Tradycje Pawlukowe, Ostrzaninowe i Skidanowe były jeszcze świeże na Siczy. Przegrana wojna rodzi zemstę, stąd też i Kozacy byli życzliwie usposobieni dla awantury Chmielnickiego. Umiał on zręcznie w inny ton jeszcze uderzyć, ażeby zwyciężyć Lachów, trzeba szukać pomocy. Doświadczenie przekonało, że własnemi siłami nie da się to uczynić. Kogóż do pomocy wołać? Moskwa na razie już poprzednio wykręciła się. Pozostawali zatem zawsze chętni do rabunku Tatarzy.
Chmielnicki wyjechał do Krymu, porozumiał się z hanem, dla zjednania go nastraszył planem Koniecpolskiego, a zachęcił —jak mówią — przyjęciem wiary Mahometa i odprawieniem w obecności hana ,,namazu“ — modlitwy wieczornej. Han obiecał dać mu na razie kilka tys. Tatarów.
Łatwo się było domyśleć, że zanosi się na imprezę Pa- wlukową, bo śród Kozaków kto tylko huknął na ochotnika - zawsze go znalazł. Jednym—powodem wystarczającym były fantastyczne krzywdy, skierowane do podtrzymania bezustannego wichrzenia w państwie, drugim — chęć szukania kozackiego chleba. Ilu zgromadził ochotników Chmielnicki? Nikt nie wie. Kozacy zwiększali lub zmniejszali swoje siły w miarę potrzeby. Teraz w interesie postrachu należało zwiększać. Miał otrzymać osiem tysięcy Zaporożców i tytuł hetmana, to jest wodza nad nimi.
Hetman W. K. Mikołaj Potocki, uległy może nadmiernie winu i kobiecie, był człowiekiem rycerskim, ale w owym czasie już zużytym i małej energji. Stał obozem pod Cze- hryniem z początkiem wiosny 1648. Miał dobry pomysł osaczyć zuchwałego Kozaka w kryjówce zaporoskiej, ale, jak zaczęto radzić, za radą podobno Szemberga, komisarza Rzpltej przy Kozakach rejestrowych, postanowiono rozdwoić siły: część — mianowicie Kozaków rejestrowych — posłać Dnieprem bajdakami, drugą część stepem, ażeby zamknać Chmielnickiego w Siczy i nie wypuścić na włość, aby chłopstwa nie zwerbował. Rejestrowych było 4 tys., ze Stef. Potockim poszło 1200 kwarcianego wojska i 800 rajtarji. W wojsku nie obeszło się bez Kozaków.
Chmielnicki wyruszył z Siczy w drugiej połowie kwietnia, zdołał porozumieć się z rejestrowymi i ku sobie ich pociągnąć. Przysięga wierności miała dla Kozaków znaczenie środka unikania doraźnej kary. Młody Potocki już prawie mijał Żółte Wody doliną, „bałką“, w której skupiały się żró- dłowiska kilku rzek stepowych, gdy został zaatakowany przez Chmielnickiego i rejestrowych z tyłu. Skutkiem niemożliwości obrony, bo i kozacy Potockiego „natione Roxolani“ także przeszli do Chmielnickiego, zdecydowano poddać się na słowo, że puszczeni będą wolno, jeśli oddadzą działa. Oddano je, a Chmielnicki uderzył na bezbronnych. Pozostała zatem tylko rozpaczliwa obrona bez nadziei zwycięztwa. Niedobitki wpadły w ręce Kozaków i Tatarów, gdy taborek polski został rozerwany. Potocki poległ. Jan Wyhowski, głośny później pisarz W. Z. i hetman kozacki, który, jako banita za przekroczenia różne, w wojsku szukał oczyszczenia się, dostał się Tatarom. Chmielnicki wykupił go u Tuhaj-beja za „jedną kobyłę*, jak utrzymuje Wieliczko.
Droga do Czehrynia była otwartą. Hetman W. K., przerażony nieoczekiwanem zwycięstwem Kozaka, a posiadając mało wojska do oporu wobec zdrady rejestrowców, zdecydował się odstąpić w głąb państwa i wzmocnić się posiłkami. Postanowiono cofać się taborem Da Korsuó. Chmielnicki szedł śladem hetmana W. K. Wojsko polskie już minęło Korsuń drogą wiodącą do Hohusławia, gdy trzeba było minąć jeszcze błotnistą i wąską bałkę. Chmielnicki z przodu zaskoczył wojsko polskie. Wozy taboru najeżdżały z góry w nieładzie i w tym nieładzie uderzono nań ze wszystkich stron. Prawidłowa obrona była niemożliwa. Rozpoczęła się rzeź i ucieczka. Obaj hetmani, koronny i polny, poszli w łyka. Zwycięzcom dostały się olbrzymie skarby taboru, które Chmielnicki zagarnął sobie, lub obdarzył niemi hana i swego nowego „przyjaciela jasnego sokoła“, Tuhaj-beja.
Jeśli nieostrożność mogła być ze strony hetmanów z braku poprzedniego zbadania pozycji nieprzyjacielskich, to zwycięstwa Chmielnickiego na Żółtych Wodach i na bałce Kor- suńskiej nie były wynikiem planu strategicznego, lecz zwykłego w owe czasy żołnierskiego fortelu, wyzyskującego nieostrożność nieprzyjaciela.
Tak czy inaczej, następstwa tych zwycięstw były fatalne: siły militarne polskie zniszczone, droga w głąb Rzpltej otwarta, duch sedycji i nienawiści śród chłopstwa i Kozaków wzmocniony.
Chmielnicki nie sformułował sobie jeszcze odpowiedzi na pytanie: czego chce? Co dalej zrobi? W początku czerwca stanął pod -Białą-Cerkwią i wahał się nie bez powodu, — nie był pewny dalszego udziału Tatarów. Z Czerkas jeszcze zawiadomił Cara i Króla o zwycięstwach. Carowi pisał, że „Króla Lachowie zamordowali". Obozując pod Białą-Cerkwią, zwoływał do siebie chłopów, roznosząc zachęcające wieści o bogactwie zrabowanego taboru Lachów.
Była jeszcze garstka wojska polskiego za Dnieprem pod wodzą Jeremiego Wiszniowieckiego, który, dowiedziawszy się
- klęsce Żółtowodzkiej i Korsuńskiej, okrężną drogą na Czer- nihów przeszedł Dniepr i stanął w Brahinie. Chmielnicki nie ruszał się z pod Białej-Cerkwi, dokąd doszła go wiadomość, że rząd polski zagroził Turcji wojną, jeśli hana nie oderwie od Kozaków. Tatarzy nie dali się oderwać i to prawdopodobnie zdecydowało dalszą kampanję Chmielnickiego.
Bunt kozacki przypadł na czas ciężki dla Rzeczpospolitej: król Władysław IV umarł w Mereczu, kanclerz W. K. Ossoliński był chory, wojsko rozbite. Potrzeba było przedewszyst- kiem odnowić siłę zbrojną. Wyznaczono tymczasowo trzech Regimentarzy: Władysława Dominika Zasławskiego, najbogatszego i najgłupszego w Polsce pana, Mikołaja Ostroroga,
- młodego Koniecpolskiego, nieznanego zupełnie z talentów militarnych. Chmielnicki, dowiedziawszy się o tern, scharakteryzował ich trafnie: pierzyna, łacina i dziecina. Jeremi Wiszniowiecki, znany z energji, stanowczości i doświadczę- nia wojennego, jedyny człowiek, który w tych czasach nadawał się na hetmanowanie wojsku, pozostał na stronie.
W chwili wypoczynku pod Białą-Cerkwią, a raczej niepewności, Chmielnicki próbował wykrętów, aby przewlec sprawę. Pisał więc listy do senatorów, prosząc, aby mu przebaczono „poniewolny grzech** i do Króla, błagając o ,.ojcowskie miłosierdzie4* — udając, że nic wie o śmierci — i, niby wierny poddany, podpisał się jeszcze:,.Starszy wojska J. K. M. Zaporoskiego4*.
Na arenę, jako ciągle narzucający się pacyfikator, wystąpił znany nam oddawna Adam Kisiel, najprzód wyznawca wschodniego obrządku, potem gorliwy katolik, potem znowu gorliwy ortodoksus, człowiek gładki, w polskich szkołach kształcony, jeden z tych, który pełne usta miał wierności i miłości dla Rzpltej, chociaż był gente Ruthenus, natione Polonus. Niewątpliwie był to człowiek dobrej woli, znał ducha kozackiego dobrze, ale chcąc dwom panom służyć, Rzpltę, pragnącą więcej niż potrzeba czasem pokoju, bałamucił polityką pojednawczą, a Kozakom pożytku nie przyniósł. W imię dawnej przyjaźni jakoby, radził on Chmielnickiemu odstąpić do Czehrynia i tam czekać na Komisję. Ale któryż to zwy- cięzki wódz ustępuje dobrowolnie z pola zwycięstw?
Na wieść o pogromie Rzpltej, wnet się oświadczył z przyjaźnią swoją Rakoczy, który ją kolejno Kozakom i Polsce ofiarował i obiecywał siedm tysięcy żołnierzy; Moskwa odezwała się także, a tymczasem czerń tłumem napływała pod Białą-Cerkiew. Wiodła ich chęć łatwego „podpomożenia się4* i ta ukryta nieświadoma energja, którą pierwsza lepsza przyczyna pociąga do wybuchu. Jeżeli Kozacy mieli swoje hasło bojowe w idei odrębności klasowej, to ludność wiejska, żyjąc w takich dostatkach, o jakich dziś marzyć nawet nie może, garnęła się do obozu kozackiego tylko na hasło rabunku i swawoli. Przewyższała ona ilością Kozaków i wolę swoją narzucała Chmielnickiemu, żądając aby prowadził ją dalej, lub obierze sobie innego hetmana.
Zaburzenia, wywołane przez ChmitA^*-:iego, nie pozostały bez najbliższego skutku. Ciemną, a chciwą zawsze ludność wieśniaczą i podmiejską łatwo było wzburzyć uniwersałami, zwiastującemi fałszywe, lecz pełne dzikości i dostępne inteligencji ludu, obrazy znęcania się nad nim Polaków,
wyliczaniem pomordowanych ludzi, których nikt nie mordował, spalonych wsi i miast, których nikt nie palił, zburzonych i spalonych cerkwi, których nikt nie burzył i nie palił. Tłum nie pyta o prawdą. Zgraje agitatorów kozackich opowiadały
- mordowaniu dzieci, kobiet, o znęcaniu się nad niemi. To wystarczało do budzenia zemsty.
Na odgłos zwycięstw Chmielnickiego, które w wyobraźni ludu prostego wyrastały w olbrzymie obrazy, ludność wszędzie, gdzie tylko nie było dostatecznej siły zbrojnej polskiej, rzuciła się do mordów i rabunku. Nie było to objawem wojny społecznej, jaką była, naprzykład, wojna chłopska w Niemczech, chociaż teQ charakter pragną jej nadać koniecznie historycy wrogich nam narodów, lecz poprostu walką barbarzyństwa z kulturą, która jest wrogiem jego. Określił to doskonale ksiądz Szymon Okolski w Djarjuszu swoim o pierwszych wojnach z Kozakami, że ,,jako naturaliter sunt hostes barbari non barbaris, tak prawie jest Rusin Polakowi'*. Pod ciosem rohatyny i płonącej żagwi padały większe miasta, jako największe skupienia ludności, a więc Pohrebyszcze, Niemi rów, Mach- nówka, Bracław. Jedynym, zbyt może mściwym obrońcą polskiej ludności był Jeremi Wiszniowiecki, który zaszedłszy na tyły Chmielnickiego z garstką swego wojska, zwalczał
- ścinał bezlitośnie Kozaków i ich watażków, gdzie się tylko zetknął z nimi.
W takich warunkach 7 lipca zebrał się sejm Konwo- kacyjny. Kozacy przysłali swoich posłów z litanją „krzywd". Skarżyli się tedy, że odbierają im futory, sianożęcie, stawy, młyny, ale milczeli o tem, że futory i pasieki zakładali bezprawnie i bez wiadomości S-tów na cudzych gruntach; dziesięciny pszczelne i wołowe biorą—jako rodzaj podatku w na- turaljach, synom kozackim nie wolno matek przy sobie trzymać, a żonom kozackim kazano ustępować z sadyb po śmierci mężów. Oczywiście, odnosiło się to tylko do Kozaków rejestrowych. Pułkownicy — rzadko Polacy, chyba perekiń- czyki, jak Krzeczowski, który przyłączył się do Chmielnickiego, — gdy któremu podoba się koń, albo oręż lub co innego — sobie za pół darmo przyswajają, siano i zboże przemocą zabierają. Na Zaporożu także nadużywają swej władzy, po lisie biorą od Kozaka, a gdy nie da —samopały odbierają. Zdobyczy polowej, gdy sam Pan Bóg poszczęści i pojmają
Tatarów lub Tatarczęta, „za co by się Kozak przyodział, tak samo jak stada bydła i koni, odebrane od Tatarów", sobie przyswajają.
Streściliśmy te „krzywdy", gdyż stały się one osią pretensji kozackich, chociaż w znacznej mierze charakter ich zmienił się. Nie nosiły one cech prześladowania, lecz wchodziły w zakres zwykłych zwyczajowych obowiązków, lub nieuniknionych nigdy i nigdzie nadużyć.
Kisiel robił w sejmie przychylny nastrój dla Kozaków, usypiając słodkiemi słowy izbę sejmową, to też w chwili, gdy po Korsuńskiej klęsce zbliżała się nowa — Pilawiecka, dziękowano Kisielowi, że „chmurę straszną, na zgubę Ojczyzny zgromadzoną, rozerwał". Tak wielka była moc frazesów. Postanowiono zbadać przyczynę rozruchów.
Rada dobra, ale lepsza była — wpierw rozruchy uspokoić, a potem przyczyny badać i usunąć. Postanowiono w końcu lipca wysłać Komisję „ludzi wielkich*' do Kijowa z żądaniem, aby Kozacy brańców wolno puścili, materjał wojenny zabrany wrócili, zrzekli się sojuszu z Tatarami, aby zawsze pozostali tylko strażą graniczną od Turków, aby Ku- daku nie niszczyli, listy zmarłego króla zwrócili. W końcu mieli oświadczyć, że żołd był wysłany przed samym buntem i że między Kozakami zaginął.
Nic sobie Kozacy nie robili z Komisji—wycięto Połonne; Krzywonos, odpędzony od Konstantynowa, bawił się w Barze. Tymczasem Chmielnicki 29 sierpnia zorganizował się i obliczył. Miał 180 tysięcy zbieraniny kozackiej i 30 tysięcy ordy. Zebrało się trochę i wojska polskiego, jako też pospolite ruszenie. W stosunku do Chmielnickiego zarysowało się dwa poglądy: Kisiel nie radził grozić, będąc tego zdania, że „wisząca szabla przywiedzie do ostatniej rekolekcji*4, a więc swoim zwyczajem życzył „radą szaleństwo mitygować", bo inaczej stracimy Ukrainę. Jeremi Wiszniowiecki zaś mówił: „uchowaj Boże, aby dla konserwacji Ukrainy środek państwa naszego zgubić daliśmy". Nie o chrześcijańską pobłażliwość tu chodziło, lecz o państwo, jego całość i przyszłość.
Wojska polskiego w pobliżu Konstantynowa zebrało się 36 tysięcy. Wyglądało ono jakgdyby szło na okazowanie, czyli rewję paradną, nie zaś na wojnę. Współczesny historyk powiada, że „od srebra i złota blask w wojsku. Rzędy, siodła, bronie w srebro i złoto oprawne. Bogate stoły i wielkie w wojsku bankiety, strojne panów ubiory, przepysznych i drogich futer podostatkuu. Dużo skarbów, gdybyż tyle i odwagi. Stanęli pod Pilawcami. Przekonano się, że obóz źle założony, postanowiono przeto cofnąć się taborem, już w obliczu nieprzyjaciela. Wodzowie wyjechali pierwsi. Wojsko, myśląc, że umknęli, mieszać się poczęło. Zaproponowano dowództwo Wiszniowieckiemu, który odmówił, widząc niemożność poprawienia cudzych błędów. Kozacy i Tatarzy rozszarpali tabor. Nastąpiła panika ucieczki z jednej stroDy, rzeź i rabunek z drugiej. Wszystkie rzędy, konie, srebra dostały się zwycięzcom. Za kwartę wódki można było dostać aksamitną szubę. Zwycięstwem tego nazwać nie można. Był to popłoch nieoczekiwany nawet przez Chmielnickiego.
Wodzowie i niedobitki schroniły się do Lwowa, przerażenie i przestrach przynosząc do bezbronnego miasta. Świadomość niebezpieczeństwa rozbudziła ofiarność publiczną. Chmielnicki obiegł Lwów, który mężnie się bronił. Hetman kozacki niecierpliwił się, Tatarzy zapewne jeszcze więcej, postanowiono tedy zaproponować miastu okup. Samuel Ku- szewicz słuszaie mówił, że „Rzplta opuściła nas".
Dotychczas nic ujawniły się żadne plany Chmielnickiego, mające na celu sformułowaną obronę interesów narodowych. Przeciwnie, w dezyderatach posłów przybyłych na Sejm Konwokacyjny była tylko mowa o „krzywdach koza- ckichM i żądanie obrony w tym kierunku. Był to poprostu bunt wojskowy, poparty przez czynniki najmniej uświadomione narodowo, które nie upominały się o żadne prawa narodowe, ale, widząc obok siebie bogatego sąsiada, żądne były tylko rabunku. W tym samym kierunku można było jedynie zadowolnić pragnienia Tatarów, pomocników i przyjaciół Chmielnickiego. Szczęśliwy zwycięzca gotów byłby iść za tym impulsem, jak długo starczyłoby mu czasu i sił, gdyby w chwilach przytomności umysłu nie stawało przed nim pytanie: co będzie dalej?
Na drodze zwycięskiego pochodu był Lwów, jedna z bram wiodących w głąb Rzpltej. Chmielnicki postanowił ją sforsować. Nie udało się. Postanowił przeto złupić miasto, żądając okupu i wydania żydów, od których byłby z pewnością zażądał osobnego okupu, lub sprawił im krwawą łaź
nię— jak w Połonnem. Lojalni rajcowie lwowscy Die wydali żydów, a o okup targowali się. Trzeba było zadowolnić Gałgę, Tuhaj-beja i Kozaków. Okupił się Lwów kosztem siedmiuset tysięcy złotych poi., a Chmielnicki podążył pod Zamość.
W Zamościu był tylko pułk piechoty niemieckiej i 300 ochotników, trochę piechoty węgierskiej i 800 ludzi, utrzymywanych przez ordynację Zamoyską. Chmielnicki miał podobno już tylko 80 tys. przy sobie, reszta chłopstwa rozlazła się wobec zbliżającej się zimy. Chciał szturmem zdo-
|
Oblężenie Lwowa przez Chmielnickiego w r. 16^9. |
być twierdzę, mieszkańców straszył, że „poszło duszek waszych niemało do Wisły“. Miasto broniło się. Wreszcie za pośrednictwem Mokrskiego, ex-jezuity, będącego pono in odorc u Chmielnickiego, okupiło się. Kozacy odstąpili, a Chmielnicki przechwalał się, że uczynił to dla miłości króla, — i niby miał zamiar uderzyć na Lublin. Ale było to już przykrywanie cofania się.
W tym czasie wybrano nareszcie królem Jana Kazimierza. Na rozmaite dezyderaty Chmielnickiego, znane już nam, a wyrażane dorywczo w listach do króla, król zgodził się na to, ażeby wojsko zaporozkie pozostawało pod władzą króla. Co zaś do drugiego ważnego punktu, aby unja kościelna została zniesiona — nie zależało to od woli króla. Rzeczywistego „uspokojenia4* miała dokonać Komisja, której przewodniczyć miał oczywiście Kisiel, wielki amator orator- skiego gadania, pięknego pisania i przywracania spokoju za pomocą tych środków.
Była już późna jesień kiedy Chmielnicki rozpoczął odwrót wprost na Kijów. Wracał bez żadnych pozytywnych rezultatów, zostawiwszy tylko ruinę, popieliska i krew niewinnych ofiar na drodze swego pochodu. Zupełnie tak samo, jak gdyby to była wyprawa na Oczaków lub Kilję. W pojęciu tłumu wracał nie jako niszczyciel państwa, lecz zwycięzca, pewny swojej mocy, stojący na czele licznych zastępów. Ta okoliczność była przyczyną, że pochylały się przed nim czoła zarówno duchownych dostojników jak i tłumu. Tkwiło jednak jeszcze w tym tłumie poczucie czegoś złego, świadomość winy i to było hamulcem, powstrzymującym czas jakiś od rabunku i niszczenia wszystkiego, co polskie. Niedługo to jednak trwało.
Do Kijowa przy błąkał się wówczas jakiś oszust i przybłęda, mianujący się Patrjarchą. Jechał do Moskwy po jałmużnę, gdy mu się nadarzyła świetna sposobność zetknięcia się z samozwańczym hetmanem kozackim. Ów Patrjarcha Hieronim uderzył w próżność Chmielnickiego: powitał go pontyfikalnie jako obrońcę religji,—kijowskie duchowieństwo było wstrzemięźliwsze, — dał mu błogosławieństwo na dalszą wojnę, zaoczny ślub z cudzą nierozwiedzioną żoną, — znaną nam już Heleną,—i posłał jej prezenty, równie słusznej wartości jak jego dostojeństwo,— to jest „mleko Najświętszej Marji Panny*4 i „samozapalające się świece". Trudno było za pomocą figlów duchowieństwa greckiego w sposób bardziej brutalny bałamucić ciemne umysły. Zadowolony z tego wszystkiego Chmielnicki pił na umór i bawił się.
Wyjechał wreszcie do Czehrynia, a stamtąd do Pereja- sławia, gdzie stanął 19 lutego 1G49 roku w oczekiwaniu obiecanej Komisji. Po długich przeszkodach zjechała wreszcie Komisja z Kisielem na czele. Znalazła się tam, jak w gnie- ździe trzmieli. Chmielnicki, nadęty zwycięstwami, pił, z cza- równicami radził, a zamiast porozumiewać się z komisarzami, łajał ich, jak parobków.
Tu dopiero, w chwilach wolnych od pijatyki, błysnęła w jego umyśle niewyraźna idea możliwości autonomji prowincjonalnej. Wyrzucił ją z siebie jak rakietę: „miejcie wy dla siebie Polskę, a nam Kozakom Ukraina należy“. „Wojowałem — mówił — o szkodą moją, teraz o wiarę prawosławną, będę wojować1'. Plótł przy tern niestworzone rzeczy, — że Polacy Kozaków „w pługi zaprzęgali'*, że „ziemi lackiej zginąć trzeba'*. Jednego dnia stawał niby w obronie wiary prawosławnej, a drugiego dnia Wieszniak, niedawny poseł do Warszawy, krzyczał: „wasi księża’i nasi popi, wszystko z ^...synowie". A Kisiel „głaskał" i „miękczył łagodnemi słowy" pijanego Chmielą. Rzucił mu wreszcie Chmielnicki świstek papieru, jako warunki swoje: —aby unję znieść, Metropolita Kijowski aby w Senacie miał miejsce, Wojewoda i Kasztelan aby byli greckiego wyznania; kościoły rzymskie mogą pozostać,— niestety, były już zniszczone w tym czasie, a duchowieństwo wymordowane, — tylko Jezuitom zabroniony wstęp na Kuś; aby Czaplińskiego i Wiszniowieckiego Jeremiego wydano mu, dokończenie Komisji na Zielone Święta, a do tego czasu wojska-koronne i litewskie nie miały wchodzić w woj-dztwo Kijowskie po Horyń i Prypeć, a od Podolskiego i Bracławskiego po Kamieniec.
W ostatnim punkcie tkwi także pewne pojęcie, w jaki sposób Chmielnicki określał granice pojmowanej przez siebie Kozaczyzny autonomicznej z najwyższymi urzędnikami wyznania greckiego. Wszędzie jest mowa o Kozakach, ale o narodowości ruskiej—nigdzie. Kozacy zatem występują tu tylko jako klasa dominująca i rządząca, ale posiadająca charakter tylko militarny, nieoparta zgoła o niewzruszoną podstawę każdego państwa — ziemię.
Dezyderaty powyższe nie miały jednak żadnego znaczenia. bo Chmielnicki, rosnąc w pychę i liczbę w dalszej wojnie, myślał, — lecz nie o tern jak ją zakończyć z pożytkiem- W lipcu 1649 roku wojska kozackie obiegły Zbaraż, gdzie z garstką żołnierzy zamknął się Jeremi Wiszniowiecki i Koniecpolski. Pomimo najszczerszej chęci zdobycia Zbaraża,, nie zdobył go, a tymczasem wojsko polskie z Janem Kazimierzem ruszyło na pomoc. Idąc z odsieczą, król zatrzymał:
się pod Zborowem. Rozpoczęły się układy z hanem o odstąpienie Chmielnickiego. Lękając się, aby one do skutku nie doszły, Chmielnicki z większą siłą pod Zborów ruszył. I tu miał szczęście. Wojsko nie okazało rycerskiego ducha i król
- mało nie dostał się do niewoli. Nadaremnie prosił: „nie odstępujcie Ojczyzny, pamiętajcie na sławę przodków waszych". Han przychylił się jednak do pośrednictwa pojednania obu stron, skutkiem czego zawarto traktat i pokój Zbo Równocześnie stanęły dwie ugody: z hanem Islam Girejem (19 sierpnia 1649) dzięki pertraktacjom W. K. koronnego Ossolińskiego i osobna—z Kozakami, jako „deklaracja łaski".
- Mają być zachowane „dawne przywileje i wolności".
- Wojska zapór, ma być 40.000. Do rejestru wolno wpisywać się od Dymiru do Jampola nad Dniestrem, a za Dnieprem — w Ostrzu, Czernihowie, Niżynie, Romnie. 3. Cze- hryn z okolicą pozostać ma przy buławie hetmana kozackiego, 4. Amnestja powszechna. 5. W miastach, które będą siedzibą pułków kozackich, nie wolno żydom mieszkać. 6. W sprawie unji i dóbr duchownych ma być osobny układ z Metropolitą Kijowskim. 7. W woj-ach Kijowskiem, Bracławskiem i Czer- nihowskiem urzędy otrzyma szlachta ritus graeci. 8. Jezuitom w Kijowie mieszkać niewolno. 9. Szkoły ruskie, już istniejące, mają w dawnych siedzibach pozostać. 10. Kozacy szynkowni nie mają, ale na swoją potrzebę mogą palić gorzałkę i sycić miody.
„Deklaracja łaski" nie zadowolniła Kozaków. Kisiel, naznaczony woj-dą kijowskim, 7 listopada 1649 zjechał na woj-dzwo, ale był chłodno przyjęty. Nikt na spotkanie nie stawił się, nawet Chmielnicki przyjechał później. „Deklaracja", może na razie niedoceniona, zawierała jeden postulat ważny — określała granice terytorjalne Kozaczyzny, acz niewyraźnie i była czemś podobnem do autonomji kozackiej w granicach wojewódzkich, ale sejmem wspólnym, wojskiem
- polityką związaną z Rzpltą. Tej strony zależności nawet nie potrącano. Wogóle zależność,objętą traktatem Zborowskim, możnaby nawet nazwać do pewnego stopnia unją kozaczyzny z Rzpltą polską. Ale charakter tej zależności, jakkolwiek nie był szczegółowo określony, wyczuwało się w treści traktatu.
Kozaczyzna ukralnna.
Islam Girej, mając swoje porachunki z Moskwą, chciał do wojny zachęcić Chmielnickiego, który miał inne plany dalekie i tajemnicze jeszcze, nie dał się przeto wciągnąć.
Chmielnicki zarzucił sieci na wszystkie strony, nie wiedząc zgoła, co mu się uda złapać. Już z pod Zbaraża wysłał poselstwo do Padyszacha z propozycją przyjęcia Kozaków pod swoje hołdownictwo. Oczywiście miał na myśli wzór hospodarstwa wołoskiego. Padyszach odwdzięczył się — winszował mu zwycięstwa i przysłał buńczuk, kaftan, buławę i tytuł „Księcia Ruskiego1', a do tytułu dodał 3 funty szafranu i wór rodzynków. Na razie na tern się skończyło hołdownictwo Sułtanowi — dość tanio kupione. Łechtany w dumie swojej przez wrogów Polski, Chmielnicki wykrzykiwał: „mam za sobą Cara tureckiego, moskiewskiego, ordę, nie tylko Koronę polską, lecz państwo Rzymskie komu zechcę— dam".
Umizgi do Padyszacha nie przeszkodziły mu przygotować wyprawę na Wołoszczyznę. Krótko ona trwała—Chmielnicki pokonał Leopolda, który Tatarom i Kozakom opłacił się. Ale za kulisami tego zwycięstwa było przyrzeczenie Hospodara oddania młodszej swojej córki, Rozandy, za żonę synowi Chmielnickiego — Tymoszkowi.
Pomimo niby pokoju z kozakami, była ciągle mała wojna: ta lub inna strona napadała, lub broniła się. Każdą awanturę można było uważać za złamanie traktatu- Chmielnicki brał je także za powód do wojny. Czego pragnął jego niespokojny duch, do czego dążył, na czem miał poprzestać?— Były to zagadki. Dawniej on był wodzem, teraz czerń kozacka pchała go do wojny. „Dawaj żeru!" — stało się hasłem. On robił politykę, a „czerń" wojnę. 12 czerwca sto tysięcy ordy, jak mówiono, minęło Fastów.
Polska na obronę zdołała zgromadzić 40 tys. zaciężnych i sto tysięcy szlachty pod Sokalem. Stanowisko nie było dobre. Czarniecki radził zbliżyć się do Beresteczka. W tę stronę podążał także Chmieloicki, robiąc wszelkie możliwe usiłowania, ażeby na tyłach armji polskiej wywołać chłopskie rozruchy i chłopów przeciwko szlachcie podburzyć. Próba, do której dał się użyć jakiś Kostka-Napierski nie powiodła się i zakończyła się na szubienicy dla niedoszłego chłopskiego hetmana. Kozaków było 90 tysięcy piechoty, 12 tysięcy jazdy, 100 tys. czerni, ladajako uzbrojonej, która szła jak na pewny rabunek. Czekano na Tatarów. Pod Wiszniowcem oba wojska połączyły się. Dzwonem w cerkwiach witano radośnie ich przybycie, popi wyszli na spotkanie Tatarów w pontyfi- kalnych szatach, z 00 dział bito na powitanie. Chmielnicki w namiocie swoim leżał pijany. Wiedział już dawniej, że owa Helena, o którą wojnę rozpoczął, nowy romans nawiązała z jakimś zegarmistrzem, z którym dzieliła się złotem, wydo- bytem z krwi i pożarów. Kazał synowi Tymoszkowi powiesić ją. Pod Beresteczkiem otrzymał wiadomość, że wyrok wykonany. Martwił się przeto po swojemu, po kozacku,— pił. Pospolite ruszenie zajęło środek, lewem skrzydłem dowodził hetman polny Kalinowski, prawem — woj-da Bracław- ski Lanckoroński. Pierwszego dnia do rozstrzygającej roz' prawy nie przyszło. Jeszcze prawe skrzydło kozackie, oparte
- tabor było mocne; Chmielnicki chciał zajść tyły polskie
- zająć pole bitwy przed nocą. Han, spostrzegłszy umykającego Chmielnickiego, posądził go o zdradę i półpijanego pociągnął za sobą do Wiszniowca, przywiązawszy do konia, jak powiadano. Poczęto zdobywać tabor. Kozacy prosili o łaskę. Król zażądał wydania dział, broni i Chmielnickiego. Pułkownik Dżedżało, zastępujący Chmielnickiego, skłonny był do przyjęcia warunków, zrzucono go jednak z godności, a na czele stanął Bohun. Ostatecznie tabor rozerwano, znaczna część czerni rozbiegła się. Była to, jak słusznie pisał Rudawski, nie bitwa, lecz licha potyczka bez planu, a trzeba dodać, i bez następstw. Chłopi rozbiegli się, Kozacy uciekli, Tatarzy cofali się — i na tem wszystko skończyło się. Pospolite ruszenie w pogoń iść nie chciało, po długich -certacjach z królem rozeszło się do domu, a wojsko koronne z hetmanem W. K., starym, chorym i niedołężnym w głąb Ukrainy poszło gasić pożar. Naocznie przekonano się, jak wyglądała obrona ludu przez Chmielnickiego. „Po drodze — pisze świadek — ani miasta, ani wsi, jeno pola a popioły; ani ludzi ani zwierza żyjącego, tylko ptactwo w powietrzu'*. „Kraj bogaty, zboża i traw obfitość, ale ludzi niema, niema komu żąć i zbierać". Wojsko długi czas żywiło się ziarnem, wyłuszczoDem z kłosów i prażonem na ogniu1'.
Chmielnicki, wydobywszy się z rąk Hana, zwoływał resztki rozbitków i stał na Rusawie, ledwie w pięć tysięcy
Kozaków. Hetman zdążał do Kijowa. Radzono uderzyć i zniszczyć Chmielnickiego. Brakło energji. Na dobitek Wisznie- wiecki w drodze umarł. Zjawili się posłowie prosić o miłosierdzie. Chmielnicki wiedział, że Radziwił z północy podąża na Kijów, chciał traktatem przeciąć drogę Potockiemu do Kijowa. Zbliżył się do obozu polskiego z chęcią zgody. Naturalnie i tu Kisiel wyjechał z pośrednictwem. Nadbiegł także do obozu z afektem Sylwester Kosow, pokorny i słodki,, a Kisiel „głaskał lud słodyczą spoczynku" w Białej Cerkwi, skąd jednak z rąk ludu ledwie wymknął się cało do obozu, chociaż zaklinał się, że jest Rusinem. „Tak — odpowiadali sarkastycznie Kozacy—ale ruskie kości polskiem mięsem porosły"- Zbyt był giętki, aby o niego oprzeć się można było. Niechętnie na pokój patrzyli i Tatarzy i na nowe braterstwo Kozaków z Polakami. Im chodziło o rabunki tylko. „Lach to- brat —mówili — ale koń nie brat, sukmanka nie brat".
Zdecydował się Chmielnicki upokorzyć i zaproszony na obiad do Potockiego, upiwszy się syczał jak gadzina, łając wszystkich, wreszcie porwał się od stołu i bez pożegnania odjechał. Ale do traktatu w Białej-Cerkwi przyszło dnia 28. września 165J r. Nie rozstrzygnął on sporu ani pod względem klasowym ani społecznym. Regestr Kozaków zmniejszono do 20 tysięcy. Rejestrowi, mieszkający w dobrach szlacheckich i królewskich, mieszkający w Woj-twach Czernihowskiem i Bracławskiem, mieli się wyprzedać i przenieść do Woj-twa Kijowskiego. Wojsko koronne ma stawać na leżach tylko w Woj-twach Bracławskiem i Czernihowskiem. Reszta punktów ugody nie różniła się od poprzednich.
O „starych wolnościach" już mowy nie było, gdyż zdobycze kozaczyzny dawno przekroczyły te granice.






