, częściej dbali o zysk wła­sny, niż o spokój Ojczyzny. Zapowiadał on, że tam i tam zjawi się z wojskiem i kazał dla niego furaż zwozić. Zwie­ziono obficie owsa i siana, ale hajdamaków nie było. I by­liby bardzo naiwni, gdyby przyszli — oni wcale nie szukali sposobności stykania się z wojskiem. P. Nitosławski, pokrę­ciwszy się trochę, sprzedawał zapasy — i szedł dalej, gdzie się powtarzało to samo.

Od chwili wstąpienia na tron Stanisława Augusta, fa­woryta niegdyś carowej Katarzyny II, sytuacja w Polsce zmieniła się na gorsze jeszcze skutkiem tego, że Katarzyna, poczęła występować wobec Rzpltej w sposób bardziej agresy­wny i bardziej politycznie zdecydowany, niż to czyniły jej rozwiązłe i niedołężne poprzedniczki. Opanowana pychą za­borczości niemieckiej, polityce swojej wobec Polski nadała
charakter niby lojalnego, przyjaznego stosunku sąsiedzkiego. Poczęła szerzyć mniemanie, że Rzplta jest rewolucyjne uspo­sobiona, że panują w niej ciągłe niepokoje, groźne jako za­rzewie anarchji dla całej Europy, że wreszcie szerzy się w niej jakaś straszna nietolerancja wobec obrządku wschodniego religji i że ludność jest tam okropnie uciemiężona. Za po­mocą swoich grubo płatnych przyjaciół Encyklopedystów sze­rzyła te opinje w kołach politycznych Europy, jak gdyby py­tała naiwnie: co mam z tą Polską robić? Pro­szę poradzić. Chciała­bym ją uspokoić, dopo­móc do wyjścia z tego położenia.

Zręczna i przebiegła Niemka na tronie carów moskiewskich pierwsza wpadła na pomysł uży­cia religii za narzędzie polityczne przeciw Pol­sce, dzięki temu, że zna­czna część obywateli polskich była wyznania grecko wschodniegolub grecko-rzymskiego. Zi­mna, sztywna wycho- wanica protestantyzmu, Katarzyna II, pomimo przyjęcia obrządku wschodniego, nie zatra­ciła w sobie, bo to było niemożliwe, ducha pro­testanckiej nienawiści do rzymskiego katolicyzmu, który swoją, że tak powiem poezją, drażni zawsze rozmiłowany w forma- listyce protestantyzm. Wysunięcie przeto przez nią. jako cięż­kiego działa, nietolerancji religijnej w Polsce, było tylko zło­śliwą walką protestantki ze światem katolickim polskim, po­krytą powłoką przekonań „oświeconego wieku" i prowadzoną pod sztandarem prawosławja. Hasło takie,—zapomocą prze­kupstwa biskupów prawosławnych w Polsce, wkrótce zrobiła

bardzo popularnem. Celów politycznych może nawet Rzplta nie dostrzegała. Pod przykryciem tolerancji religijnej ukry­wała się drapieżna chciwość niemieckiej duszy, dla której Pol­ska była ponętą, jako obok Rosji, jedyne państwo słowiańskie.

Awanturniczość kozackich watażków, atamanów, hetma­nów, przesadnem łączeniem wolności ze swawolą pociągała ludność wiejską za sobą, a wmawiając w nią, że jest krzyw­dzona przez Polaków, rozjątrzała przeciwko każdej władzy; każdy porządek i prawo nazywała niewolą, każdą pracę ludu, hojnie wynagrodzoną, nazywała wyzyskiem. Polskim stara­niem i trudem zdołano w pustyniach ukrainnych, gdzie jeszcze w połowie 16-go wieku były puszcze leśne i dzikie stepy, pełne zwierząt, ale brakło ludzi i śladów ich pracy, stworzyć tysiące miasteczek, dziesiątki tysięcy wsi i zaludnić je pol­skimi i ruskimi osadnikami z północnych woj-tw.

Mimo słabą obronność kraju przed najazdami Tatarów, zdołano go jednak bronić o tyle, że osadnictwo rozwijało się szeroko, miasteczka ożywiły się handlem, a ludność wzrastać poczęła. Gdy w chwili utworzenia woj-stwa Kijowskiego, było zaledwie nad Dnieprem i w pobliżu kilkanaście punktów za­ludnionych, a dawne stepy Połowieckie za Perejasławiem były tylko siedliskiem dzikich zwierząt i koczowiskiem Tatarów, we sto lat przeszło powstało tam nowe, nieznane życie, wci­skała się nowa, nieznana kultura. Obok Kościoła, który wzno­sił się w Czernihowie, Perejasławiu, Lubniach, Kijowie, Fa- stowie, Winnicy, Bracławiu, Barze zjawiała się szkoła polska, która ludowi przynosiła oświatę. Wszystko, coby można na­zwać kulturą i oświatą w sferach pańskich i ziemiańskich było polskie, nie dlatego, że było narzucone, ale że było jedyne.

 

  1. WYBUCHY KOLISZCZYZNY.

Walki, zatargi, waśnie dwóch obrządków ze sobą, pod trzymywane i rozniecane przez Melchizedeka, były przygoto­waniem gruntu do niedalekich występów hajdamackich, które mogły łatwo wywołać nową wojnę domową, jak za Chmiel­nickiego. Ludność, drażniona przez obie strony, unitów i pra­wosławnych, utrzymywana ciągle w naprężeniu nienawiści, gotową była do wybuchu. Czerńcy czehryńskich i smilańskich monasterów, ciągle zachęcali ludność: „zbuntujcie się — po­wiadano — dobijajcie się do Jego Świętobliw-ości — biskupa perejasławskiego,—to i u was będzie prawosławjeu. Z tego podniecania korzystali Zaporożcy, którzy ruch hajdamacki po­woli brać poczęli pod swoje kierownictwo — zapewne bez wiedzy czerńców, którzy w tym wypadku sami służyli jako nieświadome narzędzie. Istniały ogniska wylotowe, że tak powiem, hajdamaczyzny, ale brakło ogniska, skupiającego roz­proszone i marnujące się na odosobnionych wyprawach ele­menty hajdamackie, ogniska, w którem mogłyby się skupić, a poniekąd zorganizować dla podjęcia większej akcji. Na razie hasło rabunku było najbardziej zachęcającem i ponętnem. Ta- kiem ogniskiem stały się, może nawet nieświadomie, mona- stery Czehryńszczyzny i Smilańszczyzny, położone śród lasów, które, jako ciągle odwiedzane przez ludność najdalszych okolic, najmniej zwracały na siebie uwagę. Okolice te, ogołocone prawie zupełnie z wojska, nadawały się z tego powodu do organizowania sił hajdamackich.

Urzędowym niejako agitatorem ze strony Katarzyny II był biskup Białoruski, który zmuszał popów do przysięgi, że będą carowej i jej synowi „nieobłudnie służyć", a o „przyłą­

 

czenie do Rosji wszelkiemi środkami starać się będą pismem i słowem". Było to jawne i bezkarne namawianie do buntu przeciw władzy Rzpltej. Koniski zatem na północy występo­wał w roli politycznego agenta Rosji. Ale dla upozorowania nietolerancji religijnej, która miała otworzyć bramę do za­boru, potrzebny był jeszcze taki agent na południu. Znalazł się on bez trudu w osobie Melchizedeka Znaczko-Jaworskiego, ihumena monasteru Motroneńskiego.

Melchizedek JAworski.

 

Do połowy 18-go wieku kresowe prowincje Rzpltej wolne były od zaczynu zatargów religijnych, które fanatyzm i ciem­nota, połączone z celami osobistemi, w ciągu kilku lat zdo­łały rozdmuchać w pożar społeczny. Po unji Brzeskiej były walki polemiczno-religijae nie bez pożytku dla obu stron i miały one charakter dogmatyczny, ale nie społeczny. Melchizedek pochodził z Zadnieprza. Człowiek wielkiej ambicji i energji, rozwinął nadzwyczajną działalność, stawszy się pożądanym pomocnikiem Repnina. Na Sejmie toczyła się właśnie sprawa dysydentów. Zaliczono do nich także ortodoksów greckiego wyznania. W obronie ich wystąpiła Katarzyna II, upatrując w tem doskonały powód do wmieszania się w wewnętrzne sprawy Rzpltej polskiej. Już zaczynała się była w owym czasie tworzyć legenda, że prześladowani są — Rosjanie. Pomysł ten nie był jeszcze ani sformułowany wyraźnie, ani tembar- dziej wysuwany na czoło jako poważny akt. Ale myśl sama dojrzewała. Dopomagali do tego uczeni niemieccy, sprowa­dzeni do Akademji nauk w Petersburgu, gdyż Rosja nie po­siadała jeszcze ani nauk, ani uczonych. Dojrzała ona prędko. Jako pierwszorzędny powód wmieszania się powstała sprawa rzekomego prześladowania prawosławja na rzecz unji. Ażeby prześladowanie umotywować, potrzebne były koniecznie do­wody. Z jednej strony dostarczał ich Koniski, z drugiej —■ Melchizedek. Uzyskawszy od biskupa Perejasławskiego, Lin- cewskiego, prawo wizytacji cerkwi „błahoczestywych", Mel­chizedek począł kierować do biskupa prośby o instalację w pa- rafjacb, gdzie już była unja, popów prawosławnych, wpisy­wał jakie chciał nazwiska chłopów, a nieumiejących pisać — podpisywał Krzyżem świętym. Podpisy były fałszywe naj­częściej. W ten sposób wprowadzał rozdwojenie w gminie i walkę popa z parochem unickim. Popi uniccy nie chcieli odstępować bogatych prebend, stąd dochodziło do kłótni, do starć, skarg, bijatyk. Nie brakło fanatyków z jednej i dru­giej strony, co wywoływało ekscesy, potrzebę wmieszania się władzy i sądu — a stąd nowe skargi na ucisk. Charaktery­styczny przykład takiego zatargu miał miejsce w Mblijowie, gdzie jeden, podobno fanatyczny wyznawca Kościoła wschod­niego, Kusznir, porwał skrzynię z aparatami kościelnemi i saD- ctissimum i zabrał do siebie. Oskarżony o świętokradztwo, przekonany na sądzie, że ubrany w szaty kościelne pił w karcz­mie, a wyrzuciwszy sanctissimum, deptał je nogami, skazany został na powieszenie. Melchizedek zrobił z niego męczen­nika, gdy to był zwykły przestępca.

Ihumen Motroneński jeździł razem z Koniskim do Pe­tersburga ze skargą na prześladowanie, chociaż była to tylko walka parochów dwóch obrządków, najczęściej o bogate pro­bostwa, a Carowa korzystała z tego i wysyłała do Repnina reskrypty, żądające od dworu polskiego zaprzestania prześla­dowań, chociaż wiadomo było, że ze strony rządu polskiego pod tym względem żadnego kroku nie uczyniono. Bywała zbytnia gorliwość ze strony duchowieństwa unickiego, ale jeszcze bardziej gorliwem okazywało się duchowieństwo orto* doksalne, a pewne opieki Carowej, zachowywało się bardziej zaczepnie.

Repnin, który wykonywał ukazy Carowej, znał jednak wartość tych figur, któremi rząd rosyjski posługiwał się. Do jednego ze swoich przyjaciół pisał: „Dołączam list własno­ręczny naszego blagiera (wrala), biskupa Białoruskiego (Ko- niskiego), który nigdy z nikim zgodnie żyć nie może, ze wszystkiego niezadowolony, a z każdym popem, byle tylko nieprawosławnym, gotów jest za łeb się wodzić. Nie ma po­trzeby dużo o nim pisać, znasz go dobrze.u Dowody „prze­śladowania* fałszowane lub wymyślane, zbierane obficie przez Koniskiego i Melchizedeka, dopomagały jednak Repninowi w jego dyplomatycznej robocie. A naiwny Stanisław August, może jeszcze niezupełnie wyleczony z amorów dla ukorono­wanej nierządnicy, nie orjentując się w tej grze dyploma­tycznej, skierowanej do rozbicia Polski, wydał manifest (19 lu­tego 1766 r.) do metropolity i biskupów unickich z polece­niem zaprzestania prześladowania, powtarzając te same żale i fakty, któremi operowali Koniski i Melchizedek. W ten spo­sób uznawał niejako fakt prześladowania, które w rzeczywi­stości wyglądało zupełnie inaczej.

Nie przewidywano końca tej igraszki agitacyjnej. Rząd rosyjski po roku 1768 także się trochę ocknął. Repnin bez ogródek a słusznie twierdził w liście do Panina, że „przy­czyną niepokojów na Rusi jestnietylko archirej Perejasławski (Gerwazjusz Lincewski), ale także jego podwładny, ihumen Motroneński Melchizedek, którego ja sam znam i wiem, że jest to zupełny oszust (płut), człowiek bardzo niespokojny, zdolny do wszystkiego. Śmiem powiedzieć Waszej Eicelencji, że temu archirejowi należałoby już dawno ogonek uciąć, gdyż od tych podbechtywań jego mogą być złe następstwa. A za­spokoić go nie można będzie inaczej, jak tylko zamknąć pod klucz". Rezultatem tego było przeniesienie jego nareszcie z Motroneńskiego monasteru do Perejasławia, to jest w gra­nice Rosji.

Prowadził on dalej agitację anti-unicką, nie dostrzegając z pewnością, że za plecami tej agitacji prowadzi się inna, to jest organizacja hajdamaczyzny, oparta o siłę militarną Zaporoża. Akcja ta nasuwała się jako wniosek, wynikający z czynności skupiania się sił zbrojnych. Sicz nie występo* wała jawnie, lękając się Moskwy, dawała tylko temu ruchowi swoich Zaporożców, jako watażków, wyczekując niewątpliwie rezultatu, ażeby się do tego ruchu przyłączyć w razie powo­dzenia. Spółudziału w popieraniu go wyrzekała się zawsze


Comments (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
There are no comments posted here yet

Leave your comments

  1. Posting comment as a guest. Sign up or login to your account.
Rate this post:
0 Characters
Attachments (0 / 3)
Share Your Location